Ostatni etap życia Pereca

Po raz ostatni widziałem Pereca w końcu ubiegłego roku [1914 – AC.], w listopadzie i grudniu, podczas mego dwumiesięcznego pobytu w Warszawie. Przez kilka tygodni mieszkałem wówczas w jego domu.

Czasy były okropne. Po gwałtownem najściu Niemców w listopadzie, spodziewała się Warszawa jeszcze cięższych przejść. Nieprzyjaciel podchodził już pod Sochaczew i Bolimów. W Warszawie słychać było wyraźnie dalekie odgłosy wystrzałów armatnich, nad miastem unosiły się areoplany i rzucały bomby. Wszędzie pełno żołnierzy, ulice zapchane "obozami", wozami sanitarnemi i artylerją. Życie w mieście doszło do najwyższego napięcia nerwowego.

Dla nas Żydów, wszystkie te niebezpieczeństwa powietrznej wojny ustąpiły na stronę przed straszliwem nieszczęściem, które padło na mieszkańców okolicznych miast i miasteczek. Codziennie przybywały tysiące wypędzonych i uciekinierów. Przychodzili pieszo, nadzy, nieobuci, głodni, zmarznięci, przerażeni i bezradni. A dookoła wrzała i rosła nienawiść ludności polskiej do Żydów, ekscesy, prześladowania i denuncjacje. Każdy dzień przynosił nowe okropności, nowe troski i prześladowania, a spodziewano się rzeczy jeszcze gorszych.

W takiem to piekle żył Perec, którego wojna zniszczyła zupełnie materjalnie. Pracował na dobitkę w gminie żydowskiej, dokąd ciągnęły bezradnie całe tłumy bezdomnych.

Straszna katastrofa narodowa poderwała gwałtownie siły fizyczne Pereca, załamała go po prostu. Kiedym przyszedł do niego w połowie listopada, spostrzegłem natychmiast, że zaszła w nim straszna zmiana.

Perec nie lubił mówić o swoich dolegliwościach i osłabieniu, nie poddawał się żadnym chorobom. Lecz teraz zdradził go wygląd: był ciągle zmęczony, smutny i niechętnie wychodził z domu. Wystarczyło w nocy najlżejszego szmeru, żeby się zerwał ze snu, a potem nie mógł już usnąć i przez następny dzień czuł się zmęczony i chory.

Znacznie większe wrażenie wywarły na mnie zmiany w duchowym stanie Pereca. Ujrzałem teraz innego człowieka: złamanego, zdruzgotanego. Stracił pewność siebie. W oczach ukazał się zgoła inny wyraz: niepewność i pytanie, jakby żądał i szukał odpowiedzi na potworne zbrodnie dziejące się dookoła.

Zmienił się jego stosunek do "żydowskiego Petersburga", któremu przedtem nie przypisywał żadnego znaczenia. Uważał bowiem prace jego za powierzchowną, wewnętrznie wcale nieżydowską. Teraz śledził uważnie za tem, co się robi w Petersburgu i wypowiadał swoją opinię o kierunku tej pracy.

Rozumie się, że cały swój czas i siły poświęcał Perec bezdomnym. Założył w "HaZomirze"1, gdzie był przewodniczącym, schronisko dla 100 [w oryginale: "dla setek" – A.C.] uchodźców i troszczył się o ich utrzymanie. Nie oszczędzając, jak zwykle, niczego, oddał na loterię fantową na bezdomnych wszystkie drogie i piękne dary, które otrzymał podczas swojego jubileuszu lub od swoich zwolenników.

Lecz cała praca i wszystkie ofiary nie uspokoiły go ani trochę. Jego zmęczone, chore serce krwawiło, a silny, wielki umysł szukał ciągle odpowiedzi na trapiące go pytanie. Kiedym po raz pierwszy przyszedł do niego, prowadziliśmy długą rozmowę o sytuacji ówczesnej. Po raz pierwszy usłyszałem od niego gorzkie słowa zniechęcenia do ludzkości.

A kiedym późno w nocy wrócił do jego domu, zastałem Pereca przy biurku z piórem w ręku. Nie podnosząc głowy powiedział do mnie:

– Siadaj, przeczytam ci mój przekład "Koheleth'u2", pracuję nad tym w ciągu ostatnich miesięcy.

I czytał mi to swoje, według mego zdania, najmuzykalniejsze dzieło: swoje "Koheleth". Czułem, że złamany umysł Pereca nie przypadkowo zagłębia się w "Koheleth", gdzie jednocześnie z "marnością nad marnościami" [Koh 1:2] znajdują się i wieczne, prawdziwe słowa: "pokolenie za pokoleniem mija, tylko świat jest wieczny" [Koh 1:4]. Czułem, że w tej filozofii szuka odpowiedzi na swoje pytanie, trapiące go bez ustanku.

Zapytałem go umyślnie, czy ma zamiar przełożyć "Psalmy Jeremiasza". Skrzywił się tylko.
– Nie. Skarga bez wizji i myśli o przyszłości…

Następnego dnia powiedział:

– Jestem bardzo zadowolony, żeś przyjechał. Oderwiesz mię od zajęć; powinienem odpocząć przez kilka dni, żebym się znów mógł wziąć do roboty.

I znów po kilku dniach:

– Omyliłem się. Zdawało mi się, że chcę na krótki czas tylko przerwać robotę, lecz okazało się, żem w ogóle stracił do niej zapał i zainteresowanie. Nie to…

Następnego dnia przeczytał mi opowiadanie pt. "Neilah w piekle"3. Kiedy doszedł do miejsca, gdy chazen4 uwalnia swą pieśnią wszystkich grzeszników z piekła, lecz sam w niem pozostaje, zatrzymał się nagle.

– A jak skończyć to opowiadanie?
– Nie wiem.
– Ja też nie wiem.
– I nie skończył go właśnie.

Drugiego dnia kazał mi Perec pójść do "HaZomiru" odwiedzić bezdomnych.

– Nie oni są ciekawi – powiedział ze smutkiem – ot, zwykli biedni Żydzi, którzy chcą jeść i proszą o jałmużnę. Godny uwagi jest tylko człowiek, który się im całkowicie poświęcił, L.E. Niezwykły typ, przyjrzyj mu się. Ciekawe są także dzieci, do nich zwykle chodzę.

W ten oto sposób przerzucał się załamany umysł Pereca od starożytnego, wiecznego "Koheleth" do żywej nadziei narodu – dzieci, i tworzył sny o uratowaniu ludzkości od ognia piekielnego. Możliwem jest, że potężny umysł tego wielkiego człowieka znalazł odpowiedź na straszny problemat żydowskiego życia i pozbył się niepewności, lecz chore, osłabione serce nie wytrzymało.

I Perec nas opuścił.

Pozostawił wielki, nieśmiertelny spadek. Lecz najpiękniejszy, najszlachetniejszy poemat – Pereca samego – straciliśmy bezpowrotnie.

Źródło: Gazamlte szriftn, t. X, Warszawa 1928, s. 168-172.
Tłum.: Opinia. Tygodnik żydowski polityczno-społeczny i literacki, nr 17 (115), Warszawa 1935

1 (hebr.) Słowik – Żydowskie Towarzystwo Literacko-Muzyczne, klub dla inteligencji żydowskiej w Warszawie, gdzie od 1914 r. ogniskowało się żydowskie życie artystyczno-literackie.

2 Księga Koheleta (hebr. Sefer Kohelet; kohelet = zgromadzający, mówca przemawiający podczas zgromadzenia) – siódma księga w kanonie Biblii Hebrajskiej (TaNaCh), której treść stanowią rozmyślania nad sensem ludzkiego życia.

3 Neila (hebr.) – modlitwa przedwieczorna w Jom Kipur, przed zamknięciem niebios.

4 chazen (hebr.,/jid.) – śpiewak w synagodze.

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 74 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3723998
UA-28053597-1