„Kol nidrej” na cmentarzu przy ul. Gęsiej

Są takie przeżycia, których – mimo że nie osobiste – zapomnieć nie sposób. Dla mnie wysłuchanie „Kol Nidrej”, kilka lat przed II wojną światową, na słynnym cmentarzu żydowskim przy ulicy Gęsiej w Warszawie, było tego rodzaju nadzwyczajnym, jeśli nie fantastycznym przeżyciem. Byłem wtedy w Warszawie po raz drugi. To miasto przyciągało mnie swoim jakże bogatym żydowskim życiem – pisał na przełomie lat 50. i 60. Jakub Botoszański.

Kiedy pierwszy raz byłem w stolicy Polski, życie Żydów było niemal w rozkwicie, choć antysemityzmu też tam wtedy nie brakowało. A kiedy byłem w tym mieście, i w ogóle w Polsce, po raz drugi, żydowskie życie było stłamszone i zahamowane w rozwoju. Antysemityzm, odczuwalny zarówno ze strony mas, jak i ze strony władz, większości Żydów odbierał energię. Kiedy błogosławionej pamięci Włodzimierz Żabotyński i Icko Grynbaum, niech mu się szczęści, przedstawili swoje oświadczenie, że w Polsce jest zbyteczny milion Żydów, wszystkich to zasmuciło, lecz w głębi ducha niż ten milion uważało się w Polsce za zbędnych.

Bieda i brak poszanowania praw występowały w szalonych proporcjach. Wcześniej to brak równouprawnienia rodził biedę. Kiedy Żyd i Polak prowadzili drzwi w drzwi interes tej samej branży, przy czym Polak miał same przywileje, a Żyd wyłącznie obowiązki i musiał płacić kilkakrotnie wyższe podatki, podczas gdy sąsiad nie płacił nic – w konsekwencji bogacił się Polak, a Żyd podpadał w ubóstwo. Kupcy żydowscy zostali sprowadzeni na dno i w konsekwencji musieli uciekać się do różnych działań pozaprawnych. Na warszawskich ulicach pełno było żydowskich handlarzy, których „geszeft” to był wózek ręczny z towarem, a nie mieli oni dość pieniędzy, żeby opłacić należny „patent”. Byli aresztowani i w tym czasie tracili swoje „dobre-mazl”. Wielu z tych handlarzy pokazywało się na ulicy dopiero po zmroku i zamiast płacić „patent”, woleli dawać łapówkę stójkowemu. Nazywano ich, tych handlarzy, mianem „chesedlech” [od „chesed” – łaska], bo żyli z łaski policjantów. Trzeba było widzieć tych „kupców”! Kręcili się po tych akurat bardziej zamożnych ulicach, stanowiąc niesamowity kontrast z luksusem i zbytkami, których tamte ulice były pełne.

A kiedy taki „chesedl” nie miał czym opłacić strażnika porządku za względy, jakie ten mu okazywał, czy policjanta, zaraz pojawiała się zła wola i antysemicki „hamulec” puszczał; trzeba było widzieć wtedy, jak brutalnie poczynał on sobie ze swoim „protegowanym”, aresztował go, towar zostawiając na łaskę losu. Ta tak zwana łaska zamieniała się w najgorsze okrucieństwo.

Wypadło mi akurat w Warszawie spędzić Jom Kipur. Było to koniec lata, nadchodziła jesień. W Warszawie na każdym kroku widać było przerażający kontrast między tą garstką bogatych i mnogością skończonych biedaków. Dni i noce wciąż były piękne, przejrzyste, choć pogoda niestabilna. Raz było całkiem ciepło, a za chwilę bardzo zimno. Pachniało uschniętymi liśćmi, spadłymi owocami i kwiatami, co zaczynają więdnąć. Wydawało się, że całe życie nosi zapach ten sam, jak jesień. Także perfumy, których zapach tu roznosił się wokół kobiet bardziej intensywnie niż w miastach amerykańskich czy innych europejskich metropoliach, miały ten sam jesienny zapach.

Podczas Dziesięciu Dni Pokuty byłem w większości szuli, domów modlitwy, synagog, klojzów i sztibli. Byłem w tych najbiedniejszych, a także w średniozamożnych i najbogatszych żydowskich świątyniach. Byłem w chasydzkich sztiblach różnego rodzaju. W takich, gdzie modlono się wniebogłosy, że aż dziw brał, że sufit się nie rozpołowi, i w takich, gdzie modlono się cicho i spokojnie. Byłem w takich świątyniach, gdzie modlący wyglądali jak żywcem wyjęci ze średniowiecznych obrazów, i w takich szilach, gdzie modlili się prostolinijni Żydzi – klasa obywatelska, na wpół nowocześni i całkiem zmodernizowani. Słyszałem chazanów, którzy należeli do światowej czołówki. Niektórzy z nich istotnie mieli światowe nazwiska. Słyszałem chazanów, którzy całkiem nie mieli głosu i bardziej krzyczeli, niż śpiewali. Niektórzy czynili to z wielkim przejęciem, strasznie się wydzierając. W wielu szilach wszyscy modlący się śpiewali razem z chazanem, a wielu z nich miało miły głos i bardziej słodki niż on. Niektórzy z modlących się mieli głos jak ryk lwa, od którego drżały ściany.

I oto przyszedł Sądny Dzień. Mimo że nie byłem pobożny, poczułem jednak przemożną chęć pójścia dokądś na „Kol nidrej”. Na domiar czułem też, że moim obowiązkiem jako żydowskiego pisarza jest zobaczenie, jak wygląda Warszawa w czasie tej modlitwy. Widziałem już naprawdę dużo miast podczas „Kol nidrej”, zarówno w starym, jak i w nowym kraju. W czasie „Kol nidrej” widziałem Berdyczów, Odessę, Kiszyniów, Bukareszt, Wiedeń, Berlin, Paryż, Londyn, aż do Nowego Jorku. Nie ma na świecie takiego miasta, gdzie by się nie czuło tego napięcia przed „Kol nidrej”, jeśli tylko mieszka tam znacząca społeczność żydowska. Nie zapomnę „Kol nidrej” w Bukareszcie w czasie I wojny światowej, pod niemiecką okupacją. Pozwoliliśmy sobie wtedy na gorzki żart. Ja i mój towarzysz, wypuszczony ostatnio na wolność żydowsko-sowiecki poeta Jakub Szternberg, pewien węgierski oficer – Żyd oraz żydowski żołnierz z armii austro-wegierskiej, wypuścilismy się ną główną ulicę stolicy Rumunii, na Calea Victoriei [Aleje Wiktorii], zatrzymywaliśmy przechodniów i pytaliśmy: „Mi Hu ze Melech haKawod” [„Któż jest tym Królem chwały”, Ps 24:8; psalm recytowany podczas Jom Kipur]? Odpowiedziało nam dorzecznie więcej ludzi, niż myśleliśmy. Jakaś kobieta przypomniała sobie, że jest przed tuż „Kol nidrej”, i rozpłakała się.

Stanąłem teraz przed problemem: dokąd iść na „Kol nidrej”? Jeden z moich towarzyszy powiedział do mnie nagle:
– Na twoim miejscu poszedłbym na cmentarz.
– Na który? – zapytałem go zaskoczony.
– Na żydowski cmentarz przy ulicy Gęsiej.
– To tam odprawia się „Kol nidrej”?
– No jasne.
– Kto i jak?
– Co się tak wypytujesz? Idź i sam zobacz.

Posłuchałem i poszedłem. Umyślnie poszedłem na piechotę, chociaż to wcale nie było blisko. Chciałem zobaczyć Warszawę w wigilię święta. Przeszedłem bardzo dużo biednych ulic i uliczek. Przeszedłem ulicę Smoczą, która słynęła z panującej tam nędzy i półświatka. Była tam maleńka izdebka modlitewna, dokąd często przychodzili złodzieje. Mówiło się, że w sieniach tej izdebki było ostrzeżenie, że ten, kto recytując „Szma Isroel”, zechce zamknąć oczy, robi to wyłącznie na swoją odpowiedzialność.

Całe miasto było jakby w gorączce. Nawet ci podejrzani mężczyźni i kobiety, którzy kręcili się w tamtej okolicy, bliżej żydowskiego cmentarza, wyglądali jakoś inaczej niż zwykle. Wyglądali wymyci i odświętni. Patrzyli łagodniej i mniej podejrzliwie na ludzi, którzy im się napatoczyli. Czuło się pewne rozradowanie w tych biednych uliczkach, ale radość ta była smutna i spętana. Pobożne kobiety nieustannie patrzyły w niebo i już zawczasu prosiły Boga, żeby użyczył im zdrowia i szczęścia i wybaczył grzechy.

Było już pod wieczór, kiedy przyszedłem na cmentarz przy ulicy Gęsiej, i spostrzegłem, że drogą tutaj wiodącą podąża więcej ludzi, niż się widzi zwykle. I inni to byli ludzie. Wyglądali szaro i codziennie, a jednak coś w nich się tliło świątecznego. Bieda wyzierała z ich ubrań i twarzy, a przecież jakoś była ona odświętna, ta bieda. I kalecy byli wśród tych ludzi, którzy ciągnęli na cmentarz. Kalecy wszelkiego rodzaju. Człowiek z garbem to tu już bohater. Szli ludzie niewidomi. Ktoś ślepy na jedno oko, które wypłynęło, albo miał bielmo, a inny był ślepy na oboje oczu. Dla tych ostatnich ślepy na jedno oko to był król. Szli ludzie o kulach. Jednym brakowało jednej nogi i nogawka ciągnęła się za nimi, innym brakowało obu nóg i ci jechali na wózkach, które sami popychali, albo inni pomagali im pchać. Ludzie bez rąk też należeli do „arystokracji” pośród kalek. Byli mężczyźni i kobiety o tak zdeformowanych twarzach, że strach było patrzeć.

Nie chciałem patrzeć na to przerażające widowisko, lecz nie mogłem. Przyciągało mnie jak magnes. Im bardziej zbolały był czyjś wygląd, tym bardziej ciągnęło mnie, by na niego patrzeć. Starałem się przegonić te kaleki, ale wciąż nie byłem przed nimi. Wciąż jeszcze ciągnął się przede mną długi szereg. I oto jestem już w końcu na żydowskim cmentarzu. Przy wejściu panował tłok. Było jeszcze wcześnie, a przecież ludzie spieszyli się. Nie mogłem pojąć, za czym ten pośpiech, ale kiedy wszedłem, zrozumiałem. Cmentarz pełen już był ludzi. A obok pulpitu z wielkimi woskowymi świecami nie było już miejsca.

Rozejrzałem się. Cmentarz pełen był płonących świec. Paliły się żółte, woskowe świece, i paliły się świece białe, stearynowe. Paliły się świece bardzo duże, średnie i małe. Świece, które zapala się w Jom Kipur, nazywają się „naszome-licht”. […] A tu „neszome-licht” płoną na samym cmentarzu, gdzie leżą zmarli, za których zapala się te świece. Płonące świece wydzielały niemało czadu, chociaż działo się to na zewnątrz i było całkiem wietrznie. Od czasu do czasu wietrzyk powiał mocniej i przygasił świece. Inne zgasił zupełnie. Właściciele i właścicielki tych świec, które zgasły, przybiegali przestraszeni i zapalali je na nowo.

Przypatrzyłem się temu tłumowi. Był on różnorodny. Najbardziej rzucili mi się w oczy ludzie kalecy. W środku było ich znacznie więcej niż po drodze, ale niektórzy z nich wyglądali jeszcze gorzej niż tamci. Widziałem już w różnych miastach Europy i Azji słynne rezerwaty [trędowatych]. Widziałem na rynkach żebraków kaleki prawdziwe i udawane. W pewnej dzielnicy żydowskiego Wilna widziałem [trędowatych] bez liku. Takiego fantastycznego „przeglądu” ludzkich deformacji, jaki oglądałem wtedy na cmentarzu przy ulicy Gęsiej, nigdy w swoim życiu nie widziałem.

Opanowałem w sobie żałość, jaką te kaleki we mnie wywołały, i przyjrzałem się innej grupie. Było sporo nędzarzy, którzy nie mieli żadnej wady, a wyglądali nie mniej żałośnie. Niektórzy z nich, tak starsi, jak i młodsi, tak mężczyźni, jak i kobiety, wyglądali tak nieszczęśnie, że nie potrzebowali żadnego feleru, żeby wywołać litość – wystarczyło, żeby zrobili jakiś grymas albo wyciągnęli rękę, a już wyglądali pożałowania godnie. Pomyślałem, że gdyby Bóg właściwie na nich spojrzał i gdyby naprawdę był Bogiem litościwym, to musiałby im pomóc.

A obok tych biedaków bez defektów fizycznych przybył na cmentarz na „Kol nidrej” warszawski półświatek. Można było rozpoznać bohaterów różnych żydowskich pisarzy. Można było się domyśleć, kto jest „tylko” złodziejem, a kto także alfonsem. A wśród złodziei poznać można było, kto jest „flinker jad”, kieszonkowcem, a kto jest „gewer”, osiłkiem z niedźwiedzią łapą, który jednym machnięciem może ogłuszyć ofiarę i zabrać jej wszystko. I poznać można było starszych członków półświatka, „solidarnych” złodziei, których praca bardziej polegała na udzielaniu rad niż właściwym okradaniu. Byli też starsi właściciele „zamtuzów”, którzy znani byli pod nazwą „Szapsowiczów”. Byli to ludzie w średnim wieku, z brodami, w których przeplatała się już siwizna, i z dużym brzuchem. Wszyscy oni byli odstrojeni świątecznie i niektórzy z nich prezentowali na brzuchu srebrną albo nawet złotą dewizkę. Nie może mi wyjść z pamięci jeden młodzian, który wyglądał dokładnie jak znany warszawski aktor Ajzyk Samberg w roli „Motke złodzieja”. A inny wyglądał dokładnie jak Morris Schwartz w roli „Jekla Szapszowicza” w sztuce „Bóg zemsty” [Szaloma Asza]. Bardzo chciałem go zapytać, czy naśladuje Schwartza, czy Schwartz naśladował jego…

Byli wśród tych przedstawicieli półświatka także tacy, którzy nosili się po chasydzku. Nie mieli maciejówek z błyszczącym daszkiem, jak wszyscy inni, tylko małe czapeczki ze materiałowymi daszkami, takie jak nosili zwolennicy chasydyzmu w Polsce. I także długie kapoty niektórzy z nich nosili. Powiedziano mi, że niektórzy z nich „pracują” sami jako złodzieje i ten właśnie bardzo pobożny wygląd pomaga im w ich „fachu”. Powiedziano mi, że na cmentarzu przebywali wtedy niektórzy złodzieje cieszący się w półświatku wielką sławą. Była to, jak to się mówi, „śmietanka”. Dziwiłem się, dlaczego policja nie wpadnie na cmentarz w tym momencie. Dowiedziałem się później, że był sygnał z góry, żeby tej nocy zostawić w spokoju żydowski półświatek, tak jak w święta chrześcijańskie daje się spokój półświatkowi chrześcijańskiemu, który zresztą był liczebnie o wiele większy żydowskiego. A może też policja wzięła w łapę za to, żeby tam nie wścibiać nosa. Trzeba zauważyć, że wszędzie wokół policji akurat nie brakowało, ale trzymała się z daleka i gotowa była interweniować tylko w sytuacji zagrożenia.

Także wśród kobiet nie brakowało takich, które należą do marginesu społecznego: prócz żebraczek, które rozmawiały ze sobą wulgarnym językiem, handlarki dziewczynami służącymi i służące oraz kucharki, które same pochodzą z półświatka. Były dziewczyny ulicy, obszarpane, czeszące się z „pejsami” na policzkach, które nie wzdragały się pokazać wszystkie części ciała. I były też starsze ulicznice, po których widać było, że zgasły i przywiędły a róż i puder, których sobie nie żałowały, nie były już w stanie zatuszować zmarszczek. U niektórych widać było oznaki pewnych chorób. Młodzieńcy, a i też starsi mężczyźni, patrzyli na nie z politowaniem. Były także takie kobiety, które nazywa się „ciotkami”. Wykąpane w ptasim mleku i w miodzie, nosiły dosyć sporo biżuterii na palcach, w uszach i na piersi. Kobiety te robiły najgorsze i najbardziej odrzucające wrażenie. Wyglądały żałośniej jeszcze niż kaleki.

Słońce chyliło się ku zachodowi. Ostatnie promienie przebijały się jeszcze tu i ówdzie między grobami. Niektóre stykały się blisko z płonącymi świecami i robiło to wrażenie, jakby migoczące płomyki i igrające promyki szły ze sobą w konkury. Ludzie szykowali się do „Kol nidrej”.

Niektórzy ubrali kitle, tałesy założyła większość. Tylko młodzieńcy nie zakładali tałesów. I rzuciło mi się w oczy, że liczba nieżonatych była niewielka. Przyjrzałem się tym tałesom. Było wśród nich wiele starych, wyblakłych, pożółkłych, podartych i połatanych. Niektóre miały kołnierze wyszywane srebrną nitką, które były podarte i sypało się z nich. Srebrna nitka była w strzępach. Niektórzy mieli tałesy całkiem długie, inni nosili krótkie, które wyglądały jak szarfy, a i wśród tych krótkich również nie brakowało starych i podartych.

Spostrzegłem, że pewien młody człowiek w kaszkiecie z błyszczącym daszkiem i z plebejską twarzą, ubrany również prostacko, wyjął z woreczka nowy tałes, pachnący nowością, piękny i czysty, i spowił się w niego. Zdziwiło mnie, że człowiek wyglądający tak prostacko ma taki piękny i bogaty tałes. I nabrałem podejrzenia, że kilka dni wcześniej, jeśli zgoła nie wczoraj, musiał ten tałes gdzieś ukraść. Dla niego kradzież nie jest przestępstwem, tylko sposobem zarabiania na życie. A wyrecytowanie „Kol nidrej” w pięknym tałesie dla niego zbożny uczynek wielkiej wagi.

Podczas gdy mężczyźni spowijali się w tałesy, kobiety też gotowiły się do „Kol nidrej”, a te, co były jeszcze z gołą głową, nakrywały się chustami i szalikami, które nosiły zawiązane na plecach. Wyglądało to i straszno, i śmieszno. Odświętnie, przeraźliwie i jakoś tak złowróżbnie. Słyszało się odmawianie „Tfile zache”, modlitwy poprzedzającej „Kol nidrej”. Ta modlitwa napisana jest wyszukaną hebrajszczyzną, a mimo to słychać było, że niektórzy wymawiają słowa poprawnie i z wyczuciem. Znać było, że nie brakuje tu takich, co uczyli się w chederze, a może jeszcze wyżej. Słychać było wzdychanie mężczyzn, do którego teraz dołączyło kobiece pochlipywanie. I płacz ten wywoływał uczucie tak samo dziwne, jak cały ten widok. Na cmentarzu, gdzie leżą pochowani Żydzi z najróżniejszych warstw społecznych, niektórzy z arystokratycznych rodów, zeszli się oto ludzie, z których większość robi dokładnie wszystko to, co przez Boga niedozwolone – a przecież modlą się do Niego. W bliskiej odległości znajdowały się groby sławnych rabinów, przedstawicieli najlepszych rodów i finansistów, którzy odegrali wielką rolę w życiu polskich Żydów i całego kraju. A jak daleko było do „ohelu Pereca”, gdzie obok Icchoka Lejbusza Pereca pogrzebano zwłoki Jakuba Dinesohna i Sz. An-skiego. Wydawało mi się, że oglądam tu wariację na temat sztuki Pereca „W nocy na starym rynku”.

Chazan odkaszlnął. Choć owinął się szczelnie tałesem, który przesłaniał mu całe oblicze, zdołałem jednak je zobaczyć. Był to mężczyzna w więcej niż średnim wieku i Brdę miał już siwą. Twarz była osobliwie szlachetna, ale wejrzenie jego było dobroduszne i smutne. Jeszcze chwila i chazan zacznie odmawiać tę starożytną modlitwę, która takie przejęcie wywołuje u Żydów i niezwykle wzrusza nie-Żydów.

I wtem rozległ się brzęk, jak żelaznymi łańcuchami, i wszyscy skierowali wzrok w stronę, skąd dobiegał ten dźwięk. Wszedł polski policjant w asyście dwóch ludzi, którzy skuci byli kajdanami. Stojący koło chazana mężczyzna, który najpewniej nadzorował ten świąteczny obchód na cmentarzu, z werwą podbiegł do bramy. To kuriozalne zdarzenie i tak rozumieli już wszyscy. Doprowadzono dwóch przestępców, którzy chcieli wysłuchać „Kol nidrej”. Byli to zapewne przestępcy tak niebezpieczni, że bano się ich rozkuć. Łańcuchy nie były widoczne, zakrywały je ubrania, ale było je słychać.

Trwało chwilę, zanim zamieszanie udało się uciszyć. Dłuższy czas jeszcze wzrok wszystkich skierowany był na bramę, gdzie stali ci dwaj skuci więźniowie. Ów człowiek, który podszedł do policjanta dowiedzieć się o dwóch „przybyszach”, których ten przyprowadził, wracając na swoje miejsce musiał po wielokroć uderzać ręką w modlitewnik, aż wszystko się uspokoiło i chazan zaczął prostym a silnym głosem mówić: „Al daat haMakom we-al daat ha-kahal” [fromuła wygłaszana przed „Kol nidrej”] - za wiedzą Boga i za wiedzą zgromadzenia, „bi-sziwa szel maala u-wi sziwa szel maata” – w parlamencie niebieskim i w parlamencie ziemskim, „anu matirin lehitpalel im ha-awarjanim” – zezwalamy modlić się z grzesznikami. Choć słowa te wypowiedziane zostały w języku świętym, w tej mowie, której większość tu nie rozumiała, wszyscy na usłyszane słowa zareagowali tak, jakby doskonale je rozumieli. Może tłumaczono im kiedyś, co te słowa oznaczają, a może wyczuli instynktownie, że ta krótka modlitwa ich właśnie dotyczy… A może mnie się wydawało, że reagują w taki sposób.

Ściemniło się. Tu i ówdzie na przejrzystym niebie pojawiły się gwiazdy. Chazan zaczął melorecytować odwieczne słowa na starodawną melodię. I chociaż jego głos był twardy, to zmiękł trochę i brzmiał jakby łagodniej. A kiedy chazan wypowiedział słowa „Mi-jom kipurim ze ad jom kipurim ha-ba” [„od tego dnia odpuszczenie aż do przyszłego dnia odpuszczenia”], wybuchło wielkie zawodzenie. Słychać było łkanie całego tłumu. Wydawało się, że nie tylko żywi płaczą, ale też umarli lamentują spoza grobu.

Po trzykroć, jak nakazuje zwyczaj, chazan powtórzył modlitwę i za każdym razem głos jego stawał się i silniejszy, i bardziej poruszający, a płacz, który temu towarzyszył, też był coraz głośniejszy i bardziej wzruszający.

Spojrzałem na moich sąsiadów i wszystkich ludzi, których tylko mogłem dosięgnąć wzrokiem. Rzadko napotkałem oczy, które by nie były pełne łez. Zadałem sobie pytanie: czego jest to wyraz? To strach, żal, czy zwykłe płakanie? Odpowiedziałem sobie, że wszystko po trochu. Ludzie mają oto sposobność, by wypłakać swoje serdeczne żale na wszystko, czego się nacierpieli, mają też okazję, żeby prosić Boga o poprawę swojego losu, a boją się, że tak się nie stanie, i są w strachu. I dlatego tyle lęku jest w ich oczach.

Kiedy chazan powiedział „Kol nidrej” po raz trzeci, wszyscy jeszcze dobrą chwilę pochlipywali i popłakiwali, z dużym trudem powstrzymując łzy. Większość z nich zaczęła wycierać oczy. Wielu robiło to małymi, białymi chusteczkami, inni wyjmowali z kieszeni grubsze, czerwone chustki. Niektórzy wycierali sobie oczy tałesami.

Chazan kontynuował modlitwę. Odmawiał starożytne modlitwy, śpiewał starodawne pieśni, a zewsząd mu pomagano i zakrzykiwano ze wszystkich stron. Byli tam Żydzi, którzy mieli słodszy niż on głos, a może też silniejszy. Niektórzy krzyczeli po prostu głośno, że nikt nie mógł ich przekrzyczeć. Były pewne modlitwy, które chazan odmawiał ze wzruszeniem, takie, które nawet kamień mogły by poruszyć, lecz zaraz po skończeniu „Kol nidrej” więcej niż połowa zgromadzonych nie wykazywała już takiego zainteresowania jak wcześniej. Policjant wyprowadził obu „gości”, których przyprowadził dokładnie w chwili, kiedy zaczynało się „Kol nidrej”. Znów rozległ się brzęk kajdan. I znów tłum wzrokiem odprowadzał aresztowanych. Niejeden z tych gapiów myślał sobie, że za rok to samo może spotkać i jego. A może już go to spotkało. Wielu z modlących się zasmakowało już więziennego chleba.

Szczęk kajdan słychać było jeszcze jakiś czas. Był to akurat moment, kiedy odmawiano cichą modlitwę. I brzęk żelaznych łańcuchów przydawał tej modlitwie smutku i strachu. Zdawało się, że szczęk kajdan ponownie skierował uwagę na modlitwę tej części zgromadzonych, która już wykazywała obojętność. Jeszcze jeden raz modlitwa poruszyła tłum. Było to wtedy, kiedy chazan siedmiokrotnie zawołał: „Haszem hu Elokim” [„Pan jest Bogiem”]. Powtórzył to siedem razy. Za pierwszym razem mówił już głosem tak doniosłym jak ryk lwa, że aż zatrzęsły się groby. Za siódmym razem wołanie chazana dosłownie poruszyło ziemię w posadach.

Po tym na modlitwie istotnie pozostała znacząca grupa, ale wielu odłożyło modlitewniki i zdjęli też tałesy. Zrobiła się taka bieganina stąd – tam, na zewnątrz i do środka, że nadzorujący musiał wiele razy i bardzo mocno uderzyć ręką w modlitewnik, żeby było cicho. A ludzie nie bardzo go słuchali. Chazan śpiewał właśnie pieśni, że człowiek dla Boga jest jak glina w ręku garncarza, ale nie wszyscy go słuchali. Niektórzy zaszyli się po kątach i rozmawiali, a inni w ogóle sobie poszli.

I ja też poszedłem zobaczyć, jak wygląda „Kol nidrej” w innych szulach i domach modlitwy w Warszawie. Najważniejsze już widziałem i słyszałem. Widziałem i słyszałem, jak żebracy i rekrutujący się z różnych grup członkowie półświatka, płci obojga, mówią „Kol nidrej”. Gorzałem cały i myślałem, co to za dziwny naród, ci Żydzi.

Rogal księżyca, który pojawił się na przejrzystym niebie, odprowadzał mnie i wydawało mi się, że „miesiączek” odgaduje moje myśli, których sam nie byłem świadomy. Ponad dwadzieścia lat minęło już od tego, jak widziałem i słyszałem „Kol nidrej” na cmentarzu żydowskim przy ulicy Gęsiej, a wciąż jeszcze mam ten ciekawy i straszny widok przed oczami i nawet dopatruję się w nim wielkości polskiego żydostwa.

Żródło: M. Rawicz (red.), Dos amolike jidisze Warsze, Montreal 1966, s. 121-130.
Tłum. Anna Ciałowicz

 

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 80 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3665772
UA-28053597-1