Borys Arkadiewicz Kleckin

 Borys Arkadiewicz Kleckin, urodzony w 1875 w Horodyszczu; mieszkał w Wilnie; podczas pierwszej wojny światowej w Rosji centralnej; od 1919 roku w Wilnie; zmarł we wrześniu 1937 roku.

W jednym z opowiadań Perec snuje swe rozmyślania o wydawcach żydowskich ksiąg religijnych, których imiona spotykał na dużych kartach Talmudu; opisuje, jak wyobrażał sobie drukarnie i samych drukarzy. My wszyscy, czytelnicy i miłośnicy literatury jidysz, od 1912 roku do wybuchu pierwszej wojny światowej tak samo rozmyślaliśmy o B.A. Kleckinie, pierwszym prawdziwym wydawcy nowoczesnej literatury jidysz. Pierwsze książki i czasopisma Kleckina zrobiły ogromne wrażenie. Jidysz nie znał dotychczas takich wydań, takiego papieru, takiego druku, ani w ogóle książek takiej jakości. Asz, Perec, Bergelson, Bal Machszowes, Einhorn – wszyscy w jednym miejscu, a do tego czasopismo „Di jidysze welt”, pod redakcją Szmuela Nigera. Każdy numer był dla literatury jidysz kolejnym oknem na Europę.

Kiedy tylko ucichła zawierucha wojenna, Borys Kleckin – wtedy już bez „Arkadiewicza” – znów pojawił się na żydowskim rynku wydawniczym. Swoje prężne wydawnictwo przeniósł z Wilna do Warszawy. Był wielkim romantykiem, ale jeszcze większym realistą. Choć jego serce należało do Wilna, wiedział, że trzeba iść z duchem czasu i budować żydowskie wydawnictwo tam, gdzie mieści się stolica państwa oraz centrum życia żydowskiego.

Kleckin miał duszę jednocześnie rosyjskiego kupca pierwszej gildii i rewolucyjnego konspiratora. Lubił wielkie przedsięwzięcia i duże ryzyko. Należał do tych ludzi, którzy z racji urodzenia mogli byli zostać wyzyskiwaczami, jednak ich dusze stały po stronie wyzyskiwanych. Szli więc na kompromis, zatrzymywali swoje majątki i dzięki nim finansowali prawdziwie rewolucyjne ruchy, które miały wyplenić wyzysk na zawsze. Tacy ludzie giną jak wielcy bohaterowie.

Kleckin szerokim gestem finansował żydowski ruch robotniczy. Miał jednak słabość do literatury jidysz, więc i ją finansował. Okresami robił to tak szczodrze, iż zdawało się, że on jeden ją utrzymuje.

Nie chełpił się, na pewno nie był pyszałkiem. Na to był zbyt mądry i zbyt dumny. Czasem jednak, gdy literacka młodzież za bardzo wchodziła mu na głowę, zwykł mówić, uśmiechając się chytrze: jeśli kiedykolwiek wydacie na literaturę jidysz równowartość tysięcy mórg lasów, trzech tartaków, dużej huty szkła i do tego jeszcze milion rubli, wtedy będę słuchał waszych rad, na razie wy musicie słuchać moich.

Był przystojny, hadres-ponim jak mówi Pismo, oczy czarne jak smoła, czarna królewska broda, kształtna twarz, reprezentacyjna łysina, mężczyzna postawny, zawsze schludny i bardzo elegancko ubrany. Zawsze zapraszał na obiad, na kolację, na spacer. Jeśli tylko ktoś napisał dzieło najwyższej klasy – innymi Kleckin się nie zajmował – lub miał tylko plan takiego dzieła, już wypłacał awanse. Wystarczyło zyskać jego sympatię, a on kupował człowieka w całości. Oczywiście w najlepszym znaczeniu tego słowa, gdyż Kleckin nie lubił lizusostwa i bardzo go ono bolało, ponieważ sam był na wskroś uczciwy, z duszą „na raspaszku”.

Choć sam przemawiał pięknie, przywołując rozmaite mądrości – nie żarty, te były niegodne – wystrzegał się najmniejszych choćby podejrzeń o to, że sam cokolwiek pisze. Najlepsi pisarze (Asz, Bergelson, Singer) opisywali go często w powieściach i opowiadaniach. Wiedział o tym i sprawiało mu to przyjemność, ponieważ przedstawiano go dokładnie takim, jakim chciał być, nigdy jednak o tym nie wspominał. To byłoby niemądre. A głupoty Kleckin wystrzegał się bardziej niż tego, by nie zalać swojego wydawnictwa tomikami poezji…

Przez dziesięciolecia Kleckin chorował, a wraz z nim wydawnictwo oraz całe żydowskie życie kulturalne. Nie poddawał się jednak, podejmował beznadziejne próby ratowania zdrowia i wydawnictwa. Wydawał książki z pomocą samych autorów… Daremnie próbował także ratować swoją piękną twarz. Z czasem zauważyliśmy, że czerń jego brody przestała być naturalna. Pewnego dnia stała się srebrnobiała. Wtedy właśnie Kleckin po raz pierwszy w życiu nie zapłacił weksla. Niedługo potem zmarł.

Setki najlepszych książek żydowskich z okresu rozkwitu nowoczesnej kultury jidysz są sygnowane B. A. Kleckin, co dla entuzjastów literatury jidysz brzmi tak samo, jak Wdowa i Bracia Romm dla ludzi religijnych.

Kleckin szanował tradycję, troszczył się o nią. Kochał Wilno, romantyczne Wilno sprzed pierwszej wojny światowej. Na tamtejszym cmentarzu spoczywali jego najbliżsi przyjaciele. Za własne pieniądze stawiał na ich grobach najwspanialsze macewy. Tam też przygotował sobie zawczasu miejsce oraz płytę, na której kazał wyryć prosty napis w jidysz: Tu spoczywa żydowski wydawca.

1942

Źródło: Source Majn leksikon, t. 2, Montreal 1947, s. 272-274.   Tłum. Aleksandra Geller

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 84 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3581092