Jak cadyk na kurację wyruszał

Na którejś stacji w pobliżu Koluszek, naokoło pociągu zdążającego do Krynicy, zrobiło się nagle gwarno, rojno, tłoczno i podniósł się wcale głośny wrzask. Zatupotały niezliczone nogi w korytarzu wozu drugiej klasy i popędziły w cwał do przedziału pierwszej. Tam rozpoczęły się ożywione i długie pogadywania, pokrzykiwania, wzdychania. Chrapliwy, gardłowy charkot słów we wnętrzu wozu mieszał się z matowem, monotonnym gadaniem stłoczonych na dworcu niezliczonych tłumów. Lśniły atłasowe chałaty, powiewały pejsy, buńczucznie wyglądały w rozczapierzonych od ekstazy rękach parasole. Bezustanny, przycichający, to znów wzmagający się wrzask żargonu, sprawiał wrażenie, że wagon obległy czarne, natrętne, rozbrzęczane muchy.

Cadyk

Wtem bulgotanie czarnych tłumów wzmogło się i przyprowadzony przez swoją świtę cadyk został uroczyście wpakowany do wagonu. Świta składała się z ośmiu wysokich, reprezentacyjnych, w średnim wieku osobników w długich surdutach. Sam cadyk – mały, siwobrody, chudy Żyd liczący lat ponad 60. Wobec objawów entuzjazmu swoich współwyznawców zachowuje się z niejaką rezerwą, wypływającą prawdopodobnie z piastowanej przez niego godności sławetnego cadyka ze Zduńskiej Woli [???Alter]. Cudotwórcy towarzyszy jego rodzina. Podstarzała okrągła piękność semicka piastuje godność małżonki. Młoda, przystojna córka cadyka ubrana bardzo elegancko i dystyngowanie, jest – jak można wnioskować – sekretarką swego papy.

Następca tronu

Jest również i "następca tronu", infant i spadkobierca nazwiska cudotwórcy. Jest to mały chłopak, najwyżej 8 lub 9-letni (a cadyk liczy sobie przeszło sześćdziesiątkę). O dziwo, mały "nie używa" pejsów i ubrany jest w zwykłe granatowe ubranko, nawiasem mówiąc, bardzo eleganckie. Rozmawia czystą, ładną niemczyzna, bez śladu żargonu.

Święte dotknięcie

Pociąg za chwilę rusza. Chrobotliwa gadanina na stacji nie ustaje ani na chwilę. Czerń czarnych chałatów oblega pociąg tak, że zdaje się, iż za chwilę pod naporem tłumu wagony wykoleją się z szyn. Na krótko przed odjazdem cadyk ukazuje się w oknie wagonu i podaje stojącym najbliżej rękę. Ci chwytają i trzymają przez chwilę ściskając, a następnie podają swoje zaszczycone tem dotknięciem dłonie innym czarno-atłasowym, pejsatym wyznawcom. Tamci, po dotknięciu ich rąk, wyciągają ręce i podają tym, co stoją jeszcze dalej. W ten sposób oddają dotkniecie cadyka. Niektórzy kontentują się dotykaniem wagonu, którym jedzie cadyk.

Pocałunek z lokomotywą

Tymczasem przy gotującej się do odjazdu lokomotywie dzieją się rzeczy niesamowite. Kilka smętnych czarno-atłasowo przybranych postaci z malowniczymi pejsami uwija się koło syczącego i prychającego parą parowozu. Szepczą jakieś niesamowite zaklęcia, głaszczą ściany maszyny, rzewnie i z uczuciem je całując. Są to prośby do lokomotywy, aby szczęśliwie dowiozła cudotwórcę na miejsce.

***

Ale wielkość cudotwórcy okazała się dopiero w całej pełni na dworcu krakowskim. Pociąg wjechał po prostu w żywe, czarne, rozdygotane i rozwrzeszczane mrowie. Jak się okazało, wszystkie peronówki były już wykupione poprzedniego dnia. Jeśli ktoś z aryjczyków chciał w tym dniu dostać się na dworzec, musiał zamiast peronówki kupować bilet do którejś z pobliskich stacyj. Nie było innego sposobu.

Tłumy były tak zwarte i nieustępliwe, a tak w ekstazie i zachwycie dla cudotwórcy pogrążone, że nie wiele nawet mogła zdziałać interwencja policja, usiłując utrzymać jakikolwiek porządek. Gdzie tam! Miało się wrażenie że można by tych wpółprzytomnych, jakby opętanych żydków kłuć szpilkami, na pewno nie poczuliby wiele. I w istocie nic nie czuli i nic nie rozumieli, albowiem podeptali i stratowali w tym fatalnym tłoku jednego ze swoich wyznawców.

Separacja małżonków

W pewnym momencie przez zwarty tłum przepchnął się w sposób co najmniej niepojęty niesamowity jakiś gentelmen z walizką i sapiąc z utrudzenia po przebyciu tylu przeszkód, wwindował się do wagonu. Po chwili, kiedy oprzytomniał nieco, wychylił się przez okno, nawołując rozpaczliwe jakąś panią, która na próżno usiłowała przedrzeć się do wagonu. Wtem pociąg ruszył. Nieszczęsna niewiasta, w zbakierownym bynajmniej nie przez kaprys mody kapeluszu, nadaremnie czyniła wszelkie wysiłki. „Czarne morzeh ani nie drgnęło.

– Przyjeżdżaj do Krynicy następnym pociągiem! – jęknął odseparowany małżonek i usiadł z rezygnacją na walizce, albowiem innych miejsc we wnętrzu wagonu nie było.

Za odjeżdżającym pociągiem leciały rozczapierzone, powiewające połami atłasowymi kapot, groteskowe postacie.

„Nowiny Codzienne", 12 września 1939 r.

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 43 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3581167