Dupa w kapeluszu

Szmul LehmanPewnego razu w letni wieczór – było to w roku 1914, na początku I wojny światowej – poszedłem do kataryniarza, u którego byłem wtedy częstym gościem, żeby zapisywać piosenki, historyjki. Specjalnie dla mnie pieczono tam na szabes słodkie, smakowite chałki z rodzynkami. W czasie wojny był to wielki luksus. Kataryniarz mieszkał przy ulicy Gęsiej, niedaleko cmentarza żydowskiego.

Idę sobie ciemną ulicą. Latarnie gazowe nie świeciły, jedynie nikłe promyki z kilku sklepików oświetlały ulicę. Kiedy tak sobie szedłem, usłyszałem śpiew dwunastoletniej dziewczynki, która trzymając na ręku dziecko, śpiewała:

Donersztik af der nacht,
fun gorniszt getracht;
frajtik inderfri
ganc frejchech farbracht.
Iz gegangen Rochele
dem kop cu farkemen
iz arajngekumen Icykl
bai ir s’lebn cu nemen1.

Ten śpiew mnie zatrzymał. Podszedłem do dziewczęcia i powiedziałem: „Zaśpiewaj jeszcze raz, dziewczynko!”. Patrzy nam mnie zdziwionym wzrokiem, śmiejąc się: „A co też”… Powiadam: „Powiedz, jak ci na imię? Chcę to zanotować”. Odpowiada: „Chodź pan!”, i idziemy do bramy. Tam zatrzymuje ją inna dziewczynka, chwyta za sukienkę i ciągnąc za nią, krzyczy pośród ciszy: „Nie mów, jak masz na imię! Nie mów, nie mów!”.

Kiedy weszliśmy do bramy, zaczęła mi śpiewać, żebym mógł zapisać. Jednak w świetle latarni bramnej, która wisiała u samego sufitu, trudno było cokolwiek zapisać. Powiada: „Chodź pan!”, i zeszliśmy do izby w suterenie, a za nami pobiegła gromada dzieciaków: dziewczynki i chłopcy. Usiadłem przy stole i zacząłem spisywać piosenkę, którą mi śpiewała. Była to piosenka miłosna z tragicznym zakończeniem: chłopak Rachelkę zastrzelił i siedzi w „Ostrogu”.

Gospodyni, nieprzyjazna dla obcych (nie był to dom dziewczynki), usłyszawszy słowa: „narzeczeni”, „zastrzelił”, „Ostróg”, narobiła krzyku: „Precz! Wynocha z mojego domu!”.

Wyszliśmy natychmiast. Dziewczynka wzięła za rękaw i powiada: „Chodź pan na górę, znam jeszcze inne piosenki”.

Idziemy oboje. Był to drewniany domek jednopiętrowy; wchodząc po ledwo trzymających się stromych schodach, miałem wrażenie, że zaraz runę w dół i wyląduję z obitym bokiem lub złamaną nogą. Schody na piętro kołysały się coraz bardziej, bo za nami ciągnęła cała horda dziewcząt, chłopców, kobiet, mężczyzn i dzieci. Z głośnym śmiechem, drwiąc, wymieniali się uwagami: „Wariat jakiś, piosenki przyszedł spisywać!”. Ludziska wpadli na pomysł: żeby się trochę zabawić, pchnęli mnie na drzwi. Dziewczynka, trzymając mnie za rękaw, wciągnęła mnie do pomieszczenia, w którym suszyło się pranie; na ścianie tlił się kaganek. Nie było krzesła, tylko skrzynka, na której stały pomyje. Po zdjęciu miski usiadłem przy małym stoliku, na którym stanęła lampka ze ściany.

Tymczasem do sąsiadów z szybkością błyskawicy dotarła informacja o tej komicznej historii. W pomieszczeniu przybywało ciekawskich, którzy przyszli zobaczyć to licho: wariata, a może głupca, co spisuje piosenki.

Dziewczynka śpiewała jedną piosenkę za drugą, a ja zapisywałem. W tym czasie ludzie robili sobie ze mnie śmichy-chichy, szturchali ze wszystkich stron. Jeden drugiego popychał na mnie, a dziewczynka też się nie ociągała: uderzała do taktu w mój kapelusz. Jak na złość założyłem wtedy melonik. Wybijając rytm uderzeniami w melonik, śpiewała:

Wu iz der jold2 in kapelusz
mit zajne potrawes?
M’hakt im arajn in kapelusz,
m’szikt im ahejm af szabes.
Dos iz dos jold in kapelusz
mit zajne wicn,
m’hakt im arajn in kapelusz
hejbt er on cu szwicn3.

A spociłem się wtedy bardzo, choćby tylko z powodu ścisku. Na domiar złego wszyscy się na mnie pchali. Na swoich plecach miałem cały ten tłum, wszyscy na mnie leżeli. Każdy chciał wbić mi szpilę, nie darowałby sobie, gdyby nie zabawił się moim kosztem.

Ledwo mogłem wstać, żeby zaczerpnąć powietrza. Kiedy opuściłem strych, cała hałastra podążyła za mną. Odprowadzało mnie głośne „beczenie”, śmiechy, gwizdy i śpiew „Jold in kapelusz”. Przez te głośne dźwięki przebijał się głos dziewczynki: „Przyjdź pan jeszcze któregoś razu, piosenek znam dużo, tylko przynieś pudełko czekoladek, bo nie będę sobie darmo gardła zdzierała!”.

Później nie omijałem tego miejsca, przeciwnie – jak najczęściej odwiedzałem tę dziewczynę już u niej w domu, u jej matki. Mnóstwo czasu tam spędziłem, pisząc a pisząc. Czekoladki zawsze musiały być.

W tym samym domu znalazło się jeszcze wiele mieszkań, w których zebrałem materiał do mojej pracy.


Złapać frajera

W jednym z mieszkań, gdzie byłem częstym gościem, znalazła schronienie ulicznica. Swój „towar” oferowała na ulicy,a tu było tylko jej miejsce wypoczynku.

Pewnego razu, gdy zostałem z nią sam na sam, spisywałem od niej różne piosenki, wśród których był „hymn” ulicznic, śpiewany podczas świąt na uroczystą melodię cerkiewną (działo się to za czasów carskiej Rosji). Alfonsi są w nim przedstawieni jako krwiopijcy, szpiedzy, lumpy; pasą swoje grube brzuchy na krzywdzie tych dziewcząt.

Początek jest taki:

Oj, di lumpn, zej zajnen szpionen,
prowokators zajnen zej,
zej gejen ojf birżes un hern „mowes”
un gejen dercejln policej.

Ober mir prostitutkes, mir zajnen naronim,
mir muczen zich bajtog un bajnacht,
ober di lumpn, zej paszn zich di grobe bajcher,
fun undz prostitutkelech wern zej rajch4.

Kiedy siedzieliśmy samowtór, dziewczyna otworzyła przede mną swoje serce. W czym rzecz? Zwierzyła mi się, że jej „narzeczony” już od pół roku siedzi na Pawiaku za kradzież. Kiedy przebywał na wolności, łączyła ich miłość, a każde prowadziło swój interes na własny rachunek. On uprawiał złodziejski fach, a ona handlowała własnym ciałem, lecz w kłopotach mogli na siebie liczyć. A teraz „narzeczony” siedzi już tak długo i wcześniej niż za rok nie wyjdzie. Z tego powodu ona nie może prowadzić swojego interesu, nie może wyjść na ulicę, bo nie ma chusty, żeby się nią okutać – prosi mnie, żebym jej załatwił chustę lub pożyczył pieniądze na zakup takowej.

Kiedy przekonała się, że nie spełnię jej prośby, poprosiła, żebym jej choć pożyczył rubla. Dałem jej pięćdziesiąt kopiejek i wyszliśmy z izby.

Po drodze zaczęła mnie uwodzić, że niby ja będę teraz jej „narzeczonym”. Na koniec zapytała:
– Jest pan żonaty?
– Owszem – odpowiedziałem.
– Skoro tak – rzekła – to nie ma o czym mówić. I rozstaliśmy się.

Szmul Lehman, Zamlbuch, Warszawa 1936 [w:] M. Rawicz (red.), Dos amolike jidysze Warsze, Montreal 1966, s. 402–405.
książka dostępna pod adresem: http://archive.org/details/nybc205773
tłum: Anna Ciałowicz

1 Czwartek z wieczora / zeszedł o niczym / poranek piątkowy / minął sympatycznie. / Poszła Rachelka / zrobić sobie koafiurę / wszedł Icykl / pozbawić ją życia. [↑]

2 jold – z hebr., jeled – dziecko; w gwarze złodziejskiej: człowiek niewinny, niekarany, naiwniak; w znaczeniu potocznym: oferma, dupa wołowa. [↑]

3 Kim jest ten „jold” w kapeluszu / ze swoimi potrawami? / Walą mu w kapelusz / i do domu odsyłają na szabes. / Oto ten „jold” w kapeluszu / ze swoimi dowcipasami / bębnią mu w kapelusz / a on się poci. [↑]

4 Oj, te lumpy, to są szpiedzy, / i prowokatorzy najgorsi, / chodzą na giełdy [polityczne], przemów słuchają / i donoszą na policję. / Ale my, prostytutki, my to jesteśmy głupie, / męczymy się dzień i noc, / a te lumpy pasą się na naszej krzywdzie, / dzięki nam, kurewkom, wielkie brzuchy im rosną. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 84 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3665784
UA-28053597-1