Tajemnice Nalewek. Nieznany dyskontier – Zilberlast

     Czyście kiedy, Czytelnicy, potrzebowali kredytu? Wiem, że to pytanie retoryczne. Ale czyście go próbowali znaleźć w północnych dzielnicach miasta? Ja próbowałem i znalazłem. Przez protekcję właściciela jednego przedsiębiorstwa, który nieraz do tego źródła się uciekał w potrzebie.
     Odwiedziłem w mieszkaniu prywatnem p. Goldstauba. Zaznaczam, że nazwisko to nie jest prawdziwe. Cóż – musiałem się zobowiązać słowem, że go nie zdradzę. Mój znajomy zamierza widać jeszcze niejednokrotnie zapukać do kieszeni jegomościa, którego ukrywam pod pseudonimem – Goldstaub.
     Dyskonter był uprzedzony o mojej wizycie. Przyjął mnie uprzejmie w pokoiku, któryby, według naszych pojęć, musiał należeć do jakiegoś nędzarza. Mocno podniszczone tapety, pochodzące zapewne jeszcze z okresu przedwojennego, stół niemniej sfatygowany, kilka krzeseł, zakurzone firanki i swoisty aromat strzyżny. Gospodarz był żydem nowoczesnym. Gładko ogolony, ubrany w garnitur marynarkowy, wyglądał prawie tak wytwornie, jak polscy autorzy rewjowych przebojów. Postać jego dziwnie nie harmonizowała z brudem mieszkania.

     Znajomy

     – Muszę panu wyjaśnić – zaczął mój rozmówca – że ja weksli nie dyskontuję. Znam takiego jednego, co ma pieniądze i przez grzeczność pośredniczę.
     – A ten znajomy? – zapytałem – jak się nazywa?
     – To ja nie mogę powiedzieć. Pan mnie rozumie, prawda?
     – Rozumiem, rozumiem.
     Wiadomo, że nasz kodeks karny przewiduje jakieś tam kary za lichwę.
     – Więc jaki pan ma matejał? – zapytał Goldstaub.
     – Taki mały wekselek na 300 złotych płatne 8 października. (Muszę zauważyć, że rzecz działa się w końcu sierpnia).
     – Znaczy się trzymiesięczny.
     – Pan źle liczy. Przecież to zaledwie półtora miesiąca.
     – Licz pan na palcach. Sierpień, wrzesień, październik. Nie? U nas się operuje całemi miesiącami dla uproszczenia rachunku zwłaszcza przy tak małym wekslu.
     Zaczyna się między nami długa dyskusja. Wykazuję czarno na białym, że jest tylko 44 dni, że banki tak właśnie liczą na całe dni, że więc nie ma powodu płacić odsetek za całe miesiące. P. Goldstaub rozkłada ręce bezradnie.
     – Pan może i ma rację, ale co ja poradzę? Ten mój znajomy to nie bank. On inaczej nie chce. Jabym bardzo chciał panu dopomóc. Pan rozumie – przez grzeczność, ale jak to wytłumaczyć temu znajomemu?
     – Niech już będzie trzy miesiące. Ale jaki procent?

     8 procent miesięcznie

     – Przy większych wekslach to mój znajomy liczy czasem i bankowy procent, ale przy takim małym to jest dużo roboty w stosunku do małej sumy. Więc trzeba coś policzyć więcej, Niech będzie 8 procent.
     – To znaczy, że dostanę 273 złote? – pytam.
     – Czekaj pan, to jeszcze nie koniec. Ja panu robię grzeczność, ale musi mi pan dać prowizję. Od większych weksli, to jeden procent, a taki mały… Zresztą, to już jak pan uważa…
     – No to niech będzie 1 procent.
     – To ja spróbuję zrobić ten weksel. Tylko dzisiaj nie będę miał czasu pójść do tego znajomego. A jutro to też nie wiem. Chyba pojutrze, jak mi coś pilnego nie przeszkodzi. – P. Goltstaub nagle złapał się za głowę.
     – Ja pojutrze mam jedną bardzo ważną sprawę. Byłbym zapomniał. To niech pan przyjdzie kiedy indziej.
     – Ale ja już potrzebuję pieniędzy.
     – Chciałbym jakoś to zrobić, ale trudno.
     – Niech pan się postara, bardzo pana o to proszę. Nawet dałbym 3 procent prowizji dla pana, żeby to mogło być prędko.
     – O prowizję się nie rozchodzi, tylko, żebym ja miał czas. Spróbujemy zatelefonować.
     P. Golstaub połączył się szybko. Rozmowa toczyła się w jakimś nieznanym mi języku. Może po węgiersku, albo po rumuńsku. W każdym razie rezultat był pomyślny.
     – Ten znajomy mówi, że on da pieniądze. To ja panu tymczasem dam ze swoich. Należy się 264 złote.
     Po chwili miałem już pieniądze w kieszeni. Obliczyłem sobie stopę procentową: 8 procent miesięcznie – 96 rocznie…

     Wykupuję weksel

     Są chwile w życiu, kiedy trzeba płacić weksle. Przyszedł fatalny 5 październik. Z trudem uzbierałem 300 zł i pobiegłem do banku wykupić weksel. A jakże – banku. Otrzymałem piękną karteczkę z zawiadomieniem, że weksel można wykupić w jakimś przemysłowo-handlowym czy depozytowo-kredytowym, oczywiście, spółdzielczym banku w okolicy Nalewek.
     Bank nie był zbyt reprezentacyjny. Wejście z podwórza, drugie drzwi na prawo, pierwsze piętro. Za ladą siedzi jeden żyd chałatowy i jeden marynarkowy.
     – Chciałbym wykupić ten weksel.
     Pokazuję zawiadomienie. Po chwili widzę już swój weksel, za który wpłacam 300 zł. Oglądam go i uderza mnie dziwny podpis, który oddał weksel do inkasa. Jakiś hieroglif: dwie literki, które z równym powodzeniem mogą oznaczać Hf, jak Kl, jak Mł. Zagadka. Żadnego adresu, żadnej wskazówki, co to za tajemniczy jegomość polecił bankowi odebrać ode mnie gotówkę. Nad tym hieroglifem tylko te podpisy, z którymi przyniosłem weksel, do Goltstauba. Ten hieroglif to nazwisko tajemniczego nieznajomego – dyskontera. – Kto to może być? – zapytuję żyda chałatowego.
     – Nie wiem.
     – Jak pan może nie wiedzieć?
     – Bardzo proste. Tu przyszedł taki jeden i dał kwit, że on wziął weksel do inkaso. Jak on przyniesie kwit, to dostanie gotówkę za weksel. A kto to jest? Ja nie mogę wiedzieć.
     – Ale pan musi wiedzieć. Przecież takie są przepisy.
     – To może dyrektor wie. Żyd chałatowy wskazał na żyda marynarkowego, który już przysłuchiwał się rozmowie. Pytającym wzrokiem spojrzałem na pana dyrektora. Tymczasem pan dyrektor zaczął szwargotać z pierwszym żydem. Po chwili zakomunikował:
     – On podał nazwisko, my to mamy zanotowane w książce. Zaczął wertować w jakimiś notesie. Po chwili zakomunikował poważnie: Zilberblast. Nowolipki 17. Taki adres podał.
     Nie ma Zilberlasta
     Poszedłem na Nowolipki 17. Długo szukałem Zilebrblasta. Ale cóż: nie mogłem go znaleźć, nie mieszkał w tej kamienicy. Tak więc próba ujrzenia dyskontera spełzła na niczym. Widziałem tylko uprzejmego pośrednika i dyrektora "banku spółdzielczego", który, biedaczek, nie wiedział, kto mu daje weksle do inkasa.
     Przyznam się wam, drodzy Czytelnicy, że mam wątpliwości co do tego, czy Zilberblast w ogóle egzystował. I co do tego, czy tajemniczy hieroglif na wekslu nie był nie był postawiony dłonią p. Goldstauba. Zresztą i rola banku spółdzielczego w tym interesie nie jest taka jasna…. Ale kogo pociągnąć do odpowiedzialności karnej za lichwę?

     "Nowiny Codzienne", 26 listopada 1934 r.

 

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 62 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3575619