W podwórzu Królów na Nalewkach

Po co Heszel przyjechał z Wilna, ustawił swój stolik z galanterią w podwórzu Królów, naprzeciwko „Chewre Sza'S”1 – to tylko on wie, ów przyjemniaczek litwak2.

A sceneria jest taka:

Wąskie przejście, które spina oba podwórza Królów, łącząc Nalewki z ulicą Kupiecką – brama zatłoczona od świtu do nocy. Gdy platforma chce przejechać z hurtowni na Nalewki, od góry do dołu załadowana workami, wtedy przechodnie muszą ścieśnić się pod ścianami, odsunąć, żeby ciężkie towary nie wyrządziły im krzywdy.

Przyjechał więc z Wilna Żyd będący w potrzebie i właśnie tu, w tej ciasnocie, rozłożył swoje grzebyki, wstążki do włosów, podeszwy, wszystko, co taki biedak ma do sprzedania.

I zapomniał przy tym Heszel, ów uśmiechnięty przybysz z Wilna, że tu, w przejeździe przez bramę, wiele lat temu zadomowił się Nachman, handlujący cukierkami – młody człowiek, bywalec „uczt duchowych” u cadyka, który to miejsce dostał w posagu, żeby zarabiać na życie.

– Wrzód na tyłku i tyle! – Nachman gryzł wąsy, przygryzał dolną wargę, pod którą porastał miękki meszek.

A Heszel szukał słów, żeby pocieszyć swojego sąsiada, rozproszyć jego smutek:

– Nie szkodzi, reb Nachmanie, nie trzeba się przejmować; to nie człowiek postanawia...

Rozstawiając się ze swoim towarem obok Nachmana w bramie, Heszel nie miał nic złego na myśli. Bo jakże niby miałby mu zaszkodzić? Czy handluje owocami, czekoladkami albo orzeszkami na szabat? Wstążki i sznurówki. To wszystko. Jakiś notatnik, papier listowy, koperty i stalówki dla uczniów chederu. Więc dlaczego Nachman tak się denerwuje? Może nie pasuje mu taka para: chasyd z Lubawicz3 i „górski”4 chasyd?

A jak! W sprawach religijnych (rebistwe) nie będzie mu ten bezczelny typ wskazywał drogi...

– Ale... ale...

– Nie gwałtuj pan, nie krzycz, reb Nachmanie! Niech Bóg ma nas w swej opiece.

– Że jak? Ja krzyczę?

– Ależ skąd. To podłe kłamstwo. Pan wcale nie krzyczysz. To głos grzmiący, uchowaj Bóg, istna trąba z nieba!

W ten sposób przekomarzają się ci dwaj handlarze dzień w dzień.

I co by nie mówić – rację miał Nachman. Jego twarz – jak dziecięca piąstka porośnięta włosami – z każdym dniem mizerniała, jego ręce były urobione po łokcie od noszenia spod hal grochu w koszach, które rozstawiał wzdłuż ściany. Nie raz zdarzało się, że dwa konie pędem wpadały do bramy, tratując jabłka, które Nachman na własnych plecach dźwigał z jednej ulicy na drugą. A wtedy – wal głową w mur! Jakoś trzeba przecież przejechać, a brama jest wąska, bardzo wąska. W końcu Nachman wymyślił, jakby się tu lepiej ustawić: stolik, skrzyneczka. Furmani już by wiedzieli, jak go omijać, żeby nie powodować szkód. W ten sposób mógłby liczyć na jakiś zysk. Wtem pod przeciwległą ścianą zainstalował się szatan – i spotęgował ciasnotę.

Do Heszla też trudno mieć pretensje. Siedział w Wilnie, Bóg wie ile lat, bez zarobku. Przyjechał więc do Warszawy i wziął się za handel. Z wyglądu – tyczka z brodą i pejsami.

– Bez uroku, reb Nachmanie (kiedy zbliżają się pędzące konie, Heszel zawsze pomaga sąsiadowi przenieść kosze), nie martw się pan, cadyk lubawicki – oby miał długie życie – powiedział...

– Nie zawracaj mi pan głowy! – krzywi się Nachman ze złością. – Lepiej poszukałbyś sobie innego miejsca...

– No, już, już! Uspokój się pan – mówi Heszel. I pyta dla żartu: „A co o tym powiedziałby wasz cadyk?”...

Kiedy wóz przejedzie bez powodowania strat, a zbliża się właśnie czas modlitwy popołudniowej, Nachman pilnuje Heszlowi towaru; jego sąsiad wpada wtedy do „Chewre SZa's”, żeby dołączyć do publicznej modlitwy. I tak mijają dni i tygodnie: w bramie podwórza Królów na Nalewkach obaj handlarze ciągle mają do siebie pretensje, jednocześnie obowiązek modlitwy sprawia, że zapominają o wzajemnych animozjach.

– Skaranie boskie z tymi litwakami... Polskiemu chasydyzmowi, a zwłaszcza szkole „górskiej”, też nie brakuje...

– Smutku? To chciałeś pan powiedzieć?

– Nie odzywaj się pan do mnie w tej waszej dziwacznej mowie!


***

W letni dzień w środkowej bramie między oboma podwórzami Królów:

Szerokie pasmo słoneczne rozpoczyna swoją wędrówkę z samego rana, zawisa u drzwi „Chewre SZa'S”, następnie wdrapuje się pomiędzy słodycze na Nachmanowym stoliku, by po południu zawisnąć na igielniku i księdze Tanja5, którą w ręce trzyma Heszel. Od czasu do czasu dziecko podbiega do sprzedawanych przez Nachamana słodyczy albo rozczochrana kobieta podchodzi do wyrobów galanteryjnych wyłożonych na stoliku Heszla. Wtedy handlarzom zmienia się wyraz twarzy:

– Nareszcie jakiś klient, Bogu niech będą dzięki!

Całymi godzinami mogą nie zwracać na siebie uwagi. Ale kiedy w skwarze dnia ma się ochotę na drzemkę, Nachman otwiera księgę Sfas emes6 i wpatruje się w to, co napisane drobnym druczkiem. A robi to na złość swojemu sąsiadowi: skoro temu litwakowi nie podoba się Ger, to on – z przekory – zajrzy do księgi wykładającej podstawy „górskiej” wiary.

Siedzą obaj, przysypiając: jeden nad Tanją, drugi nad Sfas emes, i nie zauważają, że dwa „lwy” pędzą od strony ulicy Kupieckiej.

– Prędzej, ludzie! Ludzie, szybciej!

Dopiero wtedy ocknęli się ze swoich rojeń, lecz było już za późno.

Dwa ogromne konie, ciągnące wielki, po brzegi wyładowany wóz, rżąc, wtargnęły w prześwit bramy, a para z ich nozdrzy buchnęła im prosto w twarz.

– Gwałtu, ludzie! – Nachman zasłonił głowę książką, złapał za dyszel, który wjechał między owoce na stoliku.

Koni jednak nie zdołał zatrzymać.

Pod końskie kopyta potoczyły się jabłka, śliwki, przewrócony balon z wodą sodową. I w tej samej chwili – Heszel przerzuca przez podwórze swój towar, krzyczy:

– Ratujcie, ludkowie!

Furman nie przejmuje się ich krzykami:

– Było powiedziane, że tu, w takiej ciasnocie, nie może stać dwóch handlarzy; to teraz macie za swoje!

Wniwecz obróciło się Nachamnowe staranie; Heszel stracił stół.

Powiada wilnianin do zatroskanego sąsiada:

– Cóż, reb Nachmnie, pokryję pańską szkodę.

Nachman nie odpowiada. Marszczy czoło. Jego wątłym ciałem wstrząsa dreszcz. Gdyby nie ten litwak, gdyby nie Heszel, który zajął miejsce pod ścianą z drugiej strony, furman miałby gdzie nakierować konie, żeby ominąć stolik Nachmana. Kobiety i dzieci zbierają stratowane resztki ze stolików obu handlarzy. Heszel nie wie tylko, kto pokryje jego straty.

– Katastrofa! – wzdycha.

– Kara boska – bąka Nachman pod nosem – aż z Wilna nasłana...

– Eee, niech nie grzeszy pan mową, reb Nachmanie; „Pan kieruje krokami człowieka”7..., to nie człowiek wybiera...

Nachman milczy. Milczą obaj. A wkoło nich zbiegowisko kobiet, rzucających litościwe spojrzenia:

– Jaka szkoda...

W tym stwierdzeniu zawiera się i troska, i złość – wszystkiego po trochu.

– Co, dlaczego, na miłość boską?...

Więcej te kobiety nie mówią, bo i co mają powiedzieć? Jechał furman wariat i zniweczył ludzką pracę.

Pośród tego wszystkiego, w zatłoczonej przejezdnej bramie rozproszone promienie słońca przedzierają się przez ludzką ciżbę.

– Tak czy siak, pora do domu – powiada Heszel do Nachamna.

Nachman nie odpowiada. Zastanawia się, skąd wziąć forsę, żeby jutro rano kupić pod halami świeży towar. Na kogo ma teraz wylać swój gniew, no właśnie, na kogo? Czy Heszel nie jest takim samym biedakiem, jak on? Z drugiej strony, może jednak trzeba go pogonić... Widać przecież jak na dłoni, że... Nachman nie doprowadził swojej myśli do końca. Wbiegł do znajdującego się opodal lokalu „Chewre SZa'S”. Za nim – Heszel. Połamane stoliki wnieśli do lokalu bractwa. Teraz mogą swobodnie odetchnąć – Nachman nad Tanją, a Heszel nad księgą cadyka z Góry Kalwarii. I nich się dzieje wola boża...

– Najwyższy pomoże – bąka Heszel. – Nie inaczej...

Nachman milczy. Gryzie go sumienie. Im bardziej skupia się na lekturze, tym intensywniej czuje, że jego miejsce jest w Ger, między studentami w bajt ha-midraszu.

Heszel odzywa się znad otwartej księgi:

– Ach, ci lubawiczanie... Oj, oj...

– Litwak jeden... wrzód na tyłku... szatan...

Obu byłych handlarzy przegnał z lokalu bractwa, z podwórza Królów, późny letni wieczór...

Warszawa jaśniała, powietrze było przesycone duchowością.


Melech Ciemny, Pojlisze Jidn, Buenos Aires, 1954, s. 83-88.
książka dostępna pod adresem: http://ia700204.us.archive.org/9/items/nybc207915/nybc207915.pdf
tłumaczyła z jidysz: Anna Ciałowicz

1Chewre SZa's (hebr./jid.) – bractwo dla studiowania sześciu porządków Miszny (SZa's). W Warszawie były dwa takie bractwa: grupujące litwaków – na Nalewkach, i skupiające Żydów polskich (na Grzybowie). [↑]

2Litwacy – potoczne określenie Żydów przybywających do Królestwa Polskiego z rosyjskiej „strefy osiedlenia”, czyli obszaru, który Żydzi mogli zamieszkiwać, głównie z zachodnich guberni: obecnych terenów Litwy i północnej Białorusi. Od polskich Żydów litwacy różnili się strojem, obyczajowością, mówili odrębnym dialektem języka jidysz. [↑]

3Lubawicze – miejscowość w obwodzie smoleńskim, gdzie pod koniec XVIII w. powstała chasydzka dynastia, której założycielem był Szneur Zalman z Ladów. Szósty cadyk z tej dynastii, Józef Izaak Sznejerson (Schneersohn), w latach 1934-1940 mieszkał w Otwocku i Warszawie. [↑]

4„górski” – tu: zwolennik cadyka z Góry Kalwarii (jid. Ger). [↑]

5Tanja – dzieło cadyka Sznuera Zalmana z Ladów (17451812), stanowiące wykładnię jego filozofii, w której starał się połączyć klasyczny chasydyzm z tradycją rabinacką. [↑]

6Sfas emes (hebr. Język Prawdy) – dzieło trzeciego cadyka z Góry Kalwarii, Jehudy Arie Lejba Altera (18471905). [↑]

7Księga Przysłów 20:24. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 62 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3578978