Henoch Isz

Henoch Isz, urodzony w 1890 roku w miasteczku nieopodal Warszawy; całe życie mieszkał w Warszawie; zginął w getcie.

 Na rogu Nowolipek i Nalewek, najsłynniejszej w historii żydowskiej ulicy handlowej, naprzeciwko Ogrodu Krasińskich, stał dwupiętrowy dom; a w nim, jak we wszystkich nalewkowskich budynkach, mieściły się przeróżne sklepy, upakowane po same piwnice. Domy na Nalewkach oprócz numerów miały też nazwy i ten dom nazywano akurat: nalewker kromen (sklepy nalewkowskie). Od frontu przez lata mieścił się sklep z artykułami gumowymi, a nad nim wisiał duży szyld „Henoch Isz”. Isz był człowiekiem znanym, bez którego warszawski Związek Literatów i Dziennikarzy Żydowskich przez lata nie podejmował żadnych ważnych decyzji.

Henoch Isz mógłby zostać jednym z najlepszych reporterów swoich czasów, gdyby tylko zechciał. Przez jakiś czas pracował nawet w „Momencie” i „Hajncie”, lecz wkrótce znudził mu się ten fach. Nigdy nie opuściła go jednak wielka miłość do wszystkich pisarzy żydowskich.

Isz był człowiekiem średniego wzrostu, ciemnowłosym, twarz miał pospolitą, rysy wyraziste. Przyzwyczajony mówić głośniej niż to było konieczne, wyrażał swoje opinie wprost, bezczelnie nawet, z miną „rozumiemy się, bratku…”. Żaden element jego twarzy nie wydawał się semicki sam w sobie, jednak całość była bezsprzecznie żydowska. Zawsze elegancko ubrany, zawsze zajęty setkami spraw jednocześnie, zawsze gotów wysłuchać narzekań przyjaciół pisarzy.

Dawno porzucił był zawód reporterski, nie pisał beletrystyki, nie występował na wieczorach literackich. Miał dużą rodzinę, sześcioro dzieci. Żona, o słabym wzroku, zaokrągliła się od ciągłego siedzenia i czytania. Pogardzała rozmaitymi osobistościami, jednak nie talentem pisarzy żydowskich, gdyż znała się na literaturze. Wszystkie dzieci, w większości córki, mieli udane; jedno z potomstwa zmarło w dzieciństwie. Utrzymanie domu z licznymi służącymi i guwernantkami kosztowało go majątek. Kiedy jednak wracał do domu, dzieci przywierały do niego jak magnes do żelaza. Kochał je, z wzajemnością. Wszystko to trzymało Henocha Isza z dala od literackiego światka. Mimo to znajdował czas, by przychodzić na spotkania zarządu Związku Literatów, z którym od dawna nie miał już żadnych zawodowych związków, żadnych złudzeń ani ambicji literackich. Pełnił funkcję honorowego sekretarza Związku; kierowano do niego wszystkie skomplikowane rachunki, a także zawiłe spory między poetami i wydawcami oraz między dziennikarzami a wydawcami i redaktorami, tak jakby otrzymywał za to sute roczne wynagrodzenie lub zyskiwał chociaż bezgraniczny szacunek. Tymczasem rozumiało się samo przez się, że nie dostawał ani grosza, nie potrzebował go zresztą. Szacunek też okazywano mu w postaci pretensji – „Czego on od nas chce, ten nalewkowski kupiec?” – od stron przegrywających wieczne spory. Nigdy nie zdarzyło się jednak, by pisarz podpisał umowę z wydawcą, nie pokazując jej najpierw Iszowi. Na zebraniach ogólnych zajmował zwykle połowę przewidzianego czasu rozmaitymi praktycznymi sprawami, trzymając w ręku wykaz z wynikami głosowań. Mówił rzeczowo, jak dwa plus dwa. Zapadała wówczas cisza, gdyż on zawsze wiedział, czego chce, często jako jedyny spośród wszystkich zgromadzonych, z których trzy czwarte stanowiła bohema. Nomberg uwielbiał Isza, a Isz czcił go jak boga. Słowo Nomberga było dla niego jak prawo.

Kiedy umarł Nomberg potrzebna była osoba, która zapanuje nad organizacją uroczystego pogrzebu. Na żałobnym posiedzeniu [Związku Literatów – AG] wspomniano oprócz zmarłego tylko Isza. Dyskusja była zbędna, wiadomo było, że kupiec zgodzi się wziąć na siebie tak duży ciężar. Dwa dni później po czterdziestu ośmiu godzinach nieustannej pracy, cicho, nie czekając na podziękowania, Isz wrócił do nalewkowskiego sklepu, sam na wpół żywy i całkiem zachrypły, by tam przez kolejne dwa dni nadrabiać stracony czas.

Poeci brali od niego pieniądze w gotówce, w wekslach i w naturze – płaszcze przeciwdeszczowe i kalosze; żonaci brali śliniaczki dla dzieci i fartuchy kuchenne dla żon. Isz potrafił przejrzeć człowieka na wylot jak rentgenowskie promienie. Gdy ktoś zaczynał górnolotnie do niego przemawiać, wiedział dokładnie, ile będzie potrzebował pieniędzy; kiedy po kwadransie rozmówca zszedł już na ziemię, przy kasie leżała odliczona kwota… Nie przejmował się, że niektórzy nazywali go głupcem z powodu tego ciągłego rozdawnictwa. W mądrości swojej wiedział, że taki jest los każdej literatury, a literaturę jidysz kochał jak ojciec. Nie przeszkadzało mu, że zapominano o nim powoli, gdy w czasach kryzysu jego kasa zaczynała świeci pustkami. Wiedział, że jego ukochana powróci… W getcie pracował podobno w kuchni Jointu. To ostatnie wieści o nim.

1944

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 54 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3722847
UA-28053597-1