Sto lamp, taniec z chałą i precz z kobietami. Reportaż z wesela chasydzkiego

    Zaproszenia już były rozesłane na tydzień przedtem, że w tym to oto właśnie dniu stycznia 1934 roku odbędą się w sali paryskiej uroczyste zaślubiny Ester i Mosze. I że uroczystość, na którą zapraszają rodzice narzeczonych, rozpocznie się o godzinie 9 wieczorem.

     W świetle stu lamp

    Jedzie się daleko, daleko, aż na ulicę Muranowską. Tu mieści się słynna sala paryska, gdzie odbywają się przeważnie śluby i wesela. Trzeba wejść na pierwsze piętro. Klatka schodowa pomalowana jest na niebiesko ze złoceniami. W szatni już jest pełno osób. Kobiety w sukniach wieczorowych, ale są i wieczorowe strojne toalety. Mężczyźni przeważnie w długich, typowych surdutach. Kilku młodszych w marynarkach. Ba, jest nawet kilka smokingów. Wszyscy z nakrytymi głowami. Co elegantsi – w melonikach.
    Kobiety idą do dużej sali przywitać się z narzeczoną. Młoda, siedemnastoletnia Esterka z okrągłą, trochę piegowatą twarzą i śmiesznie zadartym noskiem, siedzi poważnie w białej sukni z trenem i w welonie, w białych rękawiczkach i z bukietem w ręku – sztywno i nieruchomo – pod jakby małą altanką czy bramką z małych lampeczek elektrycznych. Altana umieszczona jest, niby tron, na wzniesieniu. Do Esterki przechodzi się przez długi szpaler siedzących na krzesłach cioć i kuzynek – niby dam dworu, i składa się jej życzenia.
    W dużej sali o froterowanej posadzce jest pełno kobiet, orkiestra gra smętne walczyki i namiętne tanga.
    – Czy mogę panią prosić?
    Jedna kobieta prosi drugą. Obejmuje ją wpół i tańczą. Tańczą same kobiety. Nie wolno tańczyć z mężczyznami.
    Co robi pan młody?
    Pan młody znajduje się w innej sali. Przybył nieco później niż panna młoda, bo wyprawiał pożegnalny wieczór kawalerski. A teraz drobny i mały, z jasnemi i kręconymi włosami i rzadkim zarostem, przyodziany w nowy chałat, siedzi przy stole jakby zagubiony w ciżbie czarno ubranych, gardłowo i chrapliwie szybko mówiących mężczyzn. Z tej natrętnie gadatliwej ciżby wybija się od czasu do czasu jakiś młody, dźwięczny śpiewnie-melodyjny głos recytujący coś pośpiesznie. Przemówienia te przyjmowane są wybuchami śmiechu.
    – Co to jest? – To pouczenia dla pana młodego. Wierszowane. Młoda żydóweczka tłumaczy mi teksty przemówień.
    Z boku, przy drzwiach, stoi młody, może piętnastoletni żydziak. Ma dziwnie ładną twarz, delikatną i taką, jakby mógł mieć jakiś szejk arabski. Ale przy tem wszystkiem ma ponury wygląd i groźnie zmarszczone brwi.
    – Kto to? – Otrzymuję odpowiedź, że to jest młodszy brat pana młodego. Dlaczego jest taki ponury? – Bo jest bardzo pobożny i wcale nie chciał tu przyjść, gdzie jest tyle kobiet. Urodny jest.

    Taniec z chałą

    W pewnej chwili robi się gwałtowny ruch i zamieszanie. Już, już przyjechał sam wielki rebe z Lublina, co obiecał panu młodemu, że mu ślubu udzieli. Jest akurat godzina druga w nocy. Panna młoda może nareszcie zejść ze swojego tronu, gdzie siedziała nieruchomo od godziny dziewiątej. Podchodzą do niej jacyś starzy ludzie i mówią coś gwałtownie i szybko. I jeszcze jakaś stara kobieta coś mówi – to, jak się okazuje, rodzice obojga młodych. Tłumaczą oblubienicy, jaki skarb otrzymuje. Że Mosze jest młodzieniec jak złoto. Esterka przyjmuje te nauki wybuchem głośnego płaczu. Po chwili robi się jeszcze większe zamieszanie, pannie młodej zarzucają na ramiona futro i prowadzą ją pod baldachim. Tam też jest pan młody. Ów baldachim znajduje się na odkrytym balkonie, pod gołym niebem, jak wymaga rytuał. Tłum gości weselnych pcha się na ten właśnie balkonik, gdzie płoną pochodnie i skąd dobiega głos rebego, dopełniającego obrzędu zaślubin.
    Po kilku minutach, wśród straszliwego ścisku – państwo młodzi już powracają – zaślubieni. A przed nimi tańczy stara, chyba tak stara jak świat, babcia panny młodej, z bindą na głowie, w atłasowym kaftanie. Babcia tańczy trzymając w ramionach dużą, plecioną chałę.

    Wesele

    Zaraz po tej ceremonji wepchnięto Mosze i Esterkę do bocznego, przylegającego pokoiku. Esterka wychodzi stamtąd po kwadransie i odbiera życzenia.
    Dlaczego panią tam wepchnięto? – Taki jest zwyczaj – odpowiada Esterka. Żeby się młodzi sobie przyjrzeli i porozmawiali.
    I zaraz rozpoczęła się uczta. I rosół z wątróbek z pasztecikami i karp faszerowany z szarym sosem. Była słodka wódka i wino też bardzo słodkie, zbliżone smakiem do miodu – wino Karmel. Tradycyjny marszelik śpiewa improwizowane piosenki na temat młodych oraz obecnych gości. Przy stole siedzą mężczyźni i kobiety. Ale w drugiej sali, przy długich stołach, na drewnianych ławkach są sami mężczyźni, w chałatach, w jarmułkach. To ci, którzy gardzą zdrożnym postępem – kobieta jest stworzeniem nieczystem i nie jest godna zasiadać przy jednym stole z mężczyzną.
    Po uczcie rozpoczynają się tańce. I znów kobiety tańczą z kobietami. Zatańczcie ze mną prosi panna młoda – chciałabym jeszcze raz zatańczyć ładne tango. Nagle kręcące się na sali kobiety cofają się. Z korytarza, wysuwa się długi, czarny wąż trzymających się za ręce, powiewających połami kapot, mężczyzn. wszyscy przeważnie starsi, brodaci, poważni – kupcy. Utworzyli koło i tańczą przyśpiewując monotonnie. – O tam tańczy mój tatuś – ucieszyła się Esterka. Zgromiła ją spojrzeniem jej świekra, mała, chuda kobiecina, w czarnej jedwabnej sukni. A potem opowiada zgromadzonym kobieto, jak to
    Mosze jest dobrym synem, i jak powiedział, że tylko taką żonę weźmie, która się jego rodzicom spodoba.  – To jak swatka zaprowadziła nas do rodziców Estery - to ona nam się spodobała – to się pobrali – kończy mama. O świcie skończyło się wesele. Egzotyczne wesele w warszawski ghetto.

    „Nowiny Codzienne”, 28 stycznia 1934 r.

 

 

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 24 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3578543