Dynezon (wspomnienia i refleksje)

Poznałem go, gdy już był siwym dzieckiem, wpatrzonym w bystre oczy Pereca.

Było to o fatalnym zmroku, podczas pierwszej wiosennej ofensywy niemieckiej, kiedy Warszawę zalała fala bezdomnych, i Perec poprzez zapłakaną, wilgotną szybę spoglądał bezradnie na skłębione w rozpaczy dziatki żydowskie. Serce w nim płakało, a tuż obok niego Dynezon, siwe dziecko szlochające prawdziwemi łzami.

A gdy Perec przezwyciężył ból i runął na swoje ulubione biurko, by skreślić powiastki dla bezdomnych dzieci, Dynezon ucieszył się, jak gdyby sam był tym dzieckiem.

W wigilję święta Pesach Perec urządził u siebie pierwszą czytankę nowych powiastek.

Gdyśmy przyszli, wielki majster krzątał się jeszcze dokoła niektórych bajek, kreślił nerwowo, przykucnąwszy na krześle i spod „półksiężycowych” szkieł, nasadzonych na sam koniec nosa, pomrugiwał dobrotliwie na Dynezona.

Dynezon naturalnie mocno się niepokoił o losy pewnej strofki, która nie udawała się mistrzowi, jako że obfitowała w kapryśne rymy i w ogóle buntowała się przeciwko zasadom poetyki.

Siedzieliśmy cicho w kącie, przyglądając się dyskretnie tej wymownej scenie. Chwilami zdawało się nam, że Perec nie może pisać bez Dynezona, że musi go mieć przy sobie nie tylko jako pierwszego swego czytelnika. Dynezon był czymś więcej niż najbliższym wielbicielem: był on drugą połową duszy Pereca...

Takim go zastałem onego mrocznego wieczora, gdy Perec czytał swe powiastki, nie przeczuwając, że jest to jego ostatnie czytanie w życiu...

*

I po raz drugi widziałem Dynezona we łzach. Na wieczorze żałobnym po śmierci Pereca. Dynezon nie wyobrażał siebie w sytuacji człowieka, który przeżył Pereca. Robił wrażenie, że nie może sobie tego w żaden sposób wybaczyć. Czuł się jakby winnym i w łkaniu, które dławiły słowa słychać było zarówno żal do wyroków losu, jak i wyrazy przeprosin.

Tak, Dynezon przepraszał Pereca, że nie odszedł przed nim z tego świata...

*

A gdy osierociał i osamotniał Dynezon, przyszli doń ludzie polityki i jęli go zajmować. Dynezon był bierny, bezradny i dał się „wciągnąć”.

Pryłucki i Medem udekorowali Dynezonem pierwszy, wielki więc ludowy poświęcony szkole żydowskiej.

Dynezon siedział, a on augurzy – mówili. A na tym wielkim jarmarku partyjnym czuł się jeszcze bardziej osieroconym niż tuż po śmierci Pereca. Mógł być girlandą zdobiącą geniusz Pereca. Ale źle się musiał czuć wobec politykastrów, którzy poprzez Dynezona chcieli wywołać olśniewającego ducha jego zmarłego Mistrza.

*

Po raz ostatni: Dynezon na konferencji sjonistycznej.

Gdy schodziłem z trybuny, Dynezon odprowadził mnie do ogródkowego kuluaru i szczerze ściskał mi dłoń.

Nie wiedziałem czemu przypisać wrażenie, które nań wywarło moje przygodne przemówienie.

Dynezon nie był partyjnikiem i mało go interesowały swary frakcyjne w sjonizmie.

Jeśli wpadał w ferwor dyskusyjny, to jedynie na gruncie językowym.

Pewnego razu przekonywał mnie nawet gorąco, że żydzi nigdy prawie nie mówili po hebrajsku i z ledwością się zgodził, że w ciągu 150 lat był to jednak język żywy. Więcej nie mogłem w żaden sposób utargować, jakkolwiek cytowałem Wellhausena, Stadego i wszystkich świętych nowoczesnej bibelkrytyki.

Jednakże konferencja wzbudziła w nim olbrzymie zainteresowanie.

Siedział staruszek długiemi godzinami, nie zważając na niebywały upał dusił się z gorąca – ale słuchał.

Miał bowiem dla sjonizmu niemały afekt, jakkolwiek trząsł się ze strachu przed hebraizmem. Nie mógł nijak tych dwóch rzezy połączyć...

Usiedliśmy w kąciku, by wydobyć z niego przyczynę, dla której spodobał mu się tak bardzo mój „debiut”.

A przyczyna była tak prosta, jak prostą była dusza Dynezona: okazało się, że należę do sjonistów dobrze mówiących po żydowsku.

Dynezon aż mlaskał z zadowolenia. Po żydowsku trzeba umieć mówić! Ot i wszystko!

*

Była wtedy ciepła, wielogwiezdna noc i Dynezon przysłuchiwał się szczebiotom flirtujących hebraistek...

*

Postanowiłem napisać po tem feljeton o flircie hebrajskim. Sen nocy letniej.

Czyż przypuszczaliście, że jidyszystą, który zwątpił nieco w swój antyhebraizm podczas owej nocy konferencji był nikt inny – Jakób Dynezon, dziecko siwe wpatrzone w duszę ludu żydowskiego?

Jeżeli więc teraz już wiecie, to zachowajcie w pamięci tę ostatnią noc Dynezona, tak jak niezapomniana będzie ostatnia czytanka Pereca.

N. Szwalbe

„Życie Żydowskie. Tygodnik społeczno-politczny, sprawom żydostwa i zagadnieniom sjonizmu poświęcony”, 12 września 1919 r.

http://ebuw.uw.edu.pl/dlibra/publication?id=9472&tab=3

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 18 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3618370