Perec i Dyneson – dwie dusze w jednym ciele

Wkrótce po zawarciu pierwszej znajomości z Perecem [ok. 1908 – A.C.] przyjechałem do Warszawy, gdzie mogłem przyjrzeć się mu w codziennym życiu, w jego zwykłym otoczeniu.

W ostatnich latach narodowo nastrojona inteligencja żydowska starała się nadać swym mieszkaniom charakter narodowy i urządzała je w stylu żydowskim. Na ścianach wisiały kopie żydowskich obrazów, wszędzie prawie jednakowe ("złe czasy", "Golus1" itp.), na stołach leżały różne wyroby z Becalelu1.

W mieszkaniu Pereca nie znalazłem ani jednego z wyżej wspomnianych, pospolitych obrazów, a jednak nosiło ono piętno wybitnie żydowskie. Na każdej ścianie, w każdym kąciku: obrazy, sztychy, rzeźby i wiele różnych rzeczy ze sztuki żydowskiej. Między niemi artystyczne adresy, stare antyki – wspaniałe dary jubileuszowe. Wszystkie przedmioty nowej sztuki były oryginałami, pracami artystów żydowskich, z którymi Perec pozostawał w bliższych stosunkach i kierował ich pierwszymi krokami na niwie artystycznej. Dosyć było jednego rzutu oka na mieszkanie, żeby spostrzec, iż przebywa tu człowiek, znajdujący się w centrum nowej kultury żydowskiej, która płynąc szybko, pozostawia tutaj po sobie trwałe ślady.

W Warszawie zaznajomiłem się osobiście z Jakóbem Dynesonem2, z którym korespondowałem już wcześniej. Spotkałem go w domu Pereca, a może też Perec zaprowadził mię do niego – i od tego czasu, prawie zawsze, spotykałem ich razem. Im bliżej się z nimi zaznajamiałem, tym silnej odczuwałem ich serdeczną przyjaźń, aż stali się najpierw w myślach moich, a później i w mem sercu nierozłączni. Nie mogłem sobie wyobrazić każdego z oddzielna.

Istnieje ludowe przysłowie o najwyższej formie przyjaźni: "Jedna dusza w dwóch ciałach". O Perecu i Dynesonie można by te same słowa, lecz nieco inaczej, powtórzyć: "Dwie dusze w jednym ciele". Trudniej sobie bowiem wyobrazić dwa bardziej różniące się od siebie charaktery, dwie indywidualności tak do siebie niepodobne, jak tych dwóch przyjaciół, równie serdecznie przywiązanych i nierozłącznych przez wiele lat.

Perec ze swoimi błyszczącymi, dziwnie mądremi oczami, ze swoim płomiennym i olśniewającym darem wymowy, wywoływał we mnie zawsze wrażenie wielkiego, drogiego, starannie oszlifowanego brylantu; człowiek ten był jak brylant czysty i szlachetny, jak brylant świecił każdym oszlifowanym kantem, jak brylant był wytrwały w swych sądach i jak brylant ostro ciął tych, którzy zagradzali mu drogę ku wielkiemu celowi. Dyneson ze swym cichym spokojem, ze swem miłem spojrzeniem, które promieniowało nieskończoną dobrocią, delikatnością i ofiarnością, ze swą wieczną gotowością całkowitego oddania się drugiemu; Dyneson, który nie potrafił dotknąć kogoś ostrem słowem lub sprawić mu najmniejszą przykrość, był w wielu przypadkach przeciwieństwem gwałtownego, łatwo zapalającego się Pereca, a obaj przyjaciele stanowili jakby jedną istotę. Nie było żadnej rzeczy, żadnego planu literackiego, żadnego czynu, zamiaru jednego, o którym nie wiedziałby drugi. Obaj żyli tem samem życiem, temi samymi sprawami, te same mieli troski i radości. w mieszkaniu Pereca był Dyneson na równych prawach z gospodarzem domu. Wiedział, gdzie leży każdy papierek, i zwykł był, nie pytając Pereca, odpowiadać na adresowane do niego listy.

– Panie Perec, dlaczego nie odpowiedział mi pan na mój list? – zapytałem go pewnego razu.
– Byłem pewny, że Dyneson odpisał panu.

 

Co odpisał? – to rozumie się, Dyneson powinien był wiedzieć równie dobrze jak on sam.

Ich zbliżenie przerosło już nawet stopień przyjaźni. Tak bliski związek można niekiedy spotkać u małżonków, którzy przeżywszy ze sobą z pół wieku w miłości i wierności, zatracają, jedno w stosunku do drugiego, granice własnego "ja".

A oprócz Dynesona – nikt więcej! Nie miał Perec obok siebie żadnego bliskiego człowieka. Był niezwykle osamotniony, mimo iż stał w samym centrum poszukującej nowych dróg twórczych literatury, a nawet prawie całej kultury żydowskiej. Było to wielką tragedią tego mocarza.

Chociaż Perec był przewodnikiem wielu pokoleń żydowskich pisarzy i czuł całą odpowiedzialność zajmowanego przez siebie stanowiska, nie posiadał jednakże stałego otoczenia, ani trwałego oparcia. Wszystko wówczas znajdowało się w stanie chaosu, było niedojrzałe, niezorganizowane, łatwe do zniszczenia i zaniku. Perec sam musiał zabiegać o wszystko. Musiał się ciągle odrywać od swej artystycznej pracy i występować już to jako publicysta, krytyk lub popularyzator, już to redagować i wydawać jakieś miesięczniki, tygodniki, almanachy, wygłaszać odczyty itd. Lecz najwięcej czasu poświęcał młodym pisarzom. Wychowywał, nauczał całe pokolenia literackie. Prawie wszyscy pisarze, który imię cenione jest dzisiaj, przeszli jego szkołę i zawdzięczają mu swoje literackie wykształcenie. Ostry i surowy dla setek i tysięcy młodzieńców, zasypujących go bezwartościowymi gryzmołami, uprzejmy był i serdeczny dla tych, u których zauważył iskrę talentu. Im to oddawał swój czas, pracę i kierował ich pierwszymi krokami.

Śmierć Pereca osierociła nie tylko literaturę żydowską, lecz całe w ogóle pokolenie żydowskich pisarzy.

 

Po pierwszym przyjeździe do Warszawy, kilkakrotnie jeszcze odwiedzałem to miasto; Perec także ze dwa lub trzy razy przyjeżdżał do Petersburga, a każde spotkanie zacieśniało naszą przyjaźń. Lecz największe zbliżenie między nami nastąpiło przed trzema lub czterema laty, kiedym zorganizował żydowską wycieczkę etnograficzną. Objeżdżałem miasta i osady, zbierając wszędzie opowiadania, legendy, pieśni i przeróżne melodje. Perec i Dyneson był zachwyceni tem przedsięwzięciem. Za każdym razem, kiedym przyjeżdżał do Warszawy, "sadzał" mię Perec i kazał opowiadać chasydzkie opowieści. Musiałem często godzinami snuć jedną historję po drugiej. On słuchał i nie mógł się nasycić. Przy tej okazji miałem sposobność przyjrzeć się, jak odbywa się twórcza praca Pereca. Przyswajał sobie od razu moje opowiadanie, wyrzucał z niego części, dodawał nowe, wiązał z tematami innych opowiadań. Nie zdołałem jeszcze skończyć mej historji, a już Perec zaczynał opowiadać tę samą rzecz, przerobioną od razu na "ludową opowieść" i różniącą się tak bardzo od swego pierwowzoru, jak brylant od szkiełka. Nazajutrz było już takie opowiadanie spisane, a po kilku dniach znajdowałem je wydrukowane z napisem: "An-skiemu – zbieraczowi".

Perec i Dyneson byli tak zainteresowani tą wycieczką, że obaj postanowili wziąć w niej czynny udział i przez kilka tygodni jeździć ze mną po miasteczkach. Przed dwoma laty, gdy obaj panowie gościli na letnisku u pana B.A. Kleckina4, pisywaliśmy do siebie w tej sprawie. Czekałem już na nich, lecz otrzymałem telegram, że jakieś okoliczności (zdaje się zły stan zdrowia) uniemożliwiają im wyjazd.

Źródło: Gazamlte szriftn, t. X, Warszawa 1928, s. 163-167.
Tłum.: Opinia. Tygodnik żydowski polityczno-społeczny i literacki, nr 17 (115), Warszawa 1935

1 Golus (hebr./jid.) – wygnanie.

2 Becalel (hebr., Pozostający w cieniu Boga) – imię pochodzącego z plemienia Judy biblijnego budowniczego Przybytku, sporządzonego i wyposażonego podczas wędrówki Żydów przez pustynię: tu: Szkoła Rzemiosł Artystycznych "Becalel" w Jerozolimie, założona w 1906 przez B. Schatza, dążącego do stworzenia nowego stylu narodowego w sztuce żydowskiej.

3 Jakub Dinesohn (Dyneson) (1856 Nowe Zagory k. Kowna – 1919 Warszawa) – prozaik, publicysta, działacz oświatowy.

4 Borys Kleckin (1875 Horodyszcze k. Nowogródka – 1937 Wilno) – zasłużony wydawca prasy i literatury jid., działacz socjalistyczny.

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 79 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3671207
UA-28053597-1