Nalewki 15

Bieg wydarzeń skierował mnie na podwórze przy Nalewkach pod numerem 15, gdzie znalazłem się jako pracownik księgarni Dawida Sowy. Niespokojne czasy i rozgrywające się wokół wydarzenia wyrwały mnie z domu i bejt ha-midraszu1. Nie było już czasu, żeby siedzieć spokojnie i studiować. Trzeba było szukać jakiegoś pożytecznego zajęcia, ruszać w świat. Odwieczna miłość do książek zaprowadziła mnie do żydowskiej księgarni, gdzie można było wręcz oddychać zapachem wszystkich nowych i starych książek, na które dotychczas mogłem tylko popatrzeć przez okno wystawowe.

Moja nowa praca tak nie zaabsorbowała, że prawie zupełnie nie zwracałem uwagi na podwórze, gdzie znajdowała się ta księgarnia, a precyzyjniej – podwórza, gdyż Nalewki 13 było to ciąg podwórzy, niby uliczka, która miała wyjście aż na ulicy Dzikiej. Czegóż tam nie było? Fabryki i fabryczki, sklepy i sklepiki. Bóżnica i dom modlitwy. Przez cały dzień tłumy ludzi przelewały się z Dzikiej na Nalewki i z Nalewek na Dziką. Lecz, jak powiedziałem, mnie pochłaniała całkowicie księgarnia Dawida Sowy, gdzie po raz pierwszy w życiu miałem bezpośredni kontakt z ludźmi.

Dawid Sowa była to interesująca osoba. Wysoki, proporcjonalnie zbudowany, dobrze urodzony. Ukończył studia uniwersyteckie w Niemczech, w Berlinie albo w Monachium. Ni to syjonista, ni to asymilator. Cały czas podkreślał, że łaskę komuś wyświadcza, mówiąc w jidysz i zajmując się żargonowymi książkami. Żona była do niego bardzo podobna: smukła sylwetka, figura pięknie utoczona, córka z dobrego domu –absolwentka uniwersytetu w tym mieście, gdzie studiował jej mąż. Tam się poznali i wzięli ślub. Małżonkowie rozmawiali ze sobą po polsku lub po niemiecku. Ta ich niemiecka wyniosłość i patrzenie na wszystkich z góry czyniły oboje nieco antypatycznymi. To być może była główna przyczyna, że ich księgarnia nie stała się miejscem spotkań, jak to się działo w innych księgarniach. Nie czuli się tutaj na swoim miejscu. Oboje co dzień przychodzili wystrojeni. Ona zawsze w kapeluszu z woalką i w rękawiczkach, których nigdy nie zdejmowała. On zwykle w jasnym [szlusrok], odprasowanym, jakby się wybierał gdzieś na przechadzkę. Sprawiali wrażenie, jakby wpadli tu tylko na chwilę.

Księgarnia dzieliła się na dwie części: książki i czasopisma na sprzedaż w pomieszczeniu od frontu, a w tylnej części wypożyczalnia, gdzie za 20 kopiejek miesięcznego abonamentu można było wypożyczać książki. I właśnie to pomieszczenie na zapleczu stało się wkrótce moim ulubionym miejscem, do którego przylgnąłem duszą i ciałem. W krótkim czasie zaznajomiłem się ze wszystkimi półkami i zapełniającymi je książkami. Rzut oka wystarczył, bym odszukał książkę, której żądano. Po krótkiej wymianie zdań z czytelnikami odgadywałem ich gust i upodobania tak, że zwykle nie musieli korzystać ze źle sporządzonego katalogu, by znaleźć coś do czytania. Lekturę dostarczałem im bez trudu. Z przyjemnością obserwowałem, że prawie wszyscy czytelnicy przywiązali się do mnie i zdawali na mój wybór. A byli to czytelnicy różnego sortu. Młodzi robotnicy i urzędnicy, którzy zwykle szukali literatury popularnonaukowej z dziedziny nauk przyrodniczych i pachnących nowością wydań Pereca2, Pińskiego3, Szolema Alejchema4, Nomberga5, Rajzena6 i Asza7. Starsze, elegancko ubrane, a nawet wysztafirowane kobiety, którym trzeba było przynosić łzawe romanse, jak: Krwawe adieu, Nieszczęsna Amalia, Rinaldo Rinaldini. Młode, swojskie dziewczyny, które pochłaniały opowiadania miłosne Szomera8, przeżywały powieść Dinesohna9 Der szwarcer jungermanczik, zaczytywały się opowiadaniami Tenenbauma10 o podróżach i dalekich krajach.

Miałem nieodparte wrażenie, że jestem blisko z tymi wszystkimi ludźmi, który w sposób tak dyskretny, intymny zdradzali mi swoje pragnienia, co chcieliby przeczytać, albo przekazywali wrażenia, jakie zrobiła na nich lektura. Choć było to możliwe tylko w środku tygodnia, kiedy można było sobie pozwolić na dłuższą pogawędkę. Inaczej było w czwartek wieczorem i w piątek za dnia, gdy cała masa czytelników szukała dla siebie lektury na szabes. Wtedy nieduża biblioteka przeżywała oblężenie. Trzeba było w krótkich słowach dojść do porozumienia, czego klient oczekuje, a co może otrzymać.

Nie wiem dokładnie, czy dlatego, że interesy w księgarni nie szły najlepiej, czy dlatego, że małżeństwo Sowów przekonało się, że można mnie wykorzystywać, w każdym bądź razie wkrótce zwolniono jedną z osób, która pracowała w sklepie przy sprzedaży książek. Przeniesiono mnie tam i obarczono dodatkowymi obowiązkami. Należało do nich także chodzenie z zamówieniami do wydawnictw i księgarzy, którzy byli jedynymi dystrybutorami danego tytułu. Często musiałem dostarczać zamówienia do biblioteki i wydawnictwa Lindskina na Nalewkach.

Jakuba Lidskina wcześniej znałem z widzenia, gdyż przychodziłem do jego wypożyczalni, gdzieś na pierwszym piętrze, pożyczyć książki. Zawsze robił na mnie przyjemne wrażenie i wywoływał szacunek swoją postawą, troską o czytelników i kupców. Był wysoki, szczupły, ubrany po niemiecku, o ciemnej, pobladłej twarzy, modelowanej siwiejącą czarną bródką. Nigdy nie słyszałem, żeby mówił głośno. Kiedy jego pracownicy byli zajęci, sam pytał nieśmiało, czego klient by potrzebował. I spokojnie, z galanterią podchodził do wysokich półek, zdejmował żądaną książkę i wręczał ją klientowi. Z taką samą życzliwą powagą odnosił się do mnie, kiedy przychodziłem z zamówieniami albo z należnością za zakupione książki.

Księgarz Berlinerblau, który swój skład miał przy ulicy Twardej, był jego dokładnym przeciwieństwem. Człowiek-gorączka. Był jeszcze całkiem młody, pochodził z chasydzkiej rodziny, ale ubierał się już z niemiecka. Mówił głośno i nigdy nie miał cierpliwości, żeby wysłuchać, co inni mają do powiedzenia. Przesuwał myckę na czubek głowy, ręce wyciągał do przodu i wodził gniewnymi oczami tak, że mógłbyś pomyśleć, iż zaraz cię połknie. Lecz przy tym wszystkim był to "żydowski rozbójnik". Uspakajał się równie szybko, jak wpadał w gniew, a często jeszcze kończyło się na serdecznym śmiechu. Żydowskie książki kochał sercem prawdziwego fachmana. Interesował się białymi krukami. I nie raz targowałem się z nim, kiedy potrzebowałem jakiejś książki dla naszego klienta albo miałem ją zamienić na inną.

W księgarni Berlinerblaua zdarzyło mi się kiedyś – rok albo dwa wcześniej – być świadkiem ciekawej sceny. Zimowy dzień. Berlinerblau z jakiegoś powodu jest zły i wydziera się na cały głos. Jego oczy miotają gromy, a my, kilku stałych klientów, którzyśmy akurat byli na miejscu, ze strachu boimy się ruszyć z miejsca. Otwierają się drzwi i wchodzi mężczyzna w średnim wieku, ubrany w zimowy płaszcz z postawionym barankowym kołnierzem i w czapce z baranka. Berlinerblau nic sobie nie robi z tego, że wszedł klient. Nowo przybyły podchodzi do niego i wita się:
– Szolem alejchem!

Berliner nie przeszkadza sobie i podniesionym głosem odpowiada nieuprzejmie:
– Szolem alejchem!

Gość jednak nie ustępuje i mówi, podkreślając:
– "Ki szmo ken-hu"11. Szolem Alejchem…

Wtedy Berlinerblau się połapał:
– Szolem Alejchem?

Tak. Jego twarz oblewa się pąsem. Uśmiecha się zawstydzony, odpowiadając na szeroki uśmiech gościa. I dopiero teraz wszyscy przytomniejemy: tak, to właśnie on, wielki Szolem Alejchem, z charakterystycznymi, śmiejącymi się zza okularów oczami. Nasz Szolem Alejchem. Robi się zamieszanie. Berlinerblau wychodzi zza kontuaru, podstawia gościowi krzesło, żeby usiadł. Stoi przed nim nieco zagubiony. My, obecni tam, nie śmiemy podejść bliżej. Jedynie przysłuchujemy się cichej rozmowie, którą Szolem Alejchem prowadzi z właścicielem sklepu. Z oddali przypatrujemy się tej dobrze znanej twarzy, której wyraz zmienia się nieustannie, ożywając mądrym śmiechem, by za chwilę zaciągnąć się głęboką powagą.

Rozmowa nie trwa długo. Szolem Alejchem wstaje, podaje rękę gospodarzowi, żegnając się z nami skinieniem głowy, w podzięce za szacunek taktownie okazywany mu z daleka.

Niestety, wtedy jedyny raz dane mi było spotkać Szolema Alejchema twarzą w twarz.

Po jego odejściu Berlinerblau znów rechoce z zadowolenia. Przesuwa myckę na czubek głowy i wyciąga przed siebie trzęsące się ręce:
– I bądź tu mądry – Szolem Alejchem!…

Ciekawym typem sprzedawcy książek był "panie Perelman", który nie miał księgarni, a tylko prowadził wielki skład książek zgromadzonych w swoim prywatnym mieszkaniu przy Twardej pod numerem 6 albo 8. Jego mieszkanie tonęło w książkach. Były poukładane i poupychane pod łóżkami, na łóżkach, pod szafami, na szafach. Na oknach i pod stołami. Zajmował się też głównie tytułami rzadkimi, które gdzieś wynajdował i przynosił później do Sowów, żeby się nimi pochwalić, albo w inny sposób dawał znać, że takowe posiada. Jeśli chciało się je nabyć, trzeba było się do niego pofatygować. Był zadufany w sobie. Uważał, że nikt nie zna się na książkach lepiej od niego. Całą swoją posturą jakby dawał do zrozumienia: "Czego pan tu szukasz? Co pan możesz wiedzieć o książkach?"… Rzadko patrzył na ludzi, z którymi rozmawiał. Zawsze na dystans. Zawsze podminowany. Palto zawsze zapięte, a sztywny kapelusz mocno osadzony na przyprószonej siwizną głowie. Niechętnie wypuszczał żądaną książkę z ręki. Ale jakeś książkę już dostał do przejrzenia, a – nie daj Bóg – wypowiedział przy tym niezbyt trafną uwagę na temat jej wartości i i doniosłego znaczenia, wyrywał ci ją z ręki i odchodził, zostawiając cię z otwartymi ustami i niedokończonym zdaniem. Nazbyt był pewny, że koniec końców każdy będzie musiał do niego wrócić, jeśli rzeczywiście chce mieć wybraną książkę.

Także Perelmana znałem już wcześniej, kiedy razem z przyjacielem mojej młodości, Beniaminem, zostawiałem byłem w jego domowym składzie książek każdego guldena, jakiego mieliśmy, żeby kupić książki, żydowskie i hebrajskie, które gromadziliśmy w naszej małej prywatnej bibliotece.

Jak już wspomniałem, z powodu niezbyt sympatycznych Sowów nasza księgarnia nie stała się miejscem spotkań. Przy tych rzadkich okazjach, kiedy rozmowa z jakimś klientem zeszła na temat literatury czy polityka, Sowa zawsze mówił autorytatywnie i z taką pewnością siebie, że nie było miejsca na pogląd odmienny, gdyby ktoś chciał takowy wyrazić.

Pamiętam kilka spotkań z pisarzem ludowym H. Epelbergiem12, autorem sztuki teatralnej Dowid in der wiste, który później został dyrektorem teatru. W tamtym czasie Epelberg wydawał antologie literackie i almanachy. Sam dokonywał wyboru materiału literackiego, zdobywał reklamy, które miały pokryć koszty druku, a także obchodził księgarnie, żeby rozliczyć sprzedane egzemplarze. Z tego powodu musiał od czasu do czasu odwiedzić i naszą księgarnię. Był wysoki, silnie zbudowany, miał zdrową, rumianą twarz i ryżawą, przystrzyżoną bródkę. Był wyniosły i mówił z taką samą niemal pewnością siebie jak Dawid Sowa. Zawsze więc, kiedy stojąc przed rozpartym w fotelu Sową wymawiał pierwsze słowa, czy to chodziło o rozliczenia, czy miało związek z bieżącymi wydarzeniami politycznymi, w powietrzu od razu latały iskry. Rumiana twarz Epelberga robiła się pąsowa, a wyniosły, prześmiewczy ton Sowy rozbrzmiewał tak donośnie, że zanosiło się na wojnę. Po kilku minutach Epelberg chwytał swój gruby portfel i wybiegał bez pożegnania, podczas gdy Sowa jeszcze wykrzykiwał za nim słowa wcale nie do śmiechu.

Podobne wizyty w sprawach "literackich" rozliczeń składał nam w tamtym czasie Mojsze Szlafsztejn13, badchen14, znany jako Mojsze Lakemacher. Jego wizyty zawsze przebiegały w przyjemnej atmosferze. Mojsze Lelkemacher był też ludowym pieśniarzem. Układał pieśni o najważniejszych wydarzeniach. Słowa dopasowywał do popularnych melodii, drukował je – razem ze swoim portretem – na pojedynczych lub podwójnych kartkach i rozprowadzał wśród ludu. Piosenki te były bardzo lubiane; śpiewali je duzi i mali we wszystkich żydowskich domach. Bardzo popularna była, na przykład, jego piosenka o buchalterze Fajgelesie, którego zamordowali dwaj koledzy, żeby zabrać pieniądze, które niósł do banku. Była to przeróbka teatralnego przeboju Abrahama Goldfadena15 Dr Almosade, zatytułowana Farjomert, farklogt, którą śpiewało się oczywiście na melodię oryginału.

Także Mojsze Lalkemacher przychodził do naszej księgarni, gdyż sam roznosił kartki z wydrukowanymi piosenkami, które wstawiał do sprzedaży. Lecz z nim Dawid Sowa się nie kłócił; nie był to dla niego wystarczająco dobry przeciwnik. Odwrotnie, lubił się z niego naigrywać i stroić sobie żarty jego kosztem. Ten badchen był to człowiek ubogi, trefniś, który żarty na swój temat puszczał mimo uszu albo z życzliwością odpowiadał własnym dowcipem, z którego Dawid Sowa, a czasem nawet wyfiokowana madame Sowa, śmiali się głośno i serdecznie. Mojsze Lelkemacher był w średnim wieku, nieco posiwiały. Ubrany w dość długą kapotę i wysokie buty. Wełniana żydowska czapka nie przesłaniała jego ruchliwych, śmiejących się oczu. Zawsze wsparty na typowej dla warszawskich Żydów laseczce. Nie czekał, aż go poproszą, żeby usiadł. Sam się gospodarzył. I nawet klienci, którzy również znaleźli się w księgarni, zaraz otaczali go kołem, kiedy opowiadał jakiś nowy dowcip albo śpiewał piosenkę, którą ułożył i szykował do druku.

Wizyty Mojsze Lalkemachera były, można powiedzieć, najjaśniejszymi chwilami, rozpraszającymi przyciężką atmosferę w księgarni u Dawida Sowy.

Jeszcze innym, mniej lub bardziej stałym bywalcem, był młody poeta L. Berman16 – blond młodzieniec o niebieskich, promiennych oczach i z uśmiechem na ustach, które już chciały wyrazić całą gamę uczuć, przeżyć i wrażeń, zebranych głęboko w sercu i czekających na nadanie im poetyckiej formy. Pochodził gdzieś z Litwy, a do Warszawy przyjechał po to, żeby znaleźć się w literackim kręgu. Czy to mu się udało, nie wiem. Lecz z takiego lub innego powodu miał wstęp do naszej księgarni. Wchodził tak jakoś chyłkiem, Sowa jakby go nie zauważał. Udawał, że go nie widzi, kiedy tamten, nieco zawstydzony, zaglądał a to do jakiegoś czasopisma, a to do nowości wydawniczych. Musiała upłynąć chwila, żeby Berman poczuł się swobodniej i udając, że spotkał Sowę w szczęśliwej godzinie, wtrącał się do prowadzonej przezeń rozmowy, a kończyło się nawet na tym, że deklamował swoje wiersze. Miał hyzia na punkcie żydowskiej poezji. Jego idolem był Morris Rosenfeld17. Ogłaszane wtedy wiersze Rosenfelda znał na pamięć i do deklamowania nie trzeba go było długo namawiać. Twarz jego promieniała, oczy rozpalały się blaskiem, kiedy z patosem i żarem śpiewnie recytował:

"Wos rukt ir alc dos flejsz cu zich,
un szart cu mir di bejner?
Wos majnt ir wos, a hunt bin ich?
A hunt mit kekilesze cejner?…"18

Jego oblicze biło świetlanym blaskiem, kiedy deklamował:

"Wider iz der maj gekumen
mit zajn friling mit zajn pracht…"19

Berman zarażał wszystkich swoim nieokiełznanym temperamentem poetyckim, a w księgarni jakby zaciągał powiew wiosny. Mogłem już liczyć na nagrodę od Sowów: "No, nich już będzie", czyli zgodę na wypożyczenie za darmo młodemu poecie kilku książek, które właśnie chciał przeczytać.

Od czasu do czasu widywałem później wiersz L. Bermana w jakiejś łódzkiej albo warszawskiej gazecie. Nie wiem jednak, co wyrosło z tego jasnowłosego, uśmiechniętego i uczuciowego piewcy wielkiego Morrisa Rosenfelada.

Pomijając jednak nieliczne chwile "łapania oddechu" i wielką radość z ciągłego przebywania między książkami, moja sytuacja w księgarni u Sowów była coraz trudniejsza. Byłem teraz jedynym zatrudnionym w obu częściach i naprawdę nie miałem życia. Na domiar złego musiałem rano, zanim przyszedłem otworzyć interes, zapewnić dostawę gazet – hebrajskich i polskich – na sprzedaż. To powodowało u mnie w wielkie przygnębienie. Mimo że byłem wtedy już trochę zbuntowany, mimo że Brandstaetter20 położył był kres mojej wierze chasydzkiej, a Fajerberg21 zrobił niesamowite wrażenie swoim sceptycznym podejściem, nadal jednak nie mogłem zmusić się do tego, żeby zjeść bez wcześniejszej modlitwy22. Z tego powodu, że musiałem wstawać bardzo wcześnie i śpieszyć do księgarni, nie miałem czasu na modlitwę. Później nie miałem wolnej ani minuty, więc wychodziło na to, że codziennie musiałem pościć do trzeciej, czwartej po południu. Dopiero kiedy nie byłem w stanie dłużej wytrzymać, wyrywałem się do szulu na tym samym podwórzu, zakładałem szybko tefilin23, i odmówiwszy modlitwę pozwalałem sobie coś przełknąć.

To mnie bardzo uwierało. Byłem pewien, że oboje, Dawid Sowa i jego madame, o tym wiedzieli, ale udawali, że się nie orientują. Nigdy się nie zainteresowali, nie zapytali: "Kiedy idzie pan coś zjeść?". Zacząłem wtedy dobrze rozumieć znaczenie tak ostatnio popularnego słowa: "eksploatacja". Poza tym nie mogłem ścierpieć sposobu, w jaki odnosili się do codziennych wydarzeń, którymi żyła ówczesna Warszawa, tej ich nieskrywanej nienawiści, z jaką mówili o ludziach, którzy narażali swoje życie w walce o lepszy, sprawiedliwszy świat. I muszę przyznać, że tych dwoje absolwentów niemieckiego uniwersytetu, dobrze urodzonych "inteligentów", to byli pierwsi ludzie, do których przy moim młodym wieku zacząłem odczuwać żal. Byłem gotów porzucić ich, nawet za cenę wyrzeczenia się radości z przebywania w świecie książek, obcowania z czytelnikami, którzy tak się ze mną związali, że bez mojej pomocy nie chcieli brać książek do czytania.

Miałem okazję się przekonać, że wypożyczalnia jest całkowicie zależna ode mnie: gdy uświadomiwszy sobie, że małżeństwo Sowów coraz bardziej mnie wykorzystuje i nakłada na mnie coraz więcej pracy, odmówiłem dalszej pracy w ich księgarni, madame Sowa, wystrojona, wyfiokowana i wyniosła, zmuszona była pofatygować się do naszego domu, by przekonać mnie do powrotu. Prawie wszyscy czytelnicy oświadczyli bowiem, że beze mnie nie będą więcej pożyczać żadnych książek. Rzeczywiście, wtedy wróciłem, ale nie na długo. Nieprzyjazna, napięta atmosfera znów mnie wygoniła. Choć w tamtych dniach było mi jeszcze dane przeżyć jedno wielkie, radosne wydarzenie: dotarcie do Warszawy pierwszych numerów nowo powstałego żydowskiego dziennika "Der Frajnd"24.

Wobec ciągle rosnącego zapotrzebowania na słowo żydowskie, które młoda literatura w tym języku obudziła w szerokich masach, i przy wielkim głodzie nowości, które przynosiły ówczesne burzliwe wydarzenia, brak codziennej gazety dał się silnie odczuć. Czytano oczywiście "HaCefirę"25 i "HaCofe"26 bądź bardziej liberalne polskie dzienniki. Oczekiwano jednak możliwości czytania o wydarzeniach dnia, komentarzy w mowie ojczystej, w naturalnym języku rozmowy, w którym omawiane wydarzenia przeżywano. I w końcu przyszła wiadomość, że w dalekim Petersburgu, w tym gnieździe wszelkiego zła, przeciwko któremu trwa śmiertelny bój – zaczyna się ukazywać żydowska gazeta codzienna. Ciekawość i zniecierpliwienie sięgnęły zenitu. Trudno było wręcz sobie wyobrazić: jak będzie wyglądała gazeta wydrukowana zwyczajnie po żydowsku? W jaki ton uderzy? Jak będzie wyłapywać na nastroje i wyrażać to, co leży na sercu Żydom w Warszawie,, Białymstoku, Mińsku, Kijowie i Odessie? Mówiło się o tym przez wiele dni, zarówno o nas, u małżeństwa Sowów, jak i w innych żydowskich księgarniach. Tak samo, jak deliberowano o tym w szulach, sztiblach, na giełdach partyjnych, i wszędzie tam, gdzie gromadzili się synowie i córy narodu żydowskiego. Napięcie i oczekiwanie rosły z dnia na dzień.

I oto nastał wieczór, kiedy miałem pójść do biura, które otworzył był "Der Frajnd"w Warszawie, odebrać pierwszy numer tej tak długo wyczekiwanej żydowskiej gazety. Nigdy nie zapomnę tego przedświątecznego, pełnego napięcia nastroju, jaki panował w niedużym pokoju przyjęć gazety "Der Frajnd". Tłok i nerwowość, jakie tam panowały, przypominały nastrój, jaki unosi się w powietrzu w przeddzień jakiegoś ważnego wydarzenia. Kogóż tam nie było? Żydowscy księgarze, pisarze żydowscy, członkowie różnych partii żydowskich i zwykli ludzie, którzy chcieli mieć honor trzymania w ręce pierwszego numeru gazety zaraz po tym, jak się pojawiła. Lecz jak na złość pociąg z Petersburga miał opóźnienie. Minął kwadrans, pół godziny, a gazeta się nie pojawiała. Z drugiego pokoju, gdzie przebywali biuraliści i osoby upoważnione, słychać było zniecierpliwione głosy i dzwonienie – to ciągle łączono się telefonicznie, żeby zasięgnąć informacji na Dworcu Petersburskim. Od czasu do czasu drzwi gwałtownie się otwierały i wychodził stamtąd raz Frajd junior, raz Frajd senior – przedstawiciele gazety "Der Frajnd" w Warszawie. Rozognieni, spoceni próbowali uciszyć podenerwowanych oczekujących: jeszcze chwileczkę, pociąg zaraz przyjedzie. Lecz z każdym ich wejściem napięcie w pokoju przyjęć było coraz większe. Aż w końcu, z dwugodzinnym opóźnieniem, rozległ się odgłos nadjeżdżających platform z paczkami świeżych, lśniących, tak ukochanych stron zadrukowanych żydowskimi literami. Radość oczekujących zamieniła się nieomal w panikę. Każdy chciał pierwszy dostać gazetę. Ludzie wyrwali się, żeby być jak najbliżej drzwi, gdzie wyłożono paczki. Rozpychano się łokciami, ponad głowami sąsiadów. Młody Frajd starał się ze wszystkich sił kontrolować dystrybucję gazety i utrzymywać choć złudzenie jakiegoś porządku. I przepełnieni radością ci, którym koniec końców udało się dostać paczkę gazet, bez tchu wybiegali na ulice Warszawy, żeby podzielić się tym niesamowitym prezentem, pierwszą gazetą codzienną w języku żydowskim…

Lata później, podczas pobytu w Erec Israel, kiedy zostałem zaproszony przez nieżyjącego już burmistrza Tel Awiwu pana Dizenhoffa27 do jego do domu na herbatę w sobotnie popołudnie, w niewielkim gronie gości dostrzegłem Frajda juniora: miłego, przyjemnego człowieka, już podstarzałego, który z takim wyczuciem i mądrością udzielał się w poufałej rozmowie, jaka toczyła się przy świątecznym stole.

Przypomniałem mu ów szczęśliwy wieczór w Warszawie, kiedyśmy w takim uniesieniu i z biciem serca oczekiwali na nadejście pierwszego numeru gazety "Der Frajnd". Frajd uśmiechnął się radośnie, a jego oczy pod krzaczastymi brwiami zamgliły się nostalgicznie…

 

Źródło: Warszewer hejf, Central-farband fun pojlisze jidn in Argentine, Buenos Aires 1947, s. 149-162. spacerTłum. Anna Ciałowicz.

 

Bejt ha-midrasz (hebr.) – dom nauki. [↑]
2. Icchok Lejbusz Perec, zw. "ojcem poezji żydowskiej" (1851 Zamość – 1915 Warszawa) – poeta, prozaik, dramaturg, krytyk, klasyk literatury jidysz i hebrajskiej. W latach 1891-1895 wydawał serię "Jidysze Bibliotek" (jid., "Biblioteka Żydowska"). [↑]
3. Dawid Piński (1872 Mohylew – 1959 Hajfa?) – dramaturg, nowelista piszący w języku jidysz; tłumacz i wydawca. [↑]
4. Szolem Alejchem (właśc. Szolem Rabinowicz, 1859 Perejesław – 1916 Baranowicze) – klasyk literatury żydowskiej. [↑]
5. Hirsz Dawid Nomberg (1876 Mszczonów – 1927 Otwock) – pisarz, publicysta, działacz polit. i społeczny. [↑]
6. Abraham Rajzen (1876 Kojdanów, Białoruś – 1953 Nowy Jork) – poeta, nowelista, publicysta, redaktor. [↑]
7. Szalom Asz (Kutno 1880 – Londyn 1957) – piszący w jidysz prozaik, dramaturg, eseista; bywa nazywany "czwartym klasykiem" literatury jidysz; honorowy prezes jidyszowego PEN-Klubu. [↑]
8. Szomer, właśc. Nochem Mejer Szajkiewicz (Nieśwież 1849 – Nowy Jork 1905) – autor ponad dwustu popularnych powieści w języku jidysz oraz kilkunastu sztuk teatralnych; dla wielu pisarzy i krytyków stał się symbolem literatury brukowej. [↑]
9. Jakub Dinesohn (Dyneson) (1856 Nowe Zagory k. Kowna – 1919 Warszawa) – prozaik, publicysta, działacz oświatowy. [↑]
10. [???] [↑]
11. "Ki szmo ken-hu" (hebr.) – "On jest jak jego imię" (I Sm 25:25). [↑]
12. [???] [↑]
13. [???] [↑]
14. Bedchen (hebr.) – marszałek weselny, wodzirej. [↑]
15. Abraham Goldfaden [↑]
16. L. Berman [???] [↑]
17. Morris Rosenfeld, właśc. Mosze Jakub Alter (1862 Boksze koło Sejn – 1923 Nowy Jork?) – poeta piszący w j. jidysz; będąc z przekonania socjalistą, stał się przede wszystkim bardem uciskanego proletariatu. [↑]
18. [???] [↑]
19. [???] [↑]
20. Mordechaj Dawid Brandstaetter (1842 [1844] Brzesko – 1928 Tarnów) – pisarz hebrajski, przemysłowiec, ojciec Michała Brandtstaettera. Debiutował w 1869 w gazecie "HaSzachar". W swoich opowiadaniach wyszydzał chasydów i cadyków, a zwłaszcza ich interesowność materialną. [↑]
21. [???] [↑]
22. Religijnemu Żydowi nie wolno jeść przed odmówieniem modlitwy porannej. [↑]
23. Tfilin (hebr./jid.) – dwa skórzane pudełeczka (jedno na czoło, drugie na lewą rękę) zakładane przez mężczyzn w czasie modlitwy. [↑]
24. Der Frajnd" (jid., "Przyjaciel") – pierwszy żydowski dziennik wydawany w 1903-1908 w j. jidysz w Petersburgu. [↑]
25. "HaCefira" (hebr., "Jutrzenka") – pierwsze w j. hebrajskim czasopismo w Królestwie Polskim, założone w Warszawie przez Chaima Zeliga Słonimskiego, ukazujące się od stycznia 1862; od 1875 wydawane było – z przerwami – w Warszawie aż do 1931. [↑]
26. "HaCofe" (hebr., "Obserwator") – dziennik, wydawany w Warszawie w j. hebrajskim w latach 1903-1905. [↑]
27. Meir Dizenhoff (1861 – 1936) – polityk syjonistyczny, pierwszy burmistrz Tel Awiwu. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 31 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3722827
UA-28053597-1