Cadyk nowomiński w Warszawie

W głębokiej szufladzie starego kredensu, gdzie mama przechowywała swoje klejnoty rodowe i inne wartościowe przedmioty, leżał też mój "skarb": sakiewka z monetami, której w domu strzegliśmy nie mniej niż mamine precjoza. W sakiewce tej gromadziłem monety – "lect gelt" – które cadyk1 dawał mi za każdym razem, kiedy przyjeżdżał na groby przodków [do Mińska Mazowieckiego – A.C.]. Przybywał zwykle jednym z pierwszych pociągów z Warszawy i z dworca od razu udawał się dorożką na cmentarz, do ohelu, w którym spoczywały kości jego ojca, poprzedniego cadyka nowomińskiego. Dopiero w porze obiadowej zajeżdżał do cadykowego dworu, który nazywano tak nawet po tym, gdy – z powodu wybuchu I wojny światowej – przeniósł się do Warszawy, gdzie już zamieszkał na stałe.

W jeden z takich dni po raz pierwszy zetknąłem się z naszym cadykiem, o którym tyle się w domu nasłuchałem od najwcześniejszych lat. Do osobnego gabinetu, w którym odpoczywał przy szklance herbaty, wszedłem w asyście i ojca, i babci. Babcia była przecież u cadyka prawie domownikiem. Była wdową po reb Efraimie, posługaczu, który ministrantował pierwszemu cadykowi, reb Jankielowi2, a później przez długie lata jego synowi. Babcia znała cadyka od zawsze. "Na własnych rękach go wychowałam" – powtarzała zawsze.
– Przywitaj się… – poinstruowała mnie babcia i w tej samej chwili zobaczyłem cadyka: niskiego i korpulentnego, o pełnej dobroci twarzy, okolonej białą brodą i długimi, kręconymi pejsami. Zza okularów w drucianej oprawie spozierały na mnie łagodne oczy. Cały mój strach, dziecięce oczekiwanie na coś niesamowitego, na co przygotowywano mnie w domu od dłuższego czasu, uleciało w jednej chwili. Zaraz poczułem się swojsko, jak na spotkaniu z dobrym, kochanym wujkiem.
– Mojszego jedyny syn! Ładny z niego kawaler wyrósł! – powiedział cadyk do babci, dodając od razu" - A czego on się teraz uczy?

Wnukowi, któremu nadano imię po jej przedwcześnie zmarłym mężu, babcia nie żałowała pochwał. Cadyk wyrażał swój podziw słowami: "U-wa!", "Naprawdę?", głaszcząc mnie jednocześnie po policzku swoją delikatną, jedwabistą dłonią…

Na koniec cadyk wziął od reb Josla, posługacza, monetę i wetknął mi ją do ręki, mówiąc:
– Bierz "lect gelt" i żebyś wyrósł na Żyda!

Po drugiej stronie drzwi czekał już wielki tłum. Zobaczywszy monetę, którą dostałem od cadyka, chasydzi od razu zaczęli się targować. Za jednego złocisza gotowi byli dać mi pięć, dziesięć, a nawet dwadzieścia razy więcej. A może tylko chcieli mnie wypróbować, czy doceniam znaczenie "lect gelt". Podekscytowanie chasydów, a zwłaszcza zazdrosne spojrzenia kolegów z chederu, ma się rozumieć, pomogło mi to pojąć.

Minęło ładnych parę lat. Studiowałem już Gemarę z komentarzem, aż pewnego dnia babcia wymogła na ojcu, żeby zabrał mnie do cadyka w Warszawie. Była jeszcze zima, pora ciężkich przeziębień i panującej grypy. Babcia uważała, że wyjazd do Warszawy będzie lepszy dla mojego zdrowia niż wszyscy lekarze z powiatu, którzy przyjeżdżali do mnie przez całą zimę.

Babcia za własne pieniądze dała mi uszyć jedwabną kapotkę i kupiła do tego aksamitną czapeczkę. Tata wyjął z szafy swoją jedwabną kapotę, którą zakładał wyłącznie na wyjazd do cadyka (jak to kupiec, ojciec przez cały rok nosił marynarkę, a w szabes – zwykłą "gehakte" kapotę). Mama zapakowała dwa plecaki różnymi smakołykami, żeby mogli się posilić. Z samego rana udaliśmy się na stację.

Była to wigilia Święta Tygodni, a my, ma się rozumieć, nie byliśmy jedyni, którzy jechali do cadyka na dzień nadania Tory na Synaju. Pociąg wypełniali podróżujący– każdy do swojego cadyka.

Ojciec mój, mimo że był trochę "nowoczesny", przycinał brodę, kupował szekla3 i regularnie płacił na Keren Kajemet4 i Keren haJesod5, czytał świeckie książki i gazety nie rzadziej niż zaglądał do świętych ksiąg, miał osobliwy stosunek do cadykowego dworu, gdzie się wychował i wyrósł; był to stosunek niemal rodzinny. Co cadyka żywił ogromny szacunek. Radził się go w różnych sprawach. Swoim "świeckim" kolegom tłumaczył się z częstych u niego wizyt tym, że cadyk cieszy się szacunkiem największych znakomitości żydowskiej Warszawy. Ojciec wyliczał przy tym wiele znanych osób, które ciągle spotykał u cadyka. Wspominał zwłaszcza Hilela Cejtlina6, który przychodził posłuchać nauki duchowej przy trzecim posiłku, a znikał po hawdali7. Kiedy ojciec o tym opowiadał, nie było wiadomo, kogo ceni bardziej: cadyka czy Hilela Cejtlina, którego artykułami się pasjonował.

Tamte święta to było moje pierwsze spotkanie z żydowską metropolią, która kilka lat później stała się przystankiem na mojej życiowej drodze i gdzie przed dwa lata, do wybuchu wojny bywałem niemal codziennie. Podróż koleją pośród pachnących, dojrzewających pól; ogromny dworzec w Warszawie z dziesiątkami pociągów, które przyjeżdżały naraz ze wszystkich kierunków i wyrzucały z siebie tak wielu pasażerów; tramwaje, ludzie, budynki i ulice. A przede wszystkim żydowskie ulice i Żydzi – to wszystko wryło mi się w pamięć i nie daje zapomnieć. Kto wtedy wyobrażał sobie, że w ciągu następnego dziesięciolecia to wszystko nagle zniknie, zostanie wymazane… Kto?

Po złożeniu kilku wizyt u dalszych krewnych (ojciec chciał im przedstawić swojego dorastającego jedynaka), przyszliśmy na cadykowy podwórzec przy ulicy Franciszkańskiej 10:. Było tam wiele zajazdów mogących pomieścić setki chasydów, którzy z całej okolicy ściągali na święta do cadyka. Nasze miejsce znajdowało się u szamesa Josla – w pokoju pełnym łóżek.

Odsapnąwszy nieco, poszliśmy do cadykowej modlitewni. W pamięci na długie lata pozostała mi to słodka modlitwa cadyka przy pulpicie. Jego sposób poruszania się, co rusz podskakiwanie, światłość bijąca od białej brody, pejsów, która zlewała się z bielą jedwabnej kapoty i pończoch. Nie był tak wybornym śpiewakiem jak wielu cadyków w Polsce; słynął jednak ze swej przecudnej modlitwy, rodzaju melorecytacji…

W pierwszą noc święta zostaliśmy zaproszeni do cadykowego stołu. Rebecyn osobiście zaprowadziła nas do obszernej jadalni z długim stołem, za którym siedzieli już wszyscy synowie cadyka, synowie i zięciowie, którzy przyjechali specjalnie na Szawuot8, niektórzy nawet z dalekiej Ameryki.

A następnie – "tisz"9: "szirajim"10 i duchowa nauka, którą cadyk wygłosił po jedzeniu. Pamiętam, że kiedy wróciliśmy do domu, umiałem z najdrobniejszymi szczegółami powtórzyć mowę, którą cadyk wygłosił tej świątecznej nocy.

W drugi dzień święta cadyk nie prowadził "tiszu". Nie czuł się najlepiej i lekarz z trudem wymógł na nim, by zrezygnował z uczty. Ojciec z jeszcze kilkoma młodymi chasydami wykorzystali wolne popołudnie na odwiedzanie innych chasydzkich dworów na sąsiednich ulicach. Przez cały dzień chodziliśmy od jednego cadyka do drugiego, poznając w ten sposób kawałek żydowskiej Warszawy.

Po skończonym święcie, zanim ostatnim pociągiem pojechaliśmy do Mińska Mazowieckiego, poszedłem z tatą pożegnać się z cadykiem. Tata zatrzymał się tam na dłuższą chwilę, o coś pytał i otrzymał odpowiedź. Ale ja też miałem się o co zapytać cadyka:
– Rebe, co mam zrobić z monetami, których już mi się trochę nazbierało? Mam już 13 złotych.
– Ja Bóg pozwoli i dorośniesz do bar micwy11, kupisz sobie za nie tfilin12 – odpowiedział cadyk od razu.

Źródło: Lect gelt, [w:] Sefer Minsk-Mazowieck, Jerozolima 1977, str. 157-160.   Tłum. Ana Ciałowicz
1. Alter Israel Szimon Perłow (1875 – 1933) – cadyk nowomiński, syn Jankiela Perłowa. W 1916 roku opuścił rodzinne miasto i przeniósł się do Warszawy. [↑]
2. Jankiel Perłow (1847 Zawichost –1902 Nowomińsk) – założyciel chasydzkiej dynastii nowomińskiej. Wychowywał się na dworze swojego dziadka, Szlomo Chaima z Kojdanowa. W 1873 osiedlił się w Nowomińsku, jak do 1916 nazywano Mińsk Mazowiecki, gdzie urodziły mu się bliźniaki: Alter Israel Szymon oraz Gitla (matka znanego filozofa Abrahama Jehoszuy Heschla). [↑]
3. Podczas I Światowego Kongresu Syjonistycznego w Bazylei (1897) pod nazwą szekla wprowadzono niewielką opłatę mającą być wyrazem poparcia tego ruchu. Uiszczanie tej opłaty nie musiało oznaczać formalnego wstąpienia do organizacji syjonistycznej. [↑]
4. Żydowski Fundusz Narodowy (hebr., Keren Kajemet LeIsrael) – utworzony w 1901 roku fundusz zbierający pieniądze na zakup i zasiedlenie ziemi w Palestynie. [↑]
5. (hebr.) Keren haJesod – założona w 1920 roku w Londynie międzynarodowa organizacja zbierająca pieniądze dla żydowskich osadników w Palestynie. [↑]
6. Hilel Cejtlin (Korma 1871 – Warszawa 1942) – pisarz i publicysta, piszący w jidysz i po hebrajsku, redaktor dziennika "Der Moment". [↑]
7. hawdala (hebr., "oddzielenie") – ceremonia odprawiana na zakończenie szabesu. [↑]
8. Szwues (hebr./jid.) – Święto Tygodni obchodzone na pamiątkę nadania Tory na Synaju. [↑]
9. Tisz (jid., stół) – uczta duchowa, podczas której cadyk wygłasza naukę. [↑]
10. Szirajim (hebr., resztki) – niedojadki, które cadyk dzieli między chasydów podczas "tiszu". Chasydzi, uważający cadyka za kapłana sprawującego kult przy ołtarzu – stole, przypisują wielkie znaczenie "szirajim", które są częściami składanej przez cadyka ofiary. [↑]
11. bar micwa (hebr., dosł.: syn przykazania) – uroczystość związana z uzyskaniem przez 13-letniego chłopca pełnoletniości i uznania obowiązku spełniania przez niego wszystkich przykazań. [↑]
12. Tfilin (hebr./jid.) – dwa skórzane pudełeczka (jedno na czoło, drugie na lewą rękę) zakładane przez mężczyzn w czasie modlitwy. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 80 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3665775
UA-28053597-1