Na Grzybowie

Mojsze Klafter, właściciel trzech platform, dziesięciu dorożek, zajmował całe trzecie podwórze u Jakuba na Grzybowie.

Pierwsze dwa podwórza, ciemne, ze piwnicznymi wejściami, ciągnęły się jak tunele. Każde podwórze identyczne. Kropka w kropkę. Jak zadrzeć głowę – okna i balkony, które sięgały aż do czwartego piętra. Podwórze nie pauzowało. Mężczyźni – starzy i młodzi – kończyli naprędce sklecone kuczki, które stały na balkonach od podwórza. Pośpiech, bieganina, gorączka. Z otwartych okien dobiegał gwar, rozmowy, trajkotanie. Na podwórkach unosiły się świąteczne zapachy, które zapierały dech, pobudzały apetyt. Pachniało siekaną rybą, gefilte fisz, gotowanym karpiem. Pachniało przyprawionym rosołem na kurze, nadziewanymi kaczkami i gęsiami, słodką cebulką ze świeżymi, rumianymi skwarkami. Pachniało uwarzonym, dobrze przypieczonym cymesem – z marchwi, ze śliwek, z moreli.

Trzecie podwórze, które bardziej przypominało koński targ niż warszawskie podwórko, nie miało wiele wspólnego z pierwszymi dwoma. Konie, psy, wyrostki – to wszystko zniechęcało sąsiadów do zaglądania tutaj. Połowę podwórza zajmowały drewniane szopy, w których garażowały wozy. Drugą połowę – murowane stajnie. Powyżej stajni – dziesięciopokojowe mieszkanie, gdzie Mojsze Klafter mieszkał ze swoimi „dziećmi za życie i pensję”. Tak nazywano młodzików, którzy u niego pracowali. Ze stajni, z dwóch kup gnoju, parujących w zimne popołudnie, unosił się intensywny zapach, przypominający smród garbowanej skóry, zbutwiałego dębu, który rozprzestrzeniając się, tłumił zapachy świątecznych potraw.

Wigilię święta Mojsze Klafter spędził, majstrując przy kuczce. Zależało mu, żeby jego kuczka była piękniejsza od mieszczańskich, chasydzkich kuczek, tych z sąsiednich podwórzy. Cztery ściany wkoło drewnianej podłogi przytrzymywały cienkie łańcuchy. Wschodnią ścianę przyozdobił on tureckim szalem swojej żony. Na pozostałych ścianach – kilimy łowickie, którymi nakrywa się konie pociągowe. Na nakrytym stole – srebrne lichtarze, gąsiory z winem, oplatana wikliną butelka wódki. Mojsze Klafter z żoną siedzieli u szczytu stołu. Po obu stronach – dzieci. Za dziećmi – młodzikowie według starszeństwa. Dwaj młodzieńcy podawali do stołu. Inni dwaj pilnowali, żeby „bajtle” z innych podwórek tutaj nie myszkowali. Przyplątał się przed rokiem jakiś chasyd, chciał zobaczyć, jak pan Klafter wyprawia ucztę, więc taki młodzian porachował mu kości, tak że „powsinoga” przyrzekł więcej się tu nie pchać.

Podano już gefilte fisz, makaron z warzywami, nadziewanego indyka. Mojsze Klafter rozpiął pasiastą rypsową bonżurkę, rypsową wzorzystą koszulę. Pogładziwszy się po brzuchu jak po barabanie, zabrał się za miskę marchewki. Talarki gotowanej na miodzie marchwi błyszczały jak dukaty. Bardzo był ukontentowany z tej marchewki, i z pełnymi ustami powiedział do młodzików:
– Dlaczego nie pijecie, chewra?
Młodzieńcy, podochoceni, sięgnęli po butelki. Szyjki gąsiorów przechyliły się, napełniając z bulgotem szklanice. Po pierwszej szklance Grodul pozwolił sobie na uwagę:
– Na „mokum” bili Żydów.
– Gdzie, na Starym Mieście?
– I w Ogrodzie Saskim też.
– Na Grzybów nie przyjdą – Mojsz Kafter rozgryzał pestki moreli i ponad głowami wszystkich wypluwał łupiny przez otwarte drzwi.
– Jak Żydzi dają się bić na Starym Mieście, w Saskim Ogrodzie – Szlome Bikel poluzował pasek o jedną dziurkę – to na Grzybowie też dadzą się obić.
– Może ty, Bikel – Gradul dał mu fangę w nos – ja, Szimele Grodul, na pewno nie. A takie bicie to żadne bicie. Studenci z laskami nabitymi żyletkami. Takiemu wystarczy dać kułaka w bok.

Wino rozwiązało młodzieńcom języki. A jak się tak rozgadali, zaszczekał pies, po nim następny.
– Idzie kto? Kto idzie? - Mojsze Klafter podniósł głowę, jednocześnie odsuwając od siebie stół, żeby łatwiej było wstać.
Jeden z młodzieńców wyszedł z kuczki. Za nim – następny. Wrócili zaraz z kilkoma przestraszonymi sąsiadami.
Mojsze Klafter zdjął rypsową bonżurkę i wyszedł im naprzeciw.
– Co, na Grzybowie biją?
– Obrzucają kuczki kamieniami, podpalają gałęzie na dachach.
– Kij im w oko!
– Kolka w bok!
– Ferajna, chodźcie! – Mojsze Klefter zarzucił skórzaną kurtkę.
– Nie pójdziesz – żona zastąpiła mu drogę.
– Już robisz cyrki, Małko? – Mojsze Klafter odsunął żonę. – Bierz dzieci i idźcie na górę.
Na podwórzu było cicho. Klafter z młodzieńcami przez chwilę naradzali się w stajni. Później po dwóch, po trzech, wyszli przez podwórze na ulicę.

Na Grzybowie było cicho i mroczno. Z podwórek niosły się rozmaite dźwięki. Trudno było wyłowić pojedynczy głos. Wtem rozległ się krzyk:
– Żydzi, biją!
Pobity Żyd zataczał się od krawężnika do krawężnika. Za nim – następny, za tamtym – kolejny.
– Czego uciekacie? Nie uciekajcie, Żydzi!
– Gonią nas.
Ze dwudziestu chłopa, z uniesionymi wysoko kijami w rękach, kręcili się po Grzybowie, gonili za Żydami, wybijając przy okazji szyby, i nie zauważyli Mojsze Klaftera z jego kompanią.
Mojsze Klafter na czele. Za nim – Bikl i Gradul – jak rozpostarte skrzydła wdarli się między pałkarzy. Błysnęły ostrza noży. Tu i ówdzie przeciągły krzyk: „Olaboga” – ten i ów zarył nosem w asfalt, w kamienny bruk. To wszystko rozegrało się tak szybko i gwałtownie, że widać było tylko, jak goje uciekają, a Żydzi gonią. A gonił już nie Klafter ze swoimi chłopakami, tylko przygodni Żydzi. Żydzi w długich kapotach wyrywali pręty, sztaby, wybiegali z podwórek z kamieniami, z cegłami, źli na tych Żydów, którzy ukryli gojskich napastników.

Przez Grzybów, od siedziby gminy żydowskiej do ulicy Granicznej, nie dało się przejść – głowa przy głowie. Wszyscy rozprawiali, naradzali się:
– Oddać im!
– To jedyny sposób!
– Oddać im!

Źródło: Wen pojln iz gefaln, wyd. Jidisz, Buenos Aires 1945, s. 38-42., www.archive.org/details/nybc205935.spacerTłum. Anna Ciałowicz

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 66 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3673330
UA-28053597-1