Tu mówią pisarze hebrajscy. O polsko-żydowskim porozumieniu kulturalnym

Josef Heftman, wiceprezes hebrajskiego Pen Clubu, długoletni redaktor „Hajom”, „Hacefiry” i „Haboker”.

Jasne, otwarte postawienie sprawy, jak szczerą i otwartą jest twarz mego rozmówcy, obramowana aureolą srebrno-siwych włosów.

– Sprawę zbliżenia świata literatów polskich i hebrajskich – powiada red. Heftman – należałoby postawić na innego zgoła płaszczyźnie, bez porównania szerszej, ogólniejszej.

Był czas, kiedy zbliżenie to mogło rokować najpiękniejsze nadzieje na przyszłość. Były czasy Orzeszkowej, Klemensa Junoszy, Gomulickiego, kiedy problem żydowski znajdywał gorliwych obrońców w łonie literatury polskiej. Pisarze polscy, których olbrzymia większość sercem i duszą stała u boku bojowników niepodległości, współczuła serdecznie synom narodu, od wieków jarzmo niewoli i diaspory znoszącego.

Już pierwsze jednak lata po zmartwychwstaniu Polski niepodległej przyniosły radykalną zmianę stanu rzeczy. Kosmopolityzm i oddech na miarę światową literatury polskiej uległ wydatnemu zwężeniu. Rozpoczął się okres intensywnej pracy u podstaw, podstaw nacjonalizmu polskiego, stawiającego wysokie, potężne mury dla odgrodzenia się od zewnątrz.

My, Żydzi, pozostaliśmy niestety na zewnątrz. Piękne próby, wielokrotnie zresztą ponawiane, próby nawiązania kontaktu między literatury obu narodów, spełzały z reguły na niczym.

Nie było w tym niczyjej winy. Winnym był jedynie stan rzeczy. Bojownicy o wolność narodów w myśl słynnego powiedzenia Wielkiego Marszałka: „wysiedli na przystanku, zwącym si – Niepodległość”, my zaś, niestety, do przystanku owego jeszcześmy nie dotarli.

Na drogach rozstajnych urwała się nić pierwszego zbliżenia.

Późniejsze próby? Było ich wiele. Przy okazji wspomnę przyjęcie Bialika przez Pen Club polski w Warszawie, komitet propalestyński, który swego czasu cieszył się tak serdecznym poparciem byłego ministra Skrzyńskiego, a później p. Zaleskiego. Usiłowano może dokonać czegoś, niemrawe jednak te wysiłki do snu ułożyły wiecznego komitet sławetny. Zmarło się biedakowi na śpiączkę.

Przy dość dużej aktywności pisarzy hebrajskich, jeżeli chodzi o popularyzację literatury Polskiej w Palestynie (za przykład niechaj służą piękne przekłady klasyków polskich Lichtenbauma, antologia Jehudy Warszawiaka i wiele, wiele innych prób) razi po prostu zupełny brak zainteresowania ze strony pisarzy polskich. Sporadyczne zapowiedzi jednostek o zamiarach dokonania wyłomu w murze uprzedzeń i niechęci, nie znajdują potwierdzenia w czynach.

Słynne ostatnio „Chapeaux bas!” Nowaczyńskiego minęło bez echa, jakkolwiek było świadectwem ciekawego zwrotu pisarza o zdecydowanej postawie ideologicznej.

Zastanawiam się często nad powodami owego „muru chińskiego”. I doszedłem do wniosków dość oryginalnych.

Dzień, w którym literat hebrajski otrzyma ojczyznę swą, dzień, w którym państwo żydowskie stanie się faktem dokonanym, literat hebrajski uzyska pełne prawa obywatelskie w rodzinie ludzi pióra.

Czyż nie jest zastanawiający ów „głód ziemi” w ostatniej literaturze hebrajskiej? Czyż nie jest najlepszym potwierdzeniem teorii tej niezwykła poczytność „Błogosławieństwa ziemi” Hamsuna w przekładzie hebrajskim? Młodzież żydowska, a wraz z nią młoda literatura hebrajska z utęsknieniem oczekuje chwili wytyczenia granic państwa żydowskiego, gotowa w każdej chwili złożyć daninę krwi i pieśni w jego obronie.

Pewny jestem, że dzień powstania państwa żydowskiego będzie datą przełomową w dziejach literatury hebrajskiej, zmieni zasadniczo jej postawę i prestiż jej niepomiernie w całym świecie podniesie.

W dniu tym próba zbliżenia przedstawicieli literatury polskiej i hebrajskiej nie natrafi już na żadne trudności.

„Równi wśród równych”, równe prawa posiadać będziemy.


*


Jehuda Warszawiak! Któż z ludzi, dla których literatura i piśmiennictwo hebrajskie nie stanowią zamkniętej księgi, nie słyszał o nim, długoletnim generalnym sekretarzu Pen Clubu hebrajskiego, zasłużonym tłumaczu arcydzieł literatury polskiej, autorze pierwszej hebrajskiej antologii literatury polskiej, wydanej pt. Polin i rozprawy o literaturze polskiej pt. Meal gdot hawisła (Nad brzegami Wisły)?

Warszawiak nie bawi się w teorie, usiłuje przekonać nas wymową faktów.

– Stosunki wzajemne świata literackiego hebrajskiego i polskiego? Myśl nie nowa, pociągająca, a jak na „czasy pogardy” co najmniej niezwykła. My, literaci hebrajscy, nie mamy sobie nic do wyrzucenia. Przez długi czas cierpliwie i niestrudzenie czyniliśmy nieśmiałe z początku próby zbliżenia. Wychodziliśmy ze stanowiska, że płomień twórczego entuzjazmu, którym płonęła Palestyna, ożywczy duch płynący z fantastycznego, powtórnego rozkwitu obumarłego już niemal języka hebrajskiego przerzuci pomost ponad wzajemne uprzedzenia ludzi stojących na czele obydwu Pen Clubów. Szukaliśmy więc kontaktu, tego, owego bezpośredniego zbliżenia, mającego być zapowiedzią ściślejszej współpracy duchowej obu narodów.

Pamiętam dokładnie przepiękne, a jakże szczere przemówienie ś.p. Andrzeja Struga, z którym razem do Palestyny się udałem, wygłoszone na bankiecie Pen Clubu hebrajskiego w Tel Awiwie. Płynęły natchnione, serdeczne słowa nieodżałowanego wielkiego pisarza o zbrataniu narodów, o szczerej współpracy ludzi pióra nad stworzeniem wspólnego języka dla obu narodów: jednego zmartwychwstałego i drugiego, walczącego po dziś dzień o prawo samostanowienia o sobie.

Niestety, śmierć przedwcześnie z szeregów naszych go zabrała. Rzucił posiew, a żeńca nie zostawił.

W pamięć wryło mi się dokładnie odważne wystąpienia p. Marii Kuncewiczowej, która na bankiecie na cześć Jej, przez hebrajski Pen Club w Warszawie urządzonym, oświadczyła, że niezapomniane wrażenia, wyniesione z wycieczki palestyńskiej, nie pozwolą Jej nigdy przejść obojętnie obok problemu współpracy przedstawicieli obydwu literatur.

Czy sprawię wrażenie naiwnego, jeżeli stwierdzę, że do wystąpienia p. Kuncewiczowej, aczkolwiek dotychczas nie potwierdzonego czynem, przywiązywać będę nadal dużą i istotną wagę?

Czy wspaniałe listy i wrażenia palestyńskie Nowaczyńskiego (którego trudno podejrzewać o filosemityzm), nie kazały przypuszczać, że coś zmienia się na lepsze w istniejącym stanie rzeczy?

A komitet propalestyński, utworzony jeszcze w roku 1932 przez rząd polski, komitet, na czele którego poza ks. Lubomirskim stanęło wielu ludzi pióra interesujących się wówczas literaturą i sztuką nowohebrajską, nie uprawniał nas do daleko idących nadziei? Wspomnę jeszcze mimochodem serdeczne przyjęcie, jakiego doznał Bialik ze strony Pen Clubu polskiego w Warszawie. Wierzyłbym wówczas, że każdy dzień na lata mierzyć będziemy, że coś... już...

Obiektywne wrażenia, jakie wyniosłem z owych „dni górnych i chmurnych”?

Idea współpracy, zbliżenia i wzajemnego poznania obydwu literatur nie jest utopią. Przeciwnie, jest nawet nakazem chwili, która obarcza nas, literatury tej przedstawicieli, pewną misją dziejową. Niech mi wolno jednak będzie wyrazić sąd mój osobisty, że gdyby „u góry” prasy polskiej stali przedstawiciele genetyczni społeczeństwa polskiego (nie obwijajmy rzeczy w bawełnę: aryjczycy!!!), zbliżenie to byłoby bardziej możliwe.

Bezsporny, a zastanawiający jest fakt zupełnej obojętności na sprawę zbliżenia obydwu literatur ze strony pisarzy polskich pochodzenia żydowskiego, których zdolności i talent postawiły na czoło Parnasu polskiego.

Wierzę, że jest jeszcze wyjście z owego bezhołowia, wierzę, że przyszłość przyniesie nam zwrot decydujący, a zasadniczy.


Leon Eljot


"Nowy Głos”, 26 czerwca 1938 r.

http://ebuw.uw.edu.pl/dlibra/plain-content?id=4505

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 62 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3575620