Smutna geografia Nalewek

Nalewki, Gęsia i Franciszkańska – ulice te wryły się w serce żydowskiej Warszawy jak krzyż. Nalewki to kręgosłup, Gęsia i Franciszkańska zaś dwie rozpostarte ręce. Stamtąd niesie się odwieczne "Szma Jisroel"!

Krzyczy żebrak, który dłonie z powykrzywianymi palcami wyciąga przed siebie jak dziurawe puszki. Krzyczą płochliwi sprzedawcy uliczni. Cicho mruczą waluciarze, przechadzający się w tę i z powrotem po zabłoconych chodnikach i odprawiający czarnorynkowy rytuał w ciemnych nalewkowskich podwórkach.

Na tych trzech ulicach krzyżują się drogi żydowskiej nędzy i brzęczą "srebrne talary" w składach tekstylnych, w sklepach z galanterią skórzaną i w rozmaitych innych branżach. Piwnice zamieszkują biedni blacharze, szewcy, krawcy i piekarze, na piętrach zaś półki uginają się od widzewskich tekstyliów oraz twardej i miękkiej skóry.

Od poniedziałku do czwartku spieszą tymi trzema ulicami zabiegani Żydzi z najdalszych miasteczek. Z rozwianymi czarnymi połami rozpierzchają się niczym spłoszone ptaki sprzed dzwoniących czerwonych tramwajów. Jak pracowite pszczoły znoszą paczki z zakupionym towarem do wilgotnych zajazdów, gdzie modlą się prędko w zatłuszczonych, pożyczonych tałesach i jedzą gęsty krupnik na tłustych warszawskich kościach… W piątek rano biegną na Plac Muranowski, skąd rozjeżdżają się do spokojnych miasteczek w obładowanych, zabłoconych autobusach.

Tak było w dobrych czasach…

Żydzi wystawiali weksle…

Małomiasteczkowi Żydzi podpisywali weksle drżącymi rękoma, stawiając rosyjskie i żydowskie "kulfony". Niepiśmienni stawiali tylko trzy kółka.

Najpierw wróciły weksle z rosyjskimi podpisami. Starzy, wytrawni kupcy pamiętający jeszcze czasy Mikołaja, których rosyjskie pismo przypominało zgniecioną harmonijkę, pierwsi pozwolili wekslom obrosnąć w długie ogony protestów i więcej już nie pokazali się w Warszawie. Później zaczęły wracać weksle z żydowskimi podpisami, w których litery "n" w Goldsztajn i "g" w Hochberg podwijały się bojaźliwie jak ogony wiejskich psów w wielkim mieście. Na koniec wróciły weksle z kółkami, które wyzierały z papieru jak puste oczodoły…

Kupcy zamknęli weksle w sejfach a na Nalewkach rozległ się paniczny okrzyk: "Szma Jisroel"!

Zmieniają się szyldy

Skład tekstylny "Bracia Finkelsztajn" istniał od 1898 do 1932 roku. Dzisiaj – sześć okien wychodzących na Gęsią obklejonych jest polskimi i żydowskimi napisami "tanie obiady". Duże okna wystawowe firmy "Bloch & Company" zawsze wypełnione były łódzkim płótnem, teraz stoją w nich beczki śledzi, litewski ser z dziurami, jajka i masło. W sklepie z galanterią skórzaną Kornbluma na rogu Franciszkańskiej i Bonifraterskiej dziś dostać można koszerną kiełbasę i soloną macę. W dużym zakładzie platerniczym Cukermana, którego szyld do 1931 roku zdobiły złote i srebrna medaliony z dwugłowymi rosyjskimi orłami, można dziś kupić najlepszą wodę sodową na całych Nalewkach. W hurtowni wełny i bawełny Landego swój oddział otworzyło angielskie biuro podróży Cook, w którym chasydzi co piątek kupują bilety kolejowe do Otwocka, do swoich cadyków.

Cadycy na Nalewkach

Jak kruki zlecieli się wnukowie cadyków i cudotwórców. Kiedy w miasteczkach bieda wyżarła już ostatnie ziarna, cadycy zjechali do Warszawy i zasiedli w swoich filiach na Nalewkach. Przedstawiciele Boga na grzesznej ziemi podzielili się władzą. Każdy pasterz ma swoją trzodę.

Rebe z Kozienic1, na przykład, wziął w arendę woźniców, tragarzy i handlarzy z warszawskich hal, którzy dbają o to, by na jego stole nie zabrakło ogromnych karpi i tłustych gęsi. Woźnice wożą rebego na długie spacery swoimi powozami, w zamian rebe błogosławi ich konie, by żyły długo i przynosiły zarobek. Rebe z Kozienic jest wnukiem świętego Magida, który przepowiedział klęskę Napoleona oraz wielką wojnę, po której powinien był przyjść Mesjasz…

Od poniedziałku do czwartku cadyk z Kozienic siedzi na Nalewkach i przyjmuje datki od biedaków i bezdzietnych kobiet, w sobotę urządza ucztę szabasową w otwockiej willi, która graniczy z willą metropolity białogwardzisty.

Obaj namiestnicy boży spotykają się często na spacerach w otwockich lasach sosnowych. Podczas gdy rebe porusza się obdrapanym powozem zaprzężonym w chudą klacz, należącym do ubogiego woźnicy, metropolita jeździ błyszczącym stalowym autem z karoserią Hotchkisa, napędzanym przez dwadzieścia koni mechanicznych.

Willa metropolity otoczona jest kwiatami i ciszą; z willi, gdzie kozienicki rebe rozstawia swój namiot na cześć szabasu, niosą się dzikie okrzyki i głośne śpiewy.

Działania rebego interpretuje się jako cuda i niezwykłe zdarzenia, a tragarze, "żelazna gwardia" otaczająca cadyka, gotowi są pogruchotać kości każdemu, kto odważyłby się powiedzieć, że nie jest on przy zdrowych zmysłach. Kozienicki rebe jest kawalerem i chasydzi koniecznie chcą wyprawić mu wesele. Jednak rebego nie ciągnie do płci pięknej, chętniej uśmiecha się do młodych chłopców siedzących przy jego stole…

Cadyk z Modrzyc2 słynie przede wszystkim ze swego śpiewu. Szczycą się tym chasydzi, którzy twierdzą, że mógłby zostać śpiewakiem operowym… Na biesiady szabasowe modrzyckiego rebego przychodzą pobożni młodzieńcy warszawscy, którzy grają na skrzypcach, a w niedzielne poranki cichaczem wymykają się do filharmonii. Przychodzą nawet zimni i zasuszeni misnagdzi, by czerpać radość ze "złotych ust" rebego. Przy każdym święcie chasydzi podchwytują przy stole modrzyckiego rebego kolejny "szlagier", który rozbrzmiewa potem długie tygodnie w pociągach kursujących między Warszawą a Otwockiem.

Międzyrzecki rebe, tak samo jak kozienicki, siedzi na Nalewkach od poniedziałku do czwartku. Dla Żydów przyszły ciężkie czasy i dlatego cadycy osiedli na Nalewkach, gotowi pomagać i pocieszać…

Z zupełnie innych powodów na Nalewki przyjechał cadyk z Sosnowca3, współwłaściciel fabryki tekstylnej w Łodzi. Rebe otworzył skład z artykułami krawieckimi, więc każdy, kto chce mieć szczęście w handlu, powinien kupować wyłącznie na Gęsiej 6 na pierwszym piętrze. W składzie sosnowieckiego rebego urządzono także salkę do modlitw, dla kupców z prowincji przygotowano kilka nowych, świecących tałesów. Kto nakupi dużo towaru, dostanie jeszcze od rebego poczęstunek – ciastka i gorzałkę. Ogromny skład obsługują najwierniejsi chasydzi, którzy dzięki temu i zarobek mają, i wypełniają święte posłannictwo rebego…

Święte ubóstwo

Nigdzie indziej sutereny nie są tak gęsto zamieszkane jak na Franciszkańskiej.

W szarych, obdartych podwórkach, malusieńkie okienka wyglądają z ziemi jak oczy wystraszonego kreta. Tam gnieździ się pracująca biedota, ludzie gniją w wilgoci, która spływa po ścianach tak zimą, jak latem. Kamienne schody prowadzące do piwnic, z czterech stron otoczone cementowymi ścianami, przypominają rodzinne grobowce na wielkomiejskim cmentarzu.

Otwieram drzwi. Gęsty dym kłębi się pod kamiennym sklepieniem. Blade światło z okienka pada na niski warsztat, przy którym siedzi szewc trzymając między kolanami rozdarty but. Wkrótce odsłania się cała izba: dwa żelazne łóżka z brudną pościelą, ich powykrzywiane nogi zakopane są w ziemi. Przy stole obok maluśkiego glinianego pieca stoi kobieta i skrobie drobniutkie ryby. Najmniejszą, która wyślizguje się jej z rąk, rzuca do zabawy dziecku siedzącemu na ziemi. Jest piątek.
‐ Jak się Wam żyje?
‐ Bogu dzięki, aby zdrowie dopisało!

Można tak chodzić od podwórka do podwórka, otwierać drzwi do kolejnych rodzinnych grobowców w poszukiwaniu nienawiści do uginających się półek z materiałami, wszędzie spotyka się jednak pokorę, a z ust ludzi słyszy się: "Bogu dzięki, aby zdrowie dopisało!".

Chodziłem od piwnicy do piwnicy i zdawało mi się, że przeglądam książkę opowiadającą o biedzie wywyższonej przez szechinę i łaskę bożą.

Schowałem mój reporterski notes do torby i dopiero kiedy zaczęło zmierzchać zapisałem:

"Franciszkańska nr … trzecie podwórko"

Drzwi otworzyła ciężarna kobieta z zapadniętą twarzą. Na parapecie siedziało dwoje jasnowłosych dzieci i patrzyło w niebo, na którym słońce zwinęło już złociste płótno i rozpostarło błękit. W tej suterenie skończyła się nagle idylla ubogich. Mąż jest piekarzem, podczas strajku został aresztowany. Już od sześciu miesięcy kobieta codziennie prowadzi dzieci koło Pawiaka, skąd mąż wygląda przez zakratowane okienko. Wkrótce będzie prowadzić też trzecie… Słowa kobiety z ciężkim brzuchem trafiają jak kamienie w twarze tych, którzy błogosławią święte ubóstwo.

Dokąd prowadzi droga?

Droga z piwnic prowadzi wprost do zakładów leczniczych i ambulatoriów o hebrajskich nazwach: "ezres chojlim", "biker chojlim"4 itd. Na ciemnych i brudnych schodach domów przy Nalewkach i Franciszkańskiej mieszczą się punkty pomocy dla biedoty żydowskiej Warszawy. W ciasnych korytarzach chorzy czekają długie godziny, w świetle elektrycznej lampy ich twarze wydają się jeszcze bardziej czerwone. Przemieszani na ławkach siedzą kobiety, mężczyźni, dzieci. W ich oczach tli się nadzieja, że lecząca ręka doktora wyrwie zaraz chory wykwit z ich ciał. Numerki miętoszą w dłoniach jak kwitlech do świętego cadyka. Tutaj jednak nie leczy się ludzi. Za groszowe datki łata się ich tylko na szybko. Zszywa się rzadkim ściegiem. Jeden numerek idzie za drugim: 36, 37, 38. Jak rozpadające się buty muszą dalej zapadać się w błocie. W piwnicach na Franciszkańskiej ludzie gniją w wilgoci, która ścieka po ciemnych, nagich ścianach, a nad ich głowami piętrzą się półki pełne tekstyliów i skór.

Umierający ogród

Na ulicach żydowskiego getta w Warszawie nie ma ani kawałka zieleni. Ciasnota nie pozwala rosnąć drzewom, a odpady zżerają trawę wyrastającą spomiędzy bruku. Na parapetach stoją doniczki ze zwiędłymi kwiatami, które nigdy nie kwitną, a z ich poskręcanych łodyg zwisają pożółkłe, chore liście. Latem, co rano schodzą się z wąskich uliczek wokół Nalewek do Ogrodu Krasińskich dzieci warszawskiej biedoty. Ogród, który należał niegdyś do starej hrabiowskiej rodziny, wdycha teraz opary żydowskiego getta, zaniedbane drzewa są coraz bardziej powykrzywiane i rachityczne. Staw, po którym lekko sunęły niegdyś gondole zaprzężone w białe łabędzie, wysechł już do połowy, a jego zielony szlam napełnia powietrze stęchlizną. Od rana do wieczora astmatyczni, schorowani starcy siedzą na ławeczkach, na ziemi zaś harcują dzieci zostawione bez opieki przez matki, które poszły prać bieliznę do bogatych gospodyń. Nikt nie dba już o ogród. Zniknęły klomby, a spróchniałe akacje wydają już ostatnie tchnienie. Ciemną nocą ich gnijące wnętrzności rozświetlają się fosforyzującym śmiertelnym blaskiem. Ogród obumiera.

Sprzedawcy książek

Sprzedawcy książek już dawno wyprzęgli chude szkapy z rozklekotanych wozów i przestali objeżdżać miasteczka sprzedając zbiory przypowieści religijnych i modlitewniki5. Teraz osiedli na Nalewkach i Franciszkańskiej. W księgarni Morgenszterna na Franciszkańskiej 26 zakurzone półki wypakowane są kalendarzami w jidysz‐tajcz6 wydrukowanymi naprzód aż do roku 1950. Lubelskie modlitewniki i wileński Talmud stoją ściśnięte obok powieści Szomera i pamiętników księżniczki Elżbiety, które w piątek popołudniu wypożycza się za drobną opłatą. Morgensztern nie odświeżył swojego księgarskiego kramu ani trochę, nie zaopatrzył go w żadne nowości. Został przy hebrajszczyźnie i jidysz‐tajcz.

Zupełnie inne oblicze mają sprzedawcy książek z Nalewek. Byli współpracownicy "Hacefiry" Sokołowa i dawnych hebrajskich wydawnictw pozostawili święty język większym uczonym, a sami rzucili się na biedny mame‐loszn – jidysz – który wkrótce pozwolił im zakupić domy i wille. Dzieci nalewkowskich księgarzy nie znają już jidysz. Za pieniądze z żydowskich książek nauczyły się najbardziej wyszukanych słów Mickiewicza i Wyspiańskiego, których używają nawet wówczas, gdy chodzi o całkiem przyziemne sprawy. Coraz częściej wyprzątają okna wystawowe z książek żydowskich pisarzy, wstawiając na ich miejsce choćby polskie podręczniki arytmetyki.

Nalewki, Gęsia i Franciszkańska – ulice te wryły się w serce żydowskiej Warszawy jak krzyż. Nalewki są kręgosłupem, Gęsia i Franciszkańska zaś dwoma rozpostartymi rękami. Na dłoniach tych rozpostartych rąk waży się życie i śmierć żydowskiego getta. Co wieczór staromodne karety z woźnicami w cylindrach wiozą młode pary do sal weselnych na rogu Franciszkańskiej. Czarne, smutne wózki zaś prowadzą zmarłych na cmentarz, który leży na skraju ulicy Gęsiej. Na przeciwległych krańcach żydowskiej Warszawy równoważą się życie i śmierć.

Pogrzeby

Kiedy przez ulice ciągnie kondukt pogrzebowy, natychmiast zamykają się sklepy, a zabiegani ludzie zatrzymują się i na chwilę ustaje ciągła gonitwa za pieniędzmi. Jak tylko oddali się wózek z ciałem przechodnie z obawą sięgają do kieszeni by sprawdzić, czy nalewkowscy kieszonkowcy przypadkiem nie powyciągali im portfeli. Okryte czarnym płótnem konie postępują krok za krokiem. Przez wycięte dziury łypią końskie oczy, wilgotne od niemego smutku. Najbliżsi kładą ręce na czarnym karawanie, z ich gardeł wydobywają się zachrypnięte okrzyki. Ulica Gęsia ciągnie się aż na zamiejskie pustkowie. Domki stają się coraz mniejsze, coraz bardziej przygarbione, a dachówki zakwitają zielonym mchem. Tu mieszkają warszawscy macewiarze. W otwartych podwórkach pośród półokrągłych kamieni stoją Żydzi pokryci białym pyłem; młotkiem i dłutem wykuwają smutne pochwały ozdobione złotymi lwami lub złamanymi świecami. Z podwórek macewiarzy już tylko kilka kroków do bramy "dobrego miejsca"… W małej bóżniczce cmentarnej palą się świece. Członkowie bractwa pogrzebowego z czarnymi, sztywnymi kaszkietami i długimi brodami gromadzą się w salce domu pogrzebowego, odziewają zmarłego w całun z łódzkiego płótna. Zachrypnięci kantorzy posypują otwarty grób modlitwą El mole rachmim7, a grudki gliny bębnią o deski przykrywające zmarłego.

Śluby

Zapada noc, płomyk wiecznego światła tli się w bóżniczce cmentarza, który leży przy końcu ulicy Gęsiej. Na drugim skraju, na Franciszkańskiej, z sal weselnych wylewa się blask. Podobnie jak pogrzeby, także śluby dzieli się na klasy – pierwsza, druga, trzecia. W salach na Franciszkańskiej wesela wyprawiają wyłącznie bogaci chasydzi, ubodzy kupcy i rzemieślnicy. Postępowi kupcy i fabrykanci z Nalewek wyprawiają wesela we własnych przestronnych domach, a dzieci prowadzą pod chupę wyłącznie do synagogi na Tłomackiem, gdzie rabin z kwadratową brodą i nakryciem głowy księdza pobłogosławi małżonków w języku polskich proroków i zakończy błogosławieństwo odwiecznym powiedzeniem: "niech ich droga usłana będzie różami"…

Ubodzy handlarze i rzemieślnicy, którzy mieszkają na strychach i w piwnicach, za ostatnie grosze wynajmują salę weselną na Franciszkańskiej. W bogatych salach rozbrzmiewają cymbały, w biednych bębny. Wesołkowie przywołują zmarłych rodziców, przystrajając ich imiona w drewniane rymy, a kobiety wylewają morze łez. Tak jak na pogrzebach, na weselach kręci się mnóstwo żebraków i pań zbierających na cele dobroczynne, wszyscy trzymają talerzyki lub puszki na datki. Za dnia na Gęsiej, wieczorem na Franciszkańskiej – te same twarze i te same pomarszczone ręce…

Epilog

W Warszawie jest pięć więzień. Cztery znajdują się na terenie żydowskiego getta w pobliżu Nalewek i Gęsiej. Stoją w plątaninie wąskich uliczek, jak ogromne karawany, są postrachem dla przechodniów. Z wielopiętrowych murów jak pająki wyzierają zakratowane okienka. Nad niektórymi wiszą żelazne kraty, brakuje na nich tylko napisu "tu spoczywa".

Nikt nie odważy się postawić nogi na chodniku biegnącym wzdłuż więziennych murów. Omijają go nawet dzieci błąkające się po ulicach. Dziesiątki tysięcy ludzi, którzy opuścili więzienne bramy w żydowskim getcie z nienawiścią wspomina uliczki, na które miesiącami i latami wyglądali z zakratowanych okienek.

W warszawskiej dzielnicy żydowskiej są cztery więzienia. Trzy są ciche jak zamurowane groby – kryminaliści cierpliwie znoszą swoją karę – tylko czwarte, znajdujące się między Pawią a Dzielną, często rozbrzmiewa krzykiem z tysięcy gardeł. Wtedy ulica drży i roznosi się szept: znów strajk głodowy!

W Warszawie jest pięć więzień. Cztery znajdują się na terenie żydowskiego getta.

Źródło: Literarisze Bleter 37 (540) 1934, s. 604‐606; 38 (541) 1934, s. 623‐624. spacerTłum. Aleksandra Geller
1. Arele Kozienicer (włśc. Aron Jechiel Hofstein, 1889-1942) – cadyk, syn Jerachmiela Mojżesza Hofsteina z Kozienic. [↑]
2. Saul Jedidja Eleazar Taub (1882-1947) – cadyk z dynastii Modrzyc (Dęblin), oznaczającej się najbogatszym folklorem muzycznym. [↑]
3. Salomon Henoch Rabinowicz (1882-1942) – cadyk z dynastii Radomsk (Radomsko), słynącej z pięknego śpiewu. [↑]
4. "ezres chojlim" – hebr. "pomoc chorym"; "biker chojlim" – hebr. "odwiedzanie chorych". Nazwy nawiązują do rozmaitych filantropijnych towarzystw opieki nad ubogimi chorymi, działających w międzywojennej Warszawie. [↑]
5. Autor przywołuje w tym miejscu tzw. "majse‐bicher" i "tchines". Majse‐buch – popularny zbiór przypowieści i legend o charakterze religijno‐ludowym w języku jidysz. Antologia ta miała wiele wydań (pierwsze w 1602 roku), adresowana była przede wszystkim do kobiet. Tchines – modlitewnik w języku jidysz, przeznaczony głównie dla kobiet. [↑]
6. Jidysz‐tajcz – starsza forma języka jidysz; w XX wieku używana niemal wyłącznie w kontekście religijnym. [↑]
7. El mole rachmim (hebr.) – Boże pełen miłosierdzia. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 51 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3578572