Ań-Ski w Górze Kalwarii, cz. II

Po rozmowie z Warmem udałem się do przewodniczącego Komitetu Obywatelskiego – Bilczyńskiego, którego charakteryzował on jako miłującego Izraela. Przedstawiłem się jako przedstawiciel Unii Ziemstw. Przyjął mnie bardzo serdecznie, ale z pierwszych jego słów wywnioskowałem, że nie poznał, iż jestem Żydem. Miałem do wyboru: albo do razu mu to wyjaśnić i tym samym ostrzec, żeby uważał, co mówi, albo milczeć i przekonać się ostatecznie, jak odnosi się do nas przyzwoity Polak, którego miejscowi Żydzi uważają za miłującego Izraela. Muszę przyznać, że nie sprostałem próbie i przemilczałem to, żem Żyd. I choć dotarły do mnie od tego miłośnika Izraela słowa, jakich bym jako Żyd nie usłyszał, czułem się po tej wizycie tak przybity i dotknięty, jakbym popełnił kradzież. Na drugi raz będę się takich prób wystrzegać.

Bilczyński, inteligentny i mądry człowiek około czterdziestki, zapoznał mnie z działalnością Komitetu Obywatelskiego. Do teraz otrzymali z warszawskiego Komitetu Obywatelskiego trzy tysiące sześćset rubli. Za te pieniądze urządzają ochronkę dla sześćdziesięciu-siedemdziesięciu dzieci z biednych rodzin i otwierają tani sklep. W tym samym czasie miejscowe zakonnice, szarytki, urządziły darmową kuchnię dla stu pięćdziesięciu osób.

– Ta kuchnia jest wyłącznie dla chrześcijan. Żydzi, zgodnie z ich przepisami, nie mogą z niej korzystać – dodał. - komitet Obywatelski chciał urządzić kuchnię socjalną dla Żydów, ale oni odmówili.
– Dlaczego?

Bliczyński uśmiechnął się i ze zjadliwą ironią powiedział:

– Pan mnie rozumie: Żydzi są za delikatni, za wielkie z nich paniska, żeby szli jeść do darmowej kuchni. I co pan zrobi? Też mi arystokratyczna parada! Do tego jeszcze, powiadają, że to im może zepsuć interes.

Zamilkł na chwilę.

– Muszę panu powiedzieć – prawił dalej – że jestem przekonanym antysemitą. Przede wszystkim jednak jestem człowiekiem. Nigdy nie pozwolę sobie na kupowanie u Żyda, ale jak widzę żydowskiego biedaka w potrzebie, postaram się mu pomóc. Ponadto uważam, że teraz nie jest najbardziej odpowiedni czas do prowadzenia walki narodowej przeciwko Żydom. Z powodu takiego zachowania z mojej strony miejscowi Żydzi myślą, że jestem ich "bat'ka" i jak tylko coś się u nich dzieje, biegną do mnie. Zwykle słuchają tego, co im powiem. Ale w sprawie kuchni mnie nie posłuchali, co tłumaczę tym, że wmieszał się do tego cadyk…
– Pan wie, kim jest cadyk? – zapytałem nagle.
– Wiem…
– Miejscowy cadyk stoi ponad wszystkimi polskimi cadykami. Żydzi oddają mu boską cześć.
– O ile wiem, nie miesza się on do świeckich spraw – rzekłem. - Poza tym już od kilku miesięcy przebywa w Warszawie. Jakim więc cudem mógł się wmieszać w sprawę kuchni?
– Możliwe, że nie – zgodził się Bilczyński i dodał:
– Miałem okazję kilkakrotnie spotkać się z cadykiem. On nie rozumie ani po polsku, ani po rosyjsku. Rozmawialiśmy przez tłumacza.
– Jakie zrobił na panu wrażenie?
– Zamkniętego w sobie, uduchowionego i poważnego człowieka. Na swój sposób jest on nawet wysoce moralny. Ale oni mają swoją odrębną etykę, która dla nas, chrześcijan, jest w ogóle niezrozumiała…
– To na czym stanęło w sprawie pomocy żywnościowej dla żydowskiej biedoty? – skierowałem rozmowę na poprzednią kwestię.
– Stanęło na tym: Żydzi nie zgodzili się na kuchnię i poprosili, żeby ubogim wydawać ich przydziały w produktach. Na to myśmy się nie zgodzili.
– Czy to nie wszystko jedno: dać głodującemu gotowane jedzenie bądź produkty? To drugie jest zresztą wygodniejsze. Oszczędza się wydatków na kuchnię, a ubogiemu czas, który musiałby poświęcić na codzienne wyprawy, bo produkty można wydawać na cały tydzień albo dwa razy w tygodniu. Każdy może spożytkować te produkty, jak mu się podoba. Prócz tego na takim systemie mogą skorzystać też chłopi i inni, którzy mieszkają daleko od miasta i nie mogą chodzić do kuchni.
– Co się tyczy chłopstwa – odpowiedział Bilczyński – to oni naszej pomocy nie potrzebują. Niewiele ucierpieli, a teraz zarabiają całkiem dobrze. Około trzech tysięcy pracuje w okopach i dostaje niezłe pieniądze. Inny chłop ze swoją rodziną zarabia do trzydziestu rubli tygodniowo. Co należy się Żydom? Pan nie wie, co to jest za naród! Żyd może jeść byle co. Wyda mu pan funt kaszy, on z tego trzy czwarte sprzeda, żeby mieć brzęczącą monetę…
– Myślę, że jest pan w błędzie. A nawet jeśli tak by było, co to kogo obchodzi? – zapytałem.
– Tak… ale my nie chcemy, żeby nasza pomoc walała się po sklepowych półkach.

I jak bym mu nie tłumaczył, "miłujący Izraela" obstawał przy swoim: nie wydawać pomocy w postaci produktów.

Kiedy wróciłem do Warszawy i poszedłem do Unii, sekretarz Krzewicki, Polak, przywitał mnie z radosną miną:

– No to już wiemy, że cadyka z Góry Kalwarii oskarżano bezpodstawnie; trzy miesiące temu stamtąd wyjechał i mieszka w Warszawie.

Zdałem komitetowi Unii raport o Ger. Wyjaśniłem, że jest tam potrzebna pomoc i trzeba ją Żydom wydawać w postaci produktów, ale komitet podszedł do tego obojętnie. Skoro Komitet Obywatelski nie zgadza się na wydawanie produktów – widocznie tak nie należy robić. Skoro Żydzi nie zgadzają się na kuchnię, widocznie nie głodują. Uradzono, że powstanie tam tylko "czajnia".

Kiedy około godziny dziesiątej wieczorem wróciłem ze Unii, spotkałem w hotelu Warma, który wcześniejszym pociągiem przyjechał zdać cadykowi relację z mojego pobytu w Ger. Teraz przyszedł jako cadykowy posłaniec prosić, żebym się do niego pofatygował. Warm był niespokojny. Bał się, że odmówię pójścia do cadyka i błagalnym głosem prosił, sumitując się i uzasadniając, że cadyk nigdzie nie wychodzi i sam nie może do mnie przyjść.

Poszedłem z nim do rebego.

Źródło: Churbn Galicje, Wilno–Warszawa–Nowy Jork 1923, t. I, s. 91-95.     Tłum. Anna Ciałowicz

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 52 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3724776
UA-28053597-1