Reb Ariele Kozienicer

Nie zawsze ciemności kryły ulicę Gnojną; nie zawsze przekrzykiwano się tam i targowano; nie na co dzień głodni labidzili, a żebracy wycyganiali datki; nie zawsze osiłki, okładając jeden drugiego, obijali sobie boki. Kupcy nie zawsze wyrzucali żebrzących po domach; polscy policjanci nie prześladowali co i rusz ulicznych handlarzy i nie zawsze głód i znój, śluby i pogrzeby, rodzinne tragedie i momenty podniosłe ogradzały życie mieszkańców Gnojnej murami swojego władztwa, zbiorami swoich praw i kodeksami honorowymi.

Nastały też takie dni, które oblicze Gnojnej odarły z ciemności i zamieniły tę szemraną uliczkę w miejsce "święte świętych", w świątynię, z której biła jakaś odświętność, niebiańska podniosłość. W takich oto momentach odrapane ściany domów przywdziewały paradny strój, mieszkańców prowadził "słup ognia" wiecznotrwałego żydostwa, bruk przeistaczał się w świątynny kobierzec, a powietrze pachniało "przyjemną wonią" świątynnego namaszczenia.

Takie dni i minuty przeżywała ulica Gnojna, kiedy przyszła wiadomość, że cadyk kozienicki, reb Arele Kozienicer1, zamieszka u swojego chasyda w podwórzu pod numerem 3.

Ta wiadomość podnieciła wszystkich mieszkańców. Przejęci tą wieścią tragarze zarzekli się, że na ich ustach nie zagości więcej mowa nikczemna. Hałaśliwa dziecięca łobuzeria podwórkowa bez przerwy dostawała reprymendy od swoich rodziców. Woźnice studzili swój furmański temperament, gdy poganiali swoje szkapy "hejta-wio". Kobiety z nabożnym wyrazem twarzy kierowały wzrok ku górze, dziękując "Ojczulkowi w niebie" za ten wielki honor zamieszkania po sąsiedzku z człowiekiem tak świętym, jak cadyk z dynastii kozienickiej.

Pewnego przedpołudnia słowo ciałem się stało. Był to zwyczajny dzień w szarym życiu Gnojnej. Reb Arele, błogosławionej pamięci, zajechał na podwórze w żydowskiej dorożce, która o mało co się nie załamała od tego mrowia posługaczy, którzy cadyka nie odstępowali na krok. Za nim nadjechało z dziesięć dorożek z chasydami, marszałkami dworskimi, którzy razem tworzyli gwardię kozienickiego dworu. Przez szacunek dla cadyka kupcy pozamykali swoje sklepy, polski stróż w szalonym pędzie wpadł do stróżówki, tragarze z nabożną czcią przytrzymali zaprzęgniętego do dorożki konia, żeby cadykowi, broń Boże, nic się podczas wysiadania nie stało. Żelaznym uściskiem swoich dłoni złapali za pakunki, zarzucili je sobie na plecy i krzycząc na ciekawskich, żeby zrobili przejście, polecieli jak na skrzydłach na drugie piętro tego średniej wielkości budynku, w którym miał zamieszkać cadyk.

Cadyk, który już przekroczył trzydziestkę, jaśniał świętością. Jego twarz była młoda i rumiana, jego oczy – dwa brylanty, które przyćmiewały wszystko dookoła. Brody nie miał długiej, twarz okrągłą, posturę symetrycznie utoczoną i pięknie zbudowaną; na całej postaci kozienickego cadyka spoczął Boży Duch – powtarzały kobiety pogląd swoich mężów.

Kiedy pakunki leżały już spokojnie w mieszkaniu, cadyk, ze zwinnością młodzieńca, wysiadł z dorożki, podszedł do "bezdomnego Herszla", króla tragarzy, i uciął sobie z nim pogawędkę. Wypytywał go o pracę, o rodzinę i o jego nieżyjącego ojca. Na koniec rozmowy cadyk wymierzył mu solidny policzek, że Gnojna długo jeszcze słyszała ten odgłos. Zabrany tłum, który z powodu tłoku nie mógł słyszeć rozmowy cadyka z królem tragarzy, chciał się na Herszla rzucać z pięściami, sądząc, że jakimś niestosownym słowem uraził on kozienickiego cadyka. Ten nic sobie nie robił z poruszenia w tłumie i spokojnie poszedł swoją drogą w kierunku domu, którego schody prowadziły do jego nowego mieszkania. Przy schodach zatrzymał się i znów wymierzył policzek, ale tym razem sążnisty, szanowanemu handlarzowi koni Icchakowi Studniborkowi.

To pierwsze spotkanie z cadykiem zostawiło u Żydów z Gnojnej 3 bolesne wspomnienie.

Część Żydów, ci bardziej pobożni, którzy mieli rozeznanie w cadykowych sprawach, byli już wcześniej uwiadomieni o zwyczajach reb Arele Kozienicera. Rozeszła się pogłoska, że cadyk w dzieciństwie chorował na głowę i mało brakowało, a rzeczywiście byłby upośledzony. Kozieniccy chasydzi jeździli z nim do największych i najbardziej znanych profesorów, do genialnych psychologów, którym przecież udało się utrzymać cadyka przy zdrowych zmysłach. Została mu jednak z tamtych lat gwałtowność, która wyrażała się ciągnięciem za nos, dawaniem w lice i szczypaniem.

I szczęśliwy był ów, który od cadyka dostał w pysk. Uderzony będzie na pewno bogaty i szczęśliwy, a jeśli jest chory, z bożą pomocą wyzdrowieje. Tak wielka była wiara w cadyka "mordobicie".

Inni znów opowiadali, że ta dzikość została cadykowi jako pamiątka po zbyt intensywnej nauce. Cadyk był luminarzem wiedzy największym w swoim pokoleniu, geniuszem nauki, a jego umysł został poszatkowany strumieniem wiedzy, którego naporu nikt jeszcze nie wytrzymał, a już na pewno nie pojedynczy człowiek, bodaj to by był sam cadyk kozienicki. Dnie i noce, miesiące i lata przesiadywał w ławce nad Gemarą, ignorując wszelkie fakty z zewnętrznego świata. Kiedy pojawiły się u niego pierwsze symptomy tej agresywności, jego ojciec i najbardziej szanowani chasydzi chcieli go na jakiś czas oderwać od książek. Ale reb Arele nie poddał się ich naleganiom i jeszcze bardziej pogrążył się w bezdennym oceanie nauki talmudowej. I w końcu zdarzyło się to, co przepowiedzieli lekarze i czego tak bardzo się obawiano.

Rzesza mieszkańców Gnojnej nic jednak nie wiedziała o tych pogłoskach i z drżeniem w sercu, ze strachem i czarno widząc przyszłość przyjęła kozienickiego cadyka.

Długie lata cadyk kozienicki mieszkał w Otwocku, we wspaniałym kurorcie niedaleko Warszawy, który słynął z sosnowych lasów i mającego zbawienne działanie powietrza. Syty, pozbawiony trosk i zamożny Otwock nie mógł utrzymać cadyka u siebie. Cadykowy dwór popadł w długi, rezydencja reb Arele została zlicytowana, a on sam musiał stamtąd wyjechać do rozedrganej, krzykliwej i hałaśliwej Warszawy. Otwoccy Żydzi bardzo długo ubolewali, że cadyk poszedł sobie "ze swojego kraju, od swoich krewnych i z domu swojego ojca"2. Przewidywano, że z tego powodu dla Żydów Otwocku nastąpią złe czasy, obawiano się, że na na miejscu, gdzie cadyk miał swoją willę, zagnieżdżą się przysłane z nieba duchy, które będą się mścić za jego krzywdę, za tułaczkę bezpośredniego potomka Magida z Kozienic3.

Ulica Gnojna przyjęła cadyka z otwartymi ramionami. Taż kochana uliczka, rojowisko żydowskiej biedy z nędzą, te mury, które od lat słyszały tylko rozdzierające serce westchnienia, jedyny trotuar, którym przechadzało się bez celu widmo polskiego żydostwa – stała się butna i przepełniona dumą, że na jej bruku postąpią kroki Żyda tak świętego, stąpnięcia kozienickiego cadyka.

Półtora roku mieszkał reb Arele Kozienicer na Gnojnej 3, całych osiemnaście miesięcy – a jaką różnorodność, jaką świętość, jaką podniosłość ducha i znakomitość zyskała ulica w tym czasie. Wszystkie siedem domów, wszyscy lokatorzy kamienic przeżywali to wydarzenie. Dla całej Warszawy było to wydarzenie, a nie tylko dla naszej ulicy.

Po kres wszystkich pokoleń żyć będą w mojej pamięci te obrazy, które wiążą się z kozienickim cadykiem z ulicy Gnojnej.

Szabaty – piękniejszych nie widziałem i nie przeżyłem, jak te, kiedy atłasowe czapeczki leciały z okien, kiedy od wymierzonych sążnistych policzków oblewały się pąsem chasydzkie twarze, kiedy Żydzi z rozkwaszonymi nosami biegali do domu po lekarstwo. Byliśmy wtedy jeszcze małymi chłopcami. Po zjedzonym w domu obiedzie zbiegaliśmy ze schodów i pędziliśmy do cadyka na tisz. Rozumie się, że ręka szamesa zagradzała nam wejście do pokoju, gdzie przy długim stole siedział cadyk ze swoimi chasydami. Jego izdebka przypominała szkatułkę, tak tam było wąsko i ciasno; z ledwością mogła pomieścić dwie dziesiątki Żydów. Więc rzeczywiście, spóźnialscy musieli stać w kuchni i w innych częściach domu, by ponad głowami tych, co przybyli zawczasu, spojrzeć choć w stronę tego, którego imię było im tak drogie. My, chłopcy, przeciskaliśmy się między nogami chasydów, omijając czuwającego szamesa, i siadaliśmy w kącie za stołem w cadykowej izbie.

Zdarzało się często, że cadyk całe sobotnie popołudnie siedział ze swoimi chasydami przy stole i nie wypowiedział ani jednego słowa. W izbie oświetlonej blaskiem zachodzącego słońca panowała w takich chwilach nabożna cisza. Biada temu, kto nie umiał opanować ataku astmy i zakaszlał. Chasydzi opowiadali później, że w tych cichych minutach spotyka się reb Arele ze swoimi znakomitymi przodkami, którzy odeszli do wieczności, i prosi ich o zmiłowanie nad uciśnionym ludem Izraela. Po takiej ciszy cadyk zwykle przywoływał jednego z chasydów, kazał mu stanąć prosto i walił go na odlew, aż krew zalewała tamtemu twarz i brodę. Sprawiwszy się z jednym chasydem, wołał do siebie następnego i obchodził się z nim w podobny sposób. A pobity brał skromnie ciężki policzek, wznosił się na niebieskie wyżyny, czuł smak raju, ogarniała go duma, że kozienicki cadyk dziś obił pysk właśnie jemu. Żadne siarczyste policzki nie miały tak rozkosznego oddziaływania, jak te, które reb Arele wymierzał swoim chasydom, którzy widzieli w tym palec boży.

Były też takie szabaty, kiedy cadyk wygłaszał duchową naukę, uśmiechał się i głosił sławę swoich sławnych przodków. W takie szabaty podnosił się ze swojego tronu, chodził po izbie między chasydami i wyrzucał im nakrycia głowy przez okno. Fruwały wtedy w powietrzu mycki, jarmułki i aksamitne czapeczki. Kobiety wyglądały przez okna i mrugając do siebie znacząco, mówiły: na cadyku znów spoczęła Boża Obecność.

My, chłopcy, wyglądaliśmy takich szabatów jak kania dżdżu. Pod komendą najstarszego, króla łobuzerii, zbieraliśmy te czapeczki i chowali je dobrze po piwnicach. Chasydzi zbiegali pędem z gołymi głowami i ze łzami w oczach błagali, żebyśmy im zwrócili nakrycia głowy. Nie chcą uronić – apelowali do naszego sumienia – ani jednego słowa z cadykowego kazania. Jutro sowicie nas wynagrodzą, przyniosą cukierki i nawet czekoladę, żebyśmy tylko się nie wygłupiali i oddali to, czego swoimi świątobliwymi palcami dotykał cadyk. My jednak byliśmy uparci i ich prośby nie robiły na nas najmniejszego wrażenia. Musieli pobiec do domu. Bez czapeczki uczestniczenie w uczcie duchowej było przecież bezcelowe… Roiło się w takie szabaty na ulicy Gnojnej od chasydów w atłasowych kapotach, w glansowanych pantoflach, z brodami i pejsami, którzy latali po podwórzu i na ulicy z odkrytą głową. Nikt nie miał im tego grzechu za złe, nikt ich za to nie przeklinał, bo wszyscy wiedzieli, że to są chasydzi reb Arele Kozienicera. W niedziele po takich szabatach urządzaliśmy wykup atłasowych czapeczek. Chasydzi przychodzili do nas ze słodyczami, ktoś z pomarańczą, inny z paroma groszami i odbierali te święte fanty. Każdy z nich musiał rozpoznać swoją własność, myckę czy jarmułkę, i zadowolony brał ją do ręki z nabożną czcią. Zdarzało się też, że chasydzi zamieniali się czapeczkami, ktoś dostawał czyjąś myckę albo jarmułkę, z czego znów powstawały skandale, reklamacje, ale my zdążyliśmy się już schować przed ich ciosami i przed rózgami od naszych rodziców.

Nasze podwórze zawsze było pełne wozów. Tutaj zatrzymywali się ekspedytorzy z prowincji, których kupcy wynajmowali, żeby przewieźli towary do polskiej metropolii. Po kostki brodziło się czasem w końskim łajnie i rozsypanym ziarnie. Bez akrobatycznych sztuczek nie dało się przejść przez podwórze.

Reb Arele Kozienicer kolegował się z woźnicami z Gnojnej 3. Przeklinał ich i bił, gawędził z nimi i zanosił się śmiechem. Nie raz widzieliśmy go siedzącego na platformie, a koło niego kilku furmanów, którzy z wielkim szacunkiem słuchali jego słów. Niezapomniany widok – kozienicki cadyk na siedzisku platformy w otoczeniu samych znakomitości, tragarzy z Gnojnej i nawet złodziei. Ten obraz miał w sobie tyle egzotyki, tyle niecodzienności, że wielu Żydów dopatrywało się w nim czegoś nadprzyrodzonego.

Zdarzyło się, że polski policjant zatrzymał ulicznego sprzedawcę i ciągnął go na komisariat. Akurat przechodził obok cadyk, zatrzymał policjanta, handlarza puścił wolno, a ten stróż porządku w granatowym mundurze jeszcze mu zasalutował. Skoro "pan rabin" sobie życzy, nie ma takiego przepisu, który mógłby przeszkodzić – oświadczył radośnie policjant. To był też zaszczyt dla niego znaleźć się w obrębie "czterech łokci" strefy prywatnej rabina, gdyż sława kozienickiego cadyka przeniknęła także na gojskie ulice.

Gnojna razem ze swoimi bogatymi siostrami, Wspólną, Franciszkańską i Muranowską po pańsku obchodziła święto najważniejsze ze wszystkich – Pesach. Miesiąc przed świętami pokazywały się już na wystawach butelki wina i różnego rodzaju nowobogackie nalewki, a wszystkie te butelki z dumą okazywały przyklejone na swoich ciemnych kadłubkach błękitno-białe naklejki z napisem: "Koszer le-hag haPesach". Piekarnie odmalowywano i odświeżano, a powiernicy, specjaliści od pesachowych przygotowań, z nieznoszącą sprzeciwu kategorycznością zaglądali w każdy kąt, każdą pryzmę tego piekarniczego raju na Gnojnej. Żydzi nosili mace. Klasa obywatelska – ci wkładali "chleb niedoli" do białych ściereczek albo do specjalnie w tym celu uszytych toreb z białego lnu; inni z nabożną czcią taskali wysokie jak wieża dziesięciokilogramowe paczki macy z etykietą wytwórni "Brokera"; najbardziej pobożni wstawali o świtaniu i biegli do swoich "punktów", gdzie maca-szmura4 powstawała wśród strasznych cierpień. Na ulicy pokazywały się makarony, mąka macowa i orzechy, białe ciasteczka z karmelem wymieszanym z tłuczonymi orzechami. Kobiety robiły pranie, trzepały pościel, pobielały kuchnie; krawcom pot lał się z czoła od nadmiaru roboty, a szewcy w wielkim pośpiechu łatali stare buty i przyszywali nowe podeszwy. Przez Gnojną maszerowali pesachowi śpiewacy z wielkimi blaszanymi kotłami z wrzątkiem, wyśpiewując "skaгkarbową"5 melodię na wigilię święta Pesach:

"Jidn, cu koszern, cu koszern. Alc wert gekoszert, jinglech, mejdlech, wajblech. Der kesl kocht un wilt noch. Trgot arop teplech, lefl, szislech, gopl6".

Gnojna lubowała się w tym śpiewie.

W tamtych dniach reb Arele Kozienicer wręcz płakał na podwórzu albo na ulicy. Obchodził piekarnie, zachodził do gospodarzy i wypytywał ich, czy wszystko jest wykoszerowane i czy piekarnia, uchowaj Bóg, nie wypuści niezdatnej do spożycia macy. Odpowiedź właścicieli nigdy nie była dla niego zadowalająca. Fatygował się osobiście do ludzi wałkujących ciasto i jeśli ktoś nie przypadł mu do gustu albo powiernik nie zwracał dostatecznej uwagi a cadyk jego właśnie przyuważył, znów własnoręcznie obijał gębę. Zakończywszy inspekcję w jednej piekarni, szedł do następnej. Na drugim miejscu do skontrolowania były składy wina. Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak cadyk wszedł do sklepu z nakryciami stołowymi na Gnojnej 11 i roztrzaskał całą skrzynkę butelek, gdyż… przyczyny nie znał nikt. Cadyk nie przepraszał, nikomu nie tłumaczył się ze swoich postępków. Te obnośne zakłady koszerujące, Żydów, którzy na swoich wychudzonych ramionach dźwigali wielkie, podgrzewane kotły z wrzątkiem, też nie raz zrugał w niewybrednych słowach. Zdarzyło się raz, że taki Żyd zanurzył naczynia w wodzie, która jeszcze nie wrzała. Kiedy cadyk zauważył to przekroczenie przepisu, zawołał do pomocy swojego szamesa i przewrócił kocioł do góry dnem. Buchnęła para z wylanej wody, a reb Arle poszedł w swoją stronę, jakby nic się nie stało.

Ulica Gnojna drżała więc przed inspekcją reb Arele Kozienicera. Żydzi z kotłami omijali tę małą uliczkę, bo tam rządził cadyk, który pomniejszał ich przedświąteczny zarobek.

Także w Lag baOmer ulica Gnojna stała pod znakiem reb Arele Kozienicera. W tym dniu [???] i męstwa reb Arele zebrał jakieś pięć dziesiątek Żydów i postanowiał wyjechać za miasto, żeby złączyć się z naturą i duchem rabiego Akiwy7 oraz jego uczniami, a także medytować w ramach zakorzenionej żydowskiej tradycji. Warszaw świętowała Lag baOmer w Marymoncie, malowniczej wiosce nad Wisłą, z obozowiskiem Cyganów i gęstymi lasami, która leżała w odległości piętnastu kilometrów od miasta. Tramwaj numer 15 w Lag baOmer tyrał ciężko, lał poty i o mało co nie tąpnął od transportowania wielkiej masy Żydów, żydowskiej młodzieży, którzy ciągnęli i na Marymont.

Trudna sytuacja materialna nie pozwoliła cadykowi wynająć auta na Lag baOmer. A zamówienie tramwaju w dyrekcji miejskiej należało do spraw bardzo skomplikowanych. Cadyk więc ze swoimi uczniami wyruszyli na plac Za Żelazną Bramą, ustawili się w oczekiwaniu na tramwaj i kiedy nadjechała czerwona kolejka miejska, całe chasydzkie towarzystwo z cadykiem na czele wsiadło do drugiego wagonu, nikogo o nic nie pytając. Konduktor krzyczał, groził, pokazywał, że nie ma miejsca, ale cadyk przeprosił kilku pasażerów-gojów i usiadł z szamesem, jakby miejsce dla niego było zawczasu przygotowane. Tramwaj tymczasem nie ruszał z miejsca, bo ładunek był za ciężki na jego możliwości. Kiedy kontroler przyszedł zobaczyć, co się stało, kazał mu cadyk powiedzieć, żeby wyprosił wszystkich obcych pasażerów, bo nie powinni znajdować się w jednym wagonie razem z chasydami. Kontroler nie rozumiał, o co tu chodzi i stał z wybałuszonymi oczami. Za kilka minut, kiedy dowiedział się, że to jest "sam pan rabin", ten umundurowany goj po tysiąckroć przepraszał cadyka i przeniósł pasażerów do pierwszego wagonu. Chasydzi rozsiedli się wygodnie w tramwaju i rozśpiewali się w głos, jak tam, w cadykowej izbie. Polacy stali więc niepomiernie zadziwieni, kiwali głowami i przyglądali się rozśpiewanemu tramwajowi, który w takt chasydzkich melodii potoczył się na Marymont.

Cadyk kozienicki, reb Arele, przydał ulicy Gnojnej specyficznego smaczku, przyoblekł ją w świętości. A Gnojna była dumna, że między jej murami dyszy dusza tak święta, potomek znakomitego świątobliwego, który cieszył się szerokim poważaniem w chasydzkim świecie.

Później Otwock dostrzegł swoja nieprawość i chciał się za każdą cenę rehabilitować za ten grzech wobec reb Arele. Kupiono dla cadyka wielką i piękna willę przy ulicy Reymonta i reb Arele ponownie osiedlił się w tym spokojnym kurorcie wśród zielonych lasów.

Ulica Gnojna wtedy posmutniała. Jak siłacz walczyła, chcąc zatrzymać u siebie cadyka. Kiedy cadyk kozienicki opuścił ją, została jak królewska wdowa, jak ciało bez głowy.

Bo reb Arele oświetlał ciemność, to ponure życie na Gnojnej 3, jak drogi kamień, który swojego blasku nie traci.

Dziś przebywa reb Arele w Świecie Prawdy, jego chasydzi zostali zamordowani i dzika pustka hula po świątyni wspomnień tamtych drogich, niezapomnianych dni, kiedy chasydzki magnat związał się z prostym ludem, z najniższymi warstwami naszego narodu, który wszak kochał swojego cadyka, jego zwyczaje, a nawet te sążniste policzki.

Źródło: A gesl in Warsze, Montreal 1949, s. 31-41.      Tłum. Anna Ciałowicz

1 Arele Kozienicer (włśc. Aron Jechiel Hofstein, 1889-1942) – cadyk, syn Jerachmiela Mojżesza Hofsteina z Kozienic.

2 Rdz 12:1.

3 Izrael Icchak Hofstein, nazywany Magidem z Kozienic (Opatów 1733 – Kozienice 1814) – cadyk i kaznodzieja, jeden z najważniejszych – obok "Widzącego" z Lublina – propagatorów chasydyzmu w Polsce centralnej.

4 maca-szmura (hebr./jid.) – dosł. maca "strzeżona", wyrabiana ręcznie.

5 Skarbower nign (jid.) – melodia starodawna, usankcjonowana tradycją.

6 (jid.) "Żydzi, do koszerowania! Wszystko podlega koszerowaniu, chłopcy, dziewczyny, kobity. Kocioł wrze i chce jeszcze. Znoście na dół garnki, łyżki, miski, widelce".

7 Rabi Akiwa (ok. 40 [50] – ok. 135 n.e.) – uczony i mistyk, uważany za ojca judaizmu rabinicznego; poparł powstanie Machabeuszy przeciwko Rzymianom, zginął śmiercią męczeńską.

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 112 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3617169