Drzewo w getcie

Legowiska pod gołym niebem

Było to najprawdopodobniej wiosną lub na początku lata 1941 roku, w czasie apogeum głodu i tyfusu, kiedy ulice były zapełnione żebrakami, handlarzami i ulicznymi grajkami. Było to po śmierci Herszele [brata Izraela Szterna – B.Sz.-Cz.]. Nie mogłam sobie wybaczyć, że nie próbowałam na czas podkarmić go w naszej kuchni, która wydawała zupy. Gdy zatem przypadkowo wpadłam na Izraela Szterna w jednej z naszych instytucji, wzięłam go na bok i zaprosiłam, aby codziennie przychodził na ulicę Leszno 40

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
, i zjadał trochę zupy. Jego pierwszym pytaniem było, czy to jest kuchnia koszerna.

– Dlaczego miałaby nie być koszerna? – zapytałam – Nie ma w niej ani nabiału, ani mięsa. Dodajemy jako tłuszcz tylko olej, więc to jest zawsze „obojętne” (parwe)1.

Sztern nawet się nie uśmiechnął, słysząc moje ironiczne słowa i nie powiedział czy przyjdzie. A jednak w kilka dni później pokazał się, a potem przychodził prawie codziennie.

Kiedy nasza „gospodyni” go zobaczyła, natychmiast zareagowała na moje mrugnięcie i podała mu talerz zupy bez kartki. Ona i rzeczywisty szef kuchni, dawny właściciel ziemi w okolicy Rypina, byli przyzwyczajeni do takich „wyjątków”. Uznali nowego konsumenta za jednego z moich „protegowanych”. Ale to nie mogło przekroczyć pewnych granic. Nie pozwoliliby na to, aby zabrał jedzenie do domu albo żebym zaprosiła go do stolika w głównym pomieszczeniu.

Prawdą jest – i nie ma co tego ukrywać – że nawet wśród najbardziej zdeklasowanych i wynędzniałych przybyszy z prowincji, którzy stanowili trzon klienteli kuchni, Sztern rzucał się w oczy swoim przerażającym zaniedbaniem.

Poły jego palta były wystrzępione, rękawy oderwane pod pachą. Niemal nigdy nie zdejmował czarnego wytłuszczonego kapelusza. Jego nieczęsto golone policzki porośnięte były sterczącą twardą, bezładnie rosnącą szczeciną. Pod paltem nie miał, jak się zdaje, żadnej marynarki, a jego brzuch dziwnie sterczał. Spytałam Josefa Kirmana2 co to może być, a on mi wyjaśnił:

– Ponieważ kieszenie jego palta są oderwane, Sztern nosi pod podszewką swoje najcenniejsze skarby: książkę, którą stale czyta, tom poezji Rilkego czy Kasprowicza, oraz własne, przez nikogo nie dotykane naczynie do polewania wodą rąk, zgodnie z nakazami Szulchan Aruch3.

Podobnie jak w starym porzekadle o mędrcu, który nosi zawsze ze sobą swoje rzeczy.

Wiedzieliśmy jeszcze przed wojną, że Sztern jest chasydem bracławskim, jednym z „martwych chasydów” (tojte chasidim)4. Ale wówczas nie mieliśmy pojęcia, że tak bardzo przestrzegał przepisów religijnych.

* * *

Jakoś pod koniec grudnia 1941 roku kuchnia znajdująca się przy ulicy Leszno 40 w ramach zimowej pomocy została zamieniona na kuchnię dla rekonwalescentów. Gotowano tam gęste, tłuste zupy dla ludzi, którzy przebyli tyfus. Z kuchni tej można było korzystać tylko wówczas, jeśli się posiadało specjalne zezwolenie, obowiązujące jedynie przez miesiąc. Kuchnię wciąż wizytowano, ale rzecz jasna i teraz mogłam „przeszmuglować” jakieś „wyjątki”. Pisarze, malarze, muzycy dopiero teraz zainteresowali się naszą kuchnią i jej kaloriami. Dla Szterna zasadniczą sprawą było przestrzeganie zasad koszerności. Uważałam za swój obowiązek powiedzieć mu, że teraz pożywienie będzie przygotowywane na świńskim tłuszczu i końskich kościach. Od tego dnia Sztern przestał pojawiać się w kuchni.

Przez parę miesięcy go nie widywałam. Dopiero tuż przed Pesach5 Josef Kirman przyszedł na Leszno 40 i opowiedział mi, że Sztern jest w strasznym stanie, wręcz bliski śmierci.

Rzucam wszystko i idziemy razem. W suterynie domu na rogu Pawiej i Smoczej mieszka przyzwoita rodzina chasydów, tam Sztern ma swój kącik, miejsce do spania. Przez zakratowane okienka znajdujące się pod sufitem wkrada się mdłe pasemko światła. Pod ścianą stoją dwa łóżka z wysoko spiętrzoną pościelą, przykryte kapami z czerwonego aksamitu. Naprzeciwko drzwi – stara szafka wypełniona księgami.

Przy stole, pośrodku izby, siedzi przerażająco odmieniony Izrael Sztern. Jego nogi, całe ciało, są potwornie spuchnięte. Jego również obrzmiała twarz pokryta jest sporym zarostem, jakby był w żałobie.

Ludzie znajdujący się w mieszkaniu zaczęli się przed nami usprawiedliwiać, że łóżko Szterna jest także zaścielone. „On nie chce leżeć – powiadają – więc co możemy zrobić?”.

Sztern przysłuchiwał się naszej rozmowie. On sam też już był zdenerwowany z powodu swojego stanu. Pozwolił nam działać wedle naszego rozeznania. Miał tylko jeden warunek – nie pojedzie rykszą ciągniętą przez człowieka.

Nie pamiętam już skąd wzięliśmy konia i wóz. W owym czasie w getcie nie było już prawie dorożek. Zawieźliśmy Szterna do TOZ-u6 na ulicę Gęsią [43

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
, ], gdzie mieliśmy dobre powiązania „rodzinne”, przez prezesa administracji, pisarza Jehudę Felda7.

Szterna ostrzyżono, wykąpano i przebrano w nową odzież z magazynu TOZ. Dopiero potem pozwoliliśmy go zbadać lekarzowi, interniście, który nie czekając na wyniki analiz wstrzyknął Szternowi sporą dawkę glukozy. Potem przeniesiono Szterna do punktu dla uchodźców, który się znajdował w domu przy ulicy Leszno 14

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
, .

Zaalarmowaliśmy dyrekcję Żydowskiej Samopomocy Społecznej8, w której zasiadali sami swoi ludzie, jak Icchak Giterman9 i Emanuel Ringelblum10. Z polecenia „wyższej instancji” kierownik punktu wstawił do kancelarii łóżeczko, aby Sztern miał osobny pokój. Z magazynu ŻSS wydano dla Szterna specjalne paczki z suchym prowiantem, opłacono kobietę, która miała gotować i podawać jedzenie choremu. Zaopatrzono go w leki oraz pieniądze niezbędne na zakup dodatkowych witamin. Tyle tylko mogliśmy zrobić. Pieniądze przechowywał Josef Kirman, jako że Sztern miał miałomiasteczkowo-wiejską „ciężką rękę” do wydawania pieniędzy.

Kirman znał Szterna jak samego siebie i był mu oddany jak rodzony brat. Pielęgnował go z miłością i spełniał najdrobniejsze zachcianki.

Kirman dawał mi pieniądze, a ja chodziłam na bazar przy ulicy Leszno 42 [

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
, ], dwa domy dalej od kuchni, żeby kupić Szternowi kawałek sera i odrobinę masła albo nowalijki i owoce przeszmuglowane z „aryjskiej” strony.

Tak oto leczyliśmy Szterna i opiekowaliśmy się nim, i to naprawdę mu pomogło. Opuchlizna pomału zeszła, Sztern w końcu wstał i pod koniec czerwca zaczął wychodzić na ulicę.

Wyciągnięcie go z głodowej opuchlizny kosztowało kilka tysięcy złotych. Wspominam o tym dlatego, że wówczas w getcie były dziesiątki tysięcy spuchniętych z głodu i to zazwyczaj oznaczało, że ich los był przypieczętowany. Zupa z kuchni ludowej już nie tylko nie pomagała, ale wręcz szkodziła, a wydać na każdego głodującego kilka tysięcy złotych Żydowska Samopomoc Społeczna nie była w stanie.

* * *

Był początek lata 1942 roku. Czas nocnych rzezi dokonywanych przez Gestapo, aktów terroru, które były wstępem do pierwszej akcji deportacyjnej. Coraz bardziej gwałtowne, coraz okropniejsze były jej oznaki, atmosfera stawała się coraz bardziej napięta.

Sztern leżał sam w swoim pokoju, czytał poezję. Nie mówiono mu o wszystkich tych strasznych wydarzeniach na ulicy. Nie przynoszono mu żadnych gazet z wiadomościami o zwycięstwach odnoszonych przez Niemców. Myślę, że Sztern przeżywał wówczas dni cichej idylli w przededniu zagłady.

Pamiętam swoje odwiedziny u niego, gdy leżał w „punkcie”, naszą pogawędkę. Przyniosłam mu kilka truskawek w papierowej torebce i słoik kompotu.

Kancelaria znajdowała się na drugim piętrze, w znajdującej się po lewej stronie oficynie przylegającej do jednego ze skrzydeł kościoła ewangelickiego przy Lesznie, który był zamknięty. Przez otwarte okno widać było kamienny las wież i wieżyczek – fragmenty chrześcijańskiej architektury. A jeszcze bliżej – duże, rozłożyste, ciche drzewo. Kasztanowiec był obsypany białym kwieciem niczym choinka z białymi świeczkami. Pomiędzy filarami kościoła znajdowały się gniazda ptaków, gdzie wykluły się już młode. Ptasi rodzice co chwila nadlatywali z okruchami pożywienia w dziobkach. Ćwierkali i krążyli nad gniazdami, nieświadomi, że tutaj też jest getto, że Żydzi są skazani na zagładę...

Cisza, odosobnienie, jak gdyby o dwa kroki stąd ulica nie dygotała w przedśmiertnej gorączce, tak jakbyśmy i my o niczym nie wiedzieli.

„W cieniu starej katedry...” rozmawialiśmy o mało znanym Zoli – romantyku, takim, jaki wyziera z kart jego powieści Marzenie, w której opisuje młodzieńczą, miłość syna biskupa i córki organisty11.

– Nie było żadnego wielkiego pisarza, który by nie był lirykiem choćby przez jakiś okres swojej twórczości – zauważył Izrael Sztern. Chciał, żebym mu przeczytała wiersz Stefana Georgego, bo jemu samemu trudno jest czytać o zmierzchu.

– Proszę mi lepiej powiedzieć jakiś własny wiersz – poprosiłam. – Proszę napisać wiersz o tym drzewie, które kwitnie w samym środku getta.

Gdy już miałam wychodzić, Sztern zapytał mnie o nowiny, i chociaż wykręcałam się jak mogłam, żeby tylko nie powiedzieć mu o tych złych rzeczach, które się działy w mieście, ani o tych jeszcze gorszych, o których w mieście mówiono; widziałam jasno, że Szterna nie da się tak łatwo oszukać.

– Niemcy są potężni, Niemcy są silni – mruczał, gdy rozmawialiśmy o sytuacji na froncie. W getcie nie brakowało optymistów, którzy w każdym raporcie ze wschodu czy z zachodu dopatrywali się oznak zbliżającej się klęski niemieckiej. Izrael Sztern nie należał do tych optymistów. Nie chciał żywić złudzeń co do przyszłości w getcie warszawskim.

Nie pozwolił sobie wmówić żadnych gładkich historyjek, nie wierzył w nie.

A może jednak trochę w nie wierzył.

* * *

Po rozpoczęciu deportacji nie spotkałam już Szterna.

Ludzi mi opowiadali, że wciągnięty w wir daremnej walki z zagładą, Sztern wykazał się silnym instynktem samozachowawczym. Ktoś z gettowego urzędu pracy (wydaje mi się, że był to dziennikarz Ptakowski12) wpisał Szterna na niemieckie stanowisko pracy po aryjskiej stronie, i przez jakiś czas widywano Szterna kroczącego co rano w szeregu z innymi robotnikami, którzy przed blokadą wychodzili na aryjską stronę do pracy.

Sztern miał już ponad pięćdziesiąt lat, ale gdy podobnie jak inni ogarnięty przelotną „gorączką pracy”, starał się wyglądać „zdrowo i świeżo”. Ktoś mi powiedział, że nawet udało się Szternowi skądś dostać nowy jasnoniebieski i mocno wykrochmalony fartuch, a na głowę naciągnął kraciasty kaszkiet. Przez ramię przerzucał płócienny worek i maszerował ramię w ramię z innymi.

Ta maskarada nie trwała długo. W drugiej połowie sierpnia Sztern wpadł podczas jednej z owych „dzikich” blokad.

Tak się właśnie owe ekstra-blokady odbywały: o zmierzchu dopełniano na Umschlagplatzu kontyngent, jeśli do skompletowania transportu brakowało kilkuset „głów”. SS-mani byli już zmęczeni krzykiem i strzelaniną, spieszyli się na „fajrant”, więc przysyłano paru Ukraińców pod jeden z murów getta, gdzie mniej więcej od godziny piątej zaczynały wracać z aryjskiej strony grupki robotników – kierowano je na Umschlagplatz. Dawniej jeszcze w ostatniej chwili przeprowadzano wśród robotników niewielką selekcję. Ale na ogół nie było na to czasu, więc zaganiano ich tak jak stali prosto do wagonów.

Jeszcze z pęczkami szczypiorku czy marchewki w rękach, które nieśli do domu, do getta.

Wśród tych „głów” była jedna – w laurowym wieńcu.

* * *

Izrael Sztern to jeden z najwybitniejszych poetów, którzy pojawili się w naszej literaturze po pierwszej wojnie światowej. Dzięki swemu cyklowi poetyckiemu Szpitol-lider [Wiersze szpitalne – B.Sz.-Cz.] już na początku lat 20. zajął miejsce w pierwszym szeregu twórców poezji jidysz całego świata.

Jego spojrzenie na świat przesycone było głęboką żarliwością religijną; z każdej napisanej przez niego strofy tchnęła ciepła, silna osobowość – oryginalna mieszanina wiedzy judaistycznej i nowoczesnego myślenia, małego miasteczka i wielkiego świata.

Jego pochodzenie, szczególne warunki, w których wyrastał żydowski poeta, a po trosze zwyczajne „odchylenia” poety zmagającego się z własnym środowiskiem – uczyniły ze Szterna to, czym się stał: duchowym mocarzem i prawdziwym batlenem13 w codziennym życiu. Jego niezaradność posunięta była tak daleko, że nawet nie zdołał zebrać i opublikować zbioru swoich wierszy.

Taki był, w każdym razie, Izrael Sztern przed wybuchem drugiej wojny światowej. Co się z nim stało w tym czasie destrukcji? Do tego, co już powiedziałam o jego losie, mogę dodać słówko o duchowej transformacji, jaką wówczas przeszedł.

Ci, którzy obserwowali go w getcie, mówili, że po latach życia w izolacji, Sztern wreszcie się objawił. Stał się przystępny i czynny w społeczności. W istocie Sztern czuł się niczym w swoim żywiole w atmosferze żydowskiego fatalizmu i ludzkiego cierpienia, z którego czerpał ogromne natchnienie.

* * *

Na drogach, którymi podążali wygnańcy z jednego krańca okupowanej Polski na drugi, leżały stosy ciał.

Na ulicach, na których tłoczyli się głodni ludzie, rozlegały się płaczliwe prośby żebraków i okrzyki handlarzy, śmierć przechadzała się w jasny dzień, przyodziana w zielony mundur i czapkę niemieckiego żandarma – unosiła się nad murami, trzymała wartę przy wejściu, strzelała z karabinu do małych dzieci.

Zwłoki leżały bezładnie przy trotuarach, przykryte kawałkami papieru. Zaraza szalała, grabarz i uliczny wariat czynili swoje; czyż mogło tu zabraknąć poety?

Im bardziej zagęszczone stawały się owe „dni krwi i miodu” Pereca Markisza14 – żydowskie dni – tym bardziej ściskało się serce i tym bardziej zaciskały się usta żydowskiego poety.

Pod koniec swoich dni Izrael Sztern stał się jednym z tych bezimiennych pocieszycieli, spotykanych na podwórkach i na rogach ulic po nocnych egzekucjach, którzy mówili słowa otuchy, recytowali wiersze pocieszycielskie. Tragizm i groteska, fantastyka i niezwykłość bulwersowały, kipiały, poruszając najgłębsze warstwy duszy.

Cała działalność w getcie musiała paradować w płaszczu filantropii, ale pod przykrywką pomocy społecznej uprawiano też literaturę. Ku naszemu wielkiemu zdumieniu, chyba nigdy jeszcze nie było takiego zapotrzebowania na słowo poezji, jak wówczas, w latach getta.

Na ulicy Leszno 14, w tym samym domu, gdzie Sztern później dochodził do siebie w „punkcie”, w kilka miesięcy po wprowadzeniu getta znajdowała się kuchnia dla inteligencji (dawniej dla dziennikarzy). Była ona zorganizowana i kierowana przez A.M. Apfelbojma15, dawnego członka redakcji „Momentu”16. W kilka miesięcy po zamknięciu getta Apfelbojm zainaugurował serię wieczorków sobotnich w kuchni, które nazwał „Literacki trzeci posiłek”. Za drobną opłatą można było tu nabyć szklaneczkę namiastki kawy z prawdziwym cukrem i kawałek ciasta upieczony z pszennej mąki z dodatkiem ziemniaków. Pisarze i artyści otrzymywali je gratis, „honorowo”. Główną atrakcją zaś był program literacki.

Na podium stał stół nakryty białym obrusem, a na nim ustawiono parę mosiężnych świeczników szabatowych. Ściany przyozdobione były wycinankami stylizowanych postaci chasydów wykonanymi z kolorowego papieru. To był niemal konwencjonalny ukłon w stronę tradycji Perecowskiej. Ale gdy Izrael Sztern zasiadał tam, przy tym stole, pogrążony przez chwilę w milczeniu, zanim zaczynał mówić – było tak, jak gdyby ogniste litery zaczynały się unosić ponad salą. O czymkolwiek mówił – słuchano jego słów jak świętych nauk, wzniosłej myśli filozoficznej połączonej z najczystszą poezją.

Izrael Sztern nie miał przednich zębów, więc czasami trudno było go zrozumieć. Ale jego głos unosił się ponad salą, to z jękiem, to szeptem, a znaczenie jego słów docierało do słuchaczy. A liczba jego „chasydów” – zwolenników tych szabatowo-wieczornych pogawędek była coraz większa.

Czasami, przed zgromadzoną publicznością czytywał swoje nowe wiersze. Wiersze o tym, co nas otaczało.

Pamiętam fragmentarycznie sens jednego z tych wierszy. Wiersz ten Sztern przeczytał podczas uroczystości na cześć Mendele [Mojcher Sforima]17, które zorganizowaliśmy z wielkim rozmachem w owym gettowym czasie. Wiersz był zatytułowany A briwl kejn Amerike [Liścik do Ameryki – B.Sz-Cz.], parafraza ludowej piosenki [prawdopodobnie chodzi o A briwele der mamen – Liścik do mamy – B.Sz-Cz.]. Była to skarga, ale i pozdrowienie od skazanych na śmierć do tych dalekich Żydów, którzy kiedyś, w przyszłości, będą nas opłakiwać.

Może wtedy jeszcze tego nie rozumieliśmy – nawet Sztern tego pewnie nie pojmował – ale tkwiący w nim poeta już to przeczuwał, przewidział w swoim proroczym natchnieniu.

Jak bardzo boli mnie serce, gdy dziś myślę o mądrości płynącej z jego głosu, który utraciliśmy przedwcześnie.

Sztern umarł w sierpniu 1942 roku, a wraz z nim poszły do piachu wszystkie jego wiersze, które stworzył w owych latach. Jeszcze głębsze, jeszcze dojrzalsze zapewne niż te wcześniejsze. Tak piękne, jak ostatni promień zachodzącego słońca. Jeżeli pewnego dnia zostanie odnaleziona trzecia część archiwum Ringelbluma, a w niej moje papiery oddane na przechowaniu już po rozpoczęciu Wielkiej Akcji. Wśród nich, na kwicie z gettowej pralni, będzie wiersz Szterna o drzewie w getcie.

Ten wiersz, który sama „zamówiłam” na miesiąc przed akcją; wzięłam do przeczytania i już nie zdążyłam mu go zwrócić.


Rachela Auerbach, Ostrolenke Jizker Buch, Tel Aviv 1963, s. 387-391
książka dostępna pod adresem: http://yizkor.nypl.org
tłum. Bella Szwarcman-Czarnota

1Parwe (jid., dosł. „neutralny”) – potrawy, które można jeść zarówno z daniami mięsnymi, jak i produktami mlecznymi, których – ze względu na religijny zakaz – nie wolno łączyć w jednym posiłku; do żywności parwe zalicza się np. owoce i jarzyny. [↑]

2Josef Kirman – poeta, urodzony w 1896, zginął rozstrzelany w Poniatowej, po powstaniu w getcie warszawskim, w 1943 roku. [↑]

3Szulchan Aruch (hebr., Nakryty Stół) – podstawowy kodeks prawa żydowskiego, ułożony w XVI w. przez rabina Josefa Karo. [↑]

4Chasydzi, którzy po śmierci swego przywódcy – Nachmana z Bracławia – nie obrali nikogo innego na jego miejsce. [↑]

5Pesach (hebr., pominięty; termin związany z biblijnym opisem „ominięcia” domów Izraelitów w czasie ostatniej z plag egipskich) – najważniejsze i najstarsze święto żydowskie, obchodzone jeszcze podczas wędrówki Izraelitów przez pustynię. Pesach obchodzi się na pamiątkę wyjścia Izraelitów z Egiptu. [↑]

6Towarzystwo Ochrony Zdrowia Ludności Żydowskiej (TOZ) – organizacja założona jeszcze przed wojną, działająca w getcie warszawskim przy ul. Gęsiej 43. [↑]

7Jehuda Feld (1906–1942). [↑]

8Żydowska Samopomoc Społeczna (ŻSS) zorganizowała kuchnię, w której pracowała Rachela Auerbach. [↑]

9Icchak Giterman (1889 Horonstopol, Ukraina – 1943 Warszawa) – podczas I wojny światowej organizator pomocy dla uchodźców żydowskich i ofiar prześladowań na terenie Galicji i Ukrainy; od 1921 r. dyrektor Jointu w Polsce; działacz kulturalny, członek egzekutywy JIWO w Wilnie. W getcie warszawskim był działaczem samopomocy i opieki społecznej, animatorem życia kulturalnego; od mają 1940 r. wchodził w skład zarządu Oneg Szabat, a od października 1942 r. - członkiem komitetu finansowego ŻOB. [↑]

10Emanuel Ringelblum (1900 Buczacz – 1944 Warszawa) – historyk, współpracownik sekcji historycznej JIWO w Wilnie, działacz społeczny; w getcie warszawskim współtwórca Oneg Szabat, członek Bloku Antyfaszystowskiego, brał udział w tworzeniu ŻOB. [↑]

11Dziewczyna jest w rzeczywistości znajdą, którą przygarnęła rodzina szyjąca szaty liturgiczne dla katedry w Beaumont. [↑]

12Ptakowski (1889–1943) – kierował polskim oddziałem amerykańskiej organizacji JOINT, członek zarządu warszawskiego oddziału JIWO. [↑]

13Batlen (hebr./jid.,) – osoba niepraktyczna, „nieżyciowa”. [↑]

14Perec Markisz (1895-1952). [↑]

15A.M. Apfelbojm [???]. [↑]

16„Der Moment” (jid., „Chwila”) – dziennik w języku jidysz, wydawany w Warszawie w latach 1910–1939, założony przez Cwi Pryłuckiego, Hilela Cajtlina, M.B. Justmana. Do 1937 r. był organem folkistów, a następnie dziennikiem niezależnym. W latach 30. gazeta dysponowała najlepszym spośród prasy żydowskiej wyposażeniem technicznym. [↑]

17Mendele Mojcher Sforim (pseud. lit.) (jid., Mendele – Handlarz Książek), właśc. Szalom Jakow Abramowicz, zw. "dziadkiem literatury żydowskiej" 91835 [1836] Kopyl k. Słucka – 1917 Odessa) – klasyk literatur jidysz i hebrajskiej, który przyczynił się walnie do uczynienia z obu tych języków narzędzia nowoczesnej literatury. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 81 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3724491
UA-28053597-1