Chleb i poezja


Znam pewien dom na ubogiej żydowskiej uliczce w Warszawie. Jada się tam mało. Mówi się tam dużo – o jedzeniu.

Jest ich troje. Ojciec – lat sześćdziesiąt dziewięć. Matka ma jakieś czterdzieści sześć lat (to jego druga żona). Córka ma dwanaście lat. Mieszkają w kuchni. Pokój zajmują inni ludzie, starsi.

Kuchnia i pokój są jednakowo piękne. Ozdobione nędzą. Nie ma kanalizacji. Nie ma ubikacji. Elektryczność jest. Należy do wszystkich, ale wszyscy ją oszczędzają.

O dziewiątej, wpół do dziesiątej wieczorem zaczyna się popędzanie: „No, spać”, „Dosyć już, spać”, „Niech już będzie noc”.

A tymczasem córka ma nie więcej niż 12 lat. Po co więc miałaby się spieszyć? Powoli odwraca stronice książki. Czyta.

Z pokoju krzyczą i z kuchni krzyczą: „No, Simo Leo, spać”, „Skończ, Simo Leo, spać”, „Simo Leo, niech już będzie noc”. Ale Sima Lea jest w środku rozdziału i nie chce usłuchać.

Zaczyna się gadanie. Ojciec, matka, sąsiedzi – nikt nie chce zrozumieć: Dlaczego ona tak dużo czyta? Dniem i nocą nic, tylko czyta.

Trwa to tak długo, aż ktoś podejdzie i zgasi światło. Sima Lea siedzi tak jak przedtem, spogląda na ciemne kartki. Dopiero co tyle się działo – radowano się, biegano, wierzono, śpiewano. Teraz stronice są martwe. Nic tam nie ma. Świat się zatrzymał. Trzeba iść spać.

Gdy wszyscy leżą już w łóżkach, mama sobie przypomina:

– Jak mogę iść spać? Czy dzisiaj coś jadłam?

Ojca to obraża: – A co ja takiego jadłem?”

– Ty... – odpowiada mama – ty... Przyniosłam połowę chleba dziś rano, wieczorem drugą połowę, gdzie się to wszystko podziało?

Córka nie wtrąca się do tego sporu. Myśli sobie, że to dziwna sprawa z tymi kartami książki. Gdy światło jest zapalone, książka jest żywa – kipi, porusza. A gdy się zrobi ciemno – wszystko się kończy. Umiera jak wszystko, co martwe.

Wie, że głupio myśli. Oczywiście kiedy jest jasno, to widać litery, można czytać, a jak się zrobi ciemno, to nic nie widać, nie da się czytać. A jednak ciągle o tym myśli.

Jeśli człowiek położy się wcześnie spać, budzi się skoro świt. Pierwszy ubiera się ojciec.

A kiedy tata wymyka się z domu, mama dobiera się do córki.

– Czytaj, Simeczko, czytaj! Książki dadzą ci jeść. Poczekaj no, poczekaj, niedługo ojciec będzie musiał chodzić po domach, ja zostanę praczką, a ty – służącą. Czytaj książki, czytaj dalej!

Ten oto dom kojarzy mi się często z pewnym wierszem. Znajomym wierszem, którego nie lubię. Wierszem, który jest bardzo popularny, co nie jest szczególnie dobrym znakiem. To wiersz recytowany po każdym pogromie, kiedy zdarzy się jakieś nieszczęście, i jest taki piękny i taki wyrafinowany jak żydowskie nieszczęście:

„Umarłym dajcie na całun,

żywym dajcie chleb”.

Znacie ten wiersz? Brzmi całkiem nieźle, prostolinijnie i współczująco. Spróbujcie go jednak bliżej zanalizować.

Gdy jednym tchem powiada się: „Umarłym dajcie na całun, żywym dajcie chleb”, to żywi są także umarłymi, ale takimi, którzy muszą jeść.

Ale jaki trup będzie na tyle zuchwały, żeby uderzyć pięścią w stół: „Dajcie mi całun!”? To by się dopiero podniosła wrzawa ze wszystkich stron: „Idź sobie spoczywać w pokoju !”.

Żywy również musi leżeć albo sterczeć jak nieboszczyk i czekać, aż ktoś przyjdzie z własnej woli i z dobrego serca i odetnie kawałek chleba z bochenka, tak jak się odcina kawałek płótna na całun.

I jeszcze jedno. Gdy się „daje umarłym na całun”, wszystko jest już w porządku. Nie było jeszcze takiego nieboszczyka, który by się jeszcze czegoś domagał, który by nie poprzestał na tym, co ma i chciał czegoś więcej. To dlaczego żywi mieliby chcieć czegoś oprócz chleba? Przecież oni także są tylko trupami, trupami, które potrzebują jedzenia.

Co więcej, jaki oszalały higienista będzie rozkopywał grób, żeby za każdym razem przebierać zwłoki? Ubierz je raz i starczy. Zatem dajcie martwym na całuny i dajcie żywym chleb. Trupy numer 1 i trupy numer 2. Dajcie im ich porcje raz na zawsze i niech ich diabeł porwie....

Tak, to jest żałobny wiersz. Jakkolwiek na niego spojrzeć – jest żałobny. I bardzo popularny.

Czy możecie sobie wyobrazić o ile mniej byłby popularny, gdyby zawierał strofę: „Dajcie żywym więcej niż chleb?”

I o ile mniej byłby lubiany i nigdy nie cytowany kapryśny poeta, który by napisał następujący wers: „Dajcie żywym chleb i poezję”.

Wraz z Simą Leą i jej rodzicami tysiące rodziców zakrzyknęłoby: „Czytajcie, książki, czytajcie. Książki dadzą wam jeść”.

****

Co ich obchodzi wiersz? Na co im poezja? Muszą jeść. Dlaczego zawracacie im głowę głupstwami?

Ano właśnie dlatego, że nic innego dla nich nie istnieje; dlatego, że wszystkie zjawiska, wszystkie wydarzenia, wszystkie nadzieje, wszystkie zamierzenia się podarły, niczym ściany z papieru, a po tamtej stronie ściany ciągną się, ciągną się w nieskończoność brązowe i czarne kromki chleba – dlatego właśnie głód jest bardziej, o wiele bardziej niż prozaiczną kwestią.

Kiedy jest coś, co odpędza wszystko inne sprzed oczu, tak że widoczna jest tylko jedna rzecz: kiedy jest coś, co blokuje wszystkie dźwięki i oddźwięki, wszystkie jęki i szmery, i dźwięczy w uszach jak ciężkie miedziane dzwony – to jest to przebudzenie się krwi, wołanie o chleb, śpiew krwi.

Rzecz jasna, gdy się głoduje, to chce się tylko jeść, wyłącznie jeść.

Ale gdy wszystkie pragnienia splatają się w jeden węzeł, gdy wszystkie tęsknoty zlewają się w jedną łzę – płynie strumień poezji.

To czas, w którym wszystko jest sprasowane, zduszone, ściśnięte jakby obcęgami:

głód.

Sufit wydaje się wam obcy, a podłoga – wrogiem. Na krzesłach siedzą uciekinierzy z grobów – szkielety.

Nie możecie znieść strachu przed własnym domem. Wybiegacie na ulicę.

Domy stoją w spokoju, jak ciemne więzienia. Ludzie na ulicy szydzą z was, śmiejąc się wam prosto w twarz.

Jest wyjście. Jeden tylko ratunek: księżyc w pełni jest okrągłym bochenkiem chleba. Ale piekarz powiesił go tak wysoko, tak daleko...

Aby się z wami drażnić, żeby wam sprawić ból.

Wszystkie jasne okna mrugają w wielkomiejską noc: „To ty jesteś głodny, nie my, nie my”.

Syte samochody płyną miękko na cichych, grubych gumach, trąbiąc o swoim komforcie: „Jesteś głodny, ty, ty”!

Nawet konie dorożkarskie biegną wam naprzeciw: „Jadłyśmy owies i siano i pyszne, duszone obierki ziemniaczane”.

Jedzenie jest sprawą centralną i wszystkie pięć zmysłów obraca się wokół tego. Zapewne również szósty.

Rzeka wszystkich zdarzeń stanęła. Niezliczone kształty wzięły się za ręce, i wszystkie razem upadły i leżą na stosie. Wszystko w nieogarnionej pełni zgubiło swoje iskierki; w ogniu głodu ich cechy się złączyły, stały się jak wytarte monety. Są wyświechtaną, tępą, niesymetryczną rzeczą.

Wszystko się poddało. Tylko jedno przeżyło, które nie chce się poddać.

Z milionów został jeden...

I gdy wszystko to dzieje się w jednym miejscu – staje się to miejscem wielkiego snu:

Kiedy twoje otoczenie traci swoją siłę przyciągania, a obce kształty cię osaczają –

kiedy twoje ciało jest tak zalęknione, tak wyostrzone, gdy odcięło cały twój ból –

kiedy świat nie jest większy od twojego serca, a twoje serce jest nie mniejsze od twojej samotności –

kiedy strumień zdarzeń zamarza, i tylko twoja krew płynie i szumi, pełna tajemnic –

kiedy świat ze wszystkich swoich czterech stron pochyla się, pochyla się nad twoją nędzą i biedą, jak nad bezradnie i nago leżącym dzieckiem.

Wtedy ty, biedaku, będziesz uhonorowany – świat ułożył się w kwietny wieniec u twego wezgłowia...

I spoglądasz na niego jaki jest wielki. W czterech metrach sześciennych twojej przestrzeni spoglądasz na niego. Nie jesteś w stanie sięgnąć wzorkiem poza te cztery metry.

A wtedy on przyszedł do ciebie – długi, daleki, rozpostarty świat.

Tak jak cała i duża i święta ewangelia przyszła w malutkiej na wpół ciemnej izbie Soni i Raskolnikowa...

I zbierają się wszystkie odległości razem w jednym miejscu, wiec to miejsce musi rosnąć, być wysokie i jeszcze wyższe, Człowiek staje się wyższy, a świat piękniejszy...

To święta godzina. Wy, wszyscy krzyczący, złóżcie hołd! Teraz następuje cichutko zjednoczenie wszechświata. Przędzie się złota nić i wysnuwa się z czarnej ziemi aż do narodzin wizji, realizacja wielkiego marzenia.

„Trzeźwi” tego nie zrozumieją. Mają w zapasie pełny śmietnik żartów na temat „głodu” i „spraw wyższego rzędu”. Groteskowość sytuacji polega na tym, że najzabawniejsze z nich wymyślili sami ubodzy. Oni, którzy dla bogaczy piekli chleb i chłodzili wino, troszczyli się o dusze sytych... Czuwając nad tym, żeby mogli się czuć duchowo uprzywilejowani.

Nie szczędzono ostrych żarcików o dysproporcji między głodnym żołądkiem a wyższą materią. A zatriumfowała tania mądrość.

Rzecz jasna „trzeźwi” tego nie pojmą. „Trzeźwość” jest mądrością kieszeni palta człowieka. Poezja jest mądrością człowieka. Bogactwo jest blaskiem z zewnątrz, ubóstwo jest blaskiem od wewnątrz.

Dlatego właśnie: biedni rozumieją najgłębiej poezję.

Nie stawiajcie żadnej przegrody miedzy nimi a sobą, nie wmawiajcie sobie, że taki delikates nie jest dla ich wnętrzności.

Nie smażcie kotleta z całunów i chleba zmieszanych razem. Nie myślcie, że żywy nędzarz jest nieboszczykiem, który żuje i łyka...

Zważajcie na biednych, gdyż to właśnie w tym miejscu człowiek zaczyna być bogaty... Ponieważ tu mamy do czynienia z najsubtelniejszymi...

Izrael Sztern, „Forojs”, nr 6, 18 Lutego 1938, s. 2–3.
tłum. Bella Szwarcman-Czarnota

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 22 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3576787