Ań-Ski w Górze Kalwarii, cz. I

 

Do Góry Kalwarii (Ger) prowadzi odgałęzienie kolejki wąskotorowej, które zostało wybudowane niemal wyłącznie z myślą o dziesiątkach tysięcy pasażerów, którzy jeżdżą do rebego. Bez nich ta linia kolei wąskotorowej nie miałaby racji bytu.

Od miasteczka Piaseczno, które jest w połowie zrujnowane i skąd Żydzi, w obliczu zbliżania się wojska niemieckiego, zostali wypędzeni, zaczynają się ślady niedawnych walk: doły, zasieki, leje po wielkiego kalibru bombach, domy spalone albo zburzone do fundamentów itd.

Góra Kalwaria, całkiem spore miasteczko, ciężko ucierpiała od walk, a jeszcze bardziej od okrucieństwa i pogromów żołnierzy. Dużo domów z rozwalonymi ścianami, zapadniętymi dachami, zrujnowanych, opuszczonych, ze świeżymi śladami pogromów. Mimo to miasto nie jest tak zrujnowane, jak Błonie. Rynek ocalał, wiele sklepów jest otwartych. Siedzą w nich żydowscy sklepikarze. Z pozoru – niemal zwyczajny małomiasteczkowy obrazek życia żydowskiego. Wojska nie ma. Wojna widocznie odsunęła się na bok, jakby zapomniała o tym miasteczku…

Starszy Żyd, ubogi, którego spotkałem na ulicy, zaprowadził mnie do cadykowego dworu. Istny pałac z dziesiątkami mieszkań. Teraz wszystko jest tu zamknięte, okiennice założone. Jedyna iskierka życia tli się w jeszywie, która jest otwarta. Po podwórzu chodzi kilku wychudzonych, posępnych studentów jeszywy, w długich kapotach i z długimi pejsami.

Starzec zaprowadził mnie do synagogi: wielkiej, jasnej, ale zapuszczonej, dawno nieremontowanej. To do tej synagogi, wleciał szrapnel, gdy schroniło się tu kilka tysięcy Żydów. Szrapnel wybił w suficie wielką dziurę, którą teraz zamurowano. Lecz prócz tego nie ma w ścianach ani w podłodze żadnych śladów, którędy szrapnel wyleciał albo gdzie się zarył. Szames opowiedział mi historię o tym, jak szrapnel nikogo w synagodze nie ranił. Tylko jak wszyscy wybiegli na ulicę, trzydziestu dwu ludzi zginęło. Kiedy go zapytałem, gdzie podział się szrapnel, który wpadł do synagogi, odpowiedział konfidencjonalnym, zagadkowym tonem:
– A! O to właśnie chodzi… Nikt nie wie, gdzie się podział!

Cud w wojennej dobie. Kto wie, ile już wokół tego szrapnela powstało legend!

Wegmeister polecił mi, żebym się udał do dwóch mieszkańców Ger, dworzan cadyka, Hochberga i Warma.

Hochberga zastałem u niego w sklepie z artykułami skórzanymi. Starszy człowiek, w chasydzkiej kapocie z gartlem1, długie pejsy, prawie do pleców, zmarszczone czoło i mądre, pełne ufności i oczy. Kiedy mu powiedziałem, w jakiej spawie przychodzę, od razu posłał po Warma.

Warm, Żyd bardziej świecki, opowiedział wprzódy, co w okresie wojny działo się w mieście.
– Wokół "Ger" znajduje się dziesięć cegielni, które z wyjątkiem jednej należą do Żydów. W tych cegielniach pracuje prawie dziesięć tysięcy ludzi. Jak tylko wybuchła wojna, rozeszła się pogłoska, że ci robotnicy będą rabować Żydów w miasteczku. Im dalej, tym pogłoski się nasilały. Pewnego razu przychodzi robotnik, Polak, odwołuje mnie na stronę i mówi w tajemnicy:
– Dlatego, że przez wiele lat zarabiałem u Żydów na chleb, chcę ich uchronić od wielkiego nieszczęścia. Musicie wiedzieć, że we wszystkich cegielniach utworzono organizację do bicia Żydów.
– Skąd pan to wie? – pytam.
– Zwyczajnie – odpowiada. – Ja też należę do tej organizacji, jestem nawet delegatem naszej cegielni. Jak chcesz, przyniosę ci dowód na piśmie.

W tym samym czasie zaczęto na rynku mówić całkiem otwarcie, że szykuje się pogrom.

Poszedłem do rebego, a on przykazał, żebym zobaczył się z dwoma właścicielami cegielni, Lukrecem i Witlickim, i zapytał ich, co robić. Poszedłem do nich. Poradzili mi najsampierw, żebym się zobaczył z naczelnikiem "ujazdu". Kilka dni później, kiedy przybył do nas naczelnik, udałem się do jego kancelarii. Odesłał wójta i strażników, a potem zapytał:
– Powiedz uczciwie, co u was słychać, jak wam się żyje z Polakami?
– Bardzo dobrze… – odpowiadam mu.
– Doszły mnie słuchy, że Polacy mają zamiar rabować Żydów.
– Tak – mówię. - To my wiemy, nawet dzieci na ulicy już o tym mówią.
– To cóż mówisz, że dobrze wam się żyje z Polakami?
– A cóż pytasz, skoro wiesz, że chcą nas rabować?
– No – powiada – bądźcie spokojni. Na ichnie święto przyjadę tutaj i w żaden sposób nie dopuszczę do pogromu.

Tymczasem przyszło do nas wojsko, a Polacy natychmiast zaczęli prowadzić wśród żołnierzy agitację przeciwko Żydom: że Żydzi są szpiegami, że chusteczkami dają znaki Niemcom i tego typu historie. Dwóch inżynierów, Polaków, którzy prowadzili prace przy kopaniu okopów wokół miasta, okazało się zajadłymi antysemitami; opowiadali o Żydach przeróżne oszczerstwa, kazali ściągać w szabat do pracy, bić. Kiedy byłem na milicji, jeden z nich spotkał mnie w nocy i chciał zastrzelić… Krótko mówiąc, nieszczęście zbliżało się do nas ze wszystkich stron.

Poszedłem ponownie do rebego, opowiedziałem mu o wszystkim. Dodałem przy tym, że komendant miasta, pułkownik Jefremow, jest moim dobrym znajomym z dawnych czasów.

Rebe wysłuchał mnie i powiedział:
– Zrób wielkie przyjęcie, jak na królewskim dworze, zaproś na nie komendanta i wszystkich jego oficerów. Zaproś też dwóch inżynierów, tych Polaków. I w trakcie obiadu, "kiedy już rozweseliło się winem serce króla"2, padnij komendantowi do nóg, opowiedz mu o wszystkich krzywdach i prześladowaniach i wskaż na inżynierów, że to oni prześladują Żydów bez litości. Z Boga pomocą, niebo dopomoże.

Jak rebe kazał, tak zrobiłem. Przygotowałem obiad, że lepszy trudno sobie wyobrazić: z najlepszym jadłem, drogimi winami, elegancko podany. Zaprosiłem komendanta z całym sztabem, a także tych inżynierów, ale oni odmówili, nie chcieli przyjść. Komendant z oficerami przyszli, jedli, pili i nie przestawali wychwalać dań, a przede wszystkim napitków. Kiedy wszyscy byli już pod dobrą datą, zacząłem opowiadać, jak Polacy wystąpili przeciwko nam, żeby nas unicestwić, jak prowadzą agitację wśród żołnierzy, jak przygotowują pogrom, jak ci inżynierowie mszczą się na Żydach, krótko mówiąc, wyjawiłem, co leżało mi na sercu.

Wszyscy wysłuchali mnie z uwagą. Jefremowowi łzy stanęły w oczach, pozostali też byli poruszeni. Lecz żaden nie wiedział, jak mi pomóc. Odezwał się adiutant komendanta, że on wszystko załatwi.

– Zabronimy żołnierzom w dniu waszego święta chodzić do miasta. I wydamy surowy zakaz, by nikt nie ważył się Żyda tknąć.

Komendant zgodził się. Słowa dotrzymał i święta, dziękować Bogu, przeszły spokojnie, że lepiej być nie może.

Zaraz po świętach Jefremowa zabrano od nas. Przyszedł nowy komendant i od razu zaczęły się donosy, oszczerstwa, szykany i cała ta czarna robota Polaków. Dokonywano rabunków. Z początku incydentalnie, później powszechnie. Polacy wskazywali, a rabowali żołnierze. Zaczęli od wielkich sklepów, a skończyli na małych. Prawie żadnemu nie przepuścili. Początek zrobili w składzie skórzanym Hochberga. Rabowali całą noc, zabrali towaru za kilkadziesiąt tysięcy rubli. To, co pan widzi, to nędzne resztki… Po sklepach zabrali się za domy. Polacy wskazywali piwnice, gdzie Żydzi ukryli swój skromny dobytek. W czasie tego rabunku przechodził jakiś generał, zaczął nahajką rozganiać żołnierzy. Jeden z nich złapał go za grud'3 i wrzucił do rowu. Powiadają, że ten żołnierz był później sądzony i rozstrzelany.

Po kilku dniach weszli do nas "Germańce". Oni też pokazali się z jak najgorszej strony. Wcześniej brali tylko żywność, później wszystko, co im się nawinęło pod rękę. U mnie zabrali welocyped i dwa palta – o zapłacie nie było mowy.

Kiedy weszli Niemcy, przebywał u nas rosyjski pułkownik (zdaje się Komarnikow), który nie zdołał wycofać się razem z wojskiem. Ukrywaliśmy go: ubraliśmy w żydowski szlafrok, jarmułkę na głowę, trzymali w zamknięciu i żywili. Tylko czterech ludzi o nim wiedziało. Kiedy Niemcy odeszli, wyszedł naprzeciw wchodzącego rosyjskiego wojska. Opowiedział, jak się z nim obchodzono i na widoku publicznym obejmował się i całował z Żydami, którzy go ukrywali. Ten Żyd, u którego siedział przez pewien czas w domu, głośno zapytał:
– Uważasz teraz, że Żydzi trzymają stronę Niemców?
– Nie! Mogę poprzysiąc! – odpowiedział.

Otoczyli go oficerowie, zaczęli wypytywać, ile zapłacił za to, żeby go przechowali.

– Ani grosza! – odpowiedział.

Tamci się zdziwili i wychwalali Żydów. Zrobiło się wesoło i tak przyjemnie, że na chwilę zapomniano o wcześniejszych przykrościach.

Za kilka dni jednak wojsko się wycofało, a razem z nim – pułkownik, któregośmy ukrywali. Przyszło nowe wojsko i po staremu zaczęło się rabowanie. Tym razem rabowali nas do ostatniej koszuli, niczego nie zostawiali.

W sklepie była żona Hochberga, starsza kobieta. Kiedy Warm mówił o rabunkach, wstała i zaczęła gorączkowo opowiadać, żywo gestykulując, jak to się wszystko odbywało:
– Wpadli: Dawaj dien'gi! Mówię: Ni ma. Jak dzikie zwierzęta zaczęli miotać się po sklepie i szukać. Dopadli stołu, przy którym siedzę, zaczęli szarpać za szufladę. Była zamknięta. To oni, jak panowie widzą, odrąbali brzeg stołu. W szkatułce leżały banknoty, srebrne i złote przedmioty, zaczęli chapać. Jeden żołnierz oddał mi złoty łańcuszek, to podleciał inny: Dawaj! I chciał mnie zastrzelić!…

I z taką samą nerwowością, z dziecinną naiwnością krzyknęła:
– No, powiedz, bądź łaska! Przecież to kradzież w biały dzień!

Przeszliśmy do kwestii, która sprowadziła mnie do Ger. Chodziło o kuchnię żydowską.

Warm opowiedział mi:

Jak tylko zaczęła się wojna, utworzył się u nas Komitet Obywatelski miasta Ger i pięciu najbliższych gmin. Do Komitetu weszło trzydzieści sześć osób, wśród nich dwóch Żydów: Lukrec i ja. Z grona tych trzydziestu sześciu osób wyłoniono komisję w dziesięcioosobowym składzie. Na zabraniu, na którym ich wybierano, był przedstawiciel warszawskiego Komitetu Obywatelskiego – Martynowski. Spodobało mu się widocznie, że cały czas milczałem, złożył więc propozycję:
– Ciekawa sprawa, Warm milczy cały czas. Proponuję wybrać go do komisji.

I wybrano mnie.

Był u nas tani sklep, ale w czasie pogromu go rozgrabili. Kiedy Niemcy się wycofali i w mieście rozszabrowano domy, sklepy, a spośród ludności żydowskiej ponad dwie trzecie uciekło (z przeszło tysiąca zostało ledwie trzysta), przewodniczący Komitetu Obywatelskiego, inżynier Bilczewski, Polak, ale człowiek przyzwoity i miłujący Izraela, zaproponował, by na równi z kuchnią chrześcijańską utworzyć również koszerną kuchnię żydowską. Prosił, żeby kahał to dofinansował. Lecz myśmy odmówili.

– Dlaczego?

Warm podał te same argumenty, które wymieniła siostra cadyka, na następnie dopowiedział:
Zwykli ludzie nie potrzebują takiej kuchni. Mają w mieście robotę. Prócz tego pięćdziesiąt osób pracuje przy okopach i mężczyzna dostaje za dniówkę rubla i pięćdziesiąt kopiejek, a kobieta rubla. Z tego, co prawda, trzeba płacić "konwojentowi" dwadzieścia pięć-trzydzieści kopiejek dziennie, żeby pilnował, by Polacy nie bili, ale na jedzenie zostaje.

Kiedy komisja zaproponowała nam utworzenie kuchni żydowskiej, zwróciłem uwagę, że wnioskujemy w zamian, by otworzyć tani sklep, który ubogim będzie za darmo wydawać produkty – te same, które w kuchni dostawaliby już jako gotowe dania. Trzech członków komisji przystało na to; ale Bilczewski, a za nim pozostałych pięciu innych uparło się: tylko kuchnia!Kiedy wypowiedziałem swoją opinię, zapytali mnie, czy mówię we własnym imieniu bądź kahału. Odpowiedziałem:

– Mówię w imieniu wszystkich Żydów z Ger i naszego świętego cadyka.

Z cadykiem nawet o tym nie rozmawiałem, ale dobrze wiedziałem, że byłby kuchni przeciwny, dlatego tak powiedziałem. I stąd zapewne to fałszywe oskarżenie, że rebe zadekretował, iż lepiej umrzeć z głodu, niż posilać się w tej kuchni.

Podczas naszej rozmowy dotarło zarządzenie, że zabrania się brać Żydów do pracy w okopach. Poinformowano nas przy tym, że tego dnia wysyła się dziewięćdziesięciu Niemców, w tym trzech piekarzy. Dlatego na piśmie zobowiązano żydowskich piekarzy, że będą wypiekać chleb przez cały tydzień, nie wyłączając soboty.

Źródło: Churbn Galicje, Wilno–Warszawa–Nowy Jork 1923, t. I, s. 82-90.    Tłum. Anna Ciałowicz
1. Gartel (jid., pas) – pas, którym przewiązują się chasydzi. [↑]
2. Est 1:10. [↑]
3. (ros.) – pierś. [↑]

 

 

 

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 25 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3620754