Gęsia 29

Warszawa 1905–1907 – niby rozszalałe, wzburzone morze, na którym pienią się sztormem smagane fale. Jak całego imperium rosyjskiego, tak i dawnej stolicy Polski nie ominął huragan rewolucji, która zadawała ciosy staremu porządkowi, chcąc wyrwać go razem z korzeniami. Porwaną przez diabelski szkwał, ciskało ją z najgłębszych otchłani na szczyt rewolucyjnej fali. W starciu z okrutną władzą carskiego samodzierżawia na przemian tonęła na dnie upodlenia i wypływała na fali zwycięstwa nad zaciętym, nieubłaganym wrogiem.

Oto ta niezapomniana, podniecająca noc 19 stycznia1, kiedy w ślepej ciemności wygasłego miasta buchnęły płomienie z podpalonych sklepów monopolowych oraz instytucji rządowych. I oto salwami i uderzeniami rozbrzmiewające dni, kiedy bruk uliczny spłynął krwią wciąż mnożących się demonstrantów.

Oto "krwawa środa"2, kiedy zastrzelone zostały jednocześnie wszystkie patrole wojskowe na rogach warszawskich ulic. I oto makabryczne trzy dni, kiedy miasto zostało oddane we władanie "[wołyńców]"3, okrytego złą sławą pułku, który krwawo zemścił się na warszawiakach. Oto mamy brawurowy napad na Pawiak, kiedy Piłsudski razem ze swoimi towarzyszami, przebrani w rosyjskie szynele, oswobodzili dziesięciu bojowników rewolucji, których miano powiesić w warszawskiej cytadeli4. A oto podła zdrada, kiedy z okazji proklamowania rzekomej konstytucji 5 zwabiono ludzi pod ratusz, gdzie następnie setki z nich zostały zasieczone przez kozaków i żandarmów, którzy zaatakowali z gołymi szablami.

To była walka na śmierć i życie. Walka zamordystycznego porządku, który się przeżył, i rwącej się do życia, tak wiele obiecującej wolności. A żydowska Warszawa, jako strona żywotnie zainteresowana, walczyła pospołu, odczuwała, solidaryzowała się z ogólnym poruszeniem. Razem ze wszystkimi wiwatowała i triumfowała przy każdej przewadze, jaką udało się zdobyć nad okrutnym wrogiem. I wpadała w głęboki smutek przy każdej przegranej potyczce w tej wielkiej walce. Młodzież żydowska była zawsze w pierwszych szeregach walczących. We wszystkich partiach, w PPS, w eserowcach6, w Bundzie7 i w Poalej Cyjon8, wszędzie panowało rewolucyjne wrzenie i gotowość bojowa pełnych entuzjazmu chłopców i dziewcząt. Młodzież kolportowała odezwy, gromadziła broń, organizowała demonstracje, rzucała bomby. Zębami i pazurami, i w entuzjazmie, i w rozczarowaniu, zarówno ramię w ramię z ogółem społeczeństwa, jak i na własną rękę, walczyło się o spełnienie największego marzenia: wyzwolenie ludzkości i swoje własne.

Szalejąca zawierucha wciągnęła, oczywista, także i mnie. Mając te swoje piętnaście czy szesnaście lat byłem upojony ogromem przedsięwzięcia, jakim było porwanie się na budowanie nowego świata. Chciało się koniecznie swoje młode siły spożytkować w tych krwawych, pięknych igrzyskach. Kłamało się, żeby zostać członkiem partii rewolucyjnej. A najprostszą drogą do celu było nawiązanie kontaktu ze znajomymi towarzyszami z odbywającej się na którejś z żydowskich ulic "giełdy".

"Giełda" było to punkt zborny, gdzie wieczorami albo w szabes po południu członkowie partii odbywali jawne spotykania. O określonej godzinie chodnik której z bocznych uliczek zalewały setki młodych robotników, robotnic, inteligentów i wszelkiej maści "mandatariuszy". Niby żywy nurt przetaczała się ta ludzka fala tam i z powrotem z jednego końca ulicy na drugi. Tam kolportowano proklamacje, przekazywano instrukcje, rozkazy. Tam z pasją dyskutowano o wydarzeniach w łonie partii i omawiano ostatnie zajścia. Mogło to trwać do późnych godzin nocnych. Do momentu, aż szeregi spacerujących rozpierzchały się niespodziewanie, czy to dlatego, że nagle odkryto we własnym gronie szpicla, jakąś podejrzaną osobę, czy to dlatego, że zbliżał się milicyjny patrol. W pierwszym przypadku zaczynało wrzeć jak w ulu. Ludzie z zaciśniętymi pięściami rzucali się na szpiega i okładali go tak długo, aż udało mu się – ledwo żywemu – ujść rozgorączkowanemu tłumowi. W drugim przypadku szeregi rozstępowały się i ludzie czmychali we wszystkich kierunkach, wpadali do uchylonych bram, gdzie kryli się przed rozwścieczonymi żołnierzami, którzy okładali nahajkami. Tych, którzy mieli mniej szczęścia, aresztowano i konwojowano do więzienia na Pawiaku lub w ratuszu, gdzie odbywali pierwszy kurs, jak ponosić ofiary w imię rewolucji.

Moja droga prowadziła na ulicę Dzielną, gdzie oba chodniki zajmowały dwie różne "giełdy". Po jednej stronie była giełda Bundu, a po drugiej – Poalej Cijon. Przystąpiłem do tej drugiej. Do ugrupowania narodowego wstąpiłem kierowany młodzieńczym przekonaniem, że walczyć o dobro ludzkości można tylko wtedy, gdy jednocześnie walczy się o poprawę losu Żydów jako równoprawnego narodu, który winien posiadać własną państwowość.

Wielki udział w zaszczepieniu mi tej świadomości mieli dwaj ludzie. Pierwszym był agitator syjonistyczny, którego wystąpień tak chętnie słuchałem. W tamtym czasie głośno było w rejonie Grzybowa o młodym syjonistycznym retorze, który w każdy szabes między modlitwą poranną i dodatkową wygłaszał swoje przemowy w jednym ze sztibli przy ulicy Twardej. Cuda opowiadano o tym, w jaki sposób zagrzewa on ducha słuchaczy, podniosłymi słowy wzywa do narodowego przebudzenia, budzi w nich świadomość narodową, wzywa do walki o siedzibę narodową we własnym kraju, w ojczyźnie naszych przodków. Ze wszystkich sąsiednich ulic przychodzili ludzie i wprost oblegali sztibel, gdzie przemawiał ów młody predykant. Grawitowała tam przede wszystkim młodzież chasydzka, która narażając życie, wykradała się ze sztibli, gdzie modliła się razem ze swoimi ojcami. Młodzieńcy ulatniali się podczas czytania Tory, żeby z bijącym sercem przyjąć do wiadomości, że konieczność dziejowa wzywa do staro-nowego kraju, do wolnego, samodzielnego życia. Takich młodzieńców ojcowie później "uczyli rozumu". Wymierzali im siarczysty policzek, co psuło atmosferę święta. Lecz to nikogo z nich nie powstrzymywało przed tym, by z zapartym tchem tłoczyć się w oblężonym sztiblu i nasiąkać krzepiącymi na duchu słowami.
I ja należałem do grona tych entuzjastów, którzy sobota w sobotę przychodzili złaknieni jak kania dżdżu, by dać się uwieść słowom młodego krasomówcy. W swojej czarnej, dobrze skrojonej kapocie i małej krymce na głowie wyglądał jak Uriel d'Acosta9, bladolicy, z ledwo sypiącą się czarną bródką, o głębokich, czarnych oczach, które płonęły jakimś żarem, podczas gdy jego przyjemny, świeży głos odmalowywał urok wolnego, szczęsnego żywota w we wskrzeszonym żydowskim państwie. Wiele lat później spotkałem tego syjonistycznego retora w Tel Awiwie. Był to znany pisarz izraelski I.L. Wolman10.

Drugim, który mnie ukierunkował i obudził we mnie tęsknotę za naszą prastarą ojczyzną, był mój nauczyciel hebrajskiego Ben Cwi Gotlib. Odcisnął na mnie silne piętno. Miał wielką siłę przyciągania, co zawdzięczał swojemu ciepłemu, melodyjnemu głosowi, jak również przenikliwemu spojrzeniu jasnoszarych oczu. Mógł zachwycić, kiedy swoją płynną, kwiecistą hebrajszczyzną snuł fantazje o szerokim świecie, o pięknie zdobywania wykształcenia, o godności człowieka i o doniosłości tego, że każdy ma prawo żyć po swojemu we własnym kraju. Jego kształtna głowa ze starannie ułożonymi lokami zawsze emanowała bijącą z wnętrza jasnością. Długie godziny spędzałem u jego boku albo u nas w domu, albo w jego skromnym, schludnym mieszkaniu. Jego także spotkałem później w Izraelu, podczas jakiegoś jego wystąpienia w "Bejt Am"11 w Tel Awiwie – jako Ben Cwi Jedidję12.
W grupie Poalej Cijon, do której zostałem przydzielony, "mandatariuszem" był towarzysz Lampert. Średniego wzrostu, krępy, mocarny chłopak, z twarzy przypominający Beethovena, tyle że bez takiej czupryny. Był to ciekawy typ rewolucyjnego konspiratora. Potrafił być bardzo tajemniczy, milczący. Jedno jego spojrzenie wyrażało wszystko. Na "giełdzie" jednak poruszał się zwinnie w swojej długiej pelerynie, z grubą laską w ręce. Przystawał obok jednej, bądź drugiej grupki i głośno wydawał dyspozycje po hebrajsku, w sposób nieco demonstracyjny. Pamiętam, że bardzo go lubiliśmy i byliśmy mu bardzo oddani.

Pamiętam bardzo dokładnie, że po "naszej" stronie giełdy, wśród syjonistów, atmosfera była ciepła, swojska. Kiedy jednak przechodziło się na drugą stronę do bundowców lub ktoś od nich przychodził do nas, żeby porozmawiać, podyskutować, można było odczuć, że my posiadamy coś takiego, co sprawia, że wśród nas jest więcej zażyłości, serdeczności. Oczy naszych towarzyszy płonęły żarem, który przenikał głębiej. Nasza duchowość była taka swojska, radosna. Za młodu wydawało mi się, że przepaść, jaka nas dzieli, przypomina tę odróżniającą chasydzkie "czucie i wiarę" od "szkiełka i oka" misnagdów13

Na pogadanki uświadamiające i prelekcje nasza zakonspirowana grupa zbierała się w kawiarni Szlomy przy ulicy Gęsiej pod numerem 29, dokładnie naprzeciwko słynnej "Gęsiówki"14. Po kilku schodkach wchodziło się do niezbyt dużej jadłodajni, ze stolikami okupowanymi przez chłopców i dziewczęta, którzy z przejęciem dyskutowali, śmiali się i przekomarzali na głos. Miejsce to zawsze wypełniał młodzieżowy gwar, mieszający się z dymem papierosowym i mocnym zapachem kawy i sernika. Podobnie było w głębiej położonych, również nie za dużych pomieszczeniach. Natomiast ostatni pokoik był zarezerwowany dla naszej grupy, kiedyśmy wieczorami, siedząc ciasno jeden obok drugiego, wsłuchiwali się w słowa naszego mandatariusza, towarzysza Lamperta15, lub przedstawicieli innych grup, którzy do nas przychodzili.
Dlaczego te konspiracyjne czy na wpół jawne zebrania odbywały się w tej właśnie kawiarni, która znajdowała się zaledwie kilka kroków od więzienia i gdzie zawsze roiło się od żołnierzy i strażników więziennych, nie umiem teraz wytłumaczyć. Być może był to element strategii polegającej na tym, by najbardziej niebezpieczne rzeczy robić pod nosem tej władzy, którą się zwalczało. Bo, jak pamiętam, mała nielegalna biblioteka, gdzie dostawaliśmy do czytania rewolucyjne broszurki, też znajdowała się dwa kroki od więzienia – od drugiego więzienia wojskowego przy ul. Ceglanej, położonego nieco dalej niż najbardziej znany adres przy tej ulicy – Ceglana 1 – gdzie mieszkał I.L. Perec16.

Był to mały sklep z tytoniem, bieda z nędzą. Klientami byli przede wszystkim żołnierze z położonych naprzeciwko koszar. Sprzedawcą był młody Żyd, jasny blondyn z błękitnymi, śmiejącymi się oczami. Gdyby nie jego żydowski strój, można by go równie dobrze wziąć za chrześcijanina. Był bardzo powściągliwy, kiedy obsługiwał żołnierzy czy prywatnych klientów. Za to wielką ruchliwość wykazywał przy przyjmowaniu od nas rewolucyjnych broszur, drukowanych na cienkiej bibule i obłożonych czarnymi okładkami. Jedno szybko rzucone słowo – i już wiedział, co dalej dać. Na krótką chwilę znikał na zapleczu i wyszedłszy w z powrotem, niepostrzeżenie dawał nam konspiracyjny pakunek, z którym szwarcowaliśmy się na ulicę. Bardzo żałuję, że jego nazwisko wyleciało mi z pamięci. Lecz stoi przed moimi oczami żywy, płowowłosy, jak goj wyglądający żydowski chłopak, któremu tylekroć byłem wdzięczny i do którego sklepiku tytoniowego chodziłem z bijącym sercem.
A jednak odbywanie zebrań konspiracyjnych pod nosem władzy nie zawsze zapewniało ochronę. Tak że pamiętam nawet, jak w czasie zebrania w pokoiku od zaplecza w kawiarni Szlomy nagle powstał tumult. Żołnierze napadli na sklep od frontu. My, młoda gwardia, przedostaliśmy się przez przyziemne okienka na podwórze. Wystraszeni, ale zuchwale uśmiechnięci, rozpierzchliśmy się jakoś i wydostaliśmy przez niezamkniętą bramę. Na szczęście obława nie była całkiem szczelna i nie pamiętam, żeby któryś z towarzyszy został aresztowany.

Lecz tamte dni "przynależności partyjnej" przysporzyły mi wiele radości. Napełniły młode serce entuzjazmem i wiarą. Kiedy w ostatnich latach spotykałem tu, w Ameryce, warszawskich przyjaciół, z którymi znaliśmy się jeszcze z tamtych czasów, i kiedy zaczynaliśmy rozmawiać, przywołując nazwiska ludzi i nazwy miejsc, rezonowała we mnie tamta wiara i ideowość. W oczach pojawiał się błysk, twarze promieniały, a dłonie splatały się w braterskim uścisku.
Z uśmiechem politowania przypominaliśmy sobie wypadki podczas strajku, który Poalej Cijon przeprowadził u żydowskich restauratorów, żeby zmusić ich do poprawy warunków płacowych kelnerom. Naszej grupie razem z naszym "mandatariuszem" wypadło rozwiązać spór z restauratorem na rogu Dzikiej i Nowolipek. Ogólnie przyjęta taktyka polegała wtedy – inaczej niż w Ameryce, gdzie strajkujące restauracje były czynne – na pikietowaniu. Odrywało się kelnerów od pracy, a właścicieli zmuszano do zamknięcia lokali, aż przyjmą stawiane przez partię postulaty. Restaurator ze wspomnianego lokalu uparł się i w żaden sposób nie chciał zamknąć wejścia. Straszył wezwaniem policji. Zachowywał się coraz bardziej bezczelnie i mandatariusze partyjni, którzy z nim i z jego współpracownikami negocjowali, na wszelkie sposoby starali się złamać jego upór. Towarzysz Lampert okazał się być właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Jego muskularna sylwetka wywoływała respekt. Z właścicielem restauracji konferował i stawiał warunki po żydowsku, a dyspozycje towarzyszom wydawał po hebrajsku. My, młoda gwardia, robiliśmy zamęt przed rozbitą witryną. Koniec końców udało się przekonać restauratora, że swoim uporem tylko pogarsza sytuację. Drzwi lokalu zamknięto. I napawając się zwycięstwem, szybkośmy się rozeszli, mijając się z nadchodzącą policją...

W pamięci została mi tajna demonstracja, którą partia urządziła w Tisza beAw17 w dużej synagodze przy ul. Dzikiej pod numerem 16 Doktor Klumel18 przeszedł wygłosić adres do zebranych, którzy zeszli się w porze przedwieczornej, kiedy odmawia się modlitwę popołudniową przed rozpoczęciem postu. Synagoga i podwórze synagogalne były pełne ludzi. Po zakończeniu wszystkich przemów zebranie miało przekształcić się w demonstrację poparcia dla Erec Israel. Oczekiwano w napięciu. Pamiętam jeszcze, że ja też się niecierpliwiłem. Niestety, przybyła policja i zgromadzenie zostało rozpędzone.

Długie lata pielęgnowałem wspomnienia tamtych burzliwych lat, kiedy tak entuzjastycznie wierzyliśmy, że oto już uda nam się wyzwolić świat i wywalczyć świetlaną przyszłość dla własnego narodu, z którym byliśmy związani na śmierć i życie...

A. Teitelbaum, Warszewer hejf, Central-farband fun pojlisze Jidn in Argentine, Buenos Aires 1947, ss. 140–148.
Tłum. Anna Ciałowicz
1 19 stycznia [???]. [↑]
2 „krwawa środa” – skoordynowana akcja Organizacji Bojowej PPS przeciwko władzom rosyjskim w Królestwie Polskim, przeprowadzona 15 sierpnia 1906 r. Tego dnia w dziewiętnastu miastach Kongresówki dokonano zamachów na osiemdziesięciu policjantów i agentów Ochrany. Miała na celu powstrzymanie represji carskich po rewolucji 1905 r. W Warszawie akcja ta spowodowała panikę w garnizonie rosyjskim i wycofanie na kilka dni głównych sił z miasta. [↑]
3 wołyński pułk kozaków [???]. [↑]
4 Akcja uwolnienia w 1906 r. z więzienia na Pawiaku dziesięciu bojowców PPS, skazanych wyrokiem doraźnego sądu wojskowego na karę śmierci. Akcję przeprowadziła Organizacja Bojowa PPS pod dowództwem Jana Jura-Gorzechowskiego; przebrani w mundury carskiej żandarmerii bojowcy wydostali więźniów pod pretekstem konwojowania więźniów. W oparciu o wspomnienia Gorzechowskiego w 1931 r. zrealizowano film „Dziesięciu z Pawiaka”. [↑]
5 Manifest konstytucyjny – 17 października 1905 (30 października wg kalendarza gregoriańskiego) Mikołaj II wydał Manifest konstytucyjny (tzw. "manifest październikowy"), w którym obiecał poszanowanie podstawowych wolności obywateli, powołanie parlamentu oraz rządu z premierem. Parlament składał się z dwóch izb. Izbę wyższą tworzyła powołana przez cara Rada Państwa, izbę niższą natomiast stanowiła Duma Państwowa pochodząca z wyborów. Pierwsza Duma przetrwała kilka miesięcy, gdyż już w lipcu 1906 roku car był niezadowolony z jej składu i ją rozwiązał. [↑]
6 Eserowcy (właśc. Partia Socjalistów-Rewolicjonistów) – rosyjska partia polityczna założona w 1901 r. przez rewolucjonistów wywodzących się z tzw. narodników. Program partii przewidywał przekształcenie Rosji w republikę demokratyczną, w której dominowałaby klasa chłopska. [↑]
7 Bund (właśc. Ogólnożydowski Związek Robotniczy "Bund" na Litwie, w Polsce i w Rosji) – najliczniejsza i najsilniejsza żydowska partia robotnicza w Polsce w okresie międzywojennym, utworzona w 1897 r. w Wilnie. [↑]
8 Poalej Cyjon (hebr., Robotnicy Syjonu) – ruch robotniczy łączący w swojej ideologii hasła syjonistyczne i socjalistyczne, opierający się przede wszystkim na żydowskim proletariacie. [↑]
9 Uriel d'Acosta (1583 [1584] Porto, Portugalia – 1640 Amsterdam) – pochodzący z rodziny marranów filozof, sceptyk. Powrócił do religii przodków i wyjechał do Holandii, gdzie działał na rzecz zreformowania judaizmu, za co w 1640 r. był publicznie biczowany w synagodze. W tym samym roku, uwięziony przez holenderskie władze, popełnił samobójstwo, nie mogąc znieść upokorzenia i nietolerancji. [↑]
10 I.L. Wolman [???]. [↑]
11 „Bejt Am” (hebr., „Dom narodowy”). [↑]
12 Gotlieb – jidyszowa forma hebrajskiego imienia Jedidia. [↑]
13 misnagdzi (hebr./jid. przeciwnicy) – przeciwnicy chasydyzmu. [↑]
14 Gęsiówka – dawne więzienie wojskowe, mieszczące się przy. ul. Gęsiej 24. [↑]
15 Lampert [???]. [↑]
16 Icchok Lejbusz Perec, zw. "ojcem poezji żydowskiej" (1851 Zamość – 1915 Warszawa) – poeta, prozaik, dramaturg, krytyk, klasyk literatury jidysz i hebrajskiej. W latach 1891-1895 wydawał serię "Jidysze Bibliotek" (jid., "Biblioteka Żydowska"). [↑]
17 Tisza beAw (hebr., Dziewiątego Aw, jid. Tiszebow) – dzień żałoby i postu, przypadający dziewiątego dnia miesiąca aw, w rocznicę zburzenia Świątyni Jerozolimskiej. [↑]
18 Dr Klumel [???]. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 21 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3620750