Komisarz

Nasz komisarz jest człowiekiem w średnim wieku. Spod oficerskiej czapki z białym otokiem wystaje blond grzywka. Binokl w oku przydaje mu powagi. Wygląda bardziej na wykładowcę uniwersyteckiego niż na komisarza cyrkułu.

Komisarz wraz z policjantem zawsze towarzyszą lekarzowi rejonowemu Sokołowskiemu podczas inspekcji sklepów spożywczych, piekarń. Mają swój system: wpadają znienacka jako komisja sanitarna. Zrobią kontrolę w piekarni Szydłowskiego, a później skoczą na inną uliczkę, wpadną do położonego na uboczu sklepiku spożywczego lub do jakiejś kawiarni. I biada sklepowej1, która ma poplamiony fartuch, jeżeli zlew2 jest zatkany, a ścierka brudna. Robi się taki rwetes, że na ulicy przystają ludzie. Kiedy komisarz się gniewa, mimo swego niewinnego wyglądu, twarz nabiega mu krwią i przypomina Ezawa.

Pan Sokołowski, lekarz rejonowy, podczas kontroli w piekarni ma zwyczaj sprawdzać własnoręcznie czystość każdego urządzenia. Na początek bierze wałek, a później zagląda pod stół, czy gdzieś nie przylepiło się ciasto. Sprawdza worki z mąką. Inspekcja nie omija także klozetu, który powinien być wyczyszczony wapnem i spryskany karbolem. Często bada też płuca pomocnikom piekarskim, chociaż co pół roku przechodzą badania lekarskie. Sprawdza, czy mają obcięte paznokcie. Piekarze boją się go jak śmierci. Bo i przychodzi niespodziewanie jak śmierć. Jeśli w piekarni zastanie nieporządek, zarządza jej zamknięcie na trzy miesiące.

Pan Cymerman jest właścicielem piekarni przy ulicy Pawiej, niedaleko Pawiaka. Piekarnia mieści się piwnicy. Wejść tam nie jest łatwo. W dodatku właściciel cieszy się złą sławą. Ma trudny charakter. Kobiety opowiadają, że gdy pewna Żydówka przyniosła mu czulent dziesięć minut przed zapaleniem świec, odesłał ją do domu. „Wynocha! – krzyczał. – W ostatniej chwili nie przynosi się czulentu!”. Nie pomógł płacz i tłumaczenie, że dopiero zamknęła swój sklepik, a dzieci nie będą miały w szabat nic ciepłego do jedzenia. On miał serce z kamienia...

Kiedy doktor Sokołowski dokonywał niespodziewanej kontroli, coś mu się nie spodobało w piekarni Cymermana. Schody nie były zamiecione. Wychodek na podwórku również nie był w najlepszym stanie. Doktor krzyczał, a wtórował mu komisarz, który wydał rozkaz: „Panie Cymerman! Wychodzić!”. Policjant ostemplował drzwi i wywiesił kartkę: „Decyzją lekarza okręgowego zamknięte na trzy miesiące”. Cymerman prosił: „Wezmę tylko weksle, bo jak ich jutro nie zapłacę, to mnie wsadzą”. Doktor Sokołowski pogonił go ze złością.

Kiedy kobiety z najbliższej okolicy dowiedziały się o tym, mówiły: „Ma za swoje!”. A kobieta, którą z czulentem odesłał do domu, dodała: „Dobrze mu tak!”.

Ludzie na naszej ulicy mówili, że komisarz jest, zdaje się, wychrztą.

Przez kilka pierwszych lat na urzędzie komisarza XII cyrkułu jeszcze trzymał fason. Później się rozpanoszył. „Musi być wychrztą. Goj by się tak nie rzucał...”.

Za każdym razem, kiedy wchodził na bazar przy Lesznie3, wyżywał się na każdym, kto mu wszedł w drogę. Gdyby spełniła się choć połowa złorzeczeń, jakie pod jego adresem słali przekupnie, już by nam wystarczyło.

Jeśli zobaczył, że Genendel, która handluje owocami, wystawiła kubełek malin albo jagód, kopniakiem przewracał stragan, aż owoce rozsypywały się na wszystkie strony.

Kiedyś wpadł niespodziewanie do sklepiku Perli. Właścicielka sklepiku spożywczego była bardzo schludna. U niej wszystko pachniało. Chleb zawsze leżał w szafce, za drzwiczkami z kratką, nóż do sera lśnił, powidła były przykryte, z sufitu zwisał lep na muchy. Znany z czystości sklepik miał liczną klientelę.

W czasie ostatniej wizyty komisarza Perele nie miała szczęścia. Jak tylko wszedł, zaraz podniósł krzyk. Dlaczego? Dlatego, że za ladą znalazł klienta. Na tym polegał jej grzech. Komisarz rozkazał policjantowi zabrać Perele na komisariat.

„Nigdzie nie idę! Nie zamknę sklepu w biały dzień!”.

Przyszedł jej zięć, którego posłała do cyrkułu. W cyrkule komisarz zawezwał go do swojego gabinetu i tam mu się zwierzył: „Musi pan wiedzieć, że tak samo jak wy jestem Żydem. Maskuję się w ten sposób, że na wszelkie sposoby staram się utrudniać wam życie. Chodzi o to, żeby władza zwierzchnia nie miała co do mnie żadnych podejrzeń. Może jednak być pan spokojny. Nigdy jeszcze żadnemu Żydowi nie wyrządziłem najmniejszej krzywdy. Proszę nie myśleć o mnie źle. A teraz może pan już iść”.

Kiedy zięć Perele wrócił z cyrkułu, wiadomość o tym, że komisarz jest Żydem, lotem błyskawicy obiegła cały podległy mu rejon. I dopiero wtedy Żydzi ze Smoczej, Nowolipia, Leszna, Solnej i innych ulic odetchnęli spokojnie...

Beniamin Dawidsohn, Warsze szel mate, Riszon leCijon 1971, s. 21–25.
Książka jest dostępna pod adresem: http://ia600301.us.archive.org/25/items/nybc204606/nybc204606.pdf
tłum. Anna Ciałowicz

1 W oryginale po polsku: „sklepowe”. [↑]

2 W oryginale po polsku: „zlew”. [↑]

3 Chodzi zapewne o bazar przy Lesznie 40. Zob.: Jehoszua Albert, Wigilia szabatu na bazarze: Nowolipie 35 – Leszno 40. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 48 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3724773
UA-28053597-1