Rodzina Sztabziw

W samym sercu warszawskiej dzielnicy żydowskiej, kilka kroków od Ogrodu Krasińskich, naprzeciwko ulicy Przejazd, przy której znajdują się koszary, na samym początku Nalewek stała duża kamienica. Sześciopiętrowy budynek miał dziesiątki okien i aż dwa fronty – drugi wychodził na ulicę Dzielną – adres: Nowolipki 6. Cała kamienica należała do żydowskiego bogacza Sztabziwa. Interesy prowadził na ulicy Gęsiej, gdzie wraz z innymi kupcami bławatnymi miał swój sklep. Był prawdziwym Żydem, który poznał tajemnicę zarabiania pieniędzy. Niski i korpulentny, ubrany „z niemiecka”, nigdy nie pokazał się z ogoloną brodą i bez czarnej, jedwabnej jarmułki, gdy zaglądał do pokojów swoich dzieci. Pokoje te wypełniały książki, na ścianach wisiały obrazy i inne piękne przedmioty. Nigdy nie bawił długo – minutę, może dwie. Lecz nawet przez tę minutę brakowało tematu do rozmowy. Wyraźna granica oddzielała oba światy. Ten typowy kupiec miał jedno artystyczne zainteresowanie, był miłośnikiem zegarów ściennych, takich z duszą… W każdym z tuzina pokojów, które zajmował na drugim piętrze swojej kamienicy, wisiał innego rodzaju zegar, a największą radość sprawiało mu ustawianie i nakręcanie mechanizmów. Zupełnie inną naturę miała jego żona, piękna brunetka, i choć była znacznie bardziej związana ze swymi dziećmi, ona także rzadko zaglądała do ich pokojów gdy przyjmowali gości. A goście byli tam niemal zawsze, w dzień i wieczorem, codziennie, przez cały rok, nawet wówczas, gdy synowie i córki rozjeżdżali się w podróże po stolicach Europy Zachodniej. Posiadali bowiem własne niewielkie mieszkania w Paryżu i Berlinie. Warszawskie środowisko artystów jidyszowych przyjaźniło się tylko z niektórymi dziećmi rodziny Sztabziw, głównie z Estuszką, Peską, Moszem, Dowidem oraz Joslem i jego żoną Rochl.

Naprzeciwko Nowolipek 6, na parterze kamienicy przy Nowolipkach 5 w ciemnych zakątkach korytarza mieściła się prywatna wypożyczalnia książek: czytelnia Breslera. W czytelni zawsze unosił się charakterystyczny słodko-kwaśny zapach ksiąg religijnych, a w półmroku typowym dla domów modlitwy stało zwykle kilku młodych ludzi szperających w książkach. Wszystkie książki były zaczytane jak stare sidury, w niektórych miejscach powieści zawilgły od łez jak machzor na stronach z modlitwami wspominkowymi za zmarłych. W dziełach beletrystycznych przy co bardziej rewolucyjnych fragmentach stały wykrzykniki. Tu właśnie wychowywała się córka Breslera, Rochl, piękna szatynka o głębokim spojrzeniu, w której Josl Sztabziw zakochał się jeszcze w dzieciństwie. Historia jak z powieści – miłość księcia i biednej dziewczyny. W końcu sześć pięter z Nowolipek 6 związało się węzłem małżeńskim z bogatą duchem biblioteką z Nowolipek 5.

W inteligenckiej części mieszkania Sztabziwów przez wiele lat bawił Perec Markisz. Trudno powiedzieć, czy bardziej podobała mu się starsza jasnowłosa Estuszka, z twarzą przypominającą nieco portrety Beethovena w szale twórczym, czy może wyższa i delikatna szatynka Peska. To one były artystycznymi duszami domu Sztabziwów. Tu, wraz z pierwszym brzaskiem, kończyły się szalone spotkania Chałastry. Na sofach i dywanach, w kącie w świetle przyciemnionych abażurów czytało się rękopisy. Tu mówiło się w jidysz i tylko w jidysz. Tu marzyliśmy o żydowsko-jidyszowej inteligencji i tu dowodziliśmy, że jest ona możliwa. A wokół, chodnikami otaczającymi wielki dom, płynął wciąż strumień chasydzkiego i proletariackiego żydostwa Warszawy, przechodziły także panienki z dobrych domów i złoci chłopcy, z ust których nie wychodziło już ani jedno jidyszowe słowo. Na drugim piętrze panował jednak półmrok marzeń żydowskich poetów, prozaików i artystów. Tu z wielkim szacunkiem przyjmowano ważnych gości z Nowego Jorku – Opatoszu, Lejwika, Hirszbejna i innych. Zaprzyjaźniony z rodziną był zwłaszcza Opatoszu. Przez okno tego domu patrzył na kłębowisko żydowskiej Warszawy. Singer spędzał tam niemal każdy wieczór. Wielokrotnie naśladował Hilela Cejtlina, Stupnickiego i niemowę Minkowskiego. Nikt mu w tym nie dorównywał, jego występ był zawsze przebojem wieczoru. Tu na wspaniałych półkach, zawieszonych dyskretnie na starych ścianach, stały najlepsze książki w jidysz i śniły o wielkim renesansie wszystkich obszarów sztuki żydowskiej. Tu śpiewało się cicho najpiękniejsze żydowskie pieśni ludowe i łamało język na zawiłych wierszach Chałastry. Tu, z pierwszej ręki, opowiadano o przebrzmiałej dopiero co epoce Pereca. Wszyscy pamiętali jeszcze jego poranne spacery w pelerynie po Ogrodzie Saskim.

Po wyjeździe Markisza do Związku Radzieckiego w 1926 roku w domu Sztabziwów wiele się zmieniło. Synowie i córki coraz częściej podróżowali za granicę, a wizyty pisarzy i malarzy w ich warszawskim mieszkaniu stawały się coraz rzadsze.

Koniec nastąpił w latach 1939-1945 w Treblince i Bergen-Belsen. Przeżyły Estuszka i Peska, które mieszkały we Francji, a potem w Anglii; Dowid przeżył w Szwajcarii i Francji. Pozostali wraz z dziećmi – nowe pokolenie zdążyło już podrosnąć – w tym piękna Rochl o oczach spłoszonej, zranionej łani, dołączyli do bezimiennych gór popiołu.

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 81 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3643797
UA-28053597-1