Pańska 20

Na czas jakiś zawitałem do administracji „HaCefiry”1 przy ulicy Pańskiej pod numerem 20. Przyczyniło się do tego niewątpliwie też moje pragnienie przebywania w pobliżu pisarzy i osób na co dzień tworzących gazetę, która była tak lubiana przez szerokie rzesze zwykłych ludzi. Bo mimo tego, że „HaCefira” była gazetą hebrajską, redagowaną w języku świętym, wśród warszawskich Żydów cieszyła się dużą poczytnością. Zwłaszcza że kiedy chciało się przeczytać najświeższe informacje po żydowsku, trzeba było czekać kilka dni, aż z Petersburga dotrze „Der Frajnd”2. Z „HaCefirą” byli wtedy związani I.L. Perec3, H.D. Nomberg4i inni, którzy przyciągali miłośników literatury żydowskiej.

Redakcja i administracja „HaCefiry” zajmowały parter budynku. I choć niczym nie były rozdzielone, czuło się jednak pewnego rodzaju granicę – do tego miejsca rozciąga się terytorium administracji, a w pozostałych pokojach znajduje się redakcja z pisarzami, do których tak się lgnęło. Powyżej obu części, na pierwszym piętrze, znajdowało się mieszkanie redaktora, dra. Eljaszewa5.

Przełożonym administracji był – jeśli mnie pamięć nie myli – niejaki L. Fridman. Płowowłosy młodzieniec, przyjazny i łatwy w kontakcie. Do mojego młodego wieku i słabości do żydowskich pisarzy odnosił się jak starszy brat. Jednak w pierwszym okresie przychodziło mi pracować nocami, kiedy zarówno podwórze, jak i redakcję spowijała ciemność. Tak więc moje pamiętanie „HaCefiry” jest mroczne, związane z porą nocną. Choć nawet to nocne życie nie było bezbarwne i bezgłośne. Nawet nocą trwała praca nad przygotowaniem gazety. Prawie co pół godziny przychodziły telegramy o wypadkach w różnych częściach kraju.

Od czasu do czasu wpadał któryś z pisarzy, co mieszkali w bardziej odległych rejonach, i wolał tu przenocować, niż dać się aresztować policji, która w nocy patrolowała miasto.

Uciechy w godzinach nocach dostarczał Leon, „bundowiec”, jak się na niego zwykło mówić. Był to wysoki, szczupły młodzieniec z jasną, szczerą twarzą i niebieskimi, śmiejącymi się oczami. Pracę swoją wykonywał ze śpiewem na ustach. Lecz godne podkreślenia jest to, że swoje rewolucyjne pieśni o buncie i oporze śpiewał z rozrzewniającą tkliwością. W jego młodym głosie było tyle życzliwej sympatii, gdy śpiewał:

„Mir wern gehast un getribn
mir wern gejogt un geplogt,
un alc nor derfar wos mir libn
dos oreme arbeter folk” 6

albo:

„In dem land fun piramidn war ejn kenig
bejz un szlecht
un es waren ale Jidn
dajne diner, dajne knecht”7.

Robota paliła mu się w rękach. A mnie w jego towarzystwie udzielały się żarliwość i entuzjazm. Mimo całej otwartości, otaczał go jednak nimb pewnej tajemnicy. Czuło się, że jest to jeden z tych ludzi, którzy nie szczędzą poświęceń, gdy idzie o sprawy ideowe.

I że jak nie dziś, to jutro pójdzie siedzieć razem ze swoimi towarzyszami gdzieś na Pawiaku albo w Cytadeli, i tam z taką samą werwą i przejęciem będzie śpiewać:

„Brider, mir hobn geszlosn
ojf lebn un tojt a farband.
Mir sztejen in kamf wi genosn,
di fon, di rojte in hant”8.

Dla żartu i trochę z ciekawości ośmielano się go czasem prosić, by pokazał, czy czasem nie ma pod ubraniem czarnej koszuli, charakterystycznej w tamtych czasach dla rewolucjonisty. Radości innego rodzaju dostarczał nam znany obecnie poeta hebrajski Jakow Steinberg9. Młody, obiecujący poeta był wówczas powszechnie lubiany. W tamtym okresie jednak jego zadanie polegało na tłumaczeniu telegramów, które przychodziły nocą. Z tego powodu sypiał w administracji. A sen miał głęboki. Wszystko wokół mogło się walić, jemu to nie przeszkadzało. Więc jak długo dało się to odwlec, zostawialiśmy go w spokoju. Kiedy jednak zbliżała się pora oddania telegramów do składu, wtedy dopiero się zaczynało. Najpierw ktoś próbował go budzić. Ale to nie było proste. Wtedy brało się za niego jeszcze kilku. Budzili go, on odpowiadał, oczu wszak nie otwierał, pozostając w głębokim uśpieniu. Wtedy już zabierali się za niego wszyscy, trzeźwili, szarpali i błagali, aż w końcu udało się go wyrwać z objęć Morfeusza. Powoli otwierał oczy, siadał i jak małe dziecko otwierał ślepia. Dłuższą chwilę trwało, zanim doszedł do siebie i zabrał się za telegramy. Jego praca zaraz nabierała tempa. Hebrajski tekst tłumaczenia rozrastał się w wielkie ryzy papieru. Wydarzenia, o których informowano w telegramach, niezwykle go poruszały. Reagował na nie kpiną albo gniewnymi uwagami na głos, a nawet uderzeniem pięścią w stół. Pamiętam, że raz Steinberg, tłumacząc telegram, wydał wesoły okrzyk, poderwał z miejsca i wskoczył – psotnik – na ławkę, tak że głową rozbił wiszący żyrandol. Wszyscyśmy się przestraszyli i podbiegli do niego. Dopiero wtedy się okazało, że telegram podawał jakąś tragikomiczną informację o judofobie Kruszewanie10.

Jedną z takich nocnych scen zapamiętałem w związku z Szalomem Aszem11. Młody wówczas i niezwykle popularny Asz przyszedł spać do redakcji. Miał wstać bardzo wcześnie, żeby jechać do Krakowa na premierę jednej ze swoich sztuk – Moszijach cajtn12 albo Got fun nekome13 – którą wystawiał polski teatr. Był w bardzo dobrym nastroju, żartował i umówił się ze mną, że o piątej czy szóstej rano mam go obudzić. Co dla mnie przebywanie tak blisko Asza, a nawet możliwość budzenia go na wyjazd do Krakowa, nie trzeba chyba tłumaczyć. Jak dla każdego młodego czytelnika, Asz był dla mnie bogiem. Nieraz sam czy w towarzystwie jakiegoś przyjaciela szedłem za Aszem, kiedy ten spacerował warszawskimi ulicami z Nombergiem i Rajzenem14, wszyscy odziani w rozpięte, obszerne peleryny. Trzech przyjaciół – Szleszes he-chawerim15 – jak ich wówczas tytułowano w prasie hebrajskojęzycznej. Znałem na pamięć niemal każdy wiersz, każde opowiadanie, które ta trójka ogłosiła w jidysz bądź po hebrajsku. I oto teraz w sąsiednim pokoju śpi autor tak bliskiego sercu Sztetla16, a ja mam go zbudzić o umówionej godzinie…

Szaloma Asza akurat nietrudno było obudzić. A może nie spał w ogóle. Przepełniony ambicjonalnymi oczekiwaniami przed wyruszeniem w drogę, która miała go prowadzić do sławy i chwały. Jak przed pójściem spać, tak i teraz był w doskonałym nastroju. Rozebrany do połowy, mył twarz zimną wodą z kranu, wycierał się długo, bajdurząc przy tym i opowiadając dowcipy po żydowsku i po polsku – w większości po polsku. Jakby chciał zrobić próbę w tym języku, w którym zamierza przemówić w Krakowie, gdzie będą grali jego sztukę. To dla nas wszystkich brzmiało tak zabawnie. W końcu przystopował. Ubrał się, wziął małą walizkę i był gotów do wyjścia. Lecz połapał się w tym momencie – ma tylko grube pieniądze, w banknotach, a musi mieć 20 groszy dla stróża, który mu otworzy bramę. Śmiejąc się, zagadnął: „Który mi pożyczy na procent 20 groszy?”. Szczęśliwy, nie mogłem, ma się rozumieć, przepuścić okazji pożyczenia Aszowi takiego majątku. On od razu chwycił kartkę papieru i wielkimi literami skreślił kilka słów do Nomberga, żeby ten, jak Bóg da, zwrócił mi 20 groszy. Pożegnał się wesoło i poszedł.

Pewnie nie rozstałbym się z tym drogocennym wekslem, na którym Szalom Asz pisze własnoręcznie, że pożyczył ode mnie pieniądze, ale grzeszna chęć upomnienia się u Nomberga o zwrot długu była zbyt wielka. Ledwo mogłem doczekać chwili, kiedy Nomberg pokazał się w redakcji i mogłem mu przedstawić pisemko od Asza. Nomberg zrobił niby skwaszoną minę, mówiąc przy tym: „Takie już moje szczęście”. Wyjął jednak pieniądze i dług Asza zwrócił.

Dwa dziesięciolecia później, w Chicago, na wydanym na cześć Szaloma Asza bankiecie, kiedy z chicagowskim „towarzystwem dramatycznym” wystawiałem jego Tojter mencz17, upomniałem się o obiecany procent od tych pożyczonych w Warszawie 20 groszy. Swoim dowcipem ledwie wywołałem u niego blady uśmiech. W ostatnich latach Asz wcale nie był już taki wesoły ani taki beztroski, jak tamtej nocy w administracji „HaCefiry”, w przeddzień swojego wyjazdu do Krakowa na premierę jednej ze swoich młodzieńczych sztuk.

Inna nocna scena została mi w pamięci w związku z wielkim Chaimem Nachmanem Bialikiem18. W bramie na Pańskiej 20. Stoję i czekam, aż stróż mi otworzy. Jest zimno i pada śnieg. Podchodzi grubawy mężczyzna ubrany w tułup i rosyjską baranicę. Grubym głosem pyta mnie w dialekcie litwaków: „Dzwoniłeś pan już?”. Odpowiadam: „Tak”. Nie wiem, dlaczego nie chciało mi się gadać z tym człowiekiem i trzymałem go na dystans. Wkrótce bramę otwarto i weszliśmy obaj na podwórze. Ja kieruję się do wejścia do administracji, a ten korpulentny mężczyzna wchodzi do drugiego korytarza, gdzie jest wejście do redakcji. Biorę się za pracę. I całkiem zapominam o scenie przy bramie. Jak wielkie jest jednak moje zaskoczenie, kiedy za niedługo pojawia się kochany Herr Fridman, prowadząc ze sobą pucołowatego gościa, którego przedstawia tak: „To jest nasz wielki poeta Chaim Nachman Bialik”. Mało nie padłem z wrażenia. Zwłaszcza gdy Fridman, znając moje pragnienie obcowania twarzą w twarz z wielkimi pisarzami, przyprowadza Bialika do mnie i pokazuje mu jego prawdopodobnie najmłodszego czytelnika. Ledwo zdobyłem się na śmiałość, żeby odpowiedzieć na jego pozdrowienie i uścisnąć mu dłoń. W duszy nie przestawałem wyrzucać sobie nieżyczliwości, z jaką potraktowałem byłem Bialika przy wejściu.

Bialik z całą swoją życzliwością rozmawiał i żartował w administracji to z tym, to z tamtym. Wypytywał o różne drobiazgi związane z wydawaniem gazety. Wypełnił tamtą noc pełną mądrości radością życia, której miałem okazję zaznać jeszcze wielokrotnie, gdy lata później odwiedzał nasz teatr oraz artystów, kiedy z Ester Rachel Kamińską graliśmy w Odessie.

Mój związek z administracją „HaCefiry” nie trwał długo. Próbowałem wrócić do nauki, nie zważając na to, że czasy są niespokojne. Przyłączyłem się do niewielkiej grupy, która się wtedy była zawiązała pod nazwą „Agudas Achim”19. Do grupy tej należeli głównie młodzi inteligenci o orientacji narodowej, mieszkający w rejonie Grzybowskiej, Twardej, Granicznej i na sąsiednich ulicach. W większości byli to absolwenci szkół handlowych, a nawet uniwersytetów. Celem grupy o hebrajskiej nazwie było wspieranie się moralne, zdobywanie wiedzy i kształcenie. Jeśli chodzi o kształcenie, to starsi, światlejsi koledzy przekazywali wiedzę młodszym. Moim nauczycielem rosyjskiego i polskiego był w tej grupie Berisz Finkelkrojt, bladolicy młodzieniec, który udzielanie mi korepetycji brał bardzo serio. Wykorzystywał każdą wolną godzinę, żeby przychodzić do mnie do domu i wpajać mi niełatwe zasady gramatyki języków rosyjskiego i polskiego albo czytać fragmenty z Tołstoja, Gorkiego i Przybyszewskiego. A ja nie byłem jego jedynym uczniem.

Spotkania grupy, na których mówiło się o sprawach żydowskich i ogólnych, odbywały się czasem w tylnej sali kawiarni Kotlickiego przy Twardej pod numerem 3. W godzinach, kiedy nie było wielu gości, mogliśmy rozmawiać głośno i swobodnie, debatować i emocjonować się różnymi sprawami, które zwykle wywoływały różnicę zdań. Na ogół jednak spotykaliśmy się w domu wspomnianego już mojego przyjaciela Beniamina Grinblata. W jego mieszkaniu czuliśmy się najbardziej komfortowo i bezpiecznie. Przyjazną atmosferę stwarzała przede wszystkim pani domu, Mania Grinblat. Była to osoba zaiste wyjątkowa. Prawdziwa rzadkość wśród żydowskich matek. O lotnym intelekcie i niebywałym takcie. Dom prowadziła twardą ręką. Widywaliśmy ją zawsze schludną i dobrze ubraną, z włosami upiętymi wokół sympatycznej twarzy o mądrych oczach. Z początku niewiele mówiła. Uśmiechem zapraszała, byśmy usiedli i czuli się jak u siebie. Pozwalała, byśmy sami rozwikłali problem, który akurat nas zaprzątał. Zwykle tylko oczami śledziła dyskusję, pochłonięta swoimi zajęciami lub podająca herbatę i przekąski. Z rzadka wtrącała jakąś uwagę na temat czyjejś opinii. Jednak stopniowo, kiedy rozmowa czy debata nabrała odpowiedniej temperatury, w naturalny sposób włączała się do grupy, zabierała głos w dyskusji i zawzięcie debatowała, wpierając lub odpierając pogląd tego czy innego dyskutanta. W takim momencie była, można powiedzie, najmłodszą i mającą największy temperament osobą w grupie. Jej poglądy były najbardziej radykalne i ważące. Jej zdroworozsądkowy pogląd na bieżące wydarzenia prawie zawsze zwyciężał. Bardzośmy ją lubili i szanowali, tę jak na nią mówiliśmy, madame Grinblat. A jeszcze bardziej podziwialiśmy jej zachętę skierowaną tak do własnych synów, jak i do innych młodych ludzi, by brali aktywny udział w rozgrywających się wtedy wydarzeniach, czym tak bardzo różniła się od większości matek, które drżały, by ich pociechy tylko się w coś nie wplątały.

W ich domu, u madame Grinblat, odbywaliśmy też małe zebrania literackie. Czytaliśmy tam na głos świeżo opublikowane rzeczy Szolema Alejchema20, Szaloma Asza, Wajsenberga21, Pereca, Rajzena i Nomberga. I również w dyskusjach nad przeczytanymi utworami opinia madame Grinblat zawsze była najtrafniejsza i najbardziej interesująca.

Z domem Grinblatów byłem związany z innego jeszcze powodu. Wspominałem już, że obaj, Beniamin Grinblat i ja, urządziliśmy sobie wspólną biblioteczkę. Część książek trzymaliśmy u nich w domu, a część u mnie. Od czasu do czasu wymienialiśmy się książką, którą jeden z nas chciał akurat mieć. I tu zaczęły się problemy. Moje troskliwe mama i siostra Rywka ciągle się bały, żeby w tych niespokojnych dniach nic mi się nie stało. Jeśli więc przyszedłem później do domu, one były już święcie pewne, że mnie aresztowano. A kiedy policja przyjdzie robić w domu rewizję, tak to wtedy bywało, książki będą dowodem, że należę to „nich”. Zaraz więc zaczynały chować moje z takim trudem zdobyte książki. Kiedy w końcu pojawiałem się w domu, obie miały łzy w oczach. A w odpowiedzi na moje nieśmiałe pytanie matka obwieszczała, że część książek jest zagrzebana gdzieś w piwnicy albo w kącie podwórza. Ze złamanym sercem próbowałem na powrót zebrać moje książki. Na ile było to możliwe, ratowałem się zwykle przeniesieniem ich do mojego wspólnika, do domu Grinblatów. Tak było przez jakiś czas. Koniec końców, kiedy mój przyjaciel Beniamin wyjechał za granicę, a ja zostałem jedynym właścicielem naszej małej biblioteki, z bólem serca musiałem się zwrócić do księgarza Perlmana, u którego większość tych książek została kupiona, żeby prawie za darmo wziął je do siebie i wybawił je od smutnego losu wywleczenia na strych albo do piwnicy, spod łóżka do śmietnika.

Atoli z tamtych czasów, kiedy niebezpiecznie było chodzić po ulicach, został mi w pamięci jeden szpas. Pewien nasz krewniak z Radomia, Naftali Orfus, uczył się w szkole handlowej i u nas mieszkał. Było to pogodny chłopak, ale łasy na pieniądze. Grał na loterii, mając nadzieję na wielką wygraną. Był tak pewny, że wygra, iż wciąż nas instruował: „Gdyby się zdarzyło, że do domu wpadnę 'ledwo ciepły', macie wiedzieć, że wygrałem na loterii”. I rzeczywiście zdarzyło się tak, że któregoś dnia wpadł do domu bez tchu, bez kapelusza, ledwo ciepły, blady jak ściana i słowa z siebie wydobyć nie może. W domu robi się wesoło. Wszyscy rzucają się na niego z radością: ile, ile?, aby wiedzieć, ile wygrał. Dłuższą chwilę zajęło mu, zakłopotanemu i zawstydzonemu, żeby nas przekonać, iż wpadł „ledwo ciepły” dlatego, że patrol policyjny zatrzymał go na ulicy i zanim mógł odejść wolny, kolbami karabinów policjanci obili mu boki… 

W tamtym czasie zaszło coś, co było niezwykle ważne dla życia żydowskiego w Warszawie, nadając nowy ton i przysparzając nowych udręk w walce z caratem, w którą ludność żydowska w Polsce tak była zaangażowana: pozwolono – po wielu latach przerwy – znowu grać żydowski teatr. Nie sposób opisać tego nadzwyczajnego szturmu, jaki warszawscy Żydzi przypuścili na teatr, gdzie grali Abraham Icchak22 i Ester Rachel Kamińscy23 ze swoją trupą. To wydarzenie jest ważne również z tego względu, że pokazuje bardzo wyraźnie, jak ten zawsze bezbronny, skazany na wieczną tułaczkę aktor żydowski swoim prymitywnym zapałem, surowym patosem i wołaniem o sprawiedliwość w nieświadomy sposób dopomógł wtedy wyzwolić się społecznej energii, która w żydowskich masach kumulowała się od dawna.

Teatr był wtedy jedynym miejscem, gdzie noc w noc można było w sposób półoficjalny spotykać się w dużym gronie. Tu serca setek ludzi mogły bić jednym rytmem. Pragnęło się tylko, żeby to, co rozgrywa się na scenie, choć w najmniejszym stopniu przypominało walkę, w którą ludzie byli tak zaangażowani. A ten warunek spełniała grana wtedy sztuka Gordina24 „Chasie di jesojme”25 z wielką aktorką Ester Rachel Kamińską w roli głównej.

Wielki tłum, który wieczór w wieczór przychodził do teatru, całkowicie identyfikował się z tą sztuką i z archaiczną walką, którą toczyła tytułowa bohaterka. Ludzie odnosili tę sztukę do siebie. Odczytywali w niej wszystko to, co leżało im na sercu. To już nie był melodramat o biedniej sierocie, nad którą znęca się zła macocha. Ta sztuka, pokazując eksploatację i zniewolenie, uderzała w dobrze widowni znanych potwarców i ciemiężycieli. Publika nie oglądała ni to realistycznych, ni to wydumanych bohaterów uwikłanych w życiowy dramat. Każda z odgrywanych postaci urastała w ich oczach do rangi symbolu.

Zupełnie niespotykaną rangę zyskała uciskana, cierpiąca i w końcu buntująca się Chasia. Publika utożsamiała się z jej postacią. Z postacią wykorzystywanej, poniżanej i krzywdzonej. Przede wszystkim zaś wzrosła pozycja artystki, która tę rolę stworzyła i odgrywała ją na scenicznych deskach – Ester Rachej Kamińskiej. To już nie była aktorka, która grała, przedstawiała pokrzywdzoną sierotę. Ona była nią naprawdę. Publiczność stała za nią murem. Kamińska stała się przywódczynią widowni. Brała udział w jej walce i przeżywała jej cierpienia.

Kiedy Ester Rachel Kamińska na początku sztuki wyśmiewa się, szydzi ze swoich prześladowców, publika śmieje się na głos i szydzi razem z nią, żeby chociaż w ten sposób odgryźć się swoim znienawidzonym wrogom.

Kiedy Ester Rachel Kamińska, ich bohaterka, w drugim akcie zostaje przez swoich prześladowców przywiązana za warkocze do łóżka, żeby przyznała się do kradzieży, którą naprawdę popełnił synalek, zakała całej rodziny, oburzenie publiki sięgało zenitu. Twarze płonęły gniewem, zaciskały się pięści. Ze wszech stron dobiegały okrzyki: „Jak śmiecie! Odwiążcie ją! Parszywcy!”. Jeszcze chwila, a rzucą się na scenę, żeby oswobodzić maltretowaną bohaterkę.

A kiedy w trzecim akcie Chasia traci cierpliwość i otwarcie buntuje się, ciskając słowami niczym kamieniami: „Łaska? Jakąż to łaskę żeście mi wyświadczyli? Dosyć jest chętnych na darmowych niewolników i bezpłatne służące. Takich łaskawców jest tyle, ile tutaj śmieci!” – publika dawała ujście swoim emocjom. Na widowni wrzało jak podczas burzliwej demonstracji. Tupano, klaskano, krzyczano i gwizdano. Cała nienawiść do prześladowców, która dotąd nie znajdowała ujścia, przez ściany teatru wylewała się na zewnątrz; cała niewyrażona odraza do wyzyskiwaczy ludu pracującego, bunt przeciwko, tym, którzy obdzierają ludzi z godności, płynął jak rozżarzona lawa, zalewając scenę.

Dłuższą chwilę trwały te cowieczorne demonstracje.

Aktorzy na scenie również byli włączani w tę podwójną grę. Ester Rachel chętnie brała na siebie rolę rzeczniczki zbuntowanej publiki, wyrazicieli jej słusznego oburzenia. Jej piękne oczy rzucały iskry. W jej przyjemnym głosie słychać było nutę sarkazmu. Kto ją widział i słyszał tamtej nocy, nie mógł tego zapomnieć.

Nie dają się zapomnieć łapiące za serce sceny rewolucyjnego wybuchu, rewolucyjnego porywu, które taki wyraz temu przeciętnemu żydowskiemu melodramatowi nadawała gra wspaniałej aktorki. Ta wyjątkowa artystka potrafiła poderwać masy – podobnie jak sto lat wcześniej inna żydowska aktora, Rachel26, która śpiewając „Marsyliankę”, porywała paryską publiczność. 

Źródło: Warszewer hejf, Central-farband fun pojlisze jidn in Argentine, Buenos Aires 1947, s. 163-175.   Tłum. Anna Ciałowicz 
1. „HaCefira” (hebr., „Jutrzenka”) – pierwsze w j. hebrajskim czasopismo w Królestwie Polskim, założone w Warszawie przez Chaima Zeliga Słonimskiego, ukazujące się od stycznia 1862; od 1875 wydawane było – z przerwami – w Warszawie aż do 1931. [↑]
2. „Der Frajnd” (jid., „Przyjaciel”) – pierwszy żydowski dziennik wydawany w 1903-1908 w j. jidysz w Petersburgu. [↑]
3. Icchok Lejbusz Perec, zw. „ojcem poezji żydowskiej” (1851 Zamość – 1915 Warszawa) – poeta, prozaik, dramaturg, krytyk, klasyk literatury jidysz i hebrajskiej. W latach 1891-1895 wydawał serię „Jidysze Bibliotek” (jid., „Biblioteka Żydowska”). [↑]
4. Hirsz Dawid Nomberg (1876 Mszczonów – 1927 Otwock) – pisarz, publicysta,działacz polit. i społeczny. [↑]
5. Eljaszew [???]. [↑]
6. (jid.) – Znienawidzeni jesteśmy i przepędzani / ścigani i prześladowani, / za to jedynie, żeśmy ukochali / biedny lud pracujący (popularna pieśń Dawida Edelsztadta). [↑]
7. (jid.) – W kraju piramid był król / zły i okrutny / i żyli tam Żydzi / niewolnicy twoi i słudzy (wiersz Dawida Edelsztadta). [↑]
8. (jid.) – Zawarliśmy, bracia, / przymierze na życie i śmierć, / zwarci stajemy do boju, / sztandar czerwony w dłoń (wiersz Chaima Aleksandrowa). [↑]
9. Jakow Steinberg (1887 Biała Cerkiew – 1947 Tel Awiw) – poeta, nowelista i eseista, piszący w języku hebrajskim. [↑]
10. Kruszewan – redaktor gazety „Besarabiec”, podżegającej do pogromu w Kiszyniowie w 1903. [↑]
11. Szalom Asz (Kutno 1880 - Londyn 1957) – piszący w jidysz prozaik, dramaturg, eseista; bywa nazywany „czwartym klasykiem” literatury jidysz; honorowy prezes jidyszowego PEN-Klubu. [↑]
12. Moszijah cajtn (jid.) – „Czasy Mesjasza”. [↑]
13. Bóg zemsty (jid.) – „Bóg zemsty”. [↑]
14. Abraham Rajzen (1876 Kojdanów, Białoruś – 1953 Nowy Jork) – poeta, nowelista, publicysta, redaktor. [↑]
15. Szleszes he-chawerim (hebr.) – trzej przyjaciele. [↑]
16. Sztetl (jid.) – „Miasteczko”. [↑]
17. Tojter mencz (jid.) – „Martwy człowiek”. [↑]
18. Chaim Nachman Bialik (1873 Rady na Wołyniu – 1934 Wiedeń) – odnowiciel poezji hebrajskiej. [↑]
19. „Agudas achim” (hebr.) – Związek Bratni. [↑]
20. Szolem Alejchem (właśc. Szolem Rabinowicz, 1859 Perejesław – 1916 Baranowicze) – klasyk literatury żydowskiej. [↑]
21. Icie Majer Wajsenberg (1881 Żelechów – 1938 Warszawa) – pisarz i dramaturg, krytyk, piszący w jęz. jidysz. [↑]
22. Abraham Icchak Kamiński (1867 Wola – 1918 Łomża) – aktor, reżyser, scenarzysta, tłumacz, autor sztuk, kierownik trup teatralnych, mąż Ester Rachel. [↑]
23. Ester Rachel Kamińska (1870 Porozów k. Wolkowyska – 1925 Warszawa) – zw. „matką teatru żydowskiego”, owiana legendą aktorka teatru jidysz. [↑]
24. Jakub Gordin (1853 Mirgorod, gub. połtawska – 1909 Nowy Jork) – pisarz publicysta, tłumacz i dramaturg, reformator teatru żydowskiego. [↑]
25. (jid.) „Sierotka Chasia”. [↑]
26. Mademoiselle Rachel, właśc. Rachel Felix (1821 – 1858) – francuska aktorka, od 1838 występująca na deskach Comédie-Française. Święciła gigantyczne sukcesy w różnych rolach w dramatach klasyków francuskich, jak Corneille i Racine. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 106 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3617163