Giełdy ideałów...

Słowo „giełda” kojarzy się z pieniędzmi, interesami, papierami wartościowymi, spekulacjami – nawet kapcan wie o wielkich giełdach w stolicach Europy i Ameryki, gdzie człowiek w ciągu jednej nocy może zostać milionerem, bankrutem albo przynajmniej wyjść na zero. Zależy to od tego lub hossa, czy bessa, czy akcje zwyżkują bądź dołują. No a który Żyd nie czytał – śmiejąc się i płacząc przy tym – opowiadań naszego Szolema Alejchema1 o interesach i interesikach wiecznie zabieganego, obrotnego Menachema Mendla?

W Warszawie mieliśmy inne giełdy – zwłaszcza w latach rewolucji i marzeń o wolności, równości i powszechnym szczęściu – od mniej więcej 1905 roku do I wojny światowej. Były to giełdy ideałów, marzeń, skrywanych tęsknot i śpiewu przyszłości. Każda partia, każde koło, każda grupa miały własne „berze” albo „birże”, jak mówili litwacy2. Każda z nich rościła sobie prawo do określonej ulicy; żadne inne partie lub ugrupowania polityczne nie miała prawa tam wejść.

Rewolucyjne wrzenie ogarnęło przede wszystkim dzielnicę żydowską, gdzie mieszkali najbardziej uciśnieni, najdotkliwiej wyzyskiwani; gettowi marzyciele, którzy poszukiwali Mesjasza bądź w tradycji żydowskiej, bądź ogólnoludzkiej. Tak więc najwięcej giełd działało w zaułkach żydowskiej biedoty, robotników i handlarzy, gdyż na bogatych ulicach nie zajmowano się enigmatyczną przyszłością tylko chwilą bieżącą, czyli tym, żeby jak najlepiej dostosować się do nieżydowskiego otoczenia, nie narzucać ze swoim żydostwem.

Partii i partyjek na „żydowskiej ulicy” było dużo, bardzo wiele i rosły jak grzyby po deszczu: Bund3, Poalej Cyjon4, S.T. (syjoniości-terytorialiści)5, „sejmowcy"6, którzy dążyli do tego, żeby Żydzi mieli swój samorząd, z własnym sejmem, z obowiązującym językiem żydowskim; PPS, która walczyła o niepodległość Polski, będącej wówczas pod zaborami trzech mocarstw: Rosji, Niemiec i Austrii; socjaldemokraci, anarchiści i – kto by zresztą spamiętał i umiał wyliczyć wszystkie te parte i partyjki na „żydowskiej ulicy"?

"Giełdy” miały wszystkie partie, oprócz ogólnych syjonistów (nazywanych też „obywatelskimi”), którzy nie wierzyli, by idea powszechnego wyzwolenia przyniosła Żydom wybawienie. „Giełda” to była – rewolucja. Już samo to że partia wyszła na ulice, choć gromadzenie się w miejscach publicznych za caratu było zakazane, stanowiło krok ku rewolucji. Ogólni syjoniści ograniczyli się do bóżnic i bejt ha-midraszy7, do zebrań w czterech ścianach, gdzie snuli marzenia o „powrocie do Syjonu”, marzenia proroków i dra Herzla8.

Na tych „giełdach” rojno było, ma się rozumieć, od szpiegów, którzy nadstawiali ucha, szukali możliwości, żeby wkręcić się w partyjne szeregi, co często im się udawało. „Giełdy” były ruchome, ponieważ stanie w miejscu miało już znamiona zgromadzenia publicznego, które było surowo zabronione. Bezustannie było się więc w ruchu, maszerowało, rozprawiając, spierając o przyszłość ludzkości i narodu żydowskiego. Każda partia podsyłała swoich ludzi, agitatorów, takich „apostołów”, na „giełdy” innych partii, żeby „zdobyć dusze”, przekonać chłopców i dziewczęta, jaka jest naga prawda: tylko oni mogą i zdołają zbawić świat i naród Izraela.

"Giełdy” te „zaczynały działać” naturalnie wieczorem, po pracy, po kolacji. Po skromnym posiłku wychodziło się na ulicę. I łapczywie, całą duszą, chłonęło się słowa agitatorów, tych własnych i tych obcych, podesłanych przez inne partie. Często dochodziło do ostrych spięć, a nawet bójek pomiędzy własnymi i obcymi agitatorami, propagandystami, którzy przychodzili przechwycić towarzyszy i towarzyszki z jednej „giełdy” na drugą. Widywało się, owszem, jak agitator, który miał ostry język, pokazywał się na jakiejś „giełdzie” i po godzinie odchodził zwycięski, jak generał po wygranej bitwie, na swoją „giełdę”, a za nim maszerowali „pojmani” żydowscy chłopcy i dziewczęta, których zdołał przekonać, że na sąsiedniej ulicy usłyszą całą prawdę.

Byli tacy młodzieńcy i dziewczęta, którzy prawie co wieczór szli na inną „giełdę”, „przekonani”, znaczy się, że prawdę znajdę na sąsiedniej ulicy. Rozmawiałem kiedyś z taką osobą, czeladnikiem krawieckim, synem naszego sąsiada, który ciągle zmieniał partie. A on z całą prostodusznością wyjaśnił mi: „Posłucham bundowca i widzę, że on ma rację. Przyjdzie pepesowiec i coś mi naopowiada – ten to dopiero ma rację! Podejdzie do mnie polaej-cyjonista i zacznie opowiadać o państwie żydowskim, gdzie wszyscy będą równi – czy i on nie ma racji?".

A takich, jak ten czeladnik krawiecki, było dużo. Wszyscy mają rację. Świat musi być wolny. Polska musi być wolna. Żydzi mają prawo do własnego państwa. Tymczasowe terytorium gdzie indziej – uchowaj Boże! Erec Israel9 też niczego nie brak! To o co kruszyć kopie? Zaprawdę, wszyscy powinni iść ręka w rękę, zjednoczyć się, żeby powstała jedna partia. Z takimi trudno było dyskutować. Dla agitatorów stanowili łakomy kąsek dawali się łatwo przekonać; dla partii jednak stanowili twardy orzech do zgryzienia. W żaden sposób nie mogli rozumieć, dlaczego jakaś partia lub ugrupowanie się nie nadaje. Bo co, mają przecież takie wspaniałe hasła i takie znamienite persony do nich należą.

Cała młodzież na wszystkich „giełdach” spacerowała lub maszerowała z laskami. W ogóle laski były wtedy modne w całej Europie. Na „giełdzie” laska przydawała się w razie jakiejś potyczki. Ujawniono jakiegoś szpicla, szpiega – no, no, takiemu nie przepuszczono! Ze wszystkich stron leciały na jego głowę kamienie, aż zakrwawiony padał na ziemię. Wtedy „giełda” pustoszała jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Znikały również osoby postronne. Na pustej, ciemnej ulicy leżał zakrwawiony człowiek, wijąc się z bólu, aż przyjechała policja i go zabrała. Nie raz ten pobity był niewinną ofiarą, jakimś ciekawskim przechodniem, który nadstawiał ucha na słowa tego lub tamtego, prowokując swoim zachowaniem podejrzenia, aż ktoś szepnął: szpieg! Ten szept krążył, aż przeradzał się w krzyk: szpicel, szpieg!

Nie trzeba chyba mówić, że od czasu do czasu „giełdę” otaczała policja lub wojsko i wtedy wszyscy pierzchali, nie ze strachu, uchowaj Boże, tylko dlatego, żeby uniknąć aresztu, bicia lub z powodów konspiracyjnych, gdyż wiele osób nosiło po kieszeniach ulotki. Bo czego jak czego, ale odwagi tym chłopcom i dziewczętom nie brakowało. Kiedy dochodziło do bezpośredniego starcia, czy to na demonstracji pierwszomajowej, czy na jakieś innej manifestacji – byli mężni i waleczni. Unikano starcia, dopóki się dało, jeśli konfrontacja nie była w danym momencie partii na rękę.

Czasami policja wylegała na ulice nie po to żeby aresztować młodych ludzi, tylko w celu ich „rozbrojenia”. Kiedy zobaczyli młodego człowieka z laską, konfiskowali ją, a jego samego puszczali wolno. Był to komiczny widok: policjant – czasami żołnierz – maszerujący z całym naręczem lasek – swoim trofeum wojennym… Pochwalę się tutaj, że chociaż sam zawsze spacerowałem z laską, policja nigdy mi jej nie zabrała, chociaż nie jeden raz znalazłem się w środku obławy. Stosowałem jednak pewien wybieg, taki „trick”, jak się mówi po angielsku: jak tylko zauważyłem, że policja konfiskuje laski, udawałem kalekę, kulawego, który bez laski kroku nie może zrobić… Policjanci przepuszczali mnie więc z laską, jeszcze ustępowali mi z drogi..

Przypuszczam, że było wielu takich mędrców, jak ja, niedających policji tej satysfakcji, żeby im laski odebrała, a później może jeszcze odsprzedała albo potraktowała jak drewno na opał… Jednak wśród moich towarzyszy uchodziłem za człowieka o wielkich osiągnięciach i gdybym tylko zechciał, mógłbym zostać wybitnym aktorem. Takie zdanie na temat moich zdolności aktorskich wyrobili sobie nie tylko na podstawie udawania kulawego podczas obławy, lecz również z powodu innych sztuczek, które robiłem. I tak, na przykład, zdarzyło się, że kiedy szedłem z kieszeniami wypchanymi ulotkami pewnej grupy anarchistycznej, na ulicy pojawił się patrol żołnierski dowodzony przez oficera, który zatrzymywał każdego młodego człowieka, sprawdzał dokumenty, przeszukiwał i jeśli ktoś wydał się podejrzany – trafiał do aresztu.

Patrol ten wyszedł niespodziewanie z bocznej uliczki, tak że o ucieczce nie mogło być mowy. Co robić? W okamgnieniu przeobraziłem się w kalekę, tak jak podczas obławy. Zgięty we troje, dosłownie przepełzałem u stóp żołnierzy – niezauważony, „zignorowany”. Nagle ten oficer doskoczył do mnie, złapał za ramiona i z gniewem zapytał podejrzliwie, dokąd taki nieszczęsny kaleka wlecze się po nocy. W tym momencie udałem głuchego i ślepego. Na migi pokazałem oficerowi, że nie słyszę ani nie mówię. Ten pogardliwym spojrzeniem obrzucił poczwórnego kalekę – głuchego, ślepego, kulawego i garbatego – kopnął mnie w tyłek i pozwolił iść..

Wśród chłopców i dziewcząt przychodzących na „giełdy” było wiele takich osób, które pociągał nie tylko idealizm, walka o lepszy świat, lecz także – romantyzm… Romantyzmem, a dokładniej mówiąc: szukaniem męża – powodowana była spora gromadka dziewcząt. Na „giełdach” spotykali się przedstawiciele obu płci, spacerowali ramię w ramię, dyskutowali o Karolu Marksie, dr. Herzlu, ludzkości, Erec Israel, anarchizmie, lecz serca biły im przy tym w rytm Pieśni nad pieśniami… Niejeden związek narodził się na tych ruchomych „giełdach” i niejedno pokolenie jest owocem tych dyskusji toczonych w letnie, wiosenne i jesienne noce na ulicach Warszawy, jak również innych wielkich polskich miast.

Oprócz popłochu wywoływanego przepychankami między agitatorami z „wrogich” obozów, walką ze szpiegami i z policją, od czasu do czasu wybuchała na „giełdach” innego rodzaju panika, kiedy ojciec chasyd albo pobożna żydowska matka chodzili od jednej grupy do drugiej, śledząc, aż wypatrzyli córkę, która zeszła z dobrej drogi, zadała się z „cicelistami”, czepia się cara i kręci po „giełdach” razem z jakimiś próżniakami. Zagniewany ojciec łapał taką córkę za warkocz albo wymierzał jej policzek na środku ulicy. Matka po dobroci, z płaczem, prosiła córkę, żeby poszła z nią do domu, niech nie dostarcza ludziom sensacji. Córka, zawstydzona, opuszczała „giełdę” i szła do domu, innym razem sprzeciwiała się ojcu lub mamie i głośno krzyczała, że nie jest niczyją własnością tylko wolnym człowiekiem i może robić, co się jej podoba.

Czasami taki ojciec lub matka byli przyjmowani przez „bazarników” gromkim „Hura!”, śmiechem albo różnymi okrzykami. Pamiętam, że tylko raz doszło do bójki, kiedy chasyd, czerstwy, barczysty, rzucił się na swoją córkę z pięściami. Chłopcy, którzy z nią spacerowali, zasłonili dziewczynę, a kiedy Żyd zamierzył się na nich ręką, „poczęstowali” go kijem przez łeb; tamten narobił krzyku, że go mordują. Dziewczyna wtargnęła między ojca a swoich obrońców, żeby ratować rodziciela, ale w tym zamieszaniu sama oberwała kijem i padła zemdlona. Ojciec zostawił leżącą córkę, krzyczał:

– Dobrze ci tak, bezczelna dziewucho! – i splunął na nią.

Chłopcy ostrożnie podnieśli omdlałą dziewczynę i ulokowali ją w bramie pobliskiego domu.

Zaraz po tym incydencie „giełda” opustoszała.

Cudowne „giełdy”, na których to nie interesy finansowe, lecz marzenia o przyszłości były papierami wartościowymi.

A. Almi, Berzes fun idealn, [w:] Dos amolike jidisze Warsze, red. M. Rawicz, Montreal 1966, s. 71-75.
Tłum. Anna Ciałowicz
1 Szolem Alejchem (właśc. Szolem Rabinowicz, 1859 Perejesław – 1916 Baranowicze) – klasyk literatury żydowskiej. [↑]
2 Litwacy - Litwacy – określenie Żydów pochodzących z ziem wcielonych do Cesarstwa Rosyjskiego, używane w Królestwie Polskim i zabarwione negatywnie, czasem wręcz pogardliwie, oparte na stereotypowym ich obrazie. Byli w większości zdeklarowanymi misnagdami. Litwacy wyróżniali się stylem bycia, językiem (odmiennym dialektem jidysz i znajomością rosyjskiego) oraz odrębnością życia religijnego. [↑]
3 Bund (właśc. Ogólnożydowski Związek Robotniczy "Bund" na Litwie, w Polsce i w Rosji) – najliczniejsza i najsilniejsza żydowska partia robotnicza w Polsce w okresie międzywojennym, utworzona w 1897 r. w Wilnie. [↑]
4 Poalej Cyjon (hebr., Robotnicy Syjonu) – ruch robotniczy łączący w swojej ideologii hasła syjonistyczne i socjalistyczne, opierający się przede wszystkim na żydowskim proletariacie. [↑]
5 terytorializm – nurt w łonie syjonizmu, zmierzający do poszukiwania alternatywnych do Palestyny miejsc do osadnictwa żydowskiego w warunkach kulturalnej, religijnej i – możliwie jak najszerszej – politycznej autonomii. Ruch ten powstał w efekcie rozłamu, który nastąpił podczas VII Światowego Kongresu Syjonistycznego (Bazylea 1905), po odrzuceniu ugandyjskiego planu osiedlenia i potwierdzeniu, że jedynie Palestyna może być miejscem powstania państwa i celem masowej emigracji Żydów. [↑]
6 "Sejmowcy" [???]. [↑]
7 bejt ha-midrasz (hebr., dom nauki). [↑]
8 Teodor Herzel (1860 Peszt, Węgry – 1904 Edlach, Austria) – twórca politycznego syjonizmu, założyciel i pierwszy przewodniczący Światowej Organizacji Syjonistycznej. [↑]
9 Erec Israel (hebr. Kraj Izraela). [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 63 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3643767
UA-28053597-1