Melech Koper i Cype-Trajne

Żadną miarą nie mogłem pojąć, jak Melech Koper ze swoją żoną Cype-Trajne mogli zamieszkać w suterenie pod frontowymi schodami wejścia do kamienicy, w której mieszkaliśmy. Kiedy przypomnę sobie tę przedziwną parę, zdaje mi się, że Melech Koper i Cype-Trajne rośli razem z tą piwniczną izbą, która znajdowała się naprzeciwko jednoizbowego mieszkania pana Janka, stróża.

Suterena ich była trójkątna. W jednej ścianie, od strony podwórza, znajdowało się małe okienko. Nad okienkiem był skośny sufit, z wierzchu dźwigający marmurowe schody frontowego wejścia, który sięgał do podłogi.

Do sutereny prowadziły cztery schodki. Wzdłuż przeciwległej do wejścia ściany stały dwa metalowe łóżka z siennikami i bielizną pościelową koloru błota. Koło okna znajdował się stolik na czterech nogach i dwa połamane krzesła, trochę dalej żelazna koza, na której stał zawsze okopcony czajnik albo garnek. Jakieś naczynia kuchenne leżały w kącie na podłodze, ubrania – na dwóch połamanych ławkach. Całe szczęście, że Melech Koper i Cype-Trajne nie mieli dzieci. Bo gdzieżby się ten drobiazg podział w takiej małej izdebce?

Melech Koper i Cype-Trajne byli bardzo mali, jakby skrojeni do wymiaru sutereny, w której mieszkali. Melech miał masywny tułów na małych nóżkach i chodząc, podskakiwał. Miał potarganą siwiejącą brodę, która nigdy nie widziała grzebienia. Nosił żydowską czapeczkę (hitele), chałat – łata na łacie – i buty z czarnymi, zagniecionymi cholewami, wykoślawionymi podeszwami. Ubranie wyglądało tak samo staro, jak on sam.

Do mieszkania Melecha Kopra i Cypy-Trajny nikt, może poza dziećmi z podwórza, nie zaglądał. Bo co to za ludzie – chyba się z księżyca urwali.

Melech Koper uchodził za mełameda, nie miał jednak własnego chederu. Sąsiedzi z podwórza, którzy chcieli, żeby ich córki łyknęły trochę hebrajszczyzny, umiały odmawiać modlitwę przed zaśnięciem i może jeszcze orientowały się w książeczce do nabożeństwa, kiedy dorosną i będą modlić się na babińcu, wynajmowali Melecha, żeby uczył je czytać z hebrajsko-żydowskiego modlitewnika. Melech krążył po mieszkaniach ludzi pobożnych, których wcale nie było dużo, i za cały tydzień pracy dostawał złotówkę. Te kilka złotych, otrzymywane za nauczanie dziewczynek, w tym również dwóch moich młodszych sióstr, którym wpajał modlitwę przed zaśnięciem, nie wystarczały mu na życie. Dlatego po modlitwie porannej, przekąsiwszy coś na śniadanie, wyruszał Melech Koper na „tamte ulice” (tak nazywaliśmy rejon Nalewek) i po całym dniu wracał do domu z kilkudziesięcioma groszami lub nawet złotówką; pieniądze oddawał żonie i szedł na korepetycje do dziewcząt.

Cype-Trajne i Melech Koper pasowali do siebie jak ulał. Mąż był miernego wzrostu, a ona jeszcze mniejsza, chucherko. W dodatku sepleniła... Gdy przyniósł do domu mało pieniędzy, słychać było, jak Cype-Trejne krzyczała na swojego nieszczęsnego męża:

- Wyszłam za takiego nieudacznika, co nawet na utrzymanie domu nie potrafi zarobić! Lepiej bym wyszła, gdybym została starą panną...!

W takich chwilach, które powtarzały się regularnie, Melech Keper, zwiesiwszy głowę, dawał się swojej żonie wykrzyczeć i przychodził do naszego mieszkania, by ze łzami w oczach poskarżyć się mojemu ojcu na swój nieszczęsny los: „Co ja na to poradzę, że Najwyższy tak mnie pokarał? W żadnym chederze nie chcą mnie za mełameda. Wstyd mi przed sąsiadami, więc chodzę na 'tamte ulice', mimo że grzeszę, wychodząc [poza dozwolony prawem obszar rewir(“Derech petachim”1). Dobrzy ludzie dadzą mi grosz, czasem dwa, a kiedy indziej kawałek chleba; zanoszę to mojej żonie, a ona na mnie wrzeszczy...”. Mój ojciec wyjmował wtedy pięćdziesiąt groszy, wręczał je Melechowi, mówiąc: „Niech wam Bóg dopomoże, panie Koper...”.

Ile by reb Melech nie przyniósł, wciąż było za mało; Cype-Trajne, która – w przeciwieństwie do męża niezguły – była zwinna jak kotka, szukała pracy po domach, żeby trochę dorobić. Prosiła sąsiadki, żeby dały jej rzeczy do prania albo najęły ją do sprzątania mieszkania.

Moja mama była jedną z tych kobiet, które od ust sobie odejmowały, żeby nająć Cypę do prania i zapłacić jej złotówkę; następnie prała sama jeszcze raz, żeby rzeczy były czyste.

Mijały lata. Wydawało się, że życie Melecha Kopra i Cypy-Trajny zawsze już będzie biegło ustalonym torem: Melech Koper prócz nauczania córek sąsiadów (których ubywało) codziennie będzie chodził na „tamte ulice”, żeby przynieść żonie kilka groszy; Cypa będzie krzyczeć na tego safandułę, sama chodząc po mieszkaniach i prosząc sąsiadki o jakąś pracę do wykonania. Los jednak nie był litościwy dla tej niezwykłej pary.

Było to na kilka dni przed żydowskim Nowym Rokiem (Rosz haSzana)2. Słońce, które przez całe upalne lato dokuczało warszawskiej biedocie, bezskutecznie szukającej wytchnienia w cieniu, z każdym dniem coraz bardziej kryło się za deszczowymi chmurami. Zdawało się, że chmury idą w zawody ze słońcem, chcąc zastawić mu drogę do miasta i osłabić, żeby już nie dokuczało wymęczonym warszawiakom. W dzień żydowskiego Nowego Roku całe niebo zasnuły chmury. Powietrze było duszne, lepkie, zbierało się na deszcz. Opadów jednak nie było.

Mieszkające w naszej kamienicy kobiety, dokonując gruntownych porządków, dwa razy do roku – przed Pesach i przed Rosz haSzana – były urobione po łokcie. Niezamożne panie domu kilka dni przed świętami same szorowały i myły podłogi, posypywały je żółtym piaskiem lub froterowały, polerowały czerwoną pastą, która pachniała terpentyną. Myły okna, polerowały drzwi, a czasem nawet malowały mieszkania.

Bogate mieszczanki nie przykładały palca do ciężkiej pracy. Miały od tego służące Polki, które dzień i noc zamiatały i czyściły przez okrągły rok. Były też takie panie, które w ciągu roku sprzątały same, ale przed świętami najmowały kogoś do pomocy. Kilka sąsiadek korzystało zawsze z pomocy Cypy-Trajny. Robiły tak z litości dla żony Melecha Kopra, ale też z wyrachowania: Cypie-Trajnie płaciło się naprawdę grosze. Ta maleńka, na wpół głucha kobieta starała się wykonywać swoją pracę jak najlepiej, ciesząc się, że jest bardziej staranna niż wynajęte do robienia przedświątecznych porządków siksy.

Przed świętami Cype-Trajne była zawalona robotą. Sąsiadki wręcz ją sobie wyrywały. A Cype-Trajne brała każdą robotę, byle zarobić na święta; pracowała więc bez wytchnienia.


***


Tamtego roku pomagałem mamie posprzątać mieszkanie przed Rosz haSzana. Stałem w oknie, czyszcząc szyby. Od czasu do czasu zerkałem na zewnątrz: kuglarze, otoczeni gromadką towarzyszących im dzieci, które nie mogły się napatrzeć na wyciąganie królika z kapelusza i inne sztuczki, weszli na nasze podwórko; grali na skrzypcach, trąbce, bębenku. Fikali koziołki, połykali ogień, żonglowali, a ludzie rzucali z okien monety. Zobaczyłem Cypę stojącą w oknie i pucującą szyby u pani Guty na drugim piętrze.

Nagle pociemniało mi przed oczami... Zobaczyłem, jak Cype-Trajne majgnęła się i wydając ciche westchnienie – oj! – jak kamień runęła na podwórze. Jej twarz zalała kałuża krwi. Cały zadrżałem i nie mogąc od niej oderwać wzroku, wydałem okrzyk przerażenia. Widziałem, jak ostatkiem sił próbuje usiąść i nie może. Zwiesiła głowę na bok i w tej pozycji zastygła...

Podwórze wypełniło się krzykami ze wszystkich mieszkań. Kuglarze z otaczającą ich dziatwą uciekli jak od ognia. Mieszkańcy zbiegli na dół. Ktoś przyniósł wiadro i oblał Cypę-Trajnę wodą. Cype-Trajne ani drgnęła. „Ona nie żyje!” - rozległy się okrzyki. Jak spod ziemi wyrosła policja. Policjanci od razu udali się do mieszkania pani Guty, u której Cype-Trajne myła okna. Spędzili tam jakiś czas i poszli. Kobiety, w tym również moja matka, lamentowały, rwały sobie włosy z głowy, na melodię pokutnych modlitw opłakiwały ten nieszczęśliwy wypadek. Mężczyźni zakrzątnęli się wokół pogrzebu. Cały czas jak wryty stałem w oknie i drżąc na całym ciele, nie mogłem oderwać wzroku od niekształtnego tobołka, który cicho leżał na bruku. Przykryta czymś Cype-Trajne nie krzyczała: „Ach, ten mój mąż nieudacznik!” i nie chwaliła się przed sąsiadkami, że porządki robi lepiej niż chrześcijańskie dziewuchy...

Kiedy Melech wrócił z „tamtych ulic”, ciało Cypy-Trajny było już zabrane z podwórza. Bractwo pogrzebowe czekało, aż Melech przyjdzie i dowie się o swoim nieszczęściu. Melech zobaczył stojące w grupkach kobiety, mówiące o tym, co się stało. Jak gdyby nigdy nic podszedł do drzwi sutereny: stały otwarte, ale Cypy-Trajny w środku nie było. Zdziwiony, pytał kobiet, czy nie wiedzą, gdzie jest Cype-Trajne. Kobiety uderzyły w płacz:

- Czego płaczecie? - pytał. - Czy Cype-Trajne coś się stało?

- Boże na niebie! - zawołała sąsiadeczka – Cype-Trajne się skończyła!... Twoja żona, Melechu, nie żyje... Wypadła z okna mieszkania Guty i zabiła się!...

Melecha wbiło w ziemię; nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Nie mówił ani nie płakał. Przez chwilę stał jak kołek, wlepiając ślepia w zgromadzone na podwórzu kobiety, które nie przestawały lamentować. Wciąż jeszcze nie pojmował, co tu się dzieje.

- Co? - ozwał się nagle. - Cypy nie ma? Poszła gdzieś?...

- Melechu, co pan mówi? Cypa wypadła u Guty z okna i zabiła się! Ona nie żyje!...

- Cha, cha, cha! – Melech wybuchnął dzikim śmiechem. - Już mnie nie będzie wyzywać i przeklinać.

Zostawił zdumione jego niecodzienną reakcją kobiety. Odwrócił się, wyszedł na ulicę i nikt nawet nie zauważył, gdzie zniknął.

Kobiety grupkami długo jeszcze stały na podwórzu. Ktoś sklął Gutę, że nie przywiązała Cypy-Trajny sznurem, kiedy ta stała w oknie i myła szyby. Inni oskarżali kuglarzy, na których Cype-Trajne się zagapiła. Jedna z sąsiadek powiedziała: „Coś mi się wydaje, że Melech zwariował”. Na koniec rozeszły się do swoich mieszkań.

Mijały tygodnie i miesiące. W kamienicy coraz rzadziej rozmawiano o Melechu i Cype-Trajne. Dziki śmiech Melecha po śmierci Cypy-Trajny rychło odszedł w zapomnienie. Jego zniknięcie nikogo nie obchodziło. Byli kiedyś Melech Koper i Cype-Trajne, a teraz ich nie ma – finito!

Jedyną osobą w naszej kamienicy, która przy każdej okazji wspominała Melecha, był mój ojciec. Miał pretensje do sąsiadów: starszy, złamany przez los człowiek znika bez wieści i nikt się nie zapyta, nie zainteresuje się, co się z nim stało.

Pewnego razu ojciec przyniósł zasłyszaną na mieście wiadomość, że Melech zwariował, żebrze i nocuje w przytułku dla bezdomnych (cyrku przy ulicy Dzikiej).

Minęło jeszcze trochę czasu, jak zaczęto mówić, że Melech zemdlał na ulicy. Pogotowie jakoby zabrało go do Szpitala Starozakonnych na Czystem3 i tam podobno umarł.

Czy te wiadomości, które powtarzał ojciec, były prawdziwe bądź nie – tego nie wiem do dziś. Wiem jednak, że suterena, w której – odkąd pamiętam - mieszkali Melech Koper i Cype-Trajne, jeszcze przez kilka lat po tej tragedii stała pusta; razem z całą kamienicą i wszystkimi mieszkańcami zmiotła ją wojenna zawierucha.

Aron Szapiro, Awek mitn wint, Tel Awiw 2006, s. 36-42.
książka dostępna pod adresem: http://archive.org/details/nybc217372
tłumaczyła z jidysz: Anna Ciałowicz

1Zob. Orach Chaim 387 (prawa dotyczące eruwu). [↑]

2Rosz haSzana (hebr. dosł. głowa roku) – pierwszy dzień kalendarza żydowskiego (1 tiszri). Święto upamiętnia stworzenie świata i przypomina o sądzie Bożym; otwiera okres pokuty – Jamim Noraim (hebr. Straszne Dni) – trwający do święta Jom Kupur (10 tiszri). [↑]

3Szpital Starozakonnych na Czystem – żydowska placówka medyczna funkcjonująca w latach 1902–1943 w dzielnicy Wola. Przez wiele lat uważana za jeden z najlepszych i najnowocześniejszych szpitali w Polsce. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 56 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3578577