Wspomnienia żydowskiej rewolucjonistki

Rozdział I

     Urodziłam się w 1865 r. piętnastoletniej mamie i siedemnastoletniemu tacie. Ze strony ojca wywodzę się z rabinów od trzydziestu sześciu pokoleń. Nasze pochodzenie sięga RaSzIego1. Zaświadcza o tym rodzinna księga genealogiczna, która została wydana przez jednego z krewnych w Warszawie, Chaima Zakheima, pobożnego, ale bardzo ubogiego Żyda. Systematycznie odnajdywał on wszystkich naszych krewnych i dołączał do naszego drzewa genealogicznego. Zwykł też opowiadać o tym, jak bardzo rozgałęziona jest nasza rodzina. W Rosji i na terenie dawnego zaboru rosyjskiego Polski prawie nie znajdzie się miasta, w którym nie mielibyśmy krewnych. Moja mama pochodziła z Białegostoku. Nie pamiętała swojego ojca, ponieważ we wczesnym dzieciństwie została sierotą. Mama mojej mamy, Jente Sore, którą pamiętam bardzo dobrze, była prawdziwą ejszes-chail2 (dzielną niewiastą). W Supraślu, małym miasteczku niedaleko Białegostoku, miała ona duży młyn wodny, a w Białymstoku – wielki skład mąki. Babcia Jente uchodziła za wybitną kupcową3 i bardzo mądrą kobietę. Tę babcię rodzice wydali za mąż w wieku dwunastu lat, a gdy miała lat trzynaście już rozwiodła się ze swoim pierwszym mężem. Potem sama wybrała sobie drugiego męża, ojca mojej mamy. Był on młodym geniuszem talmudycznym i zwykł całymi dniami studiować księgi, a ona – jego żona – prowadziła interesy i utrzymywała rodzinę. Drugi mąż Jenty Sore był, jak wówczas zwykło się mawiać, zejdener jungerman4 (jedwabnym młodzieńcem), mędrcem talmudycznym i oczywiście małym bohaterem. Moja babcia miała z nim dwie córki – moją mamę i jej starszą siostrę. Pewnego dnia mój dziadek, ten „jedwabny chłopiec”, przyszedł do składu mąki i przyglądał się, jak tragarze biorą na plecy worki mąki i idą z nimi. To byli młodzi Żydzi, przywykli do ciężkiej pracy. Dziadkowi wydawało się jednak, że to nic takiego. Dlatego założył się z jednym z tych tragarzy, że on też potrafi wykonać taką pracę. Wziął na plecy worek mąki, ale donieść go nie dał rady. Po chwili dziadek dostał krwotoku, chorował potem parę lat na płuca i zmarł całkiem młodo. Babcia, młoda, bardzo piękna wdowa, dalej rozwijała swoje dobrze idące interesy, a w Białymstoku, w samym centrum miasta prowadziła swój wielki dom. I, co ciekawe, babcia poza jidysz nie znała żadnego języka, a jednak udawała się do wysoko postawionych urzędników, nawet do gubernatora Grodna. Miała też szczęście do spraw sądowych, ponieważ procesowanie się było czymś w rodzaju jej słabostki i ciągle zaskarżała wydawane orzeczenia.
      Z dwóch córek babcia Jente straciła tę starszą. Zmarła ona w czasie porodu trzeciego dziecka i matka zmarłej, czyli moja babcia, wzięła do siebie małe sieroty, które wychowały się u niej. Ojciec sierot szybko ożenił się powtórnie i całe swoje życie nie troszczył się o dzieci. Kiedy one podrosły, babcia wyszła za mąż po raz trzeci, za człowieka niemal w tym samym, co ona wieku. Był kupcem, ale moja babcia dalej pozostała nad wyraz „dzielną niewiastą”, prowadzącą wszelkie interesy, a on przez wszystkie lata jedynie jej pomagał. Babcia rządziła, a on jej słuchał. Jeśli kiedykolwiek ubił samodzielnie jakiś interesik, to nie odnosił sukcesu. Z tym trzecim mężem babcia miała dwie córki. To znaczy, miała także siedmiu chłopców, ale wszyscy zmarli w niemowlęctwie. Z powodu tego nieszczęścia babcia poprzysięgła sobie do końca życia nie pocałować ani swych dzieci, ani wnuków.
      W tamtych czasach babcia Jente-Sore reprezentowała interesujący typ prymitywnej, samodzielnej kobiety, rodzaj zabłąkanej iskry dawnego matriarchatu. Jeśli trzymać się atawistycznych poglądów i teorii dziedziczenia Freuda, śmiało możemy powiedzieć, że we mnie, współczesnej bojowniczce o prawa kobiet, ukryta jest ta iskra odziedziczona po mojej dawno zmarłej babci. Kiedy miałam 6-8 lat – pamiętam to jak dziś – gdy chciano mi prawić komplementy mówiono: „Ma główkę babci Jenty-Sory”. […]
      Kiedy skończyłam dziesięć lat, moja mama urodziła już piąte dziecko. W sumie zdołała urodzić piętnaścioro dzieci – na każde przypadało dziewięć miesięcy ciąży i rok karmienia. Mieszkaliśmy wtedy na pierwszym piętrze domu babci. Ona sama zajmowała duże mieszkanie na parterze. Mój tato, syn rabina (dziadka Lejbele, który pełnił wówczas funkcję rabina w miejscowości Stawiski, w guberni łomżyńskiej), także miał uprawnienia rabinackie i babcia bardzo chciała, aby otrzymał posadę rabina. Zaraz po ślubie mój tato studiował ze swym przyjacielem, panem Chaimem Hercem Halpernem, synem białostockiego rabina Lipy Halperna. Mój ojciec nie chciał jednak zostać rabinem. W tym czasie, kiedy zajmował się studiowaniem Tory, sam, bez nauczyciela, nauczył się rosyjskiego, niemieckiego, historii, przyrodoznawstwa i buchalterii. W tej ostatniej dziedzinie stał się naprawdę specjalistą takiej miary, że dyrektorzy białostockich banków zwracali się często do niego o radę w sprawach dotyczących księgowości. […]
      Kiedy nasza rodzina stawała się coraz liczniejsza, a wszyscy jeszcze byliśmy na wikcie i opierunku rodziców mojej matki (kest)5, mój ojciec wykazał inicjatywę i wyjechał do Kowna. Pracował tam jako komisarz. Ta jego próba zarobkowanie skończyła się jednak niepowodzeniem. Tato stracił cały posag. Po powrocie do domu zaczął szukać pracy na miejscu. Przekwalifikował się na ekspedytora. Zaletą tego zajęcia było to, że nie potrzebował pieniędzy. Kupcy dawali mu swoje pokwitowania z kolei i na nie trzeba było zamówić towar. […]
      Od tego momentu, gdy ojciec został ekspedytorem, zaczyna się właściwie historia mego dzieciństwa. W dzisiejszym rozumieniu nie miałam dzieciństwa – z dziecięcym pokojem, zabawkami, placami zabaw, całym wyposażeniem pod hasłem: „Wszystko dla dziecka”. Któż w ogóle spośród Żydów trzy pokolenia wstecz miał Żydów dzieciństwo? Poza tym, co piętnastoletnia mama i siedemnastoletni tato mogą zaoferować swoim dzieciom? Mój ojciec, na przykład, opowiadał, że gdy chciał mnie wziąć na ręce, mówił: „Dajcie mi tę w pieluszce”. Kto wówczas miał wiedzę o wychowywaniu, gdy rodziło się piętnaścioro dzieci, jak to było w przypadku mojej mamy? Obie moje babcie rodziły po osiemnaścioro dzieci każda, a ciocia – żona wujka Abrahama Abla Rakowskiego6, który był pisarzem rodziła aż dwadzieścia jeden razy. Pierwszych siedmioro dzieci nie przeżyło. Z ósmym jeżdżono do wszystkich cadyków, ubierano do trzynastego roku życia w płótno i sięgano po tego rodzaju różne sposoby. Wszystko jednak nadaremnie. Trzy pokolenia wstecz żydowskich dzieci nie wychowywano; nie miały żadnego dzieciństwa, rosły jak drzewa w polu. Opierając się jedynie na wzorcach życia swoich rodziców, wyrastały na przyzwoitych ludzi tak, jak te „dobrze wychowane” w XX wieku dzieci żydowskie i wszystkich innych narodowości.
      I ja wychowywałam się podobnie, jak wszystkie żydowskie dzieci w moich czasach. Do szóstego roku życia uczyłam się w chederze razem z chłopcami. Rebego pamiętam do dziś. Był to wysoki, pobożny Żyd z długą blond brodą. Wołano na niego: Józef Wytwarzacz Cygar. Po dziś dzień nie jest dla mnie jasne, dlaczego tak go nazywano. Nigdy w chederze nie widziałam go robiącego cygara. Siedział z nami i, kuł jak Pan Bóg przykazał, od wczesnego ranka do późnego wieczora. U tego pierwszego mełameda uczyłam się tylko semestr. Potem rebe przyszedł do mojego taty i zameldował mu:
      – Reb Mendlu, pańskiej córki nie mogę już niczego nauczyć. Ona potrzebuje większego niż ja rebego. Wasz chłopaczek może jeszcze zostać u mnie w chederze.
      Oprócz chederu miałam też nauczyciela jidysz. Wówczas nie nazywano go „nauczyciel”, lecz „pisarz”. Grupa chłopców i dziewcząt uczyła się z nim czytać i pisać w jidysz.
      Po chederze, w wieku siedmiu lat, oddano mnie do prywatnej szkoły żydowskiej, w której wykładano w języku rosyjskim, a program nauczania był taki, jak w państwowych szkołach ludowych. Nauczyciel nazywał się Azriel Kaplan. Wydaje się jednak, że nie był wystarczająco dobry dla mnie i na mój wiek. Do domu przychodził jeszcze rebe, który uczył się ze mną Chumeszu7. Prawdę mówiąc. nauka przychodziła mi łatwo, lekcji prawie wcale nie musiałam odrabiać. […]
      Nauka nie była moim jedynym obowiązkiem. Przez cały dzień byłam bardzo zajęta. Po przyjściu do domu ze szkoły pomagałam tacie w interesach, byłam też prawą ręką mamy przy opiece nad młodszymi dziećmi. Byłam przecież pierworodną, najstarszą ze wszystkich dzieci. Tato zwykł mnie wysyłać na stację kolejową. Zdarzało się to wówczas, gdy któryś z kupców miał jakieś niespodziewane zamówienie, a tato był właśnie na kolei. Poza tym myłam, czesałam, karmiłam młodsze dzieci. Żadna praca nie była dla mnie za ciężka, ponieważ wszystko, co robiłam, wypływało z poczucia obowiązku, jakie miałam, będąc najstarszym dzieckiem w domu. Było oczywiste, że muszę pomagać. To jarzmo ciążyło mi jednak tylko kilka lat – tak długo, jak mój tato był miejskim ekspedytorem, to znaczy w okresie, gdy obsługiwał tylko kupców z Białegostoku. Nie trwało to długo, bo ojciec otworzył kantor ekspedycyjny i znaczni kupcy z wielu miast w Rosji zaczęli mu powierzać setki wagonów towaru, który wysłano do Niemiec. [...] W domu moich rodziców sytuacja zdecydowanie się poprawiła, wyprowadzono się od babci i przeniesiono do większego mieszkania. Do domu wzięto służbę i mama mogła odpocząć od ciężkiej pracy. Zaczęła oddawać się sprawom społecznym, szczególnie działalności dobroczynnej: zakładaniu rozmaitych towarzystw, np. gmiles chesed8, czy hachnoses kale9 (towarzystwa zajmujące się zaopatrzeniem w wiano ubogich dziewcząt żydowskich). Mama nie chodziła już sama robić zakupy na targu. Kazała wszystko przysyłać do domu. „Niech ubogie kobiety też sobie zarobią, jeśli Bóg nam dopomógł” – mawiała.
      Moja mama była tak bardzo pobożna, że wszystkie wielkie rebecin mogłyby się od niej uczyć. Podziwiałam ją, ponieważ jej pobożność była przesiąknięta prawdziwie żydowską, ludzką dobrocią, nawet bardziej dobrocią niż pobożnością. W takiej atmosferze czystego jidiszkejt [żydostwa] wyrastaliśmy, a takiego uczucia, jakie było między moimi rodzicami, nie widziałam w życiu nawet u tych nowoczesnych par, które pobierają się z tak zwanej miłości. [...]
      Byłam niezwykle żywą dziewczyną. Już w szkole wykazywałam się zdolnościami do agitacji. Z natury bardzo wesoła, temperamentna, lubiłam śpiewać i tańczyć. Zawsze byłam ulubienicą całej klasy, inicjatorką wszystkich zabaw. A do tego byłam bardzo pobożna, prawie jak moja mama: w szabes modliłam się, czytałam Tajcz-Chumesz10, Menojres haMoer11, odmawiałam psalmy, nie czesałam się, nie używałam mydła do mycia12. Podczas szabesu, gdy odwiedzałam moją przyjaciółkę i zastawałam ją przy czytaniu świeckich książek rosyjskich, odchodziłam, trzaskając drzwiami. Tak było do czasu, gdy ukończyłam trzynaście lat.
      Po ukończeniu szkoły powszechnej prosiłam ojca o to, bym mogła kontynuować edukację. W Białymstoku były wówczas czteroklasowe prywatne progimnazjum oraz gimnazjum rządowe. Nie mogłam jednak taty do tego przekonać. Sprzeciwiał się mojej dalszej nauce w takich placówkach, ponieważ trzeba tam było pisać w szabes. Co nie zmienia faktu, że mój tata chciał, abym się dalej kształciła. Zwykł często mawiać: „Wielka szkoda, że urodziłaś się dziewczynką, a nie chłopcem”. Niestety, taki był pogląd żydowskich rodziców, nawet w rodzinach inteligenckich: dziewczęta nie potrzebują takiej edukacji, jak chłopcy, a co dopiero mówić, aby córkę uczyć loszn-kojdesz13! Ci, co tak robią, to z pewnością przedstawiciele apikorses14, ponieważ: „Kto uczy córkę Tory, uczy ją rozwiązłości”15 Nasz naród drogo zapłacił za tę przestarzałą zasadę. Gdyby nasi dziadowie, ojcowie, nauczyciele i przywódcy duchowi nie trzymali się tej reguły, a wręcz przeciwnie – wiedzieliby, że krzewienie wiedzy z zakresu Tory nie powinno zależeć od płci, a córki żydowskie, tak samo jak synowie, powinny być wychowywane na Torze, nauce o naszej kulturze i zwyczajach – kto wie, ile żydowskich matek uratowanych by zostało od asymilacji, od chrztu, a wraz z nimi również ich żydowscy synowie, których straciliśmy przez wychowanie, jakie otrzymali od swoich zasymilowanych matek. Całe armie żydowskich synów straciliśmy także dla naszego ruchu narodowowyzwoleńczego. Osobiście nie mogę mieć do moich rodziców pretensji, że nie wysłali mnie na dalszą naukę. Chcieli ochronić mnie przed koniecznością pisania w szabes, jednak kształcili dalej, zapewniając mi prywatnie lekcje rosyjskiego oraz wszystkich innych przedmiotów gimnazjalnych. Uczyłam się także niemieckiego, będącego wówczas jednym z języków używanych w Białymstoku, co wynikało z faktu, że nasze miasto w swoim czasie należało do Niemiec16. Jednocześnie uczyłam się hebrajskiego. Moim pierwszym nauczycielem hebrajskiego był pomocnik kantora Mendel Dolicki. Był on synem białostockiego szojcheta17. Były uczeń jesziwy18, który odszedł od tradycyjnego żydostwa, został Mendel Dolicki nauczycielem hebrajskiego i wielkim apikojresem19. Nie było mi dane długo się z nim uczyć, z powodu następującego incydentu: studiowaliśmy Księgę Hioba, a mój ojciec przypadkowo usłyszał, jak nauczyciel przekłada mi werset: „mi-bsari echeze Elokaj”, jako „z ciała mego nie widzę nic”, zamiast „z ciała mego oglądam Boga”20. Dla ojca ten przekład był wystarczającym powodem, aby zwolnić nauczyciela, ponieważ obawiał się, abym pod jego wpływem nie uległa zdeprawowaniu. Po tej historii dla mnie i dla mojego brata ojciec znalazł nowego nauczyciela, który był młodszy ode mnie o jakieś dwa lata. Ten młody nauczyciel, pochodzący z Krynek, miał już żonę i dwoje małych dzieci. Nazywał się Aszer Chawes. Był to typowy ówczesny maskil21 – były uczeń jesziwy, samouk. Znał dobrze rosyjski, niemiecki, był też nauczycielem z powołania. Był on daleki od heretyckich nazywanych „Brojt mit licht”22. Należał do tych, którzy opowiadali się za powszechnym oświeceniem, wykształceniem i wychowaniem. Mój nauczyciel Aszer Chawes był dobrym ojcem rodziny i nauczycielem idealistą. W każdy szabes i każde święto my, dzieci, przychodziliśmy do jego domu. Prowadził z nami rozmaite rozmowy, a potem, gdy byliśmy już starsi, sugerował lektury. U tego nauczyciela kształciłam się do czasu, kiedy postanowiono wydać mnie za mąż. Mój brat miał mniej zacięcia do nauki; większą radość sprawiało mu siedzenie u mojego ojca w kantorze. Nauczyciel nie mógł tolerować, że chłopak kpi sobie z nauki. Pewnego dnia przyszedł do mego ojca i poinformował go:
      – Reb Mendel, z pańskim chłopakiem nie chcę się już więcej uczyć. Szkoda pańskich pieniędzy i mojej pracy. Pozwólcie mi lepiej poświęcić ten czas waszej córce. Nie chcę na darmo brać od was pieniędzy.
      Nawiasem mówiąc, ten Aszer Chawes nigdy nie stał się bogaczem. Na długie lata pozostał moim przyjacielem albo – jak to zwykł podkreślać – moim duchowym ojcem.

Rozdział V

     Miałam dwadzieścia sześć lat, gdy w 1891 r. przyjechałam do Warszawy pracować jako nauczycielka hebrajskiego i rosyjskiego w chederze dla dziewcząt, który powstał przy grupie „Bnej Mosze”23. Ośmioletniego syna zostawiłam z rodzicami w Białymstoku. Mój ojciec chciał go wychować na rabina, ponieważ chłopak był bystry i w wieku siedmiu lat już czytał siedem stron Gemary tygodniowo. Moją sześcioletnią dziewczynkę wzięłam ze sobą. Poza tym, że bardzo polubiłam zawód nauczyciela i praca dawała mi prawdziwą radość, jeszcze bardziej cieszyła mnie ekonomiczna niezależność. Czułam, że jestem nauczycielką z powołania. Już wtedy odkryłam, że nauczycielem, podobnie jak artystą lub pisarzem, trzeba się urodzić, jednak czułam, że powinnam dalej się kształcić, nie zadowalać jedynie dyplomem. Uważałam, że powinnam wyjechać za granicę na kursy pedagogiczne. Wiedziałam, że ze znajomością hebrajskiego można na przykład w Szwajcarii zarabiać wystarczająco na skromne życie, a jednocześnie uczyć się. Mając to na uwadze, przez pierwszy rok w Warszawie urządziłam się tak, jakbym miała zostać tam jedynie na chwilę: wynajęłam pokój z obiadami dla mnie i córeczki. Znajdował się on w pensjonacie prowadzonym przy ulicy Karmelickiej pod numerem 27

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
przez dawaną właścicielkę polskiej szkoły, mocno spolonizowaną Żydówkę, wdowę z dwójką synów. Utraciła ona prawo do prowadzenia szkoły, ponieważ rosyjski inspektor przyłapał ją, gdy uczyła polskiego w jednej ze swoich klas. Żyłam z ołówkiem w ręku, chcąc w ciągu roku odłożyć z mojej pensji sumę wystarczającą, abym mogła wyjechać. Jedna rzecz bardzo mnie jednak niepokoiła: czy powinnam wziąć ze sobą dwójkę dzieci? Czy chłopiec powinien raczej wychowywać się przy moim ojcu? Bałam się, że takie wychowanie odsunie ode mnie rodzone dziecko: między mną a tatą była wielka duchowa przepaść i mogłaby ona również zaistnieć między mną a synem. Toczyłam w myślach ostrą walkę: wystarczy, że oderwałam dzieci od ich ojca, miałoby teraz zabraknąć im też matki? Dręczyła mnie myśl – kto wie, czy za rok moje dzieci nie zawstydzą mnie z powodu brzemiennej w skutki decyzji odejścia od ich taty! Ten wewnętrzny bój toczyłam prawie cały rok i zwyciężyła jednak matczyna miłość. Powiedziałam sobie, że dla podniesienia kwalifikacji mogę właściwie wstąpić na uniwersytet w Warszawie, gdzie językiem wykładowym był rosyjski. Tak postanowiłam i napisałam do moich rodziców, żeby przywieźli mi syna. Po niedługim czasie wynajęłam małe mieszkanie w ubogiej dzielnicy i urządziłam ja na miarę swoich zarobków. Nie byłam w stanie zajmować się gospodarstwem i moja mama – niech jej pamięć będzie błogosławiona – na mą prośbę przysłała mi służącą, wdowę z synkiem, która wcześniej służyła u rodziców. Zgodziłam się, aby mieszkała u mnie razem ze swoim chłopczykiem. Wszystko przekazałam w jej ręce i mogłam pracować jak wcześniej. To zadowoliło moją mamę, ponieważ była pewna, że Raszel – tak nazywała się służąca – u mnie także będzie prowadziła koszerną żydowską kuchnię. Oczywiście, ja jej w tym nie przeszkadzałam.
      Prowadząc niezależne życie i kształcąc się, nie zapomniałam o swoim osobistym zobowiązaniu walki do wyzwolenie kobiety, szczególnie żydowskiej kobiety, której wolność wciąż była najbardziej ograniczona pośród wszystkich zniewolonych: nieproszeni opiekunowie rzucili się nią i różni uzurpatorzy chcieli ratować jej duszę. Głównego czynnika prowadzącego do osobistego i społecznego wyzwolenia kobiety upatrywałam w finansowej niezależności. Dlatego za cel postawiłam sobie doprowadzenie do wyzwolenia kobiety poprzez upowszechnianie tej idei wśród ich jak najszerszego grona. Nasza dzisiejsza młodzież, która wyznaje hasło: „Religia i praca”, nie może sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób my, Żydzi, ponad pięćdziesiąt lat temu postrzegaliśmy pracę i rzemiosło. Największą skazą na rodzinie był rzemieślnik: z wielką dumą przechwalano się w znamienitych rodach, że nie są splamione rzemiosłem. Kto obecnie podważa konieczność kształcenia dziewczyny, aby mogła podjąć pracę? Wtedy czegoś takiego w ogóle nie można było mówić. Jakże charakterystycznie brzmią słowa ludowej piosenki śpiewanej w tamtych czasach:
      Kto nam uszyje bajkę?
      Sarcia modystka – hultajka!

     Żydowska córka miała siedzieć w domu i czekać na narzeczonego, na swoją partię przeznaczoną jej w niebie czterdzieści dni przed narodzinami. Uczyć się fachu? Boże uchowaj!
      Wykorzenienie tych chorych poglądów, oczyszczenie psychiki pokoleń z tej pleśni nie było łatwym zadaniem. Oświeceniowa praca ciągnęła się dziesiątki lat. Nawet do Erec Isroel, na historyczną ziemię, gdzie przybyliśmy, aby przeformować naszą psychikę i przebudować strukturę ekonomiczną, przywlekliśmy golusowe24 (diasporowe) poglądy.
      Choćby nie wiem jak to dziwacznie zabrzmiało, odważę się powiedzieć, że byłam jedną z pionierek ruchu produktywizacji mas żydowskich w Polsce. Intuicja podpowiedziała mi, aby tę pracę rozpocząć wśród pojedynczych osób.
      ***
      Nasza rodzina była, bez uroku, spora, bardzo rozgałęziona. Mieliśmy krewnych niemal w każdym mieście i miasteczku zaboru rosyjskiego; wśród najbliższych członków rodziny moje działania odbiły się dużym echem. Wkrótce, gdy zadomowiłam się w Warszawie, zaczęłam otrzymywać listy od kuzynek i dalszych krewniaczek, które chciały przyjechać do Warszawy i uczyć się czegoś, co dawałoby im zatrudnienie. Zwracały się do mnie, szukając pomocy w urządzeniu się. Ich prośby spełniałam z radością. Moje małe mieszkanko przy ulicy Pokornej 6

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
wkrótce stało się czymś w rodzaju punktu kontaktowego dla wszystkich kandydatek. Był to dosyć dobry okres, ponieważ rozmaite fabryki w Warszawie pracowały wówczas pełną parą. Rosja była ogromnym rynkiem zbytu, dosłownie „pożerała” wszystkie wyroby. W branżach wytwarzających artykuły kobiece brakowało rąk do pracy. Dobrze prosperowała też produkcja krawatów, modniarstwo kapeluszy zwykłych, słomkowych itp. Doba wydawała się za krótka, pracowało się na na trzy-cztery zmiany, dniem i nocą, a i tak zabierano robotę do domu. Znajomości wśród kupców mi nie brakowało, ponieważ jedyna warszawska szkoła, w której dziewczęta mogły pobierać naukę języka hebrajskiego, cieszyła się dużą popularnością. Dlatego nie stanowiło to dla mnie wielkiej trudności, aby urządzić wszystkie dziewczyny, które potrzebowały pomocy. Nawiasem mówiąc, w moim mieszkaniu też był mały warsztat; dwie kuzynki pracowały w krawaciarstwie, trzecia uczyła się wyrobu kapeluszy. Od ósmej rano przebywałam z dwójką moich dzieci w szkole i wtedy zwolniony przez nas pokój bez problemu zamieniał się w warsztat. Dwie kuzynki to były młode dziewczyny z Płocka, sieroty po siostrze mego ojca, a ta trzecia – młodą kobietą, która nieszczęśliwie wyszła za mąż; małżonek nie chciał dać jej rozwodu. Żyliśmy wszyscy razem. Na noc wstawiałyśmy łóżka. Najważniejsze jednak, że wszystkie byłyśmy szczęśliwe, pełne optymizmu i energii. Dzieci uczyły się u mnie w szkole; dla syna znalazłam też małameda25, który studiował z nim Gemarę, a ja przyłączałam się i też kształciłam.
      Jak interesujące i pełne treści było takie życie, szczególnie gdy trzeba było o nie stoczyć wielką walkę!
      ***
      Pracując w chederze dla dziewcząt „Jehudyjah”, szybko poczułam wielką chęć do działania na rzecz ruchu „Chibat Cijon”26. Przygotowanie otrzymałam w Białymstoku, gdzie idee syjonistyczne zataczały szerokie kręgi, co przyniosło takich przywódców, jak Szmuel Mohylewer27 i Sz. Herszberg28.
      Trudno powiedzieć, kiedy i w jaki sposób stałam się syjonistką. Często wydawało mi się, że byłam nią od wczesnego dzieciństwa. Myślę, że fundamenty stanowiły: cheder, TaNaCh29, a potem może także pogromy na Żydach. Jeden fakt z dzieciństwa utkwił mi głęboko w pamięci: moja babcia ze strony mamy miała wielki młyn wodny niedaleko Białegostoku, pod miasteczkiem Supraśl. Okolica była malownicza: z jednej strony olbrzymi stary las, a z drugiej – zielone łąki, cudowne łany zbóż, za nimi zaś wznosiły się pagórki. Wzdłuż miasteczka płynęła rzeczka Supraśl. Latem my, dzieci, przyjeżdżaliśmy do Supraśla „na daczę”. W pewne szabatowe popołudnie – miałam wtedy osiem lat – gdy dorosłe towarzystwo spało, przeszłam przez most i puściłam się w stronę pagórków, za którymi, jak byłam wówczas przekonana, znajdę Erec Isroel30. Kiedy domownicy zorientowali się, że mnie nie ma, udali się na poszukiwania i po długim czasie znaleźli. Kiedy pytano mnie, gdzie tak daleko szłam, naiwnie odpowiedziałam, że doszłam do Erec Jisroel. Później także Erec Isroel prześladowała mnie we śnie i na jawie.
      W 1891 roku, kiedy przyjechałam do Warszawy, usłyszałam, że za niedługo panna Lea Lewin–Epsztajn wróci z Erec Isroel, gdzie przebywała cały rok u swojego brata – założyciela i administratora Rechowot. Szybko wyprosiłam adres Lei Lewin–Epsztejn od członka komitetu szkolnego „Jehudyjah”, wybitnego działacza syjonistycznego Zeewa Gluskina. Poszłam do niej do domu i zwyczajnie, bez ogródek powiedziałam jej:
      – Słyszałam, że była pani w Erec Jisroel. Przyszłam, aby panią zobaczyć i chciałabym bliżej się poznać.
      Tym był dla mnie Erec Isroel, gdy miałam dwadzieścia sześć lat. Od tamtego momentu stałyśmy się z Leą Proszańską, wcześniej Lewin–Epsztajn, przyjaciółkami i nasza przyjaźń trwa już pięćdziesiąt lat. Zbliżyła nas nie tylko osobista sympatia, mocno połączyły także wspólne ideały, praca na rzecz naszego ruchu wyzwoleńczego.
      Zaraz po zawarciu naszej znajomości Lea bardzo zainteresowała się chederem „Jehudyjah” i jego położeniem finansowym. Przy okazji interesujące będzie zatrzymanie się i przyjrzenie finansowym podstawom pierwszego chederu dla dziewcząt z językiem hebrajskim, który wówczas działał w Warszawie już od prawie pół wieku. Na budżet „Jehudyjah” składały się: a) dochody z czesnego, b) składki członkowskie, które gromadził Komitet Szkolny. Przewodniczącym Komisji Budżetowej był Zeew Gluskin. Czesne wynosiło miesięcznie dwa ruble dla dzieci dobrze sytuowanych rodziców. Pewnych rabatów udzielano mniej zamożnym, a część biednych dzieci była zwolniona z czesnego. Rozumie się, że każdego miesiąca trzeba było jakoś pokryć deficyt.
      W tamtych czasach do szkół żydowskich dzieci przyjmowano, podobnie jak do chederów, nie na rok szkolny, lecz na semestr, to znaczy na pół roku: od Pesach31 do Sukot32 i od Sukot do Pesach. Ferii prawie nie było. Żydowskie dzieci nie muszą odpoczywać, żydowskie dzieci muszą uczyć się dniem i nocą, latem i zimą, bez przerwy. Wakacje, dacze – to jest dla innych, dla gojów. Władze szkolne też nie pozwalały sobie na żadne wakacje w chederach bądź szkołach. W zasadzie nie funkcjonowały pojęcia roku szkolnego, rocznego programu nauczania. Gdy dziecko przestawało chodzić do szkoły lub nie daj Boże zachorowało, nie trzeba było płacić czesnego. Tak było też w „Jehudijah”. Nawet za bogate dzieci nie płacono w całości wymaganej kwoty. Nie liczono się z trudnym położeniem finansowym tej instytucji edukacyjnej. Nawet ojcowie o syjonistycznych poglądach nie doceniali wagi nauczania córek hebrajskiego. Pobożni Żydzi sztywno trzymali się zasady: „Kto uczy córkę Tory, uczy ją rozwiązłości”33, a znowu tak zwani postępowi dużo chętniej uczyli swoje córki innych języków, byleby nie hebrajskiego. Język hebrajski (loszn kojdesz)34 jest dla chłopców, zarzucali nam żydowscy ojcowie. „Jehudyjah” jako hebrajska szkoła dla dziewcząt musiała stoczyć ciężki bój. Zeew Gluskin35 pracował jako kierownik sklepu znanej firmy Trockenheim36 na Nalewkach. Jako dyrektorka szkoły, otrzymywałam od niego każdego miesiąca budżet na płace dla nauczycieli, czynsz. Za każdym razem długo czekałam, zanim Zeew Gluskin przekazał mi potrzebną sumę. Było bardzo ciężko. W pokrywaniu wydatków niezwykle pomogła moja przyjaciółka – Lea Proszańska. Stworzyła Komitet Pań, który troszczył się o upowszechnianie członkostwa, opierającego się na comiesięcznych datkach na szkołę. Poza tym kobiety z tego Komitetu same płaciły składkę członkowską. Praca tych kobiet szła świetnie i dzięki temu mogłam wyjść z inicjatywą zorganizowania kursów wieczorowych dla ubogich dzieci. Kursy zostały otwarte. Cztery godziny tygodniowo uczono na tych kursach jedynie hebrajskiego, pobierając opłatę w wysokości 50 kopiejek miesięcznie.
      Wykonywano imponującą pracę, ale nie byłam w pełni zadowolona zarówno z chederu, jak i z kursów wieczorowych. Uczennice często się zmieniały. Naukę pobierały rok, dwa i odchodziły do innych szkół. Nie wszyscy doceniali język hebrajski. Nawet rodzice o syjonistycznym nastawieniu w końcowym efekcie bardziej praktycznie podchodzili do kształcenia swoich dzieci.
      W tej sytuacji zaczęłam myśleć, aby przekształcić mój cheder w dwustopniową szkołę powszechna. Bez większych trudności otrzymałam na to zezwolenie od Inspekcji Szkolnej. Stało się tak dlatego, że jako język nauczania podałam – rosyjski. Zmiana przyniosła efekty.
      Dzięki poszerzeniu programu nauczania (kurs był 3-letni), możliwe stało się osiągnięcie większych sukcesów także w nauczaniu hebrajskiego. Poprawiło się również finansowe położenie szkoły.
      Mnie jednak to wszystko nie wystarczało. Hebrajski jest trudnym językiem. Mówiłam sobie: „Tory trzeba się uczyć”37. Hebrajskiego nie używa się w domu ani na ulicy. Czy nasi ojcowie i bracia nie muszą całymi latami uczyć się w chederach i jesziwach, aby opanować język, jak należy? Jakie znaczenie dla tak wielkiej żydowskiej Warszawy ma jedna hebrajska szkoła dla dziewcząt? Trzeba stworzyć całą sieć szkół z hebrajskim, aby język ten przeniknął do wielu serc. Ciągłe myślenie o tym,w końcu przerodziło się w czyn.
      Pewnego dnia zwróciłam się do członków Komitetu Szkolnego z propozycją: – Wy będziecie prowadzić szkołę dla dziewcząt „Jehudyjah”, która cieszy się już wystarczającą popularnością, a ja przedłożę władzom szkolnictwa prośbę o otwarcie siedmioklasowej szkoły żeńskiej z rosyjskim językiem wykładowym i hebrajskim jako dodatkowym, ale nauczanym co najmniej trzy godziny tygodniowo w każdej klasie. Chcę założyć szkołę na własną odpowiedzialność. Moja propozycja wywołała wśród członków Komitetu Szkolnego różne reakcje. Część uznała to za krok wywrotowy, niemal za zdradę. Inni jednak, w tym adwokat Borys Stawski, bronili mojego pomysłu.
      – Obyśmy mieli więcej takich rewolucji – emocjonował się Stawski. Prywatne nauczycielki niech otwierają żydowskie szkoły z szerokim programem języka hebrajskiego.
      Jego stronnictwo zwyciężyło i wkrótce zrealizowałam swój projekt.
      Pozostałam dyrektorką „Jehudyjah” aż do momentu, gdy otrzymałam zezwolenie na prowadzenie siedmioklasowej szkoły, którą otwarłam w samym centrum żydowskiej dzielnicy. „Jehudyjah” została przeniesiona do zamożnej części miasta, gdzie później zamieniono ją w gimnazjum z hebrajskim językiem wykładowym.
      Szło mi nieźle, ale sytuacja materialna nie polepszyła się, co było charakterystyczne dla losów ówczesnych nauczycieli. Choć dzieci w szkole było dużo i w „Der Erszter Hebreiszer Szul fun Pua Rakowski”38 uczyły się głównie dziewczęta z klasy średniej, musiałam przezwyciężyć wiele trudności. Cierpliwa i twarda była walka o ożywienie naszego starożytnego języka narodowego. Jak można, ucząc żydowskie dzieci hebrajskiego, nie powiązać tego z naszą przeszłością i Erec Isroel? Omawiałam więc z moimi uczennicami wiersze o Ziemi Świętej, a one przywykły już mówić jedna do drugiej: „Gospoża siejczas rasplaczetsja”39 (Pani zaraz się rozpłacze). Tak, muszę się przyznać, że bez łez w oczach nie umiałam mówić o Erec Jisroel.
      Wszystkie moje siły oddałam szkole. Miałam u siebie najlepszych nauczycieli i razem z nimi pracowałam po sześć godzin dziennie. Nie zważajac na materialne zmagania, podobał mi się ten trud. [...]

Rozdział VIII

[…] Parę miesięcy później40 odbył się w Warszawie krajowy zjazd przywódców szeregowych działaczy syjonistycznych, na którym zaakceptowano statut i plan działalności niedawno powstałego Żydowskiego Funduszu Narodowego41. Poza zbiórką pieniędzy proklamowano akcję gromadzenia kosztowności. Podjęto również postanowienie, że przy każdej żydowskiej organizacji powstanie specjalna komisja Funduszu Narodowego nie tylko w celach agitacyjnych i propagandowych, lecz także praktycznej pracy na jego rzecz. Ten pierwszy zjazd wzbudził entuzjazm nie tylko wśród aktywnych syjonistów, lecz także szerokiego grona sympatyków i gości. Akcja zbierania cennych przedmiotów zaczęła się od razu na miejscu po zamknięciu posiedzenia. Minęły już dziesiątki lat, a pamiętam to jak dziś. Za stołem prezydialnym siedział reb Złotnik z Płońska. On pierwszy zdjął złoty zegarek z łańcuszkiem. Wkrótce cały stół zapełnił się różnymi kosztownościami: pierścionkami, broszkami, kolczykami itp. Ku chwale żydowskich kobiet chcę podkreślić, że hojność ofiarodawczyń przekroczyła znacznie szczodrość mężczyzn. Choć w opowieści o złotym cielcu agada42 obwinia o to zaprzedanie się głównie kobiety, postrzegałam wówczas tylko pozytywna stronę tego motywu i wykorzystywałam go wśród szerokich mas.
      Po ustanowieniu Żydowskiego Funduszu Narodowego nurtowała mnie myśl, że teraz właśnie jest odpowiedni moment, aby stworzyć odrębną kobiecą organizację syjonistyczną. Fundusz Narodowy otworzył przed żydowską kobietą szerokie pole do działania. Myślałam wówczas: praca kobiety wesprze nasze ideały, przyniesie jej również wewnętrzną satysfakcję i coś, co zacznie się przypadkowo, z czasem może przerodzić się w pełne zaangażowanie. Poprzez pracę kobieta sama z upływem czasu nasiąknie ideałami naszego ruchu wyzwoleńczego. Kiedy jednak podzieliłam się tą myślą z jednym z przywódców, odpowiedział z dobrze znaną pogardą:
      – Pani43 Rakowska, nie stworzy Pani żadnej kobiecej organizacji syjonistycznej.
      – A może tak – odpowiedziałam i natychmiast przerwałam rozmowę.
      Naturalnie ta krótka wymiana zdań poirytowała mnie, ale nie osłabiła. Nie czekając długo, zwołałam grupę bardziej lub mniej aktywnych działaczek, przekonując je, że musimy stworzyć odrębną kobiecą komisję do działalności na rzecz Żydowskiego Funduszu Narodowego.
      – Już najwyższy czas – mówiłam – abyśmy przestały być dziewczynkami na posyłki dla naszych działaczy. W rzeczywistości nasz udział w każdym praktycznym przedsięwzięciu jest dużo większy niż mężczyzn – stwierdziłam. – Ale nasi działacze zapisują to sobie na własne konto. Nie oczekujemy podziękowań, bo to jest nasz obowiązek. Jeśli jednak dźwigamy te same obowiązki, należą nam się te same prawa. Osiągniemy to tylko wówczas, gdy uda się stworzyć odrębną kobiecą organizację syjonistyczną.
      Utworzenie specjalnej Komisji Kobiet przy Żydowskim Funduszu Narodowym było pierwszym krokiem do powstania Syjonistycznego Związku Kobiet44 w zaborze rosyjskim45. Moja propozycja wywołała należyty oddźwięk. Po dłuższej wymianie zdań jednogłośnie ją przyjęto i wybrano Komisję Kobiet.
      Jak zareagowali na ten rewolucyjny krok działacze z Komitetu Członkowskiego organizacji „Bnej Cijon”46? Starsi zareagowali po prostu jak na sprzeniewierzenie się słowom Tory: „[...] On zaś będzie panował nad tobą”47. Młodzi twierdzili, że to jest przeciw „zasadom demokracji”, które nie uznają odrębnych organizacji kobiecych. Przeciwnicy z obu grup nie podjęli jednak żadnej akcji protestacyjnej. I tak Komisja Kobiet działała z nie mniejszym sukcesem niż ta prowadzona przez mężczyzn. Grupa tych aktywnych kobiet po jakimś czasie położyła podwaliny pod powstania „Bnojs Cijon”48, syjonistycznego związku kobiet w Polsce.
      Malka Gordon, Ejga Ramberg, Gitl Adin, Bejla Arkin i moja przyjaciółka Lea Proszańska były najbardziej aktywnymi działaczkami tej powstałej w Warszawie w 1902 r. Komisji Kobiet na rzecz Żydowskiego Funduszu Narodowego. Weszły one następnie do Komitetu Członkowskiego związku „Bnojs Cijen”, a obecnie przebywają w Izraelu. Pewnego dnia Lea Proszańska ze swym mężem przedstawili na posiedzeniu Komisji projekt, zgodnie z którym Żydowski Fundusz Narodowy nie powinien bazować tylko na okazjonalnych datkach, pochodzących ze zbiórek w czasie ślubów, zaręczyn, bar micw itd., ale jego członkowie powinni się zobowiązać do płacenia regularnych składek miesięcznych. W tym celu Lea Proszańska postanowiła zrobić małe bloczki w formie albumu. Na niebieskiej okładce białymi literami wykaligrafowano: Żydowski Fundusz Narodowy. Aby uniknąć podejrzenia o kradzież, inkasenci zamiast dawać rachunek, wbijali do albumu, pozostającego u ofiarodawcy, pieczątkę Żydowskiego Funduszu Narodowego i wpisywali wysokość wpłaconej kwoty. Taki album – wedle ówczesnej mody trzymania książek na stolikach pokrytych pluszowymi obrusami – znajdował się stale u szczytu stołu i pełnił funkcję propagandową, służąc do agitacji i upowszechniania w szerokich kręgach idei Żydowskiego Funduszu Narodowego. Pomysł ten, jako dobry przykład z Warszawy, wkrótce wykorzystano także w wielu miastach prowincjonalnych. [...]

Rozdział X

[…] Na I Kongresie Syjonistycznym było jedenaście kobiet: głównie żon przywódców ruchu oraz studentek szwajcarskich uniwersytetów, które intensywniej były zainteresowane syjonizmem. Poza tym, że otrzymały one równe prawa w głosowaniach i wyborach, w trakcie Kongresu milczały, przyglądając się tylko i przysłuchując. Dopiero na następnych kongresach delegatki zaczęły wykazywać się aktywnością, która narastała w ciągu lat.
      Od 1921 roku, po założeniu WIZO49 w Londynie w roku 1920, w tym samym czasie co kongres ogólny odbywała się konferencja kobiet. Podobnie jak cały ruch syjonistyczny, w sposób oczywisty kobiecy odłam syjonizmu w pierwszej fazie miał charakter ekskluzywnie burżuazyjny, z początku zajmując się niemal wyłącznie czysto filantropijną działalnością na rzecz ogólnie pojętej pomocy dla Erec Isroel. Ten fenomen burżuazyjnych korzeni ruchu nie powinien nas specjalnie szokować, ponieważ w tamtych czasach była to występująca szerzej tendencja, nie tylko żydowska.
      Kiedy socjalizm jako nauka podjął analizę i przeprowadził ostrą krytykę przyczyn społecznej nierówności, kobiety z burżuazji nie wykazały się zrozumieniem dla tych spraw. Filantropia dominowała wśród nich ponad wszystkim innym. Kobiety te, kierowane naiwnością, wierzyły, że ofiarność i dobra wola są w stanie uchronić świat od nierówności socjalnych.
      Biorąc pod uwagę wiedeński Związek „Miriam”50 z 1885 roku i Farband fun Jidisze Frojen in Berlin far Kultur-Arbet in Palestine51 oraz wystąpienia tych nielicznych żydowskich kobiet z wyższych warstw społecznych na pierwszych kongresach syjonistycznych, musimy jednak stwierdzić, że żaden żydowski ruch kobiet – we właściwym rozumieniu tego słowa – nie egzystował w tamtych czasach.
      Inicjatywa założenia odrębnego syjonistycznego związku kobiet w zaborze rosyjskim, wyszła spośród grupy Żydówek z Warszawy. Broń Boże, nie pochodziły one ze ścisłej elity, ale reprezentowały istniejącą klasę średnią.
      Pierwszy syjonistyczny związek kobiet, pod nazwą „Bnojs Cijon”, został założony w Warszawie na początku XX w., zaraz po utworzeniu Żydowskiego Funduszu Narodowego. Jego program w rzeczywistości był kopią statutu męskiej organizacji „Bnej Cijon”. Działalność związku koncentrowała się na pracy na rzecz Funduszu Narodowego, kursach hebrajskiego dla kobiet i młodych Żydówek, propagowaniu ideologii syjonistycznej wśród różnych warstw społecznych, aby powiększać szeregi działaczek organizacji.
      Rodziło się pytanie: Jeśli organizacja nie stawia sobie żadnych specjalnych zadań związanych z kobietami, nie wysuwa żadnych odrębnych żądań, to może jest w ogóle zbyteczna? Można przecież dalej prowadzić tę pracę razem z mężczyznami.
      Jedna rzecz i to bardzo ważna wyraźnie potwierdziła zasadność stałej egzystencji takiej organizacji kobiecej. Syjonistyczne związki kobiet okazały się w sposób oczywisty niezbędne jako ośrodki przygotowawcze i instytucje kształcenia szkolące przedstawicielki różnych warstw do pracy społecznej i politycznej na rzecz naszego ruchu wyzwoleńczego.
      Choć dziś dziwnie to zabrzmi, nie można przemilczeć faktu, że czterdzieści lat temu żydowskie kobiety i dziewczyny, a nawet członkinie tych organizacji, które wychowały się na przestarzałej koncepcji „Cała chwała córki królewskiej wewnątrz”52, w towarzystwie mężczyzn nie czuły się tak swobodnie, jak w odrębnych związkach kobiet. Bardzo rzadko kobieta miała odwagę wystąpić publicznie albo zabrać głos w dyskusji. Większość nie uwolniła się jeszcze od absurdalnego przekonania, że jaki by mężczyzna nie był, to i tak zawsze uchodzi za mądrzejszego od każdej kobiety. Pogardliwy stosunek mężczyzn do nielicznych działaczek dodatkowo osłabiał ich odwagę. A czy po dziś nastawienie do kobiet, nawet u wielu tak zwanych socjalistów, nie pachnie starym, reakcyjnym filistrem?
      Niejednokrotnie po wystąpieniu jakiejś działaczki, które w żadnym razie nie było mniej udane, niż wygłaszane przez mężczyznę, słyszałam pobłażliwą uwagę:
      – Można jej wybaczyć, to jest piękna kobieta...
      Nie zważając na te rozmaite przeszkody, nasza pierwsza organizacja „Bnos Cijen” w Warszawie odnosiła wielkie sukcesy i w relatywnie krótkim czasie rozwinęła się w związek narodowy, mający siedemdziesiąt oddziałów w miastach i miasteczkach zaboru rosyjskiego i liczący już tysiące członkiń.
      […] Związek celowo koncentrował się na ważnych zadaniach związanych z pracą oświatową i oświeceniową wśród kobiecych mas żydowskich. Stworzono kadry aktywnych, świadomych, wykształconych mówczyń i agitatorek. Poprzez tę pracę same uczyłyśmy się, rozwijały i niejednokrotnie odkrywały zdolności, które mogłyśmy potem doskonalić.
      Te czysto syjonistyczne organizacje kobiece w zaborze rosyjskim miały krótki żywot. Istniały tylko do wybuchu wojny w 1914 roku. W wyniku powstania niepodległej Polski przed żydowskim ruchem kobiet otwarły się szersze horyzonty. Pojawiły się nowe perspektywy, ale wraz z nimi także zupełnie nowe zadania. Uaktywnił się ruch kobiet, który powołał do życia „Farband fun Jidisze Frojen in Pojln”53.
      Inicjatorki i założycielki tego nowego ruchu, na którego czele stała znakomita większość aktywnych, świadomych członkiń rozwiązanej przedwojennej organizacji syjonistycznej kobiet, szybko doszły do przekonania, że związek musi wziąć na siebie cały kompleks wyzwań, jakie przyświecają uniwersalnemu ruchowi kobiet, a także specyficzne żądania kobiet żydowskich. […]
      Wiedząc, jak ciężką walkę musiały stoczyć przywódczynie kobiecych ruchów innych narodów, muszę zaznaczyć, że o wiele trudniej było pracować nad zmianą i zaangażowaniem kobiety żydowskiej. Żadnego wsparcia od mężczyzn, na jakie mogły liczyć bojowniczki w Anglii, Francji, czy Ameryce, nie mogłyśmy oczekiwać. Byłyśmy zwalczane zarówno przez prawicę, jak i lewicę. Partia ortodoksów Aguda54 drżała na myśl o przebudzeniu żydowskiej kobiety i upatrywała w żydowskim ruchu kobiet próby zamachu na ich uzurpatorskie, wykluczające prawo stępiania umysłów żydowskich żon, aby w końcu, broń Boże, nie zrozumiały, ile niezasłużonych zmartwień i cierpień przyspożyły im przestarzałe prawa, np. chalica55, kwestia agun56, zakaz małżeństw kohenów z rozwódkami57 itp. Ich zabiegi wokół tego, aby kobiety nie miały prawa głosu w wyborach kahalnych, czyż nie są echem nieżydowskiej zasady, która pochodzi z kręgów kościelnych i brzmi: „Kobieta powinna milczeć w zgromadzeniu”?
      Nawet lewicowcy twierdzili, że kobiece organizacje są szkodliwe, bo walka powinna być prowadzona w jedności. Choć Bund58 jako pierwszy utworzył organizację JAF – „Jidisze Arbeter Frojen”59, to jednak było to jedynie sposobem na pozyskanie głosów kobiet w wyborach do Sejmu i rad miejskich.
      Zwykli demokraci twierdzili znowu, że organizacje kobiece powinny najpierw utworzyć sztab kobiet filozofek, ekonomistek, znanych polityków. Dopiero wtedy będą mogły pretendować do praw, które uznała polska konstytucja, a dyplomaci płci męskiej zwykli uważać, że mają monopol. [...]
      Chociaż udało nam się wprowadzić żydowskie reprezentantki do Sejmu i rady miasta, nie mogłyśmy, mimo ustawicznej ciężkiej walki, zburzyć „chińskiego muru” i dostać się do warszawskiej Gminy Wyznaniowej Żydowskiej, uważającej się za zmodernizowaną, podczas gdy w gminach innych miast, takich jak przykładowo Wilno lub Białystok, kobiety żydowskie miały już swoje reprezentantki.
      Z początku nawet postępowi mizrachiści60 też głosowali przeciw prawu wyborczemu kobiet. Szybko jednak spostrzegli, że jest to już całkiem antydemokratyczne i zrewidowali swoje stanowisko. Dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa batalia prowadzona przez rabinów, z reprezentantami Agudy na czele. Po prostu przestraszono się bardzo – niech Bóg uchowa – złej skłonności (jejcer hore)61, bo „nawet, jeśli ktoś jest większy niż jego towarzysz, to jego jejcer jest większy od niego”62, i oświadczono kategorycznie, że w żadnym wypadku nie będzie się siedziało razem z kobietami w gminie. Z polskimi kobietami w Sejmie i Senacie – czemu nie, ale z córkami żydowskiego narodu – „lepiej umrzeć niż zgrzeszyć”63.
      Przed każdymi wyborami kadencyjnymi do władz gminy występowałyśmy z demonstracją, wiecami protestacyjnymi, artykułami w prasie, przemowami wygłaszanymi przez przedstawicielki naszego związku w ramach ogólnych spotkań wyborczych, z odezwami, ulotkami itd. Jednym słowem, prowadziłyśmy wielką kampanię przedwyborczą, tak jakbyśmy były aktywnymi uczestniczkami wyborów. Musiałyśmy się jednak zadowolić jedynie moralnymi sukcesami i silnym przekonaniem, że nasza praca uświadamiająca nie pozostanie głosem wołającego na puszczy, czasy się zmienią, a zwycięstwo musi w końcu nadejść.
      (Przeskoczę piętnaście lat do przodu. Kiedy przybyłam po raz drugi do Ziemi Świętej, wzięłam w 1938 roku aktywny udział w wyborach do żydowskiej gminy w Jerozolimie. Byłam wówczas poruszona obojętnym stosunkiem kobiet z rozmaitych warstw społecznych do całej akcji wyborczej. To anormalne zjawisko ponownie w oczywisty sposób wyeksponowało nieuświadomienie i polityczną niedojrzałość rzesz kobiet żydowskich, które do dzisiaj wciąż nie rozumieją, jak wykorzystać otrzymane już prawa. Czy to nie nasza wina, że mimo intensywnej agitacji wyborczej naszych przywódczyń tylko dwie kobiety weszły do władz żydowskiej gminy w Jerozolimie?)

Pua Rakowska, Zichrojnes fun a jidyszer rewolucjonerin, Central-Farband fun Pojlisze Jidn in Argentine, Buenos-Aires 1954, s. 11–116.
Tłum. Joanna Lisek
1 RaSzI (akr. od Rabi Szlomo Icchaki), właśc. Szlomo ben Icchak (1040 Troyes w płn. Francji – 1105 tamże) – rabin, uczony, którego komentarze do Biblii i Talmudu miały fundamentalne znaczenie dla rozwoju żydowskiej myśli filozoficznej i religijnej. [↑]
2 Ejszes chail (hebr./jid.) – dzielna kobieta. Tytuł pieśni włączonej do rytuału szabatu i zgodnie z tradycją odczytywany żonie przez męża w piątek wieczorem, przed odmówieniem Kiduszu poprzedzającego szabatową wieczerzę. [↑]
3 W oryginale forma żeńska sojcherte (hebr./jid.). „Kupcowa” tutaj w dawnym znaczeniu: „kobieta zajmująca się handlem”. Zob.: Słownik 100 tysięcy potrzebnych słów, pod red. J. Bralczyka, PWN, Warszawa 2007, s. 342. [↑]
4 zejdener jungermanczik (jid.) – jedwabny młodzieniec; kreślenie używane w stosunku do pobożnych, wydelikaconych chłopców poświęcających się studiowaniu Tory. [↑]
5 kest (jid.) – mieszkanie i wyżywienie zagwarantowane przez rodzinę żony, aby zięć mógł kontynuować naukę. [↑]
6 Abraham Abel Rakowski (1855 Miriampol – ?) – pisarz hebrajski, dziennikarz, od 1872 współpracownik gazety „HaCefira”; mieszkał w Zambrowie, gdzie prowadził interesy na szeroką skalę. [↑]
7 Chumesz (hebr./jid.) – Pięcioksiąg. [↑]
8 gemiles chesed (hebr./jid.) – towarzystwa udzielające bezprocentowej pożyczki. [↑]
9 hachnoses kale (hebr./jid.) – towarzystwa zajmujące się zaopatrzeniem ubogich dziewcząt żydowskich w wiano. [↑]
10 Tajcz-Chumesz (jid./hebr.) – tłumaczenie na jidysz Pięcioksięgu, tradycyjnie czytane przez kobiety. [↑]
11 Menojres haMoer (hebr., Światłość światłości) – księga powstała w kręgu sefardyjskim, autorstwa Icchaka Abuhawa. [↑]
12 Czesanie i używanie mydła, powodujące zmianę jego kształtu, należą do 39 kategorii prac (hebr., melachot), które w szabat są zakazane. [↑]
13 loszn-kojdesz (hebr./jid.) – język święty (hebrajski). [↑]
14 apikorses (hebr./jid. ) – poglądy nieortodoksyjne, sceptycyzm. [↑]
15 Talmud Babiloński, Sota 21b. [↑]
16 Białystok w latach 1802-1807 pozostawał pod władaniem króla pruskiego. [↑]
17 szojchet (hebr./jid.,) – rzezak rytualny. [↑]
18 Jeszywa (hebr., posiedzenie) – wyższa uczelnia talmudyczna. [↑]
19 apikojres (hebr./jid.) – heretyk. [↑]
20 Księga Hioba 19:26 [↑]
21 maskil (hebr., oświecony, inteligent) – zwolennik oświecenia żydowskiego. [↑]
22 „Brojt mt licht” (jid.) – „Chleba i światła”. [↑]
23 „Bnej Mosze” – grupa intelektualistów działająca w latach 1889-1897, związana z ruchem protosyjonistycznym Chowewej Syjon (hebr., Miłośnicy Syjonu); utworzona pod przewodnictwem Achad haAma. Dążyła do odrodzenia narodowego Żydów poprzez reformowanie edukacji powszechnej i działalność wydawniczą. [↑]
24 Goles (jid., wygnanie, niewola, diaspora; hebr. galut) – pojęcie wyrażające koncepcję stanu i przeżyć ludu pozbawionego swej ojczyzny, powiązanych z poczuciem wyobcowania w krajach osiedlenia; jedno z najważniejszych pojęć określających kondycję narodu żydowskiego, żyjącego w diasporze od czasu zburzenia Drugiej Świątyni (70 n.e.). [↑]
25 mełamed (hebr./jid.) – nauczyciel w chederze. [↑]
26 Chibat Cijon (hebr., Miłość Syjonu) – nazwa ruchu o charakterze protosyjonistycznym, często używana zamiennie z Chowewej Cijon. [↑]
27 Szmuel Mohylewer (1824 Głębokie na Wileńszczyźnie – 1898 Białystok) – rabin, protagonista ruchu syjonistycznego. W czasie powstania styczniowego nawoływał Żydów do zachowania neutralności. Po pogromach w Rosji zaangażował się w pomoc uchodźcom oraz organizowanie emigracji Żydów do Palestyny, co związało go z ruchem Miłośników Syjonu. W okresie piastowania rabinatu w Białymstoku, na mocy układu z gminą, mógł kilka miesięcy w roku poświęcać wyłącznie na działalność publiczną, nastawioną m.in. na wspieranie żydowskiego osadnictwa rolniczego w Palestynie. [↑]
28 Abraham Samuel Herszberg (1858 Kolno k. Łomży – 1943 Białystok) – uczony i pisarz hebrajski. Był właścicielem zakładów włókienniczych w Białymstoku. Przyłączył się do ruchu Chibat Cijon, współpracując z S. Mohylewerem. [↑]
29 TaNaCh – akronim określający Biblię Hebrajską, utworzony od początkowych liter trzech części Pisma: Tora (Prawo), Newiim (Prorocy), Ketuwim (Pisma). [↑]
30 Erec Iisroel (hebr./jid.) – Ziemia Izraela, Ziemia Święta. [↑]
31 Pesach (hebr., pominięty, oszczędzony; termin związany z biblijnym opisem „ominięcia” domów Izraelitów w czasie ostatniej z plag egipskich) – jedno z trzech tzw. świąt pielgrzymich, obchodzone na pamiątkę wyjścia z Egiptu. [↑]
32 Sukot (l.mn. od hebr. suka = szałas) – jedno z trzech tzw. świąt pielgrzymich; budowane z okazji święta szałasy mają przypominać wędrówkę Izraelitów przez pustynię oraz opiekę Bożą, którą zostali wówczas otoczeni. [↑]
33 Talmud Babiloński, Sota 21. [↑]
34 loszn kojdesz – dosł. język świętości, określenie używane dla języków (hebrajskiego, aramejskiego), w których zapisane są księgi religijne. [↑]
35 Zeew Gluskin (1859 Słuck – 1949 Tel Awiw) – finansista i działacz ruchu Chibat Cijon, z którym związał się dopiero po zamieszkaniu w Warszawie w 1881 r. Przewodniczył nielegalnemu warszawskiemu oddziałowi „Bnej Mosze”. W 1906 r. osiedlił się w Palestynie, gdzie piastował wiele stanowisk w organizacjach gospodarczych. [↑]
36 [???]. [↑]
37 Ta sentencja przytoczona jest tu w kontekście potrzeby systematycznej edukacji językowej, a nie nauczania samej Tory. [↑]
38 „Der Erszter Hebreiszer...”(jid.) – Pierwsza Szkoła Hebrajska Pui Rakowskiej. [↑]
39 „Gospoża siejczas...” (ros.) – Pani zaraz się rozpłacze. [↑]
40 Wcześniej autorka podkreśliła przełomowy charakter V Kongresu Syjonistycznego (1901), w czasie którego powołano Keren Kajemet leIsrael (Żydowski Fundusz Narodowy) – utworzony w 1901 roku fundusz zbierający pieniądze na zakup i zasiedlenie ziemi w Palestynie. [↑]
41 Keren kaJemet leIsrael (hebr., Żydowski Fundusz Narodowy) - [↑]
42 agada (hebr., opowiadanie) – część literatury rabinicznej, która nie jest poświęcona kwestiom prawnym (halacha). [↑]
43 W zdaniu tym użyty jest zwrot „towarzyszko”, w języku polskim jest on jednak na tyle silnie osadzony w dyskursie komunistycznym, że mógłby zniekształcać znaczenie tekstu. [↑]
44 [???]. [↑]
45 Pua Rakowska konsekwentnie używa określenia „rusisz-Pojlin” (dosłownie rosyjskiej Polski). Tłumaczę ten zwrot jako „zabór rosyjski”, choć mam poczucie niedoskonałej przystawalności tych dwóch określeń. [↑]
46 „Bnej Cijon” (hebr., Synowie Syjonu) – założona w 1894 r. pierwsza organizacja syjonistyczna. [↑]
47 Rdz 3:16. Cały ten wers brzmi: „Do kobiety zaś rzekł: Pomnożę dolegliwości brzemienności twojej, w bólach będziesz rodziła dzieci, mimo to ku mężowi twemu pociągać cię będą pragnienia twoje, on zaś będzie panował nad tobą”. [↑]
48 „Bnojs Cijon” (hebr. Banot Cijon, Córki Syjonu). [↑]
49 Women’s International Zionist Organisation (WIZO) – organizacja założona w 1920 r. przez dr Verę Weizmann (żonę pierwszego prezydenta Izrala Chaima Wiezmanna). [↑]
50 Związek „Miriam”. [↑]
51 Farband fun Jidisze Frojen in Berlin far Kultur-Arbet in Palestine (jid., Związek Kobiet Żydowskich w Berlinie na rzecz Pracy Kulturalnej w Palestynie). [↑]
52 Ps45:15. Werset zapisywany często na nagrobkach kobiet, interpretowany zwykle: „Cała chwała córki królewskiej wewnątrz” jej domu. [↑]
53 (Związek Kobiet Żydowskich w Polsce) [↑]
54 Aguda (Agudes Jisroel – Związek Izraela) – międzynarodowa polityczna organizacja ortodoksji. [↑]
55 chalica (hebr. zzuwanie) – obrzęd, dzięki któremu wdowa po zmarłym bezdzietnie mężczyźnie zostaje zwolniona od obowiązków wynikających z prawa lewiratu. Pua Rakowska przeszła obrzęd chalicy, o czym pisze w innej części wspomnień. [↑]
56 aguna (hebr. kobieta związana) – kobieta, której mąż przepadł bez wieści i która z tego powodu nie może ponownie wyjść za mąż. [↑]
57 kohen (hebr. kapłan) – człowiek należący do kasty ludzi poświęconych służbie Bogu, która w starożytności pełniła swe funkcje w Świątyni Jerozolimskiej. Kohenów obowiązują szczególne ograniczenia w zawieraniu małżeństw, np. nie wolno im poślubić rozwódek. Pua Rakowska, będąc jeszcze żoną swojego pierwszego męża, miała burzliwy romans z kohenem – bratem szwagierki, co wywołało prawdziwy skandal, bo nawet po otrzymaniu rozwodu nie mogłaby za niego wyjść za mąż. [↑]
58 Bund (właśc. Ogólnożydowski Związek Robotniczy "Bund" na Litwie, w Polsce i w Rosji) – najliczniejsza i najsilniejsza żydowska partia robotnicza w Polsce w okresie międzywojennym, utworzona w 1897 r. w Wilnie. [↑]
59 Jidysze Arbeter Frojen (jid., Żydowska Kobieta Pracująca) – bundowska organizacja kobieca. [↑]
60 „Mizrachi” (nazwa utworzona od hebr. słów „merkaz ruchani”, czyli: „centrum duchowe”; ale też – wschodni) – Organizacja Syjonistów-Ortodoksów „Mizrachi” – religijny ruch syjonistyczny, którego cele wyrażało sformułowane przez Bar Ilana motto: „Erec Israel le-am Israel al-pi Torat Israel” (hebr., Ziemia Izraela dla ludu Izraela, zgodnie z Torą [Prawem] Izraela). [↑]
61 jejcer hore – zły popęd. [↑]
62 Talmud Babiloński, Suka 52. [↑]
63 Talmud Babiloński, Psachim 25. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 41 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3642207
UA-28053597-1