Ań-Ski w Górze Kalwarii, cz. III

 

Weszliśmy do dużego drewnianego domu. Warm przeprowadził mnie przez kilka obszernych izb, gdzie stały łóżka zarzucone pierzynami i poduszkami bez poszewek. Po tych pomieszczeniach kręcili się tam i z powrotem chłopcy oraz starsi młodzieńcy w długich kapotach, z kręconymi pejsami. Pobiegli powiadomić o naszym przybyciu.

W izbie, do której zaprowadził mnie Warm, także stało niepościelone łóżko z całą symfonią poduszek i pierzyn. Pośrodku izby – okrągły stół i parę krzeseł.

Po kilku minutach wszedł cadyk. Był w średnim wieku, średniego wzrostu, grubokościsty, o twarzy okrągłej, okolonej czarnorudą brodą. Oczy miał błękitne, zamyślone bądź zmęczone, o po dziecinnemu naiwnym wyrazie, trochę jakby litościwe; nad sobą czy nad innymi się litował?

W ogólności był on jakiś okrągławy, delikatny, litościwy. Stąpał cicho, krokiem niepewnym, jak człowiek, który nie jest przyzwyczajony do chodzenia. Nosił stary, znoszony, jasny szlafrok. Podszedł do stołu i skromnie podał mi delikatną dłoń, o krótkich, grubych palcach. Przywitał się. Usiadł przy stole, milczał, nie wiedząc, od czego zacząć rozmowę. Bezradnie, z wyrazem zmiłowania patrzył, jakby w moim ręku było jego życie i śmierć. W podobny sposób, nieśmiało i cicho odezwał się:

– Był pan w Ger? Naskarżyli tam na mnie?…

Opowiedziałem mu o swojej wyprawie do Ger i uspokoiłem, że już się przekonali, iż nie on jest winien.

Słuchał mnie, patrząc zamyślonymi, litościwymi oczami dziecka, potakiwał głową, lecz milczał. Szukałem w jego obliczu "doniosłego znaczenia miny", o którym z takim przejęciem opowiadał Wegmeister1, ale niczego nie zauważyłem.

Kiedy skończyłem na temat Ger, zacząłem opowiadać o innych żydowskich utrapieniach. Chciałem zobaczyć, jakie wrażenie zrobi to na cadyku. Słuchał przez kilka minut, po czym mi przerwał:

– Siedzi tu u mnie rabin z Nowego Miasta [nad Pilicą – A.C.]. Może go zawołać? Niech też usłyszy, co pan mówi. Opowie panu, co się u nich wydarzyło.

Wkrótce wszedł rabin nowomiejski: wysoki, kościsty, ze spływającymi aż na plecy kręconymi pejsami, o dużych, nieco wyłupiastych oczach. Wszedł szybkim, pewnym krokiem, jakby się na coś przygotowywał. Mówił głośno, szybko, z gorączką. I ruchy także miał energiczne, rozgorączkowane. Jawny kontrast z mistycznie nieruchomym cadykiem.

Rabin z niecierpliwością wysłuchał mojego opowiadania o Sochaczewie i zanim skończyłem, jął opowiadać o Nowym Mieście. Mówił płynnie, literacko niemal, wtrącając słowa rosyjskie. Okazało się, że piastuje też urząd rabina "kazionnego"2, nie bacząc na to, że jest on zagorzałym ortodoksą.

– Polska agitacja zaczęła się u nas pierwszego dnia wojny. Rzucali fałszywe oskarżenia, podburzali wojsko, nie dopuszczali Żydów do służby w milicji. Rosyjskie wojsko po raz pierwszy weszło do miasta w szabat. Zaraz zjawia się u mnie naczelnik milicji i bez krępacji:

– Weszło wojsko – powiada. – Sklepy trzeba otworzyć.

To ja mu na to, nie pozwolę na otwarcie sklepów w szabat. Ten za kilka godzin znowu przychodzi i mówi już kategorycznie:

– Komendant miasta rozkazał, że masz natychmiast kazać Żydom otworzyć sklepy!

Na to ja mu znowu:

– Idź, powiedz komendantowi, że nie jestem jego parobkiem, żeby on mi rozkazywał, a sklepów pod żadnym pozorem nie pozwolę otworzyć w szabat.

Mija jeszcze godzina i przychodzi już dwóch żołnierzy z karabinami. Wzywają mnie do komendanta. To idę!

Komendantem był generał Morozow. Powitał mnie w podłym nastroju i z gniewem wykrzyknął:

– Ty jesteś rabinem?
– Ja.
– I tyś powiedział, że nie jesteś moim parobkiem?
– Powiedziałem, że jestem sługą Bożym i niczyim poza tym.
– Jak śmiesz odmawiać wykonania rozkazu? Dlaczego nie pozwalasz otwierać sklepów, jak kazałem?
– Czcigodny panie generale – ja mu na to odpowiadam. – Uważam, że jest ten sam Bóg na niebie w czasie wojny i w czasie pokoju. I skoro w czasie pokoju nasz zakon nie pozwala otwierać sklepów w szabat, to podczas wojny również jest to zakazane. W dodatku uważam, że teraz musimy być bardziej pobożni, żeby Bóg dał nam zwycięstwo.
– Chcesz, żeby z powodu twojej pobożności moi żołnierze głodowali?
– Niech ręka Boska broni! – odpowiadam – Niech nie głodują. Kazałem sklepikarzom: jak przyjdzie żołnierz i będzie prosić o jedzenie, żeby mu dać, ale nie brać pieniędzy, bo to jest zabronione.

Moja odpowiedź widocznie spodobała się generałowi. Spojrzał na mnie zdziwiony i powiedział:

– Podobasz mi się. Idź i przestrzegaj swojej religii.

Minął tydzień, komendant znów każe zamiatać w szabat ulice. Ja zabraniam, on znowu po mnie posyła.

– Nie pozwoliłeś Żydom sprzątać ulic w szabat?
– Nie ja zabroniłem, tylko nasza religia nie pozwala.
– W czasie wojny trzeba zapomnieć o religijnych nakazach.
– Skoro tak – odpowiadam – to czemuś mnie zawołał, a nie księdza, niech on każe Żydom pracować? Skoro żydowskie prawo nie obowiązuje, to rabin też jest niepotrzebny. Czego ty chcesz: Żydzi mają nie przestrzegać prawa, a rabina mają się słuchać? Nie ma prawa, nie ma rabina.

Tamten widzi, że mam rację, więc macha ręką i mówi:

Rawin praw!

Po kilku tygodniach weszli Niemcy. Nacierpieliśmy się przez nich strasznie. Jak tylko coś było nie tak, grozili rozstrzelaniem, wykorzystywali Żydów do usuwania błota i sprzątania dróg nawet w szabat. Moje prośby nie skutkowały, ledwo udało mi się wskórać, żeby usunęli żołnierzy z synagogi. Rozlokowali żołnierzy po domach. Ja nie udzieliłem kwatery, dowodziłem, że – jako rabin – jestem osobą urzędową, ślubowałem carowi i nie mogę tej przysięgi złamać. Zwolnili mnie z przyjmowania na kwaterę. Wycofując się, wzięli zboże, konie, wszystko, co mogli zabrać. Kiedy wyszli z miasta, wywiesiliśmy rosyjskie flagi. Oni to zobaczyli i ostrzelali miasto.

Póki byli u nas Niemcy, Polacy milczeli, odnosili się nawet przyjaźnie do Żydów. Kiedy przyszli Rosjanie, wyszli im naprzeciw i nie dopuścili nas, żeby powitać wojsko. Kazałem upiec bułkę z białej mąki, wziąłem talerzyk z solą, zwój Tory i siłą przedarłem się do wojska. Podszedłem do głównodowodzącego, życzyłem mu powodzenia, podałem zwój Tory, chleb i sól, pobłogosławiłem go i zacząłem płakać.

– Polacy – powiedziałem – oczerniają nas w waszych oczach. Prosimy cię: nie dawaj wiary fałszywym oskarżeniom, które na nas rzucają. Jesteśmy wierni Bogu i carowi.

Opowiedziałem, czego żeśmy doświadczyli za Niemców.

Głównodowodzącym był Plehwe3. Razem z nim był [wielki książę], którego on nazywał "wisoczestwo". Plehwe wysłuchał mnie i powiedział:

– Nie będę przyjmował do wiadomości żadnych donosów i oszczerstw przeciwko wam. Nigdzie nie przyjmowano mnie tak serdecznie jak tu.

Uspokoiliśmy się.

Mija osiem tygodni – opowiadał dalej rabin. – Przychodzą żołnierze i aresztują ośmiu gospodarzy, najzacniejszych i najbardziej pobożnych Żydów, którzy są jak najdalsi od polityki. Wśród nich szojcheta, który – jestem tego pewien – nawet nie wie, że toczy się jakaś wojna i kto się z kim bije. Wywieziono ich etapem do Warszawy, przez całą drogę pościli. Kiedy przywieziono ich do Warszawy, przypadli do ziemi i jęli ustami zbierać śnieg, żeby się pokrzepić. Teraz siedzą w twierdzy… O co, uważasz pan, się ich oskarża? Posłuchaj tylko. Kiedy Niemcy się wycofywali, w ślad za nimi szedł pogrom. Na skraju miasta padło przy szlabanie dwóch rosyjskich żołnierzy, do których strzelali wycofujący się Niemcy. Umyślili więc sobie teraz, żeby oskarżyć Żydów, iż specjalnie zamknęli szlaban, żeby rosyjscy żołnierze zostali zabici. Aresztowali Żydów, którzy mieszkają przy szlabanie. Cała ta historia to kłamstwo. Setki ludzi mogą zaświadczyć, że szlaban był otwarty. Ksiądz gotów jest poprzysiąc, że Żydzi są niewinni, ale to nie pomaga.

– Powiadają – mówił dalej rabin – że mnie też szukają i chcą aresztować. Ja się nie boję, niech aresztują, powieszą… Zginąć śmiercią męczeńska wcale nie jest źle. Ale tymczasem trzeba ratować aresztowanych. Z tego powodu przybyłem tutaj, ale do nikogo nie mam dostępu. Gdybym miał rekomendację do Tumanowa, mógłbym już coś zdziałać…

– Był pan w tutejszej Gminie, u działaczy społecznych? – zapytałem.

– Ja u nich byłem, ale oni u nas nie byli, nie widzieli naszego piekła. Są więc spokojni. "Niech pan napisze podane, to rozpatrzymy". Mówię, że trzeba działać, nie można zwlekać ani chwili. Oni powiadają, że to jest sprawa jednostkowa, a oni zajmują się tylko tymi o zasięgu ogólnym. Nie rozumieją, że ogół składa się z jednostek. I jak tu rozmawiać z tymi nieczułymi ludźmi!… Dlatego zwracam się teraz do pana. Jako że ma pan częsty kontakt z "ludźmi na świeczniku", niech mi pan zdobędzie rekomendację do Trepowa, nie inaczej!

Zacząłem tłumaczyć rabinowi, że nie mam żadnych kontaktów z "ludźmi na świeczniku", ale on nie chciał słuchać.

Przypomniałem sobie, że cztery-pięć dni temu byli tu baron Aleksander Gincburg4 i Oskar Gruzenberg5

Rabin chwycił się tego pomysłu, zawołał mnie na stronę i powiedział na ucho:

– Wygląda na to, że Gruzenberg i Gincburg powinni zobaczyć się z cadykiem. Nie inaczej, to może mieć duże znaczenie. Proszę nie zapominać, że cadyk stoi na czele polskiego żydostwa.

Zaproponowałem cadykowi, żeby zobaczył się z Gruzenbergiem i z baronem. Spojrzał na mnie potulnym wzrokiem i bezradnie rozłożył ręce:

– Co… ja… mogę…

I nie zgodził się.

Źródło: Churbn Galicje, Wilno–Warszawa–Nowy Jork 1923, t. I, s. 95-102.    Tłum. Anna Ciałowicz
1. Joel Wegmeister (1837 - 1919) – jeden z czołowych działaczy gminy wyznaniowej żydowskiej w Warszawie, społecznik (członek komitetu pomocy ofiarom: cholery w 1892, pogromów w Rosji w 1905); instancjonował w sprawach Żydów polskiech w Perersburgu (sztadlan). Jako reprezentant zwolenników cadyka z Gory Kalwarii wziął udział w kongresie założycielskim partii Aguda w Katowicach (1912). Razem z Mojżeszem Pfefferem i Kazimierzem Natansonem został powołany do utworzonej w listopadzie 1916 Tymczasowej Rady Stanu. [↑]
2. Rabin "kazionny" (ros., państwowy) – rabini narzucani przez rosyjskie władze na ziemiach wcielonych do Cesarstwa; niektórzy z nich, zupełnie pozbawieni kwalifikacji, nie byli akceptowani przez lokalne społeczności. [↑]
3. Paweł von Plehwe (1850 - 1916) – generał kawalerii wojska rosyjskiego. Na początku I wojny światowej Paweł Plehwe został dowódcą rosyjskiej 5 Armii, mającej za zadanie odeprzeć austro-węgierskie siły atakujące z Galicji. [↑]
4. Aleksander Gincburg (?? - ??) – baron. [↑]
5. Oskar Gruzenberg (1866 - 1940) – znany adwokat, obrońca w procesie Bejlisa., którzy wieźli na front wagon z podarunkami od Żydów z Petersburga. Dziś mieli wracać. Zaproponowałem rabinowi, że poproszę Gincburga albo Gruzenberga, żeby go przyjął i pomógł w miarę możliwości. [↑]

 

 

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 28 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3620757