Praski szklarz, który walczył z królem Dawidem

Ów człowiek zmarł, kiedy byłem małym chłopcem, więc nie znam nawet jego nazwiska. Pamiętam jednak, jakbym go widział wczoraj: wysoki, w długiej kapocie, z krótko przystrzyżoną bródką. Jego oczy były pełne smutku, na ustach miał wiecznie ten sam ironiczno-sceptyczny uśmiech. Krążył zawsze ze skrzynką na plecach, chodził od domu do domu i wstawiał szyby tam, gdzie tego potrzebowano. W ten sposób zarabiał na skromne utrzymanie.
Cała Praga znała go jako „heretyka”, który jako pierwszy wprowadził herezję i myśl oświeceniową do praskich sztibli i domów modlitwy.
Był to typ podobny do Salomona Majmona; wielce uczony, znał wiele ksiąg z dziedziny filozofii żydowskiej. Nauki świeckie zgłębiał jako samouk. Jego służba boża polegała na tym, że na przymroczu, kiedy zbliżał się czas modlitwy popołudniowej, zachodził na podwórze synagogi i otoczywszy się chłopcami oraz młodzieńcami, którzy studiowali w różnych sztiblach, urabiał ich na swoją modłę. Z pamięci cytował Przewodnik błądzących, przytaczając komentarze Ibn Ezry i innych geniuszy myśli. Chodziło mu o to, by dowieść, że ten lub ów fragment psalmów nie mógł być autorstwa króla Dawida. Chasydzi bardzo go prześladowali. Czasami nawet sprawiali mu lanie.
Szklarz miał szwagra, męża swojej siostry, który był chasydem grodziskim. Ów chasyd każdorazowo dawał swojemu cadykowi „kwitł” z zapisaną przez siebie intencją: nie chce mieć dzieci, bo Talmud mówi, że potomstwo może, nie daj Bóg, wdać się w wujka i wyrosną tacy heretycy, jak ten szklarz.
Opowiadano o nim bez liku historyjek i dykteryjek.
Pewnego roku w Jom Kipur przyszedł na modlitwę do synagogi wczesnym rankiem. Sąsiad poczuł od niego zapach dymu i zwrócił mu uwagę:
– Czuć od pana dymem...
Szklarz na to odpowiedział:
– Taki już mam zwyczaj, że jak zjem, muszę zapalić papierosa...
Taką przekorę poczytywał sobie za zbożny uczynek. Swoje herezje wygadywał publicznie, chociaż wiedział, że nie przyniesie mu to korzyści, przeciwnie – miał z tego powodu same kłopoty.
Kiedy zmarł, pochowano go pod płotem, a chasydzi mówili:
– „Elektryka” mu się wyczerpała...
To była złośliwość pod adresem szklarza, który za życia nie wierzył w istnienie duszy, twierdząc, że człowieka napędza siła podobna do elektryczności.
W kondukcie pogrzebowym szła jednak cała Praga.

P. Berger, Der prager glezer wos hot gekemft kegn Dowid ha-melech, [w:] Sefer Praga, Izrael 1974, s. 182-183.
Książka dostępna pod adresem: http://yizkor.nypl.org/index.php?id=1405
Tłumaczyła z jidysz: Anna Ciałowicz

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 73 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3723993
UA-28053597-1