„Chesedlech” i „Chesed szel Emes”

Nazwa „Chesed szel Emes” 1 wzbudza w człowieku strach, przerażenie – pachnie śmiercią. Jednak – bez obaw. Jest takie powiedzenie: „Skoro babcia umarła w łóżku, to ja nigdy do łóżka się nie położę”...

„Chesed szel Emes” to nie jest bractwo pogrzebowe. To instytucja działająca w Warszawie, na podstawie zezwolenia władz, mająca na celu ratowanie Żydów przed wykonaniem sekcji zwłok.

Kim są członkowie „Chesed szel Emes”? Jakie jest ich zadanie? Co z tego mają?

Każdy, kto umiera w szpitalu, idzie prosto pod nóż, a żydowskie prawo religijne – jak wiadomo - zabrania krajania zwłok. Kiedy umierał ktoś bliski, rodzina pilnowała, spała w szpitalu, stała na straży – aby tylko nie dopuścić do zbezczeszczenia zwłok. Władze szpitalne są jednak od niej mądrzejsze, silniejsze; zmarły pozostaje w ich władaniu, „Jak glina w rękach garncarza” 2. Nim zawiadomią rodzinę o nieszczęściu, robią z nieboszczykiem to, co trzeba. Kiedy rodzina przyjdzie, jest już po wszystkim. Krzyczą histerycznie, zawodzą, ale to pomoże jak umarłemu kadzidło.

Pan Dawidowicz jest dyrektorem banku. Nie jest pobożny, nie zna żydowskiej tradycji, lecz – jak powiada – słyszał w synagodze Nożyków, że dopuszczenie do wykonania sekcji zwłok to ciężka przewina. „Moja Tobcia tego nie zniesie, ona tego nie wytrzyma...” – spazmował.

Kiedy tatulek zmarł na „niewymawialną” chorobę, czyli tę, z której nie można się wyleczyć – cóż można było poradzić... Dlaczego nie posłuchano, kiedy Zosia prosiła:

– Nie dawajcie go do szpitala, znacie przecież jego sytuację. On nie jest już młody, przekroczył osiemdziesiątkę... cierpi na „chorobę”... więc po cóż zabierać go do szpitala? W domu pilnujemy go jak oka w głowie – błagała zmiłowania, chciała rzucać się pod nogi, lecz nie chciano jej słuchać.

Rodzina stoi na dziedzińcu szpitala koło chłodni. Skamieniała z bólu.

– Tatuś! Tatuś! – krzyczy Tobcia, najstarsza córka. – Tatuś, taki cadyk, wpadł w łapska tych rzeźników! – i zanosi się płaczem.

Warszawscy Żydzi postanowili stawić opór, walczyć z władzą, z dyrekcją szpitali.

Josef Pinkert jest młodym człowiekiem, nie przekroczył jeszcze trzydziestki. Podejmuje się stanąć na czele tej akcji. Trzeba walczyć ze wszystkich sił, a Bóg tej walce dopomoże.

Pan Pinkert to młodzieniec niczego sobie. Pochodzi z bogatego, religijnego, ortodoksyjnego domu. Nosi nowe, modne ubranie: koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i mankietami zapiętymi na połyskujące spinki, lakierowane pantofle, fryzura gładko zaczesana. Kapelusza nie nosi. Kiedy jest w biurze, ma na głowie okrągłe jebko (kopl), tak jak jest to przyjęte u litwaków.

Organizuje nowe stowarzyszenie, które ma uchronić zmarłych Żydów przed wykonaniem sekcji zwłok.

W kręgach kupieckich i chasydzkich nie znajduje dla tej idei poparcia. Zwraca się więc do prostego ludu.

Kto należy do założonego przez Pinkerta stowarzyszenia „Chesed szel Emes”? Fryzjerzy, tragarze, piekarze wypiekający bajgle, szewcy, rybacy, masarze. Pinkert wydaje dwujęzyczne (w językach hebrajskim i polskim) karty członkowskie.

Zwraca się z oficjalną prośbą do władz, do Ministerstwa Sprawiedliwości. Ministerstwo odsyła go do naczelnego prokuratora Warszawy, który przypadkiem jest Żydem, synem Lozora, zwanego „Krowiarzem”.

Prokurator (Żyd) podpisuje „dekret” stanowiący, że członek stowarzyszenia „Chesed szel Emes” ma te same prawa co policjant. Gdy człowiek padnie na ulicy, ten kto przybędzie na miejsce jako pierwszy, ma prawo do zmarłego. Jeśli pierwszy przybędzie policjant, „chesedl” 3 nic nie może zrobić. A jeśli szybszy jest „chesedl”, wyciąga z kieszeni legitymację i trup należy do niego, policjant nie może go nawet tknąć. Przegrał. Tak dosłownie stanowi ów „dekret”.

Pinkert był popularną postacią w Warszawie. Jeśli człowiek padnie na ulicy, błyskawicznie przybywa „chesedl”. Stoi i pilnuje, aż przybędzie wóz „Chesed szel Emes”.

Kiedy Żydowi zemrze się na daczy na „linii otwockiej”, w Miedzeszynie, Michalinie, Świdrze lub Otwocku – zaraz informuje się Pinkerta, a on już wie, co robić.

Pan Kamieniecki, znany handlarz futer z ulicy Nowiniarskiej, zmarł nagle w pensjonacie Zolberga 4 w Otwocku – od razu telefonuje się do Pinkerta. Ten migiem zamawia taksówkę, zabiera ze sobą dwóch elegancko ubranych pomocników, żeby nie wydało to się komuś podejrzane, sadza umarlaka pośrodku; obaj towarzysze podróży palą papierosy, więc zmarłemu też wsadzają w usta fifkę i – jazda! Kiedy taksówka dojeżdża do mostu Kierbedzia, policjant chce zatrzymać ją do kontroli. Pinkert umie go przekabacić; policjant salutuje i jadą dalej...

Na Pinkercie można polegać. Najtrudniejsze akcje przeprowadza pod nosem policji.

Oto jakiś Żyd upadł i tyle z tego... Policjant z daleka zauważył, że coś się stało, leci, pędzi. Moniek wyszedł z zakładu fryzjerskiego. Nadchodzi policjant. „Spóźnił się pan, panie władzo” – powiada mu „chesedl”. – „Spóźnił się pan”.

Na ulicach Przejazd, Bonifraterskiej, Dzikiej stali na warcie – rozsiani po całej Warszawie - członkowie „Chesed szel Emes”.

Pinkert uznał, że za wielkie oddanie sprawie trzeba ich jakoś nagrodzić, wspomóc, żeby wyszli na ludzi. I rzeczywiście – członkowie bractwa pogrzebowego powoli zarzucali swoje poprzednie zajęcia.

Było to wówczas, kiedy Polska zawarła umowę z Palestyną. Polska eksportowała do Palestyny masło, jajka, a Palestyna wysyłała pomarańcze. Kto wcześniej mógł sobie pozwolić na kosztowanie pomarańczy? Tylko rekonwalescent po przebyciu ciężkiej choroby, po tyfusie lub zapaleniu płuc. W Polsce nastały nowe czasy. Można kupić pomarańcze na wagę. Za złotówkę, złoty i dwadzieścia groszy można dostać kilogram pomarańczy z naklejką, na której łacińskim alfabetem napisano: „Jaffa”.

Najbardziej zasłużeni członkowie bractwa otrzymują pozwolenia na to, żeby stać z wózkami na ulicy zupełnie legalnie i sprzedawać pomarańcze bądź artykuły sezonowe. Zimą sprzedają śliwki lub chałwę, a latem – truskawki, wiśnie, jagody, maliny lub lody oraz wodę sodową z sokiem. Porzucili swoje dotychczasowe zajęcia i wzięli się za handel. Zajmują się sprzedażą uliczną i nie muszą uciekać na widok policjanta.

Tak zagalopowaliśmy się w opowiadaniu, że zupełnie zapomnieliśmy o celu, jaki stawiało sobie bractwo „Chesed szel Emes”, a było nim wybawianie Żydów od pośmiertnego pokrajania.

Beniamin Dawidsohn, Warsze szel mate, Riszon le Cijon 1971, s. 187-192. Książka jest dostępna pod adresem: http://ia600301.us.archive.org/25/items/nybc204606/nybc204606.pdf
tłum. Anna Ciałowicz

1 „Chesed szel Emes” (hebr./jid., łaska prawdy) – stowarzyszenie pogrzebowe umożliwiające religijny pochówek ubogich i opiekujące się grobami; Towarzystwo Dobroczynne „Chesed szel Emes” (Ostatnia Posługa). [↑]

2 Jer. 18:6. [↑]

3 chesedl (hebr./jid.) – członek bractwa pogrzebowego Ostatnia Posługa. [↑]

4 W czasie istnienia getta w pensjonacie Jechiela-Meira Zolberga działał cheder. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 57 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3724294
UA-28053597-1