Graniczna 7

Wszystkie wydarzenia, o których opowiem, nie miały na ogół związku tylko z naszym podwórzem. Rozgrywały się na warszawskich ulicach. Działo się to wtedy, kiedyśmy mieszkali w podwórzu przy Granicznej 7. I chociaż wydarzenia te nie miały wyłącznie żydowskiego charakteru, to dotyczyły żydowskiego burzliwego życia w Warszawie. Mimo wszystko chcę o nich opowiedzieć, gdyż odcisnęły się w mojej pamięci jako część "tamtych dni" w moim rodzinnym mieście Warszawie.

Podwórze przy Granicznej pod numerem 7, róg Królewskiej, było dla mnie ważne również z tego względu, że okna naszego mieszkania wychodziły na ulicę; na moich oczach rozgrywały się wszystkie burzliwe wydarzenia na bruku warszawskich ulic. Koło naszej bramy i pod oknami dzień w dzień przechodziły potężne demonstracje pod czerwonymi sztandarami, idące z Marszałkowskiej, przez Królewską i Senatorską na plac Teatralny albo ulicą Przejazd do dzielnicy żydowskiej. Z naszych okien można też było obserwować, jak kozacy na koniach rozpędzali demonstracje i strzelali, powalając rannych i zabitych, których demonstranci następnie dźwigali i nieśli na przedzie formujących się na nowo pochodów.

Pamiętam noc 9-go stycznia, kiedy z Petersburga dotarły były wieści o krwawych wydarzeniach przed pałacem cara, gdy pop Gapon1 prowadził pokojową demonstrację robotników Petersburga z petycją do monarchy, a wojsko otwarło ogień do nieuzbrojonych demonstrantów, pozostawiając na wielkim placu setki zabitych. Warszawę zelektryzowały te straszne wiadomości i postanowiono odpowiednio na nie odpowiedzieć. Przez cały dzień czuło się że narasta wrzenie. Burza jednak wybuchła dopiero z zapadnięciem zmroku. Nigdy wcześniej nie widziałem naszej okolicy w takim stanie. Ulice spowijała ciemność. Wszystkie lampy na wysokich pastorałach, które postawiono zaledwie przed kilkoma tygodniami, były wygaszone. Wszystkie sklepy zawarto, a w oknach, które wychodziły na ulicę, było ciemno. Ciemność była niemal namacalna. Czarne kontury ludzi plątały się we wszystkich kierunkach i bojaźliwie zbijały w grupy, nawołując się głuchymi, ściszonymi głosami. Zewsząd słychać było głuche uderzenia siekier, którymi rozbijano kłódki zamkniętych sklepów. Wkrótce rozległ się donośny odgłos podnoszenia żelaznych żaluzji w oknach i drzwiach, po czym przeraźliwie zadźwięczało roztrzaskiwane szkło. Rozległy się nieskoordynowane krzyki czarnych sylwetek, które wdarłszy się do rozbitych sklepów, zaczynały rabować i wyrzucać towar na ulicę.

Tu i ówdzie słychać było również głuche odgłosy niewielkich grup, które w ciemności rozbijały metalowe skrzynki i wyrywały kable telefoniczne, dopiero co zainstalowane, kiedy układano je pod ziemią, zamiast umieszczać je na słupach, jak dotychczas. Za każdym razem, kiedy grupie udało się rozbić taką skrzynkę i powyrywać druty, w ciemności rozlegał się triumfalny okrzyk bojowy, który odbijał się zwielokrotnionym echem.

Najgorsze ze wszystkiego były jednak strzeliste płomienie, które buchały nagle to z jednej, to z drugiej strony ulicy. To w ciemności napadnięto "monopole", sklepy z wódką, które należały do rządu. Pałający chęcią zemsty tłum zniszczył wielkie zapasy butelek, podpalił rozlany spirytus i zostawił sklepy w płomieniach. Paliły się "monopole" na Rymarskiej, na Senatorskiej, na Grzybowskiej, na Marszałkowskiej, a piekielne języki ognia wyrywały się ponad dachy ku nocnemu niebu, oblewając je taką jasnością, która zdumiewała, przerażała i zachwycała. Tym, co jeszcze wzmacniało upiorne wrażenie, nasuwając myśl o wojnie, było przybycie straży ogniowej w miedzianych kaskach, z płonącymi pochodniami i przeraźliwym trąbieniem. Rzucili się do gaszenia szalejących pożarów, ale rozzłoszczony tłum przegonił ich, nie pozwalając zbliżyć się do płonących sklepów monopolowych.

Biegłem tymi przerażająco ciemnymi ulicami, pod oblanym krwawą łuną niebem. Szczękałem zębami. Serce mi waliło. Miałem przebić się na Twardą i mostem na Pragę. U nas w domu leżała niemal konająca moja siostra Etel i mama posłała mnie po Riwkele i Perele, żeby być może po raz ostatni pożegnały ze swoją siostrą. Smutek rodzinnego domu wymieszał się ze strachem i ekstazą na zewnątrz. Co rusz przygasły nieco płomień z jakiegoś "monopolu" rozbłyskał na nowo, prawdopodobnie dlatego, że zasilono go nowym zapasem wódki. Za każdym razem rozlegał się dźwięk tłuczonego szkła i rozbijania kolejnych sklepów oraz nowy okrzyk zwycięstwa setek czarnych postaci, które brały się do wyrzucania stamtąd paczek z towarem.

Policji ani wojska nie było nigdzie. W czasie takich rozruchów wszystkie patrole policyjne i wojskowe zwykle znikały. Kto przewodził rewolucyjnym oddziałom, które w ciemności kłami szarpały znienawidzonego wroga, jak i grupom z półświatka, które zaraz się uaktywniły i zaczęły rabować, nie można było stwierdzić. Warszawa była puszczona samopas. I pośród tej nieprzebranej ciemności, obracającego się w noc 9-go stycznia piekielnego młyna biegłem, żeby sprowadzić wystraszonych krewnych do umierającej siostry…

W pamięć wryła mi się także krwawa noc 17-go października, noc zdradzieckiej carskiej konstytucji2. Przez cały dzień ciągnęły ulicą Graniczną wielkie demonstracje. Jak przykute do siebie stalowe ściany szły ramię w ramię szeregi demonstrantów. Okrzyki i śpiew wznoszono pod czerwonymi sztandarami, pod transparentami z hasłami rewolucyjnymi. Padały słowa:

"Krew naszą długo leją pany,
wciąż płyną ludu gorzkie łzy.
Nadejdzie jednak dzień zapłaty,
sędziami wówczas będziem my".

I dalej gromki śpiew:

"Dalej więc, dalej więc, wznieśmy śpiew!"…

Demonstranci śpiewali triumfująco, zwycięsko. Z Petersburga nadchodziły wieści, że w końcu udało się na carskim wrogu wymóc duże ustępstwo – konstytucję, która gwarantuje ludowi polityczne swobody. A im później w noc, tym bardziej gwałtowne, triumfujące i upojone zwycięstwem były przechodzące demonstracje. Okrzyk radości wyrwał się ze wszystkich piersi. Starsi i młodsi dołączali do demonstrujących. Z Twardej, z Grzybowskiej, z Pańskiej, ze Śliskiej, z Krochmalnej, z Gnojnej, zewsząd przybywali ludzie, zlewając się z wielką falą warszawiaków, która nadciągała od strony ulic chrześcijańskich. Wszyscy udali się na plac Teatralny, gdzie znajdował się ratusz, słynący z mieszczącego się w piwnicach więzienia. Powszechne hasło brzmiało: "Uwolnić więźniów politycznych!".

Dałem i ja ponieść się powszechnej radości i dotarłem na plac Teatralny, na rozległy skwer koło niewielkiego zieleńca, który odgradzały niskie sztachety. Plac zalały dziesiątki tysięcy ludzi, którzy zapełnili też sąsiednie ulice. Wszystko było skąpane w świetle wielkich, wiszących lamp elektrycznych. Najbardziej rozświetlonym miejscem był balkon na pierwszym piętrze ratusza obwieszony czerwonymi sztandarami. Stali tam przywódcy partii rewolucyjnych, przemawiając do wielotysięcznego tłumu, stojącego głowa przy głowie.

Co rusz plac podrywał się gromkim: "Hurrra!". Okrzyki wznoszono długo i radośnie – za każdym razem, gdy otwierały się drzwi ratusza i puszczano wolno kolejną grupę aresztantów. Od razu dopadał ich rozentuzjazmowany tłum. Uwolnionych całowano, rzucano się im na szyję i dosłownie noszono ich na rękach. Jak wicher zrywał się co chwila okrzyk:
"Niech żyje wolność!". Tłum podchwytywał ten okrzyk i przyłączał się do wiwatów. Ujrzałem wkoło siebie morze upojonych radością twarzy. Młodzi, starzy, Żydzi, chrześcijanie, łachmaniarze i bogacze. Mamy z dziećmi na rękach. Ojcowie z dziećmi niesionymi na barana.

Nagle wszystkich na placu zmroziło. Z bocznej uliczki najechał oddział kozaków i zaczął przebijać się w kierunku skweru przez gęsty tłum. W pierwszej chwili nikt nie wiedział, co robić. Ustąpić im z drogi i wpuścić na skwer, czy nie? Są-li to ci dawni, znienawidzeni siepacze, którzy zaraz sięgną po nahajki i szable? Czyżby nie wiedzieli, że car podarował "wolność"? Lecz kozacy na małych konikach nie sięgnęli po szable. Gestem pozdrowili demonstrantów. Otwarły się jakby wrota i szpaler umożliwił im przejazd. Kozacy objechali skwer dookoła wśród radosnych okrzyków wielotysięcznego tłumu, który odpowiadał na ich pozdrowienia. I kozacy odjechali tą samą drogą, którą przyjechali.

Niezrozumiały popis kozackiego oddziału jeszcze wzmógł radość i nadzieję tłumu znajdującego się na skwerze. Nie mogłem się powstrzymać i co tchu pobiegłem na Graniczną, żeby wyrwać z domu mamę albo choć siostry – które wtedy mieszkały już razem z nami – żeby na własne oczy zobaczyły tę wielką radość, święto wolności. Z ledwością uprosiłem młodszą siostrę Riwkele i jej męża, żeby poszli ze mną na plac Teatralny. Tam wciąż euforyczny entuzjazm wokół balkonu z mówcami i bramy, skąd wyszły były grupy więźniów politycznych, utrzymywał się. Tłumnie zebrani ludzie nic a nic nie zmęczyli się świętowaniem tak długo wyczekiwanej wolności.

Moja wiecznie przestraszona siostra jednak długo nie zdzierżyła w rozentuzjazmowanym tłumie. Po kilku minutach wspólnego radowania się zaczęła marudzić: "Starczy już. Już się naoglądałam. Chodźmy do domu". Jej prośba była tak stanowcza, że nic nie dało się zrobić. I z wielkim żalem opuściłem plac Teatralny, który wręcz zakołysał się ze szczęścia i entuzjazmu. Wolnym krokiem udaliśmy się na ulicę Graniczną. Ledwieśmy jednak doszli do połowy drogi, na wysokości ulicy Żabiej dobiegły nas z placu Teatralnego krzyki zaatakowanego tłumu i ujrzeliśmy ludzi uciekających w wielkiej panice, jaka tam wybuchła3.

Pędem wpadliśmy na nasze podwórze. Przez okna widzieliśmy jeszcze biegnących ludzi w rozdartych ubraniach i z obwiązanymi głowami. Ledwośmy doczekali ranka, kiedy rozeszły się okropne wieści o tym, jak ludzie na placu Teatralnym zostali ze wszystkich stron zaatkowani przez żandarmerię i kozaków z karabinami i gołymi szablami. O tym, jak setki zostało zasiekanych, stratowanych i nadzianych na sztachety wokół skweru, kiedy próbowali się ratować. To samo rozegrało się koło Pawiaka na ulicy Gęsiej, gdzie rewolucjoniści zaczęli wypuszczać więźniów politycznych, którzy tam siedzieli. Tłumnie zgromadzeni ludzie zostali oszukani, że niby ich postulaty zostaną spełnione, a później brutalnie ich zaatakowano. Tak zakończyła się przedwczesna radość z oszukańczej konstytucji w noc siedemnastego października.

Rozczarowanie rzekomo nadaną konstytucją przyniosło wiele goryczy i strachu, zwłaszcza wśród żydowskiej ludności Warszawy. Z Rosji zaczęły nadchodzić przerażające informacje o szykowanych pogromach Żydów. Zaczęły rozchodzić się pogłoski, że Warszawa również nie uniknie pogromu. Mówiono, że rząd cichaczem sprowadza bandy rosyjskich chuliganów, pogromszczików, i trzyma ich gdzieś w gotowości na dzień rozpoczęcia pogromu. Opowiadano, że tu i tam widuje się jakieś podejrzane osoby w rubaszkach i rosyjskich czapkach. Pamiętam pewien poranek, kiedy śmiertelnie przestraszona mama weszła na górę do mieszkania i obudziła mnie ze snu, wręczając białą, jednostronnie zadrukowaną kartkę papieru gazetowego, na której wydrukowano zaledwie kilka krótkich zdań po hebrajsku. To było specjalne wydanie "HaCefiry"4.

Nachum Sokołów5, redaktor "haCefiry" wtedy akurat zatrzymał się był w Petersburgu i to on alarmował warszawskich Żydów w depeszy, którą gazeta wydrukowała na osobnej kartce. Tylko tę depeszę. W strachu czytałem, brzmiało to mniej więcej tak: "Żydzi, strzeżcie się, bądźcie gotowi. Z godnych zaufania źródeł dowiedziałem się, że 'czarnosecińcy', których sprowadzono do Warszawy w celu przeprowadzenia pogromu na Żydach, mają jutro przystąpić do dzieła".

Pośpiesznie odziałem się i zbiegłem na podwórze. Śmiertelnie blada matka za mną. Na dole panowała już wielka panika wśród sąsiadów. Brama była zamknięta i podparta potężnym klocem, żeby nie można było jej otworzyć z zewnątrz. Na ulicy wszystkie interesy żydowskie były zamknięte. Przestraszeni sąsiedzi, ci w marynarkach i ci w kapotach, którzy zwykle nie zwracali na siebie uwagi, wspólnie rozprawiali i radzili. I tak dobrze urodzony Herr Szticer, od którego mama wynajmowała restaurację w podwórzu, i który zawsze trzymał się od wszystkich z daleka, teraz – wystraszony nie na żarty – radził się Mendla Sznejwajsa, chasyda z luksusowego sklepu tytoniowego. Mamy gromadziły przy sobie przestraszone dzieci. Nieokreślone ruchy i urywane dźwięki, które docierały z tamtej strony zamkniętej bramy, potęgowały jeszcze mimowolną trwogę.

Domagałem się, by otworzono mi bramę. Nie można przecież siedzieć z założonymi rękami. W głowie zaświtało mi: samoobrona. Gdzie można nawiązać kontakt z samoobroną, o której mówiono w tajemnicy już kilka dni temu? Ale przybiegła mama, a inni jeszcze jej pomogli: nie, nigdzie nie pójdę, nie wypuszczą mnie z podwórza. Jestem jeszcze za młody na takie rzeczy… Myślałem, jak mi było wstyd, kiedy mama płakała w obecności obcych. I zdało mi się, jakby słoneczny poranek ciemnością jakąś zasnuł nasze podwórze z zamkniętą bramą i wystraszonymi sąsiadami.

Pogromu wtedy nie było. Zapewniano, że dzięki szybkiemu zaangażowaniu się partii rewolucyjnych, tak żydowskich, jak i polskich, które natychmiast zaczęły organizować społeczeństwo w oddziały samoobrony, władza nie odważyła się przeprowadzić swoich ponurych planów. Dni jednak ciągnęły się niespokojne, pełne oczekiwania; jeszcze bardziej niespokojne były noce. Nasze podwórze zmobilizowało się tak samo, jak wszystkie żydowskie podwórza warszawskie. Opracowano system sygnałów ostrzegawczych na wypadek gdyby, uchowaj Bóg, "coś się zaczęło" w środku nocy, żeby od razu dać znać i zmobilizować sąsiednie podwórza. Po cichu mówiło się, że grupy samoobrony są nawet wyposażone w broń. Tajne patrole rewolucyjne w nocy dostawały się nawet do środka i kontrolowały, czy warty w podwórzach są na posterunkach.

Tak upłynęło kilka tygodni, aż groza przeminęła i życie żydowskie powróciło do swojego normalnego rytmu.

Pisane mi było w tamtych dniach znaleźć się blisko wydarzeń, które wstrząsnęły całą Warszawą, a zwłaszcza jej żydowską częścią: kiedy żydowski chłopak Boruch Szulman6 dokonał zamachu bombowego na znienawidzonego ciemiężyciela ludu żydowskiego Konstantinowa. Tak się złożyło, że byłem na ulicy Bagno, róg Świętokrzyskiej. Było słoneczne, pogodne popołudnie, ale nie wiedzieć czemu w powietrzu wyczuwało się pewną nerwowość. Chociaż w tamtym czasie nigdy nie brakowało nerwowej atmosfery na warszawskich ulicach, to tamtego popołudnia nastrój był szczególny. Ludzie wokół poruszali się nerwowo. Tramwaje jadące w kierunku ulicy Marszałkowskiej dziwnym trafem zatrzymały się. A może ktoś je zatrzymał? Zemdlał może ktoś, upadając prosto na tramwajowe szyny?

Naraz całą okolicą wstrząsnął potężny wybuch. Szyby w oknach popękały, posypało się z brzękiem szkło. I w tej samej sekundzie, jakby niesione falą rozedrganego powierza, rozniosły się przejmujące, a jednak radosne słowa: "Konstantinow został zamordowany!"…

Trudno sobie wyobrazić, jakie znaczenie miała wtedy ta wiadomość. Konstantinow był znienawidzonym i niebezpiecznym oprawcą mieszkańców Warszawy, zwłaszcza Żydów. Nie był funkcjonariuszem wysokiej rangi, lecz zaledwie podkomisarzem VIII cyrkułu. Odznaczał się jednak wyjątkowym okrucieństwem i zwierzęcym sadyzmem, kiedy katował podejrzanych o działalność wywrotową, którzy mieli nieszczęście wpaść w jego łapy. Cóż dopiero mówić, jeśli ofiarą okazał się Żyd. Samo jego nazwisko napawało grozą i przerażeniem.

Kiedy potężnie zbudowany, rudowłosy Konstantinow, o twarzy okrutnika i rządnych krwi oczach, pokazywał się w kwartałach żydowskich na czele wojskowego patrolu, ulice się wyludniały jak podczas zarazy. Ruch uliczny natychmiast kierował się w jedną stronę – przeciwną kierunkowi, skąd przybywał Konstantinow. Każdy pośpiesznie ostrzegał nadchodzących z naprzeciwka: "Z powrotem! Konstantinow idzie!". I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przechodnie robili w tył zwrot i zaczynali iść w przeciwnym kierunku, byle dalej. Biada temu, kto nie zdołał się wykręcić lub wpadł Konstantinowowi w ręce. Łapał bez opamiętania. I tam, w piwnicach VIII cyrkułu już sam zajmował się "badaniem" aresztantów. Sąsiedzi z okolicznych żydowskich podwórek słyszeli przeraźliwe krzyki, które każdej nocy dochodziły z piwnic cyrkułu.

Przewijał się tutaj także motyw żydowski. O szczególnej nienawiści Konstantinowa do Żydów opowiadano w Warszawie rożne historie. Miało to związek z pewną Żydówką, adoptowaną córką kupca galanteryjnego pierwszej klasy, Szmuela Taubenhausa z Nalewek. Kilka lat wcześniej Taubenhaus otrzymał koncesję na plac zabaw w parku muranowskim, tam gdzie później powstał znany żydowski teatr. Konstantinow był wtedy podkomisarzem w IV cyrkule – muranowskim – i sprawował nadzór nad parkiem, gdzie wypoczywała przed wszystkim żydowska biedota. Pewnego razu zauważył tam i poznał córkę Taubenhausa, zjawiskowo piękną młoda rozwódkę. Bardzo się w niej, tak to ujmijmy, zakochał. Ona jednak nie chciała o nim słyszeć i wkrótce wyszła za mąż za niejakiego Najfelda. Konstantinowa, który do tej pory był całkiem przyzwoitym nieobrzezańcem, tak to ubodło, że stał się zajadłym antysemitą. I później, kiedy ruch rewolucyjny rósł w siłę, a on został przeniesiony do VIII cyrkułu, w sercu dzielnicy żydowskiej, całą swą nienawiść kierował przede wszystkim przeciwko żydowskim aresztantom, którzy wpadli w jego ręce.

Nienawiść Konstantinowa do Żydów wzrosła jeszcze po wydarzeniu, które przysporzyło mu wiele wstydu i strachu. W szabes z rana, kiedy ulicą Pańską szedł sam, bez swojej obstawy, napadła go grupa żydowskich rewolucjonistów razem z ludzką ciżbą, która dostrzegła najodpowiedniejszy moment, by porachować się z nienawistnym łotrem. Chciano rozszarpać go na kawałki. W ciągle rosnącym tłumie znaleźli się jednak tacy, którzy widzieli, że Konstantinowowi grozi śmierć. Wyratowano go. Tłum zadowolił się odebraniem mu rewolweru i szabli, zerwaniem epoletów i czapki policyjnej; upokorzonego odprowadzono następnie w okolice cyrkułu. Od tej pory okrucieństwo Konstantinowa nie miało granic. Terroryzował całą okolicę. Zwiększył liczbę żołnierzy i patroli, którymi był otoczony. Miało to świadczyć o tym, że teraz jest niedostępny. Aż tu niespodziewanie ten zamach bombowy i rozchodząca się błyskawicznie wiadomość: Konstantinowa rozerwany na strzępy…

Nie trzeba dodawać, że ja, tak jak wszyscy na Bagnie i sąsiednich ulicach, zaraz uciekłem. Od Marszałkowskiej, gdzie dokonano zamachu, zaraz rozległ się odgłos strzelaniny. To żołnierze z obstawy Konstantinowa, którzy mieli rozkaz, że gdyby coś mu się stało, mają strzelać na oślep.

Za niedługo wiadomo było, że zamachowiec to żydowski chłopak, Boruch Szulman, członek bojówki PPS. Ukrytą bombę miał zawieszoną na piersi i mimo silnej obstawy udało mu się dostać na róg Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, gdzie Konstantinow był z patrolem. Siła rażenia była tak wielka, że Konstantinowa rozerwało, a fragmenty jego ciała znajdowano na balkonach i gzymsach okolicznych budynków. Liczba ofiar, jakie razem z nim mogły ponieść śmierć, byłaby o wiele większa, gdyby nie środki zapobiegawcze, jakie zastosowali bojowcy: przed wyznaczoną godziną młodzi ludzie, udając omdlenie, padali na szynach na rożnych ulicach, żeby nie dopuścić tramwajów w rejon Marszałkowskiej.

Najdziwniejsze było to, że sam zamachowiec, Boruch Szulman, nie odniósł ran. Zaczął uciekać w tłumie. Kiedy jednak zobaczył, że dopali jednego z jego pomocników, strzelał ze swojego rewolweru, żeby tamtego ratować. Wpadł następnie do "[ajznhojf]" na sąsiedniej ulicy Zielnej, ale tam dogonili go sołdaci i zakłuli bagnetami.

Pogrzeb Borucha Szulmana odbył się cichaczem. lecz jego grób na cmentarzu żydowskim przy ul. Gęsiej7 stał się miejscem, do którego młodzież żydowska pielgrzymowała z pieśnią i kwiatami. Imię prostego chłopaka, który wcześniej, jak opowiadano, kręcił się bez celu, a później, przystąpiwszy do działalności rewolucyjnej, wybił się na nieustraszonego bohatera, stało się w Polsce symbolem poświęcenia i męstwa. Żydowska Warszawa była dumna za swojego młodego bohatera. Nawet powstawały o nim anonimowe piosenki, jak ta:

"Az Boruch Szulman iz af der gas arojsgegangen,
gegangen iz er mit a bombe in der hant…"8

Policja carska nie raz niszczyła i profanowała jego grób. Lecz żydowska młodzież rewolucyjna nie przestała w odwecie podnosić jego nagrobka i przychodziła tam demonstracyjnie, by za każdym razem kłaść świeże kwiaty swojemu ukochanemu Boruchowi Szulmanowi, który zemścił się na "ciemiężcy wszystkich Judejczyków"9, na krwawym Konstantinowie.

Żródło: Warszewer hejf, Central-farband fun pojlisze jidn in Argentine, Buenos Aires 1947, s. 127-139. spacerTłum. Anna Ciałowicz
1. Grigorij Gapon (1870–1906) – rosyjski pop, założyciel Stowarzyszenia Rosyjskich Robotników Fabrycznych Miasta Petersburga. Organizacja miała zajmować się obroną praw robotniczych oraz podnoszeniem moralnego i religijnego poziomu robotników. W jej szeregi mogli wstępować tylko robotnicy wyznania prawosławnego. Pod koniec 1904 nawiązał współpracę z liberałami dążącymi do obalenia caratu. W grudniu tego roku zwolniono czterech członków Stowarzyszenia pracujących w Zakładach Putiłowskich. Wywołało to strajki, w których 21 stycznia 1905 (8 stycznia wg obowiązującego w Rosji kalendarza juliańskiego) uczestniczyło około 120 tys. robotników. Na dzień 22 stycznia zaplanowano demonstrację, o której była powiadomiona policja oraz rząd; jej celem miało być przekazanie Mikołajowi II petycji. W czasie krwawo stłumionej demonstracji Gapon szedł na czele w liturgicznych szatach. Wydarzenia te przeszyły do historii pod nazwą :"krwawej niedzieli", którą uznaje się za początek rewolucji 1905. [↑]

2. 17 października 1905 (30 października wg kalendarza gregoriańskiego) Mikołaj II wydał Manifest konstytucyjny (tzw. "manifest październikowy"), w którym obiecał poszanowanie podstawowych wolności obywateli, powołanie parlamentu oraz rządu z premierem. Parlament składał się z dwóch izb. Izbę wyższą tworzyła powołana przez cara Rada Państwa, izbę niższą natomiast stanowiła Duma Państwowa pochodząca z wyborów. Pierwsza Duma przetrwała kilka miesięcy, gdyż już w lipcu 1906 roku car był niezadowolony z jej składu i ją rozwiązał. [↑]

3. Krwawe rozgromienie 1 listopada demonstracji na pl. Teatralnym.spowodowało wiele ofiar. Pogotowie udzieliło pomocy 21 osobom, prasa donosiła o 44 zabitych i 170 rannych. Zob.: H. Kiepurska, Warszawa w rewolucji 1905-1907, Warszawa 1974, str. 202. [↑]

4. HaCefira (hebr. Jutrzenka, Świt) – pierwsze w j. hebrajskim czasopismo w Królestwie Polskim, wznowione przez N. Sokołowa. [↑]

5. Nachum Sokołów (1859 [1861?] Wyszogród – 1936 Londyn) – pisarz, publicysta, działacz syjonistyczny. [↑]

6. Boruch Szulman (1886 Warszawa – 1906 tamże) – bojowiec z okresu rewolucji 1905. Od stycznia 1905 należał do Organizacji Bojowej PPS. 14 maja 1906 o godz. 19.15 dokonał udanego zamachu na zastępcę komisarza policji kapitana Ignatija Konstantinowa, podczas którego został ranny, a następnie zakłuty bagnetami podczas ucieczki. Poza nim zginęły trzy osoby oraz 23 odniosły rany. Andrzej Niemojewski napisał na cześć zamachowca poemat proząBoruch. Zob. H. Kiepurska, Warszawa w rewolucji…", str. 296-299. [↑]

7. Kwatera 51, rząd 28. [↑]

8. (jid.) – Boruch Szulman jak wyszedł na ulicę / z bombą w ręku on szedł. [↑]

9. Est 9:24. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 38 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3581045