Ań-Ski z Perecem w HaZomirze

Ponad miesiąc przyszło mi spędzić w Warszawie i okolicy, nim otrzymałem prawo wjazdu do Galicji. A. Guczkowa, do którego miałem list od hrabiego J. Tołstoja, w Warszawie nie zastałem. Przebywał w Łodzi, dokąd w tym czasie prawie niemożliwością było dostać się osobie prywatnej. Pełnomocnik Unii Ziemstw, W.W. Wirubow, przyjął mnie chłodno i oświadczył kategorycznie, że nie ma żadnej możliwości, by w tym względzie pomóc. Zaraz po tej stanowczej odmowie dodał jednak, że w najbliższych dniach jedzie w kierunku granicy z Galicją oddział Unii Ziemstw, pod dowództwem pełnomocnika Gierasimowa i jego pomocnika, Żyda Blocha, niechaj więc próbuję, może mnie wezmą. Po chwili zaproponował mi, że jeśli z moich pertraktacji z Gierasimowem nic nie wyjdzie, powinienem przyjąć pracę w warszawskim oddziale Unii. Licząc, że tym sposobem szybciej będę miał możliwość przekroczenia granicy z Galicją, przystałem na jego propozycję. Na to jednak zaraz odpowiedział, że tymczasem żadnej roboty w Unii dla mnie nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie. Krótko mówiąc, z pierwszej rozmowy wyniosłem wrażenie, że Wirubow musi mieć nie po kolei w głowie,jak to mówią, ma "kiełbie we łbie", i że jest to człowiek, na którym nie można polegać. Wkrótce miałem okazję się przekonać, że miałem rację.

Kilka godzin po naszej rozmowie, wieczorem, przyszedł do mnie do hotelu zaganiany, wzburzony:

– Powiedziałeś pan, że chcesz pracować w "Sojuzie" – zaczął jeszcze na progu. – Mam dla pana robotę. Przyjechało ponad dziesięć tysięcy rannych. Część z nich przebywa na dworcu pod gołym niebem, są zmęczeni, przemarznięci, głodni. W ogóle nie mamy gdzie ich podziać. Proszę, niech pan do jutra rana zorganizuje lazaret dla sześciu tysięcy rannych. Środki, ile będzie trzeba, daje Unia. Znajdź pan jakieś wolne mieszkanie, dom, który stoi próżny. Jeśli właściciel nie będzie chciał udostępnić, masz pan prawo go zająć w imieniu Unii. Przygotuj tam pan wszystko, znajdź lekarzy, sanitariuszy, siostry miłosierdzia. Nie wyrażę sprzeciwu, jeśli wszyscy będą Żydami. Ale to musi być gotowe do jutra! Podejmujesz się pan?

To znaczy tyle, ile wybudować pałac w jedną noc.

Zorganizowanie w Warszawie żydowskiego lazaretu na rachunek Unii miało w tamtym czasie wielkie znaczenie. I choć cały pomysł sprawiał wrażenie nierealnego, a ja, jako człowiek w Warszawie obcy, nie wiedziałem, od czego zacząć, podjąłem się jednakowoż uczynić wszystko, żeby go zrealizować. Powiedziałem, że do dwunastej dam ostateczną odpowiedź.

Od razu, za radą Pereca, zwróciłem się do przewodniczącego i sekretarza warszawskiej Gminy: Natansohna i Kempnera. Propozycja ich zainteresowała i skontaktowali mnie z przewodniczącym i sekretarzem żydowskiej komisji sanitarnej: Wajsblatem i Farbsztejnem. Ci ostatni zasygnalizowali mi jednak, że czują się urażeni tym, że Wirubow, który wiedział o komitecie sanitarnym, nie zgłosił się do nich bezpośrednio. Przekazałem to Wirubowowi i odmówiłem występowania w roli pośrednika. On jednak uparł się, że rozmowy mają być prowadzone nie inaczej, jak za moim pośrednictwem.

Komitet sanitarny rozpoczął energiczne działania. I przed godziną dwunastą w nocy był już budynek na lazaret dla czterech tysięcy rannych. Był już też prawie umówiony personel, lekarze, sanitariusze i siostry. Kiedy zameldowałem o tym Wirubowowi, powiedział, że lazaret jest teraz potrzebny tylko dla dwóch tysięcy rannych. Nazajutrz liczba ta spadła do pięciuset, a wieczorem okazało się, że wszyscy ranni zostali już ewakuowani, ale trzeba zorganizować lazaret dla dwóch tysięcy rannych, którzy dopiero przyjadą.

Po kilku dniach Wirubow polecił mi jechać do Równego po odbiór wozów sanitarnych, które Unia tam zamówiła. Kiedy wypełniłem tę misję i wróciłem, polecił mi zorganizować na "półstanku", sześć wiorst od Warszawy, punkt żywnościowy. Na to też się zgodziłem.

Nim to wszystko nastąpiło, minęło ze dwanaście dni. W tym czasie miałem możność poznania nastroju, jaki wtedy panował w Warszawie.

Warszawę zastałem rozgorączkowaną. Miasto było jeszcze pod wrażeniem gwałtownego ataku, który Niemcy przypuścili jakoś w październiku. Przygotowywano się na nowy, jeszcze silniejszy atak. Doszło wtedy do strasznych walk pod Łodzią. Każdego dnia przybywało trzydzieści–czterdzieści tysięcy rannych. Na każdym kroku spotykało się wozy sanitarne, sanitariuszy, siostry. Ruch był niezwykle intensywny, ulice zatłoczone, szalona ciasnota, ścisk spowodowany wielkimi masami ludzi, którzy byli tam ciągle. Przeciągały ulicami niekończące się sznury eszelonów, automobile pędziły tam i z powrotem, z hukiem przetaczała się artyleria, jechały niezliczone wozy sanitarne. Z oddali niosły się wyraźnie odgłosy ostrzału artyleryjskiego, a po przejrzystym niebie przelatywały czasem niemieckie stalowe ptaki, niosąc ze sobą śmierć i zniszczenie. Czuło się ciepły, szybki, przerywany oddech ciężko rannych.

W tamtym czasie działania wojenne na froncie wschodnim skoncentrowały się w Polsce, odzywając się w Warszawie wszystkim swoimi krwawym popłochem, swoją zgryzotą i cierpieniami, westchnieniem i lamentem. To tutaj z pól walki ściągnęły dziesiątki tysięcy rannych, a razem z nimi przybyły z okolicznych miast, miasteczek i wsi dziesiątki, setki tysięcy nieszczęśników, zbiegłych przed okropieństwami wojny, wygnanych z powodu nienawiści rasowej, donosów, oszczerstw. W Warszawie bardziej niż gdziekolwiek indziej odczuwano wszystkie możliwe nieszczęścia, które zalały ludność żydowską w Polsce. Każdego dnia przybywały tysiące dusz żydowskich, przeważnie na piechotę, obrabowanych, nagich, głodnych, spanikowanych i bezradnych. Wszyscy ci nieszczęśnicy ciągnęli do Gminy, w której wrzało jak w kotle, po brzegi była wypełniona nieopisanymi nieszczęściami i cierpieniem. W mieście znalazło się ponad pięćdziesiąt tysięcy bezdomnych. Większa część schroniła się tymczasowo w różnych instytucjach żydowskich. Kilkaset osób, przede wszystkim kobiet i dzieci, zakwaterowano w żydowskim klubie literackim "HaZomir"1, który założył i prowadził I.L. Perec2.

Schorowany, zmęczony, uginający się pod ciężarem wszystkich tych niedoli, Perec przez cały czas tkwił w tym istnym piekle zniszczonego żydowskiego życia. Przez pół dnia przebywał w Gminie, gdzie zajmował się nowo przybyłymi bezdomnymi, a resztę czasu poświęcał innemu rodzajowi pracy na rzecz ludzi pozbawionych dachu nad głową. Zbierał dla nich środki finansowe, pisał artykuły i odezwy.

Niemal pierwszego dnia po moim przyjeździe do Warszawy zostałem zaprowadzony przez Pereca do "HaZomiru".

W wielkiej sali pod wszystkimi ścianami poutykane były łóżka, ławki, skrzynki, na których siedziało lub leżało po troje-czworo dzieci. Prócz nich salę tak szczelnie wypełniali mężczyźni, kobiety i dzieci, że wyglądała jak rozwalone mrowisko. Od wrzasków i krzyków można było ogłuchnąć. Kiedy przyjrzałem się tym bezdomnym, zauważyłem, że starsi Żydzi trzymają się osobno, na boku, a w tej wielkiej masie ludzi niektórzy chodzą wyizolowani, zamyśleni, strapieni, nie zwracając uwagi na innych.

Zwykle gromadka dzieci robi wesołe wrażenie, tchnie nowym życiem. Tu jednak dzieci sprawiały wrażenie pereł rozsypanych na ulicy. Błąkały się po sali jak zbędne, zagubione, z wyrazem osierocenia na twarzy.

Najbardziej tragiczny u bezdomnych był ten ich "spokój". Nikt nie lamentował i nie był zdenerwowany. Kiedy Perec, Dinesohn3 i ja weszliśmy do sali, nikt nie zauważył, że pojawiły się obce osoby; tępo patrzyli na nas, milcząc. Kiedy zaczęliśmy rozpytywać, opowiedzieli, jakie tragiczne przeżycia były ich udziałem. Opowiadali cicho, jednostajnie, z twarzą znieruchomiałą. Czuło się, że ci załamani ludzie zatracili samych i jakąkolwiek nadzieję.

Młody człowiek opowiada o zniszczeniu swojego miasteczka i jednocześnie spokojnie dodaje:
– Zostali tam mój ojciec i brat. Zdaje się, że ich zamordowali.
– A pewnie, że zamordowali – powiada z zimną krwią jakaś kobieta. – Żydzi, co stamtąd przyszli, opowiadali, że widzieli obu, jak martwi leżeli na ulicy.

A ów młody człowiek słucha tego obojętnie, jakby go to nie obchodziło.

I z takim samym kamiennym spokojem opowiada nam inna Żydówka o swoim wujku, starcu siedemdziesięcioczteroletnim, którego znaleziono w dole z odrąbanymi rękami i nogami, z uciętym językiem…

Otaczają nas już dziesiątki ludzi i każdy opowiada swoją krwawą epopeję. Uchodźcy opowiadają o wojennych cierpieniach, o haniebnych czynach kozaków. Wypędzeni opowiadają o tym, co przyszło im przeżyć. Prawie wszędzie było to samo. Wkroczyli kozacy z pikami, z nahajkami, wypędzali z domów, kazali od razu albo w ciągu kilku godzin opuścić miasto. Szło się trzydzieści, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt wiorst, ciągnąc ze sobą dzieci, starców, chorych, w ulewnym deszczu, brnąc przez błoto. Szli dzień i noc, wycieńczeni głodem i pragnieniem. Starzy i słabi padali i konali po drodze, osłabione dzieci umierały matkom na rękach, ciężarne kobiety miały poronienia…

Stoimy pośrodku sali i słuchamy tej niekończącej się litanii nieszczęść. Koło mnie stoi dziewczynka mniej więcej ośmioletnia, chudeńka, o delikatnej buzi, słucha uważnie i z powagą, jak dorosła, a w jej oczach odbija się już stary, tysiącletni żydowski smutek…

Źródło: Churbn Galicje, Wilno–Warszawa–Nowy Jork 1923, t. I, s. 17-24.    Tłum. Anna Ciałowicz
1. HaZomir (hebr./jid. słowik) – Żydowskie Towarzystwo Literacko-Muzyczne. [↑]
2. Icchok Lejbusz Perec, zw. "ojcem poezji żydowskiej" (1851 Zamość – 1915 Warszawa) – poeta, prozaik, dramaturg, krytyk, klasyk literatury jidysz i hebrajskiej. W latach 1891-1895 wydawał serię "Jidysze Bibliotek" (jid., "Biblioteka Żydowska"). [↑]
3. Jakub Dinesohn (Dyneson) (1856 Nowe Zagory k. Kowna – 1919 Warszawa) – prozaik, publicysta, działacz oświatowy. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 66 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3724789
UA-28053597-1