Ań-Ski z wizytą u Wegmeistra

Powróciwszy do Warszawy złożyłem komitetowi Unii raport z Błonia i wyraziłem własną opinię oraz lekarki, że trzeba tam otworzyć jedynie drugą "czajnię". Dla ludności chrześcijańskiej Komitet Obywatelski zorganizował kuchnię, a kuchni żydowskiej nie potrzeba, bo Żydów prawie już tam nie ma. Nie mogłem się przy tym powstrzymać przed uszczypliwością pod adresem Wirubowa:

– Jak widać, daremnie się pan ze mną przekomarzał w sprawie kuchni żydowskiej. Władza wojskowa swoim mało wyszukanym sposobem pozbyła się kwestii…

Wirubow był trochę zawstydzony, ale po chwili odpowiedział:

– Kwestia ta jednak nie jest incydentalna, dotyczy także innych miejsc. W Górze Kalwarii mianowicie Komitet Obywatelski otworzył był kuchnię, gdzie Żydzi mogli się posilać na równi z chrześcijanami. Jest tam jednak cadyk1, któremu Żydzi oddają boską cześć. Zadekretował on, że Żydzi prędzej umrą z głodu, niż będą jeść razem z chrześcijanami.

– Wie pan, zdaje się całkiem dobrze, jak polskie Komitety Obywatelskie odnoszą się wobec Żydów i na ile są wiarygodne w swoich poczynaniach – odpowiedziałem. – Możliwe, że tamtejszy Komitet Obywatelski chciał głodem zwalczać tak zwane "żydowskie zabobony".

– Nie, o ile dobrze zrozumiałem, Komitet byłby otworzył kuchnię żydowską…Żydowska, czy nieżydowska, wsio rawno. Wiem tylko jedno, że w mieście jest cholera, ludność żydowska głoduje, punkt żywnościowy jest potrzebny, a przez tego cadyka otworzyć go nie można.

I z typową dla siebie impulsywnością dodał:

– Jedź pan prosto do Góry Kalwarii, dowiedz się na miejscu, co tam się wyrabia, zobacz się z cadykiem i daj mu do zrozumienia, że w takich czasach inaczej trzeba się zachowywać.

Z Unii poszedłem do Pereca. On mi przede wszystkim wytłumaczył, że "cadyk z Góry Kalwarii" to Gerer Rebe, najznamienitszy z polskich świątobliwych, który ma niesamowity wpływ na całą niemal żydowską ortodoksję w Polsce. Perec miał okazję spotkać go kilkakrotnie i odniósł wrażenie, że jest to wyjątkowa osobowość.

Perec poradził mi, żebym jechał do Ger2 i zobaczył się z którymkolwiek z dworzan cadyka. Ten zapozna mnie z sytuacją w miasteczku, wskażą, do kogo się tam zwrócić i jak dostać do rebego. Od razu zatelefonował do jednego z najbardziej oddanych chasydów Ger, znanego warszawskiego milionera Wegmeistra3, i powiedział mu, o co chodzi.

Wegmeistra bardzo przestraszyły te wiadomości. Wyczuł w tym oszczerstwo rzucone na cadyka. W obecnej sytuacji najbardziej niedorzeczne oskarżenie może skutkować bardzo źle. Powiedział, że chce się ze mną natychmiast widzieć, ale ponieważ jest chory i nie wychodzi z domu, prosi, żebym przyszedł do niego.

Wegmeister, starzec w wieku siedemdziesięciu pięciu lat, ale silny i pełen życia człek, nie dał mi dojść słowa. Opowiadał mi o swojej działalności społecznej: nie ma takiej instytucji żydowskiej, której on nie byłby przewodniczącym, nie ma takiej znanej osobistości, której by nie poznał i nie miał za przyjaciela. Jednak jest blisko przede wszystkim ze świątobliwym. Bliżej nie jest nikt! Siedział tam jego syn, mężczyzna około trzydziestki. Milcząc, przysłuchiwał się ojcowskiej przemowie z wielką atencją.

Stary Wegmeister poinformował mnie, że rebe już trzy miesiące temu przeniósł się z Ger i znajduje się obecnie w Warszawie, że nawet gdyby był w "Ger", to by też nie mieszał się w takie świeckie sprawy, jak jakaś kuchnia. On jest od świata bardzo daleko…

Zdaje się, że zanim przyszedłem do Wegmeistra, to on już poinformował rebego o sprawie "oszczerstwa" i bardzo go tym przestraszył. Kiedy rozmawialiśmy, kilkakrotnie dzwoniono od rebego, a Wegmeister powtarzał słowo w słowo, co mówiłem. Nie zadowoliwszy się tym, zadzwoniła jeszcze siostra cadyka. Bardzo się sumitując, prosiła, żebym zaszedł do niej choć na kilka minut. Nie mogłem odmówić i poszedłem do niej z synem Wegmeistra. Siostra rebego, starsza kobieta, mądra i spokojna, o arystokratycznych manierach, oczekiwała mnie z wielką niecierpliwością. Kiedy wszedłem do domu, od razu zaczęła mi udowadniać, że jej brat jest wolny od jakiegokolwiek "grzechu", jeśli chodzi o Komitet Obywatelski i Unię, że nigdy nie pozwoliłby sobie na wydanie żadnego polecenia przeciwko nim itd. Na mnie jej mowa obrończa zrobiła przygnębiające wrażenie. Dużo czasu upłynęło, zanim dałem jej do zrozumienia, że przekonywanie mnie o niewinności rebego jest całkowicie zbędne. Przy tym starałem się ją uspokoić, przekonać, że nie będzie z tego żadnego krzywdzącego oskarżenia.

Trochę się uspokoiła i zaczęła mi opowiadać o Ger.

– Na nasze miasteczko spadła lawina nieszczęść. Najpierw je ostrzelano. Całe dnie "Germaniec" zasypywał je kulami i szrapnelami. Kto wie, ilu Żydów zginęło? Bez liku! Jak zaczął się ostrzał, ludzie pobiegli do synagogi – dwieście osób się tam zebrało. Na synagogę spada armatnia kula, przelatuje przez dach, rozwala stół i wbija się w ziemię. Nikogo nawet nie drasnęła! Cud z nieba! Trzeba było zostać w tej synagodze. Ludzie się jednak przestraszyli i wybiegli na ulicę, a tam znowu leci kula armatnia i dwudziestu trzech Żydów zabija na miejscu. W całym mieście zginęło chyba kilkuset, kto wie. No i zaczął się horror, rabunki, dochodziło do pogromów Żydów przez żołnierzy, najpierw rosyjskich, później niemieckich i znowu przez rosyjskich. Krótko mówiąc, było nie do wytrzymania. Ale gorsze od wszystkiego były, ma się rozumieć, oszczerstwa. Tego w ogóle nie można było ścierpieć. Byle głupstwo – i całe miasteczko w niebezpieczeństwie.

– Kiedy Rosjanie zaczęli się wycofywać – opowiadała dalej – jakiś pułk miał przeprawić się przez Wisłę. Żeby im sprawniej poszło, podpalili na brzegu dom, który należał do dozora4 Jony Rakowskiego. Później, kiedy pułk był już po drugiej stronie, przyszli nowi żołnierze. Kiedy zobaczyli, że płonie dom, i dowiedzieli się, że jest on żydowski, stwierdzili od razu, że to Żydzi celowo podpalili, żeby dać sygnał Niemcom. Zaczęli szukać właściciela domu, ale go nie znaleźli, więc aresztowali sąsiada i mało brakowało, a by go powiesili. Na szczęście przyszedł jeden z tych żołnierzy, którzy dom podpalili, i tego Żyda puszczono wolno. Nie każdego, ma się rozumieć, spotkało takie szczęście. Iluż niewinnych zginęło z powodu fałszywego oskarżenia… Krótko mówiąc, przez te wszystkie szykany i prześladowana trzy czwarte miasta uciekło. Ale teraz, kiedy już tam przycichło i nawet nie ma wojska, ludzie powoli wracają…
– A jak wygląda sprawa z darmową kuchnią? – spytałem. – Czy ludność żydowska takowej potrzebuje?
– Trudno powiedzieć – odparła niezdecydowanie. – Zależy, co to za kuchnia, dla kogo?
– Rozumie się, mam na myśli kuchnię ściśle koszerną, pod nadzorem rabina bądź religijnego Żyda.
– Komitet Obywatelski zorganizował był kuchnię żydowską, ale Żydzi nie chodzili tam jeść.
– Dlaczego?
–To trudno wytłumaczyć. Trzeba znać nasze miasto. Biedoty u nas pod dostatkiem, ale to nie są zwykli biedacy, to są Żydzi pierwszoklaśni. Wcześniej siedzieli "we dworze" i studiowali. Taki Żyd nie pójdzie do darmowej kuchni Komitetu Obywatelskiego, jaka koszerna by ona nie była. Jest też trochę zbankrutowanej klasy obywatelskiej. Musi pan jednak wiedzieć, że taki bankrut prędzej umrze z głodu, niż pójdzie do darmowej kuchni, razem z żebrakami i wyrzutkami. Każdy bankrut ma nadzieję, że uda mu się dostać kredyt, krewny mu pomoże i znów stanie na nogi. Ale jak spuści z tonu i pójdzie o darmowej kuchni – to koniec, już go będą mieli za żebraka.
– Czy oprócz bankrutów i "instrumentów świętości"5 są zwykli biedacy, którzy głodują? – powiedziałem.
– Ma się rozumieć, ale taki pójdzie jeść, gdzie pan chce i co pan chce. Są u nas tacy Żydkowie, którzy brali udział w pogromach, rabowali nasz dobytek.

W słowach rebecyn wyczułem okrutną obojętność na los zwykłego biedaka, którą była przesiąknięta nasza chasydzka arystokracja.

Syn Wegmeistra przez cały czas milczał. Kiedyśmy wyszli z mieszkania i zacząłem się z nim żegnać, zatrzymał mnie gwałtownie:

–Jeśli pojedzie pan do Ger, musi pan zajść do rebego. Pan musi go zobaczyć! Mówię panu, zobaczy pan cud, człowieka nadzwyczajnej wielkości! – I cicho, z iskrzącymi oczami mówił dalej:

–Pan wie, co on jest? To jest rozum świata… Wystarczy powiedzieć, że przez całe swoje życie, czy we śnie, czy na jawie, ani przez chwilę nie przestał myśleć, kto on jest!… Mówi niewiele, prawie nic, milczy. Najważniejsza u niego nie jest mowa, lecz mimika: w każdej sekundzie inny wyraz oblicza, a każda mina kryje nieskończoną głębię mądrości…

Źródło: Churbn Galicje, Wilno–Warszawa–Nowy Jork 1923, t. I, s. 76-82.    Tłum. Anna Ciałowicz
1. Abraham Mordechaj Alter, zw. Imrej Emes (1866–1948). [↑]
2. (jid.) – Góra Kalwaria. [↑]
3. Joel Wegmeister (1837–1919) – jeden z czołowych działaczy gminy wyznaniowej żydowskiej w Warszawie, społecznik (członek komitetu pomocy ofiarom: cholery w 1892, pogromów w Rosji w 1905); instancjonował w sprawach Żydów polskiech w Perersburgu (sztadlan). Jako reprezentant zwolenników cadyka z Gory Kalwarii wziął udział w kongresie założycielskim partii Aguda w Katowicach (1912). Razem z Mojżeszem Pfefferem i Kazimierzem Natansonem został powołany do utworzonej w listopadzie 1916 Tymczasowej Rady Stanu. [↑]
4. Dozor – członek zarządu gminy żydowskiej. [↑]
5. klej kojdesz (hebr./jid., "instrumenty świętości) – tradycyje określenie osób spełniających funkcje, które wymagają ścisłego przestrzegania prawa religijnego w pracy i na co dzień (np. szojchet, chazan itp.). [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 23 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3578955