Mój sklepik i rady pewnego goja

Ber Ryczywół    Nazywam się Ber Ryczywół, mam 62 lata. Urodziłem się w Warszawie. Mieszkałem przy ul. Puławskiej 73

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
. Prowadziłem sklepik ze śledziami. Miałem żonę i czworo dzieci: trzy córki i syna. Jedną córkę przed wojną wydałem za mąż. Moja żona umarła z głodu w 1941 roku, dzieci zostały w Warszawie. Prosiłem je wtedy: "Chodźcie ze mną!". Ale one nie chciały. Bały się. Mnie też odradzały, ale ja powiedziałem, że muszę już iść. Co będzie, to będzie. Jak zginęły, tego niestety nie wiem. Już kilka razy rozmawiałem z nimi we śnie.
    Kiedy Niemcy wkroczyli do Warszawy, niczego mi nie brakowało. Handlowałem w sklepiku i miałem godny zarobek. W roku 1940, w Jom Kipur1, siedzimy w bóżnicy, kiedy wchodzi jakiś młodzian i powiada, że słyszał w radio, iż do 15 listopada Żydzi mają się wynieść z ul. Puławskiej. Z początku nie wierzyliśmy. Bo jak to? Tyle Żydów, prawie dwadzieścia tysięcy, będą przenosić? Jak to możliwe? Wysłaliśmy tego chłopaka, żeby posłuchał jeszcze raz. Wraca i mówi, że słyszał dokładnie: do 15 listopada żadnego Żyda ma na tej ulicy nie być.
    Co robić? Od razu posłałem dzieci do [żydowskiej części – A.C.] Warszawy, żeby wynajęły mieszkanie. Wynajęły pokój u kogoś na ul. Smoczej 8. Zapłaciłem za trzy miesiące z góry, a sam poszedłem do Urzędu Skarbowego, żeby poradzić się goja. Pytam:
    – Słuchaj pan, jesteś przecież moim przyjacielem, chcę, żebyś mi poradził, co mam zrobić z moim sklepikiem. Zabierać towar do miasta, czy nie zabierać?
    Skąd mogłem wiedzieć, że ten nieobrzezaniec to złodziej, hitlerowiec! Powiada mi, że sklepik z towarem mogę zostawić po polskiej stronie, choć sam będę mieszkać w getcie. I powiedział jeszcze, że dostanę przepustkę, która pozwoli mi handlować w moim własnym sklepie po polskiej stronie. Taką fałszywą radę dał mi ten nieobrzezaniec, któremu na wszystkie święta posyłałem drogie prezenty. Posłuchałem go i zostawiłem cały majątek, towar wartości pięćdziesięciu tysięcy złotych. Wszystkie posiadane pieniądze włożyłem w towar. Zostawiłem też dwa metry kartofli, trochę mięsa, myśląc – że co? Przeznaczę na handel, trochę ugotuję, a wieczorem przyniosę dzieciom do domu na zarobek. Przy sobie miałem tylko parę nędznych groszy.
    Czternastego, tzn. w piątek wieczorem, poszliśmy wszyscy do getta z myślą, że po szabacie, z Bożą pomocą, pójdę na polską stronę do sklepu. W szabat wstajemy. – Aj, nieszczęście! Aj, katastrofa! Inny świat. Getto jest zamknięte. Przy drutach stoją żandarmi i gumowymi pałkami biją każdego, kto chce przejść. Wielki płacz i zamęt. W ciągu jednej nocy wielu Żydów zostało nędzarzami. Wracają do domów z rozwalonymi głowami, poniżeni. Próbowałem przejść przez bramę, ale gdzie tam! Niemcy biją. Siedzieliśmy do Pesach, żyjąc ze skromnych oszczędności, aż zrobiło się jeszcze gorzej.

Ja, "górski" chasyd, muszę wejść w obcą skórę.

    Było to w roku 1940, przed Szawuot. Mówię do mojej żony: "Słuchaj! My tego nie przetrwamy. Dosyć tego! Długo tak nie pożyjemy, trzeba przecież coś jeść". Zmarniałem. Nie miałem siły chodzić. Powiadam jej: "Chodź, pójdziemy w świat. Co będzie, to będzie. Bóg nas nie opuści. Lepiej zginąć od miecza, niż umrzeć z głodu". Moja żona nie chciała słuchać. Nie chciała się nawet ze mną pożegnać. Mówię do niej: "Cipeszi, najdroższa! Widzisz przecież, że siły ze mnie uchodzą. Jak to się skończy?".
    Po Szawuot poszedłem. Kupiłem sobie gojski kapelusz, marynarkę. Poszedłem do brata i u niego zgoliłem brodę. Nie mogłem się stamtąd ruszyć, bo wstyd mi było chodzić bez brody. Kiedyś miałem długą brodę, kapotę i na każde święta jeździłem do "górskiego" cadyka. Było, minęło... Brata poprosiłem o pięćdziesiąt złotych, żebym mógł przekupić policjanta i wyjść z getta. Myślałem sobie: Jak ja wyjdę w takim przebraniu? Żydzi będą myśleć, że się ochrzciłem. Miałem jedwabną kapotę, to ją sprzedałem. Sam nie mogłem w niej chodzić, bo przecież wyglądałem już jak goj. Ale nikt nie chciał jej kupić. To mówię do ciotki Bajli: "Wiesz co? Uszyj mi spódnicę z czerwoną obwódką. Po polskiej stronie sprzedam ją jakiejś chłopce, a te pięćdziesiąt złotych, które pożyczyłem od brata, poślę moje Cypie, żeby miała na życie. I tak się stało". Posłałem żonie pięćdziesiąt złotych, a sam zostałem z dziesięcioma złotymi. Na tej spódnicy – myślałem – parę złotych zarobię. Prócz tego myślałem: niech no tylko wyjdę, a po tamtej stronie jedzenia mi nie zabraknie.
    Po Szawuot, w czerwcu 1941 roku, rano wyszedłem.
    Na ul. Granicznej przy bramie – nie ma policjanta. Stoi jakiś szajgec, pyta mnie, czego tu szukam. Mówię mu, że chcę się wydostać. "Może mi pomożesz?". Tamten mówi, że chce dziesięć złotych. Ja do niego: "Mogę ci dać pięć". Choć pięć złotych chciałem mieć na kawałek chleba. Tamten jakoś mnie przepuścił. Jestem po drugiej stronie, podchodzi do mnie starszy goj, stary pies. Przyzwoicie ubrany, w kapeluszu, nie żaden młody łobuz, tylko stary drań. Podchodzi do mnie i zaczyna wyzywać: "Ty skurwysynu, judaszu! Gdzie masz pieniądze?". Zaciąga mnie do bramy, rewiduje, zabiera pięć złotych i spódnicę. Ogołocił mnie. Co robić?
Najpierw poszedłem w kierunku starego mostu na Pragę. Przychodzę – policjanci prowadzą Żydów z powrotem do getta. Znęcają się nad nimi, a oni płaczą tak głośno, że ich lament musiał dotrzeć do grobu naszej pramatki Racheli.
    Nie, mówię, tędy na Pragę już nie pójdę. Poszedłem na most Poniatowskiego. Szedłem sobie pomału, z kijem, z tobołkiem na sznurku, tak jak dziad, w drucianych okularach. Gdy dotarłem na Pragę, byłem już bardzo głodny. Idę więc do polskich straganów prosić o jałmużnę. Tylko powiedziałem: "Pochwalony", a już mi dali dosyć chleba i kaszankę.
    Zżymałem się, ale zjadłem. Głód był silniejszy. Mówiłem po polsku. W ogóle starałem się mało mówić. Udawałem, że jestem głuchy. Idę sobie, a tu Niemiec. Woła mnie: "Jude!". Udaję, że nie słyszę. Tamten krzyczy jeszcze głośniej. Widzę, że nie ma to tamto, podchodzę i pokazuję na ucho, że nie słyszę. On krzyczy mi prosto do ucha tak, że prawie ogłuchłem: "Żydzie, gdzie masz opaskę!?". Na wszelki wypadek nosiłem opaskę zasłoniętą podwiniętym rękawem. Pokazuję, że rękaw mam podwinięty, bo jest upał. On rozkazuje mi: padnij, powstań, dziesięć razy. Każe biegać tam i z powrotem. Potem bije mnie pejczem pięć razy po głowie i pozwala odejść. Tak przywitał mnie Niemiec po gojskiej stronie.

Dni horroru

    […] Chodziłem z regionu do regionu, z miasta do miasta, ze wsi do wsi. Pewnego razu przychodzę do wsi Stogi niedaleko Łukowa. Był akurat dzień Wszystkich Świętych. Przechodzę koło paskudztwa [tu: kościół – A.C.], a tam stoją wszystkie dziady i proszą o jałmużnę, więc ustawiłem się i ja. Pacierza nie znałem, więc prosiłem o datki, udając niemowę. Siedziałem tak kilka godzin. Ale kiedy inni zobaczyli, że siedzę i nic nie mówię, nie modlę się, znaczy, muszę być Żydem. Zaczęli szeptać na mój temat. Pobożne chłopki szeptały sobie na ucho i zrobiło się wesoło. Powiedziały, że trzeba posłać po policję. Co robić? Udawałem, że nie słyszę, bo gdybym zaczął uciekać, to byłoby źle, od razu powiedzieliby, żem Żyd. Jako że dziadowi wszystko pasuje, zdjąłem pasek od spodni, założyłem go sobie na szyi i zacząłem szukać miejsca, gdzie by się tu powiesić. Szedłem powoli, bardzo powoli. Jak tylko oddaliłem się od tej hałastry, która na mnie wygadywała, wziąłem nogi za pas – i jazda!
    Poszedłem do wsi Ilenica [?]. Udałem się do sołtysa, żeby mi dał kwitek na nocleg. Drugiego dnia poszedłem na cmentarz. Święta trwają dwa dni. Pierwszego dnia zmarli nawiedzają kościół, a na drugi dzień ksiądz z kapelą idą na cmentarz. Tak że wszystkie dziady tam leżą. Poszedłem więc i ja na cmentarz.
    […] Dostać kwitek od sołtysa było coraz trudniej. Nie miałem dokumentów, a tymczasem nadszedł 25 [?] grudnia. Zbliżało się Boże Narodzenie, wielkie święto. Dziadować wtedy trudno. Nie widziałem wtedy ani jednego dziada. Zaczną pytać: Co jest? W święta każdy siedzi u siebie w domu. To co im odpowiem? Ale coś zrobić trzeba. Przyjść do sołtysa w Wigilię to kiepskie rozwiązanie. Jaką podać wymówkę? On zaczyna mnie wypytywać, kto ja jestem, skąd i dlaczego się włóczę po okolicy. Widzę, że jest źle. Groziło mi nocowanie na drodze. Mróz był wielki. Jednym słowem – śmiertelne niebezpieczeństwo. Wymyśliłem więc taką historię (udawałem niemotę): "Mieszkałem ci ja w Górze Kalwarii, koło Częstochowy. Była tam wielka fabryka zamków, rygli, okiem i drzwi. Kiedy miałem dwadzieścia lat, zakochałem się w siksie, która tam pracowała. Wpłynęła na właściciela, żeby mnie przyjął do pracy. I tak się stało. Byłem tam stróżem, siedziałem przy bramie i pilnowałem, żeby nikt niczego nie wynosił. Było mi całkiem dobrze. Zarabiałem dwieście złotych miesięcznie i miałem pokój z kuchnią. Kiedy wybuchła wojna w 1939 roku, zaczęły spadać bomby, zrobiło się nieprzyjemnie. Razu jednego wyszedłem kupić chleb, a tu – alarm. Oni myśleli, że to jest fabryka amunicji. Zrzucili dwie bomby, zabijając moją żonę i dzieci. Zostałem tak, jak stałem. Dlatego musiałem iść w obce strony". Wmieszała się żona sołtysa i powiada:
    – Czego ty chcesz? Widzisz przecież, że to biedny staruszek. Daj mu przydział na nocleg albo niech śpi u nas.
Sołtys dał mi całkiem dobre miejsce u pewnego bogatego chrześcijanina. Wchodzę, od progu uderza mnie ciepło, zapach jedzenia. U goja przygotowują wszelkie przysmaki. Wchodzę – robi się wesoło: "Aj, dziad, dziad!". Prowadzą mnie do kuchni. Każą się rozebrać. "Ach, jak wspaniale – powiadają – dziad na Wigilię! Jezus też tak wędrował". Zaczyna się snucie opowieści. Dają mi kawę, żebym się ogrzał. Gospodyni krząta się przy kuchni. Olaboga! Ile tam było potraw! Też chciałem opowiedzieć historyjkę, żeby mnie dobrze przyjęli, i wymyśliłem taką:
    – Pewnego razu Jezus chodził w przebraniu dziada. Wchodzi do domu, a tu gospodyni chleb i placki piecze… Zapach przyjemny się unosi, mąki, cebuli, więc dziadowi zachciało się kawałek placka. Gospodyni była niedobra i nie chciała mu dać. Nie wiedziała, że ten dziad to był Jezus – odszedł z niczym… Od tamtej pory, ile razy piekła, zamiast chleba miała kamień.
    – Ach, ach! – w izbie wybuchła radość. – Tak, tak! To prawda. Ten dziad wszystko wie!

Idę dalej...

    Zaszedłem do wsi Stoczek, akurat był targ. Poszedłem tam.
    Podejdę do dziadów na targu. Oni klepią na głos pacierze, to się nauczę. No, wyuczyłem się pacierza, dokument też jakiś miałem – zrobiło mi się lżej.
    Było to już w roku 1943. Mróz jeszcze trzymał. Przychodzę do wsi, trzy kilometry od Mińska Mazowieckiego, podchodzę do goja, który mi opowiada taką historię:
    – Żyd szedł drogą, spotkał go Niemiec i ten Żyd uciekł. Tamten strzelał za nim, trafił go w nogę i zrobił z niego kalekę. Żyd siedział w rowie na śniegu, krew ciekła i nikt nie chciał go przyjąć. Ludzie wynieśli mu tylko butelkę mleka i chleb. Żyd tam siedział, aż zamarzł.
    Chciałem do niego podejść, ale jak mogłem mu pomóc? Poza tym bałem się, że ktoś zauważy, że ja też jestem Żydem. Od samego słuchania zrobiło mi się gorzej. No, idę dalej. Nie chciałem nawet przechodzić miejsca, gdzie ten Żyd leżał, bo już miałem serce w gardle.
    Przyszedłem do wsi Celiny koło Łukowa. Nie myślałem już o niczym, tylko żeby znaleźć miejsce do spania, bo mróz był wielki. Zaczynam mówić "po polskiemu", jąkam się i czynię znak krzyża. Sołtysowi jakoś nie pasowało, jak się żegnam. Nie wiedziałem jeszcze, z której strony się kończy: z prawej, czy z lewej. Skończyłem z lewej. On to od razu zauważył i powiada:
    – Dziadku, tyś jest Żyd!
Każe mi się jeszcze raz przeżegnać. Widzę, że przyszła kryska na Matyska. Mówię więc:
    – Pan Jezus nie chce, żebym się dwa razy żegnał.
    Ten nie myślał długo i kazał wezwać strażaków, żeby mnie zaprowadzili do gminy. Żydów tam nie było, strażacy pomagali ich szukać i łapać. Nosili szerokie, bardzo szerokie pasy na marynarkach i to był ich znak firmowy.
    Widzę, że jest źle! Szajgec już po nich poszedł. Co robić? Krótko mówiąc, zacząłem go błagać i powiedziałem:
    – Niech będzie, tobie powiem prawdę, jestem Żydem, ale ochrzczonym. Miałem żonę Polkę, zabili ją razem z dziećmi. Pamiętaj – powiadam – jak mnie zabijesz, będziesz mieć na sumieniu swojego brata w wierze i nic cię przed Panem Jezusem nie usprawiedliwi. Krótko mówiąc, goj trochę zmiękł. Patrzy na mnie, na swoją żonę, a ta mu powiada:
    – Daj mu odejść!
    Wyszedł ze mną na zewnątrz i powiada: "Idź dalej, uciekaj, zanim przyjdą strażacy". Wskazuje mi drogę i każe iść do wsi Lipno, dwa kilometry dalej. Było już po zmroku, ale ja pędziłem jak na skrzydłach.
    Znów wygrałem życie.

Ber Ryczywół, Wiazoj ich hob ibergelebt di Dajczn, wyd. Centralna Żydowska Komisja Historyczna, Warszawa – Łódź – Kraków 1946.
tłum. A. Ciałowicz
1 Jom Kipur (hebr., Dzień Pojednania) – dzień pokuty i postu; jedyny nakazany przez Torę post, obchodzony jesienią; uznawany za najważniejszy i najbardziej uroczysty dzień roku w kalendarzu żydowskim. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 76 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3672889
UA-28053597-1