Jak przeżyłem Niemców

Rozdział 4

Ach le-cora1

Zaczynam główkować: co robić? Uszedłem kilka wiorst. Widzę, że w rowie leży chłopiec żydowski. Je czerwony rabarbar. Woła mnie:

Reb Jid2, niech no pan podejdzie. Dziś już by we mnie nie rozpoznano Żyda. Jak tyle chodziłem między gojami, zacząłem jeść trefne, to i twarz mi się zmieniła, zacząłem wyglądać jak goj. Więc ten chłopak mówi do mnie, że obszedł już ze sto domów i nikt nie chciał mu dać kawałka chleba. Mówią, że Żydowi nie dadzą. Wyjmuję więc chleb z kaszanką i daję mu. Miałem tego pod dostatkiem. Chłopak przełyka – delicje! Jest wychudzony, żółty, sama skóra i kości. Mówię do niego:

– Naści, jedz, ile chcesz, tylko pomału, bo jeszcze się pochorujesz.

On powiada mi tak:

– Tata i mama nie żyją, to niech pan będzie moim tatą, a ja pójdę razem z panem.

I rzeczywiście, już mnie nie odstąpił. Idziemy obaj. On idzie trochę w tyle, bo czuć go było jeszcze cebulą i czosnkiem, a ja już wyglądałem na goja. Jedzenia dostaję dosyć i dzielę się z nim. Jadł w taki sposób, że czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Tymczasem zbliża się noc, mówię mu, żeby szedł do sołtysa po kwitek na spanie. Wychodzi i mówi, że sołtys nie chce mu dać, bo poznał, że jest Żydem. To ja już też nie wchodziłem, bo nie chciałem zostawiać chłopaka samego na polu. Poszliśmy obaj do domu, który był w budowie i przespaliśmy tę noc. Rano zrobiłem śniadanie. Najedliśmy się i poszliśmy dalej. Doszliśmy do Kołbieli. Tam już był Judenrat, więc zaprowadziłem tam chłopka i powiedziałem mu, że musimy się rozdzielić, bo jest chory i nie będzie miał siły towarzyszyć mi w drodze. Chłopak został w miasteczku Kołbiel, a ja poszedłem dalej.


Rozdział 6

Nowe prześladowania

W roku 1942 wyszło nowe rozporządzenie, że jak się trafi Żyd poza miastem, to będzie zastrzelony. Do 1942 roku trzeba było mieć przepustkę3. Jak złapali bez „przepustki”, uderzyli parę razy i tyle. Ale teraz, jak mają strzelać – co robić? Trzeba przecież coś jeść. Oprócz mnie jeszcze jeden Żyd chodził po wsiach; wyglądał na goja bardziej niż ja. Złapali go Niemcy i pytają: „Ktoś ty? Goj czy Żyd?”. Odpowiada: „goj”. To wzięli go na sanki, zawieźli do Żelechowa, do Judenratu, i pytają:

– Kto to jest: Żyd czy chrześcijanin?

Urzędnicy gminni bali się i zgodnie z prawdą powiedzieli, że to Żyd. To chcieli go rozstrzelać od razu na ulicy. Więc Judenrat poprosił, żeby go chociaż zaprowadzili na cmentarz żydowski. „I tak się stało”. Zaprowadzili go tam i zastrzelili. Co robić dalej? Głodny byłem, więc dalej chodziłem, ale już rzadziej, raz albo dwa razy w tygodniu, żeby jakoś nędznie przeżyć i mieć na komorne, żeby przynajmniej na same kartofle starczyło.

Później orientowali się już po wyglądzie: polski dziad w tobołku nosił słoninę, mąkę, chleb, a dziad żydowski, przebieraniec – kartofle. Jak u dziada znaleźli same kartofle, od razu go zabijali. Ciągle słyszało się nowe wieści, że zastrzelono dwóch, trzech Żydów. Był w Żelechowie pewien Niemiec nazwiskiem Trunker4. Oj, biada! Co to był za zbój! Strzelał do wszystkich Żydów. Żelechowskim Żydom zgotował wielkie cierpienia. Jednego razu spotkał Żyda, biedaka z Żelechowa, pod miastem. To odwrócił karabin i kolbą roztrzaskał mu czaszkę na kawałki. W tym samym czasie wyszedł rozkaz, że wszyscy Żydzi muszą oddać futra. Nie wolno im nosić futer. Za noszenie futra Żydowi grozi kara śmierci. To od razu oddano futra. Tam było dużo materiału futrzarskiego, kuśnierzy. To pokładli futra, kożuchy na platformy i wywieźli do Garwolina. Było tam dwóch rzemieślników, wspólników. Jeden nazywał się Wajner, a nazwiska drugiego nie pamiętam. Zostawili sobie kilka futer, żeby mieć z czego żyć. Raz przyszedł do nich jakiś chrześcijanin i kupił futro. Starannie je zapakował i poszedł. Po drodze, na ulicy łapie go hycel: „Co tam masz?”. Goj zbywa na sprycie, więc mówi prawdę, że niesie futro. „Skąd to masz?”. Goj nie jest sprytny, więc mówi: „Kupiłem u Jankiela i Mośka”. Temu drugiemu powiedziano, co zaszło, więc od razu uciekł do Warszawy. Od pierwszego ten bękart wziął tylko nazwisko, adres, numer mieszkania i poszedł sobie. Żyd pomyślał, że jest uratowany, cieszył się. O godzinie dziewiątej wieczorem, kiedy leżał już w łóżku, wchodzi Trunker i powiada:

– Wstawaj, psie! To wstał. Niemiec wyprowadził go za miasto, kazał mu kopać dla siebie grób. Następnie zastrzelił go, a goje zakopali zwłoki. Innym razem ten bandyta poszedł do Judenratu, wyciągnął pomocnika prezesa i żydowskiego policjanta, zaprowadził ich na rynek, kazał gojom wykopać na środku dół i w jasny dzień zastrzelił ich bez żadnego powodu.

Ten antysemitnik codziennie chodził szukać nowych ofiar, szukać Żydów, żeby ich zastrzelić. Nie ustawał. Czy środek nocy, czy nad ranem – lezie za miasto, na wieś, szuka, aby tylko nasycić się żydowską krwią. Tymczasem wychodzi zarządzenie, że nie wolno wprowadzać zwierząt do miasta. Wszystko było jego. Każda sztuka bydła była zakolczykowana. Była we wsi [Wejgdrof] pewna wdowa, Żydówka. Miała kilka mórg ziemi, jak prawdziwa posiadaczka ziemska, i trochę żywizny. Pewnego razu przyszedł do niej Żyd i chciał kupić jałówkę, ale pod warunkiem, że ona tę przyprowadzi ją do miasta. W środku nocy kobieta wzięła sanki, położyła jałówkę, nasypała dwa korce kartofli i wyruszyła do Żelechowa. Spotykała Trunkera. To on ją aresztował i odesłał do Garwolina. Rozstrzelali ją tam po tygodniu.

A teraz przejdę do moich przeżyć. Chodziłem sobie dalej, już nie tak często. Razu pewnego wyruszam w drogę, tyle że do innej wioski, nie znałem nawet jej nazwy, a zapytać nie chciałem. Przeszedłem całą wioskę. Na jej końcu stał wiatrak. Wchodzę do środka, dają mi trochę mąki, słoniny. Istna rozkosz! Poszedłem sobie. Nie uszedłem pięćdziesięciu metrów, jak słyszę za sobą znany refren:

– Jude! Jude!

Idę dalej i myślę, że jak nie udam głuchego, to mnie zabiją. Tamten znów podbiegł do mnie, złapał mnie za rękę, spojrzał prosto w twarz i pyta: „Tyś Żyd?”.

Udaję, że nie słyszę. Nadstawiam ucha, on krzyczy, ja milczę. Aż w końcu zawołał jakiegoś chrześcijanina ze wsi i mówi, żeby mnie zapytał. Tamten krzyczy mi do ucha: „Jest pan Żyd czy katolik?”5. Wykrzykuję zmienionym głosem, niby że się jąkam: „ka-to-lik!”. Daje mi spokój.

W tym samym czasie pojawiły się na drodze słupy pokazujące, na jaką odległość Żydzi mogą chodzić. A jeśli jakiś Żyd przekroczy tę granicę, będzie rozstrzelany. W tym czasie zastrzelono dużo Żydów. Nie było dnia bez nowych ofiar. Przestraszyłem się, bałem się zwłaszcza tego folksdojcza. Więc poszedłem do Judenratu po radę. Uradzili, że dadzą mi pół kilo chleba i talerz zupy dziennie. Dla mnie to było za mało. Przesiedziałem cztery tygodnie, głodując. Pewnego razu zaryzykowałem. Będzie, co Bóg da. Spróbuję iść na wieś. Było to na osiem dni przed świętem Purim.


Rozdział 10

Propozycja matrymonialna

Święta minęły. Dostałem smaczne śniadanie i trzeba było zabierać tobołek, wędrować dalej. Zaczynają się smutne dni. Dokąd iść? Mi u-mi ha-holchim?6 Cóż, biorę tobołek i ruszam.

Przyszedłem do kolonii [Nowokobiałek]. W większości ukrywałem się po koloniach, mających tylko po kilka domów. Tam nikt nie docierał. Na wsie napadali partyzanci, były patrole. Zachodzę do jednej chłopki, a ona od razu przedstawia się, że ma czterdzieści lat, jest wdową. Ma, powiada, dwóch chłopców: w wieku dziesięciu i czternastu lat. Wypasają bydło u gospodarzy. Latem nie ma ich w domu. Miała męża, osiemdziesięcioletniego wdowca, ale umarł. – Jeśli pan chce – powiada – możemy wziąć ślub. Ona też chodzi po wsiach, to będziemy mogli sobie pomagać. Dwa razy w tygodniu będzie chodzić ona, a dwa dni – ja. – Będzie nam – powiada – całkiem dobrze. – Ona ma krowę, konia. Zgodziłem się, powiedziałem, że szukałem właśnie czegoś takiego. Naszykowała mi wieczerzę, wszystko, czego sobie zażyczyłem, a tymczasem obmyślałem plan. Żebym coś na tym skorzystał. Rano opowiadam jej tę samą historyjkę: skąd pochodzę, o fabryce, że moje dokumenty się spaliły, a ponieważ musimy iść do księdza, powinienem mieć metrykę7, więc pojadę tam, skąd pochodzę; zdobędę dokument. Wtedy pójdziemy do ślubu8. Ona w krzyk: „Władek, poszukaj no w kufrze tatusinych dokumentów”.

Biorę do ręki dokument i aż mi się oczy zaświeciły! Nie było tam zdjęcia, tylko ślad po starym. Boże święty! Co robić? Czytać ani pisać nie umiem, a chciałem wiedzieć, jak się nazywał były właściciel i co tam było napisane. Mówię:

– Powiedz mi, jak on się nazywa i co to gmina? Bez okularów nie widzę.

Wyjawiła mi wszystko. Sprawa załatwiona, o to mi chodziło, bo w razie czego muszę wiedzieć, jak się nazywam. Podała mi smaczne śniadanie, jajka, chleb, mleko. Zbierałem się do drogi. Ona całuje mnie, odprowadza kawałek i przestrzega, żebym uważał na siebie. Ja zaś powiadam: „Nie martw się, to nie potrwa długo”. Uszedłem kawałek, a ona macha mi z daleka: „Bądź zdrów, najmilejszy”.


Rozdział 12

Skąd bierze się tylu złoczyńców?

Idę dalej. Drogą jedzie ktoś na koniu, zatrzymuje się i zaczyna mnie nabierać9, żebym mówił, a on pozna, czy jestem Żydem. Pyta: „Ej, ty! Ile jest do wsi [Zagozdów]?”. Mówię: „Nie wiem!”. Mówię krótko, po sylabie, żeby mnie nie łapał za słówka. Później każe mi pokazać jakiś dokument. Miałem już jakiś papierek, to mu pokazałem. Tamten pyta: „Dlaczego dokument taki stary i bez fotografii?”. Odpowiadam:

– Nie wiem.

Przechodziła akurat wiejska kawalerka, zatrzymali się. Tamten pyta:

– No, co powiecie? To Żyd? Mówią: „Nie! To polski dziad”. Więc oddał mi dokument i puścił mnie. Był to jakiś agent po cywilnemu albo folksdojcz.

Jak zobaczyłem, że czepiają się zdjęcia, poszedłem je sobie zrobić, wyciąłem na okrągło, według śladu po starej fotografii. Kupiłem kolorowy ołówek, niebieski, taki jak był kolor stempla, dorysowałem kawałek, że nie można było nic poznać. Chodziłem tak, aż nastało święto Pesach.

Znów poszedłem na wieś, znów do sołtysa prosić o miejsce do spania. Już swobodnie pokazałem mu dokument z fotografią. Sołtys nie miał żadnych pytań i dał mi dobre miejsce u bogatego goja. Kiedy jestem u sołtysa, wchodzi goj i wita się ze mną serdecznie: „Dobry wieczór!”10.

– O, przecież ja cię znam.

Serce zaczęło mi walić jak młotem. Tamten powiada, że mnie zna z [Nowe Kobiały/Nowe Kobiałki], ulżyło mi, bo dokument był wystawiony właśnie w tamtej wsi. Był pijany. Zaczyna opowiadać na mój temat jakąś historyjkę całkiem bez sensu, że niby miałem tam wielki majątek, który przepisałem jedynemu synowi. Syn umarł, a synowa mnie wygnała. Że zna mnie jeszcze z Warszawy. Że niby miałem tam, jak mówi, kilka dorożek. Stoję i tylko kiwam głową [nieczytelne].

Wyszedłem od sołtysa i udałem się do bogatego goja na nocleg. Było tam całkiem nieźle, dali mi jeść i pić. Rano goj budzi mnie i pyta, czy chcę iść do kościoła. „A jakże!11”. Oczywiście, że idę. Oni bardzo lubią pobożnych dziadów. Tak więc z samego rana idziemy się modlić. Kiedy byliśmy w kościele, zrobiło się zamieszanie, przyjechali samochodami Niemcy i zrobili obławę. Szukali trzech gojów, więc przy wyjściu wszystkich legitymowali. Znów niedobrze. Pomyślałem, że nie będę czekać na ostatnią chwilę, pójdę ze wszystkimi. Biorę mój kij, pochylam się, spuszczam głowę i kulejąc, zaczynam iść razem z tłumem. Serce mi wali. Ale udało się przejść bez przeszkód. Słyszę, jak któryś mówi:

– Nie, to nie on, to jakiś staruch.

Wędruję dalej. Po drodze były same lasy, pola. Zatrzymałem się niedaleko lasu. Wtem podchodzi jakiś zwykły człowiek, wracający z pracy i pyta, czy mam dokumenty. Wyjmuję dokument i pokazuję. Nie spodobało się mu. Tak powiadam, że mam iść z nim do sołtysa w [Jagodzie]. Mówię:

– To ty chodź do mojego sołtysa, tam gdzie mam meldunek. (Niech mnie drzwi ścisną, jak byłem gdzieś zameldowany). – Powiadam do niego i ruszamy do wsi [Piasko]. Byłem już otrzaskany, znałem nazwy wsi. W ciągu kilku lat odwiedziłem ich chyba kilka tysięcy. Mówi więc, żebym szedł przodem, a on pójdzie za mną. Było już ciemno. Po drodze chciałem się przekonać, czy jeszcze idzie za mną. Obracam się, że niby chcę nos wysmarkać, patrzę – nie ma go. Poszedł przez las do domu. Myślę sobie: mam cię w zadku... I poszedłem w swoją stronę.

Zaszedłem do jakiejś gojki, wdowy, i opowiedziałem jej całą tę historię. Powiedziałem, że nie chcę od niej jedzenia, nawet mogę jej dać trochę kartofli i kaszy na wieczerzę, niech tylko mi pozwoli przenocować. W nocy opowiada mi taką historię:

– Na kolonii mieszkało sporo Żydów, jakieś dwadzieścia rodzin, bogaci i przyzwoici ludzie, jakiś Jankiel, co miał tartak, jakiś Mosiek – młynarz, a kiedy zostali „wysiedleni”, ich domy zajęli Niemcy. Dziesięciu–piętnastu Żydów uciekło do lasu. W lesie był taki mostek, to zrobili sobie tam kryjówkę, dwa miesiące przesiedzieli. Jak gajowy się o tym dowiedział, to przyszedł i wystrzelał ich wszystkich. Okazało się, że później zastrzelili go Niemcy, bo dokonał w lesie jakiejś kradzieży, czort z tym, niechby go zastrzelili wcześniej, zanim ich znalazł, wtedy oni by żyli.

Przekonałam się, że ta kobieta nie jest żydożercą. Bardzo żałowała tamtych nieszczęśników. Było u niej ciepło, więc poprosiłem, żeby mi pozwoliła pomieszkać, bo już mi zbrzydło to chodzenie od wsi do wsi, przemierzanie siedmiu wiosek tygodniowo i trzydziestu miesięcznie. Obiecałem jej oddawać kartofle i wszystko, co dostanę. Zgodziła się, bo była biedna. Miała kilkoro nieślubnych dzieci, a nie miała im co dać jeść. Ziemi nie miała dobrej, kartofle rosły jak orzeszki, więc zgodziła się, żebym u niej został.

Byłem u niej ładnych kilka miesięcy, do stycznia 1944 roku.

Trzy razy w tygodniu chodziłem na wieś, przynosiłem kartofle. Ona gotowała i jedliśmy wszyscy, ja trochę odpoczywałem. Jednego razu przychodzę do wsi [Jagoda] i trafiam akurat do tego nieobrzezańca, który chciał ode mnie dokument w lesie. Poznaje mnie i krzyczy:

– Ty uciekaj stąd!12

Ale ja nie uciekłem od razu, bo się bałem, że rozpozna we mnie Żyda. Po drugie, miałem kilka domów do obejścia, było mi szkoda. Idę dalej, aż przyszedłem do gajowego na końcu wsi. Wchodzę tam, a on wypytuje, skąd jestem. Mówię: Z [Nowy Kobiałek]. Akurat był u niego jakiś goj stamtąd, który kupował drzewo; nie zaprzeczył. Jest dobrze. Wychodzę. Widzę, że jedzie jakiś szajgec na rowerze. Krzyczy do mnie:

– Stój!13

Każe mi pokazać dokumenty. Zadrżałem i pytam:

– Co pan chce? Jezu kochany!14

On upiera się przy swoim:

– Dokumenty!

Koło mnie stał akurat krzyż, więc padłem na kolana, zacząłem zawodzić na głos i żegnać się:

„W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”15.

Zobaczyli to goje z pobliskiej chaty, wyszli i mówią do niego:

– Zostaw go, ten staruszek jest z [Nowy Kobiałek]. – A! On też jest stamtąd, zna go, to prawda.

I w ten sposób uratowali mnie; szajegc na rowerze odjechał.

Tymczasem nastał rok 1944. Było już trochę lżej. Słyszało się, że partyzanci tu zabili sześciu Niemców, tam zdobyli czołg, więc Niemcy bali się chodzić na wieś, tylko siedzieli w mieście. Moja sytuacja się polepszyła. Byłem jednak tak słaby, wycieńczony, że myślałem, iż muszę znaleźć dla siebie stałe miejsce, gdzie mógłbym trochę dojść do siebie.

Przyszedłem do wsi [Lipniak]. Wybrałem biedną gojkę, kulawą, chciałem jej zapłacić za nocleg, ale ona nie wzięła. Pożyczyła tylko ode mnie 100 zł. Więc pomyślałem, że jak posiedzę z miesiąc, to mi się zwróci. Miałem przy sobie jeszcze parę złotych.

Dwa razy w tygodniu chodziłem na wieś i jedzenia miałem pod dostatkiem. Później pomyślałem, że po co chodzić na wieś? Niedaleko, jakieś dziesięć kilometrów od wsi, było miasteczko Stoczek [Łukowski]. Będę tam chodzić tylko na jeden dzień, to też źle na tym nie wyjdę. W drodze powrotnej miałem już umówionego goja, u którego nocowałem. Dzieliłem się z biedakiem tym, co miałem, a on już w ogóle nie wiedział, co ma myśleć. Jednego razu przychodzę do miasteczka, idę do dziadów pod kościół i siadam koło nich. Oni śpiewają jak zwykle, mówią, krzyczą. Ja tego nie potrafiłem, więc siedziałem cicho z wyciągniętą ręką. Siedzi tam taki dziad, pijany, i mówi:

– A ty, czego nie śpiewasz? Czego nic nie mówisz? Ty musisz być Żyd! Idę zaraz na żandarmerię!

Przechodzi obok gojka i mówi do niego:

– Ty pijaku! Zamknij gębę! Co cię obchodzi czy to goj, czy Żyd? Jak go wydasz, zastrzelą go, a Jezus będzie płakać. – I ten nieobrzezaniec ugiął się. Zobaczyłem, że dłużej z nimi siedzieć nie ma sensu. Podniosłem się, poszedłem do miasteczka, uzbierałam 300 zł. U masarzy dostaję trochę tłuszczu i idę do tego chrześcijanina, u którego nocuję, cztery kilometry od miasteczka. Oddaję mu z tego, co mam, i idę spać. Rano idę do domu. Kobieta pierze mi rzeczy, co tydzień mam czyste i mogę poczuć się jak człowiek.

Na drogach już nie widywało się Niemców. Sczyścili się.

Jednego razu idę do wsi [Róża]. W drodze powrotnej spotykam dwóch starszych gojów. Zatrzymują mnie i pytają o dokumenty. Mówią:

– Masz dokumenty? Jak nie, to ci palnę w łeb!16 – Wyjmuję wiadomy dokument i pokazuję. Tamten patrzy i stwierdza, że właściciel dokumentu już nie żyje; chce mi go zabrać. Zaczynam protestować:

– Jezus kochany!17 A czemuż to? – Krótko mówiąc, na moje usilne prośby odpowiedział, że odda mi dokument, ale mam się we wsi więcej nie pokazywać, żeby moja noga tu więcej nie postała. Oddają mi dokument i idą sobie.

Na prowincji zrobiło się w ogóle łatwiej. Gdzie bym nie przyszedł, dawali się już przespać bez kwitka od sołtysa. Przyszedłem raz do goja we wsi [Zaru] koło Łukowa, to opowiedział mi taką historię:

– W roku 1943 przyszło do niego trzech Żydów z lasu, byli wygłodzeni i chcieli jeść. Pochodzili z Sokołowa [Podlaskiego]. – Tak więc – powiada ten goj – niedaleko od drugiej wsi, od [Dąbia], w miejscowej szkole stacjonowali Niemcy. Więc wziąłem tych trzech Żydów i ich zaprowadziłem. Błagali, żebym ich puścił wolno, ale ja nie chciałem. Jeden uciekł po drodze, ale dwóch przyprowadziłem do Niemców. A oni od razu ich rozstrzelali.

Wysłuchawszy, pytam naiwnie:

– Dlaczego tak nienawidzisz Żydów?

Tamten opowiada, że jak raz zawiózł wózek drewna do miasta, to Niemcy nie pozwolili mu sprzedać. Wtedy przyszli Żydzi i wszystko rozdrapali. Od tamtej pory – powiada – strasznie ich nienawidzi.

Tak więc zacząłem się cofać. Do znanych mi wiosek, zwłaszcza tych zamożnych, gdzie dostawałem mąkę i inne specjały. Przychodzę do wsi [Ilaniec], w której już kiedyś byłem i miałem tam znajomą gojkę, wróżkę18. Dobra z niej była kobieta.

Do „wróżki” przychodzą rozmaici ludzie. Wtedy akurat przyszedł jakiś jej wróg, żeby mu powróżyła z kart. Po wyjściu poszedł do sołtysa i powiedział, że przebywa u niej Żyd. Wieczorem przychodzi sołtys. Każe mi ten hycel pokazać dokument. Ogląda go ze wszystkich stron, ze dwie godziny na tym bałamuci. Prześwietla każdą literę, zawsze znajdując jakiś feler. W końcu wróżka podnosi się i mówi:

– Ty łobuzie19 jeden! Skąd ci przyszło do głowy, że to Żyd? Za pierwszym razem, kiedy mu dałaś kwitek na nocleg pod moim dachem, nie mówiłeś, że jest Żydem. To skąd ci się teraz wzięło, że to Żyd? Przecież wcale nie wygląda na Żyda. Ty „łobuzie”, zaraz wezmę siekierę i łeb ci rozwalę!

Tamten zobaczył, że źle trafił. Spuścił z tonu i poszedł. Kiedy odszedł, kobieta zrobiła wieczerzę, a później opowiedziała mi, że w tej wsi zamordowano trzydziestu sześciu Żydów, i to nie Niemcy, tylko zrobił to ten bandyta. On razem z innym gojami. Łapali Żydów w lesie, a we wsi ich mordowali. Nie strzelali, tylko zwyczajnie kijami i łopatami zatłukli ich na śmierć. Raz przywlekli jakiegoś Żyda z Warszawy, w pięknych butach, obrabowali go i zabili. Ale w jaki sposób zabili? Wzięli łopatę i dziobali go w głowę, walili. Tamten się prosił:

– Zabijcie mnie! Zakopcie żywcem, tylko już nie maltretujcie!

Wtedy wykopali mu grób i żywcem pogrzebali. Ziemia się ruszała, kiedy przysypali.

Jakiegokolwiek Żyda by nie spotkał, zabijał w lesie, nawet nie prowadząc do Niemców. Ta chrześcijanka była żydolubem. Przepadała za Żydami. Pewnie sama miała żydowskie pochodzenie. Nawet umiała po żydowsku.

Po tej historii z uratowaniem mnie przed sołtysem dałem jej w prezencie buty wartości trzystu zł. Należało się, bo gdyby nie ona, to mnie by zabili. Stamtąd poszedłem do wsi [Lipniak]. Miałem tam swoje stałe miejsce i przesiedziałem do 1 lipca. Później poszedłem jeszcze raz do wsi [Cylin], gdzie sołtys chciał mnie kiedyś przekazać w ręce strażaków. Tymczasem chodziły słuchy, że Rosjanie zajęli Brześć [Litewski]. Wszystko się zmieniło. Oni już nie mieli głowy: Żyd albo nie Żyd. Jednego razu spotykam znajomego goja, Gryckiego. Ten mi powiada:

– Słuchaj! Co ty się masz tak kręcić? Możesz u mnie pasać trzy krowy, dostaniesz pięć korców zboża i pięć złotych.

Zgodziłem się. Ale śmiali się ze mnie, mówili, że on nic mi nie da, a do tego karmi podle. Jego żona to była cholera, dawała mi kartofle z muchami. Nie pasowało mi. Więc poszedłem do innego goja, krewnego tego poprzedniego, Władka Gryckiego, bo on też szukał pastucha. Zachodzę tam i widzę, że ma olejarnię z napędem konnym. Chłopi gotują wielkie gary mięsa z kluskami, robią pączki, istny bal. Pomyślałem sobie, że tu jest dobrze, zostałem. Umówiliśmy się, że do listopada dostanę dwa i pół korca zboża.


Rozdział 14

Do domu...

W końcu zacząłem myśleć o powrocie do Warszawy. Zacząłem dokładnie się wypytywać. Jeden mówił, że w Warszawie są Żydzi, a inny, że nie ma, ale ja na nic się nie oglądałem. Czekałem, aż zrobi się trochę cieplej, to pójdę do Warszawy. W Łukowie przebywałem do 15 kwietnia, to jest przez osiem dni po naszych świętach. Zawiązałem tobołek i zbierałem się do drogi. Poszedłem na stację, a wtedy już o niczym się nie myślało. Przyszedłem na stację w południe i pytam, o której dokładnie godzinie będzie pociąg do Warszawy. Nagle widzę, że stoi pociąg towarowy z czołgami, żołnierzami. Pytam się:

– Dokąd jedzie ten pociąg?

Odpowiadają, że do Warszawy. Mówię do siebie:

– Berl20, nie bądź głupi! Wsiadaj i jedź!

Podchodzę do jakiegoś żołnierza i proszę, by pozwolił mi się zabrać. Ten mówi, żebym szedł do kapitana. Podchodzę do niego i proszę, ale nie mówię, że jestem Żydem, niech Bóg broni. Kapitan prowadzi mnie bliżej pociągu. Dwaj żołnierze biorą mnie pod boki, podrzucają do góry i oto już siedzę na platformie, i jadę całkiem za darmo. Jechałem całą noc, prawie zamarzłem. Z rana przyjeżdżamy do Warszawy. Wysiadam, nogi grzęzną mi w gruzie. Nie widziałem ani jednego człowieka, transportu żadnego też nie było. Z ciężkim pakunkiem powlokłem się na Mokotów, chciałem się przekonać, czy może coś tam zostało, ktoś ocalał: syn albo córka.

Idę ulicą Marszałkowską na Mokotów. Przychodzę na moją ulicę – Puławska 73/75 – aj, nieszczęście! Pusty plac. Nic nie widzę i niczego nie poznaję. Dokąd iść? Próbuję wprosić się do gojów. Pytam, czy tu gdzieś mieszkają Żydzi. Odpowiadają:

– Nie, nie ma tu żadnych Żydów.

Zachodzę do znajomego chrześcijanina, a on patrzy na mnie spode łba. Mówię mu, kim jestem, że miałem sklep ze śledziami. Tamten się przeżegnał i krzyczy:

– Jezus Maria! To ty jesteś ten śledziarz21?!

W żaden sposób nie chciał uwierzyć. Później pytałem go: „Skoro tu nie mam nikogo, to może spotkam kogoś w Piasecznie (miałem tam rodzinę)?”. Niech mi pozwoli zostawić pakunek. Pojechałem do Piaseczna kolejką.

Przyjeżdżam do Piaseczna. Zaczynam szukać kogokolwiek. O Żydów bałem się pytać, żeby nikt się nie dowiedział, że sam jestem Żydem. Podszedłem do jakiegoś goja i pytam:

– Mam parę tefilin po jakimś Żydzie. Gdzie można spotkać Żyda? Sprzedałbym mu i miał parę groszy na chleb. Tamten machnął ręką.

– Tutaj żadnych Żydów nie ma!

Co robić dalej? Wracam do tego goja po mój pakunek. Myślałem, że Żydów już nie ma. Jak dotąd żadnego nie widziałem. Pytam go, czy wie, gdzie jest jakiś Żyd, a on mówi, ze jak chcę, mogę kilka dni u niego zostać, a później sobie pójdę. Mówię:

– Nie, nie o to mi chodzi. Chcę tylko zobaczyć jakiegoś Żyda.

Tamten odpowiada:

– Idź na Pragę, tam jest Komitet Żydowski22, tam spotkasz Żydów.

– Skoro tak – mówię – idę tam od razu.

Przychodzę na Pragę, do Komitetu Żydowskiego, stoi tam jakiś czarny chłopak. Nie wierzył, że jestem Żydem. Stoi znów inny młody człowiek z mojej ulicy, to mówię mu, kim jestem: z Monkitef23. On się zorientował i krzyczy:

– To pan handlował śledziami?!

Od razu się mną zainteresowali, dali mi 300 zł. Zaprowadzili mnie do fotografa i wysłali na ul. Targową 7, żebym przenocował, ale tu rozpoczęło się moje nowe wygnanie. Na wsi miałem choć wiązkę słomy do podłożenia, tu leżę na podłodze, a za dnia kręcę się bez celu.

Po kilku dniach przychodzi ten czarny chłopak i powiada:

– Ryczywół, zabieraj swój pakunek i chodź ze mną do Komitetu.

Przeczuwałem, że będzie jakaś zmiana. Siedzę w Komitecie, a on gdzieś pobiegł. Po godzinie wrócił i prowadzi mnie do szpitala przy ul. Jagiellońskiej. Idziemy do naczelnika Kryńskiego24, a on każe nam kwadrans poczekać. Po piętnastu minutach wzywa nas. Chłopak pokazuje mu moją fotografię. Naczelnik bierze ją i wypytuje mnie, w jaki sposób przeżyłem i czy chcę pracować w szpitalu. Będę miał gdzie spać i dostanę posiłek trzy razy dziennie. Mówię:

– Oczywiście, jak najbardziej! – Zaprowadzili mnie do łaźni, dali odzież na zmianę i położyłem się spać u komendanta. Patrzcie na tego rosyjskiego Żyda: nie brzydził się mnie i oddał mi swoje łóżko z materacem i kołdrą w jedwabnej poszwie. Kiedy wstałem, byłem jak nowo narodzony. Oddałem naczelnikowi krzyż z różańcem25 (koraliki), który nosiłem razem z „mentalikiem”26. Odtąd jedzenia miałem już pod dostatkiem i miejsce do spotkania do dnia dzisiejszego.

Jeszcze dziś przychodzi mi rozmawiać z chrześcijanami o losie Żydów. Dwa tygodnie temu opowiada mi pewien chrześcijanin, że koło [Plac]27 miał majątek, przed wojną mieszkali tam Żydzi. Dobrze im się tam żyło, ten chrześcijanin dawał słomę na dach w kuczce. – Za to w święto po modlitwie Żydzi zapraszali mnie do szałasu, częstowali mięsem i wódką. Po wojnie przebywało tam pięciu Żydów, cała rodzina. Uratowali się w lesie. Ale ostatnio zastrzelono ich na szosie.

Ów goj bił się w piersi i krzyczał:

– Nasi, nasi to zrobili! A Jezus milczy!

Teraz chciałbym tylko, żeby moje stare kości spoczęły w ziemi naszych praojców. Niczego więcej nie pragnę, jak tylko jechać do Ziemi Świętej.

 

Warszawa, listopad 1946 r.

Ber Ryczywół, Wiazoj ich hob ibergelebt di Dajczn, wyd. Centralna Żydowska Komisja Historyczna, Warszawa – Łódź – Kraków 1946.

1 (hebr.) – brat w nieszczęściu (Przysłów 17:17). [↑]

2 reb Jid (jid., dosł. „panie Żydzie”) – zwrot grzecznościowy, który można przetłumaczyć jako „Szanowny panie”. [↑]

3 W oryginale „przepustka” po polsku. [↑]

4 O Trunkerze w Sefer Żelechów. [↑]

5 W oryginale po polsku. [↑]

6 Mi u-mi ha-holchim? (hebr., Którzy to mają iść?) – cytat z Księgi Wyjścia (10:8); tu: „Komu w drogę, temu czas”. [↑]

7 W oryginale „metryka” po polsku. [↑]

8 W oryginale „ślub” po polsku. [↑]

9 W oryginale” nabieren”. [↑]

10 W oryginale po polsku. [↑]

11 W oryginale po polsku. [↑]

12 W oryginale po polsku. [↑]

13 W oryginale po polsku. [↑]

14 W oryginale po polsku. [↑]

15 W oryginale po polsku. [↑]

16 W oryginale po polsku. [↑]

17 W oryginale po polsku. [↑]

18 W oryginale „wróżka” po polsku. [↑]

19 W oryginale „łobuz” po polsku. [↑]

20 Berl (jid.) – zdrobnienie imienia Ber. [↑]

21 W oryginale „śledziarz” po polsku. [↑]

22 W oryginale „Komitet Żydowski” po polsku. [↑]

23 Monkitef (jid.) – Mokotów. [↑]

24 Kryński. [↑]

25 W oryginale „różaniec” po polsku. [↑]

26 Tak w oryginale. [↑]

27 Płock? [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 85 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3724318
UA-28053597-1