Ulica Gnojna

     To ona, ulica Gnojna1, wykołysała mnie i wypieściła, wychowała i ukształtowała. Ulica Gnojna, przemykająca – jak "guter Jid"2 do mykwy tuż przed szabatem – od ulicy Grzybowskiej do Hal Mirowskich. Na tej ulicy spędziłem moje dziecięce lata, tam radowałem się i smuciłem, dostrzegałem pierwsze promienie żydowskiego życia, łaziłem po miejscach, gdzie w ukryciu toczyła się walka o byt. W jej murach nabrałem wyobrażenia o źródłach żydowskich trosk i radości. Tam odprowadziłem też warszawskich Żydów na miejsce ich wiecznego spoczynku.
    Dziś, kiedy tamten świat mojego dzieciństwa przesłonił obłok dymu, kiedy siedzę tu, na obczyźnie, starając się odszukać w pamięci jakiś znak, najmniejszy ślad tamtych czasów, we wspomnieniach ożywa moja ukochana uliczka, przy której spędziłem młode lata. Ożywa cała różnobarwność ulicy Gnojnej z mieszkającymi na tam rabinami, "gute Jidn", bogatymi kupcami, żebrakami, złodziejami, ulicznicami, alfonsami, młodzikami tragarzami, ulicznymi handlarzami, którzy wespół zespół tworzyli krajobraz żydowskiej Warszawy w dzielnicy nazywanej "Za Żelazną Bramą".
    Wystarczało zrobić krok, żeby znaleźć się na drugim końcu Gnojnej, taka była krótka ulica. Uliczka jak ziewnięcie. Siedem domów, trzynaście numerów, to był jej trzon – krzepki i wibrujący życiem. Roiło się tu jak w ulu: rzemiosło, polityka, ciemne interesy.
    Wszyscy znali ulicę Gnojną: Żydzi z całej Warszawy, Polacy z Żoliborza i Koszykowej, Żydzi z Nadarzyna i Błonia, ze Lwowa i z Koła. Żydowscy hurtownicy i handlarze detaliczni z podwarszawskich miasteczek, którzy do stolicy przyjeżdżali rozklekotanymi wozami zaprzężonymi w liche chabety, musieli złożyć wizytę na tej ulicy, która beztrosko ciągnęła się wedle Wielopola3. Nawet ci, którzy nie mieli na Gnojnej nic do załatwienia, tylko wybierali się po naczynia aluminiowe na Ptasią, po porcelanę lub fajans na Żabią, po owoce południowe na Przechodnią, na mocy niepisanego prawa byli zobligowani do odwiedzenia tej ulicy.
    Było tam tak rojno i gwarno, jak może być tylko w żydowskiej dzielnicy, która stanowiła centrum handlu i rzemiosła. Ulica Gnojna nie wiedziała, co to sen. Noc nie miała nad nią władzy. Za dnia sklepy były pełne klientów, tragarzy, którzy na własnych barkach taszczyli worki, skrzynki, bale materiałów, domy całe... Na chodnikach od samego świtu było czarno od przechodniów, handlarzy bajglami, sprzedawców wody sodowej, pełno było koszy fistaszków, tanich cukierków, ziarna, zeszytów, świeczek, witek wierzbowych na hoszanes4 i innych wyjątkowych okazji. Tutaj przybysz z prowincji szukał pakunku, który właśnie gdzieś mu przepadł, zbankrutowany bogacz prosił o datek; trochę dalej jeden handlarz koni przeklinał drugiego na czym świat stoi, a policjant na rogu, taka "menda", przeganiał ulicznego handlarza. Żydzi w tzw. polskich czapkach i kapotach, w maciejówkach i z gołymi głowami, kobiety eleganckie i ubrane zwyczajnie, w wysmakowanych kreacjach i w zgrzebnych łachach, dzieci brudne i czyste, dobrze odżywione i zabiedzone – wszystkich można było tu zobaczyć.
    Wewnątrz, w kamienicach oznaczonych tymi siedmioma numerami, tętniło żydowskie życie ze wszystkimi jego jasnymi i ciemnymi odcieniami, z mądrością, zmysłem kupieckim, z dobrymi uczynkami i grzechami, na których zasadzało się istnienie tego największego i najbardziej różnorodnego żydowskiego skupiska we wschodniej Europie, czyli Warszawy.
    Kamienica z jednym podwórzem pod numerem 1 Drukuj
była zawsze mroczna, nawet latem. Po lewej stronie na pierwszym piętrze rezydował znany rabin warszawski Szachna Ryczywół5, pokój jego pamięci. Ten starszy człowiek o szlachetnym obliczu i srebrzystej brodzie, przemierzając podwórze, uśmiechał się do dzieci, które okazywały mu należny szacunek. Od lat jego twarz osnuwał tajemniczy smutek. Jego uczoność i specjalistyczna wiedza były znane daleko poza Gnojną. Widzę go jak dziś: podążającego na ulicę Grzybowską, do sądu rabinackiego, który urzędował w budynku gminy żydowskiej. W składzie tego sądu Ryczywół zasiadał jako szanowany znawca prawa religijnego. Widzę jak dziś jego pochyloną nad książką głowę, która niczym "ner tamid"6 jaśniała w oknie, rozświetlając podwórze pod numerem 1.
    Po prawej stronie podwórza jak karmiąca matka stał sklepik spożywczy reb Flama, chudego Żyda, obarczonego gromadką dzieci, który biednym klientom dawał "na kreskę" i nigdy nie upominał się o zwrot długu. Jego dzieci zawsze szarpały mamę za poły, płacząc i ciągle się wydzierając. Dobry był z niego człowiek, bez żółci, za to ze szczodrym sercem i pańskim gestem, choć biedny jak stąd na księżyc.
    Na drugim piętrze głos Tory wnosił nieco życia do codziennej beznadziei. Tutaj Kapłan i Kornfeld uczyli małe dzieci Pięcioksięgu7 z komentarzami RaSzIego8, geografii i arytmetyki. Nowoczesny cheder Kapłana i Kornfelda zyskał sławę najlepszej żydowskiej instytucji oświatowej na Grzybowie.
Od frontu mieszkała pani Efros, znana dentystka. Ta niepozorna kobieta, która miała wysokiego męża i synów jak tygrysy, chodziła wokół swoich ubogich pacjentów jak mama koło dzieci. Leczyła, wyrywała, a czasem i poratowała jakimś groszem. Wyleczyła tysiące zepsutych zębów, które dzień w dzień żuły twardy chleb, ogryzały najtańsze kości pawie bez mięsa i dzwonko śledzia. Pani Efros była tu bardzo popularna. Cała Krochmalna, Gnojna, bogaci i biedni rwali u niej zęby.
    Cicho było na tym podwórzu, niehałaśliwie i spokojnie, jakby kostucha rozsiała tutaj śmierć. Od czasu do czasu ktoś umierał albo się rodził, albo brał ślub i wtedy był płacz, zamieszanie, radość. Gwarno za to było na Gnojnej pod numerem 3 Drukuj
: zajazd dla furmanek z prowincji, królestwo wielkich piwnic z kiszoną kapustą, śledziami, [bloj-gefes], smołą, pierzem. Podwórze Krelów było jak ten sapiący kocioł, który omal nie eksploduje z powodu wielkiego ciśnienia pary. To tu urodziła się Frida Leselbojm, żona Zerubawela9, stąd wyszło całe pokolenie „górskich” chasydów, tutaj przez całe lata prał po pysku swoich chasydów i wyrzucał przez okno ich czapki rebe reb Arele10, cadyk kozienicki. Kto chciał w szabes wypić za darmo kilka szklanic piwa, zaglądał do reb Menasze Szynkarza. Kto chciał odnaleźć skradzioną rzecz, zachodził do reb Mechela Pasera, który bramy na Gnojnej 3 strzegł tak, jak władca strzeże swego królestwa. Tu mieszkał Jokl Złodziej ze swoimi synami złodziejami, którzy okradali tylko bogatych i drogo odpłacali się studentom endekom, jeśli zachciało się im przyjść na Gnojną, żeby bić Żydów. Mieszkał tu jakiś cadyk z Galicji, który żył dzięki prostym ludziom. Tutaj rządził król tragarzy Bezdomny Herszel, który tryskał humorem i beztroską. Powiesić śledzia na plecach Żydowi z prowincji, wlać chasydowi wodę za koszulę, to na tym Bezdomny Herszel i jego wspólnicy: Note Kulas i Abraham Palto, znali się najlepiej. Te buraki, prostaki, Pędrki Wyrzutki żyły jednak takimi samymi kłopotami i radościami. I jeszcze arystokraci z Gnojnej 3: Wolfsztajnowie, długoletni administratorzy domów; Kamieniowie, magnaci i kupcy towarów kolonialnych na wielką skalę; Gestelowie, szanowani wyznawcy cadyka z Góry Kalwarii11 i wielcy bogacze, skąpi wprost proporcjonalnie do tego, jak wielkie było ich bogactwo. Jednak proporcjonalnie najwięcej na ulicy Gnojnej było biedoty – ospowaty tragarz, blada ulicznica, „chesedlech”12, którzy sprzedawali „tanie okazje”. A kiedy nadchodził szabes lub podniosłe święto Pesach, odrapane mury przyoblekały się odświętnie, dziecięce główki starannie uczesane, i wszystkich, bogatych i biednych, obejmował odwieczny duch żydowskiego trwania, którego oni wszyscy byli żywymi symbolami. Nigdzie indziej nie było takiego świętowania, jak na Gnojnej 3, w domu, który wykarmił trzy pokolenia warszawskich Żydów.
    Bóżnica Prywesów zajmowała całe podwórze na Gnojnej pod numerem 5. Drukuj
Od strony ulicy było kilka sklepów: z mąką – Goldmana, ze świecami i farbami – Frida i Mędrowskiego, z czekoladą – Goldberga. W środku majestatycznie wznosiła się bóżnica z bejt ha-midraszem13 Szaji Prywesa, zamożnego kupca wyrobów żelaznych, którego imię nosiła. W tej bóżnicy modlili się „szenste Jidn”14 z okolicy, przychodzili także – żeby odmówić Kadisz15w rocznicę śmierci – „niemieccy”16 młodzikowie, którzy nawet nie zajrzeli przez cały rok do synagogi. Przy wschodniej ścianie siedzieli bogacze, a przy drzwiach – biedacy, tragarze i furmani. Tu była arena machlojek, bijatyk, dysput. Na podwórzu pewnego typu Żydzi omawiali zagadnienia dotyczące światowej polityki, a od czasu do czasu któryś z modlących się, gdy mu nerwy puściły, wychodził i krzyczał: „Łobuzy, zaprzańcy! Modlić się, a nie dyskutować!”. Bóżnica stanowiła schronienie dla bezdomnych, kalek, żebraków, którzy jednak o godzinie dziesiątej wieczorem musieli opuszczać dom modlitwy i biec na ulicę Dziką do sławnego „cyrku”17, gdzie za parę gorszy mogli spędzić noc. W bejt ha-midraszu reb Icie Majer prowadził swoją jeszywę18, w której dzień i noc zakuwało sześćdziesięciu chłopców z prowincji. A kiedy nadchodził Jom Kipur19, na podwórzu rozlegało się pobrzękiwanie niezliczonych puszek, do których wpadały datki na uposażenie młodych panien, na tanie posiłki bądź po prostu na wspomożenie jakiejś rodziny, która „umierała z głodu”. I te puszki robiły się ciężkie. Ludzie chętnie udzielali wsparcia. Dzielili się nie tylko Kamieniowie i Gestlowie, lecz również „chesedlech” i najbiedniejsi z biednych, jak tylko zdobyli pieniądze na kawałek chleba. W okresie Strasznych Dni20 bóżnica i bejt ha-midrasz pękały w szwach, bo kto w Warszawie nie znał adresu Gnojna 5, bóżnicy Szaji Prywesa. Niepodzielną władzę w bejt ha-midraszu sprawował reb Mendele Zegarmistrz, którego do roli tej wyznaczył sam Wszechmogący. W mroźnie zimowe wieczory reb Mendele naprawiał zegarki w świetle karbidowej lampy w swoim warsztaciku na Wielopolu, a latem w tym samym warsztacie razem z córką sprzedawał wodę sodową z sokiem po dwa grosze. Reb Mendele, odznaczający się dodatnimi cechami charakteru, zawsze w wysokiej jarmułce (kopl), widocznej spod typowej dla polskich Żydów czapki (hitele), nawet w dzień powszedni przepasany gartlem21, wieczory reb Mendele naprawiał zegarki w świetle karbidowej lampy w swoim warsztaciku na Wielopolu, a latem w tym samym warsztacie razem z córką sprzedawał wodę sodową z sokiem po dwa grosze. Reb Mendele, odznaczający się dodatnimi cechami charakteru, zawsze w wysokiej jarmułce (kopl), widocznej spod typowej dla polskich Żydów czapki (hitele), nawet w dzień powszedni przepasany gartlem , z siwą brodą, postawny, z melodią na ustach – jak tygrys walczył z włodarzami bóżnicy, którzy chcieli przejąć władzę także nad bejt ha-midraszem. Za reb Mendlem stała jednak rzesza zwolenników, którzy na rozkaz swojego przywódcy byli gotowi skoczyć w ogień. Prosty lud był po stronie reb Mendla, a bogacze – po stronie włodarzy. My, dzieci, trzymaliśmy z ugrupowaniem reprezentującym bejt ha-midrasz, a więc z reb Mendlem, który pełnił funkcję gabaja22. Z bejt ha-midraszu nikt nas nie wyganiał. Panował tu zawsze półmrok, który sprzyjał zabawie i psotom; w sobotni wieczór zawsze „honorowano” nas ciastem i śledziem, pozostałymi z ceremonii pożegnania szabatu, którą reb Mendel tydzień w tydzień celebrował jak patriarcha.
    Wokół mnie snują się teraz ich cienie: ślepych żebraczek, inwalidy bez ręki i nogi, a także tego, który poruszał się na czworakach, krzepkich żebraków, próżniaków, wszystkich należących do armii biedaków, która codziennie ustawiała w szeregu i nie przepuszczała nikogo, póki na żebraczym talerzyku nie zadźwięczała dwu- lub pięciogroszówka. Gnojna numer 5 to był adres bogatych, religijnych, świeckich, zwykłej łobuzerki i żebraków. Tam młódź harcowała pospołu z licznymi obdartusami. To synagogalne podwórze zapisało się w dziejach nędzy i splendoru chasydzkiej, żydowskiej Warszawy.
    W duszne letnie poranki, tak charakterystyczne dla żydowskich kwartałów miasta, ulicę Gnojną budził silny, charkliwy kaszel. Gnojna zrywała się wtedy ze snu, który i tak nie przynosił wytchnienia. Josel Beczka23, . W dwuizbowej knajpce u Joska można było spotkać generała Wieniawę-Długoszowskiegzwany też Grubym Joskiem, budził Żydów do codziennych obowiązków. Josl był właścicielem knajpy w bramie domu przy Gnojnej 7  Drukuj
. Zaledwie dwa niewielkie pomieszczenia miała Joskowa knajpka24, a dostarczała tylu wrażeń i miała tylu bywalców, którzy przeszli do historii. Zawsze pogrążona w półmroku, z wżartym w ściany zapachem taniego jadła, była mimo to filią Ministerstwa Spraw Wojskowych... "Idziemy do Joska"25 – brzmiało zawołanie wysokich oficerów polskiej armii, będące parafrazą bojowego okrzyku: „Idziemy na wroga”26 W dwuizbowej knajpce u Joska można było spotkać generała Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego27 – ojca chrzestnego rodzącej się w 1918 roku niepodległej Polski, ambasadora w Stolicy Apostolskiej i pierwszego pijaka Rzeczpospolitej. Wyprowadzono stąd nie jeden raz wysokich oficerów, dyplomatów i polityków w stanie „nieważkości”. U Josla kilkakrotnie gościł premier Walery Sławek28, ppłk Bogusław Miedziński29, znany parlamentarzysta i przywódca grupy pułkowników30.W domu przy Gnojnej 7 polska elita, książęta i hrabinie, zrzuciwszy herbowe jarzmo się, bez żenady prezentowali wulgarną obyczajowość rozpasanego szlachcica. Dla sterników państwa polskiego knajpa „U Grubego Joska” była drugim domem. A Josel, krępy, przysadzisty, z brzuchem, na którym można by zatańczyć, skakał wokół zacnych gości, klepał ich po plecach, opowiadał pieprzne dowcipy i wręczał długie rachunki... O grubym Joslu śpiewano w Warszawie piosenki, szlagiery31. Bywali tu wielcy ludzie, których pozycja wynikała choćby z wysokości płaconego rachunku; wszyscy byli niezmiernie zadowoleni, że gościli w sławnej knajpie " U Grubego Joska".


     W wigilię szabatu można było zobaczyć na Gonjnej 7 setki naczyń z czulentem, które – z braku miejsca u piekarza Gedalii – stały na zewnątrz jak żołnierze na warcie. Cała ulica garnki z czulentem nosiła do Gedalii, który swoją budząca respekt figurą, długą brodą przydawał blasku tej piekarni, podobnie jak jego synalkowie, z których Gadalia nie miał wielkiej pociechy. Kiedy Królowa Szabat zstępowała na ul. Gnojną, czulenty znikały w przepastnych piecach piekarni Gedalii, jednej z największych w naszej okolicy. A kiedy nadchodził Pesach, Gedale jak feldmarszałek dyrygował pracownikami: wycinającymi dziurki w cieście, wałkującymi, nadzorującymi koszerność produkcji, którzy najmowali się u niego w okresie przedświątecznej gorączki. Dobry człowiek to był, ów Gedalia Brandszteter. Żyd z brodą i pejsami, chociaż w tym, co pisane drobnym drukiem, miał słabe rozeznanie. Jego charakterystyczna figura tak zrosła się z naszą uliczką, że kiedy Gedale odszedł na tamten świat, Gnojna wyglądała jak kadłubek, któremu odjęto rękę lub nogę.
    A była tam jeszcze mykwa, cheder, sztibel32 „górskich” chasydów, Żydzi bogaci i biedni – co sprawiało, że Gnojna 7 stanowiła wierną kopię Gnojnej 3, była jak jej młodszy brat.
    Idąc dalej, natrafiało się na Gnojną 9 Drukuj
, gdzie były wielkie sklepy z drobiem, a kawałek dalej – na Gnojną 11 Drukuj
ze sławną masarnią potężnej Estery Lauterstein, której co dzień, dwa razy dziennie, kroczyła majestatycznie wąskim chodnikiem. Na Gnojnej pod numerem 11 był bazar Janasza33,gdzie można było kupić dosłownie wszystko: ryby, żywe i martwe, mięso, mąkę, masło, naczynia, wino i co tylko jeszcze. Krzyczano tam bardzo głośno tam, wydzierano się, wyzywano, by za chwilę się przeprosić. Zdawało się, jakby cały bazar Jansza oblano wrzątkiem. Tu „pracowali” złodzieje z ulicy Krochmalnej, tragarze z całej okolicy oraz handlarze reprezentujący wszystkie specjalności i kategorie.
    Ostatni sklep przy ulicy Gnojnej należał do M.B. Franta, wielkiego handlarza towarami kolonialnymi, prawdziwego żydowskiego magnata, u którego klienci wprost pokładali się na ladzie, prosząc, by ich jak najszybciej obsłużono. Towary od Franta słynęły z najwyższej jakości. Frant, jego synowie i córki wraz z dalszą rodziną należeli do warszawskiej elity.
    A ile było rodzin żyjących na Gnojnej cały rok tak, jak myszy w norach, na strychach, w piwnicach? Nikt nie wiedział nawet o ich istnieniu. Ich walka o codzienne przetrwanie nie toczyła się na widoku publicznym, nikt nie czuł ich głodu i nie interesował się ich losem.

***
Gdzie teraz jest moja ul. Gnojna?

Gdzie zniknęły jej czarne, ślepe mury; gdzie teraz są ci wszyscy ludzie, którzy mieli być przyszłością polskiego Żydostwa; gdzie zniknęli dwaj ślepi uliczni grajkowie, którzy opiewali śmierć Ester Rachel Kamińskiej34, tragiczny koniec Zysze Breibarta 35 czy smutny los dziewczyny, która rzuciła się z trzeciego piętra, bo jej narzeczony wyjechał do Ameryki; gdzie podział się ów Żyd z [rencelne gecejg], który wykrzykiwał na podwórku: "Zegarki do reperacji"; gdzież są "gut-szebes-jidelech"36 , którzy zbierali pozostałe z sobotniego śniadania chały, mięso, cukier, ryby dla ubogich pacjentów szpitala na Czystem37; gdzie się podziali "handałesi", skupujący stare szmaty i znoszone buty – gdzież są te wszystkie drogie sercu, niezapomniane osoby, które żyją w waszym krwiobiegu, w waszym mózgu, w waszych myślach, opromieniając ponurą okolicę ulicy Gnojnej?
Tam, gdzie żyli, gdzie zmagali się z rzeczywistością, obchodzili święta, gdzie stąpała ich noga, sterczą dziś kupy gruzu, wśród których biegają wygłodniałe szczury, które zawładnęły tym przerażającym cmentarzyskiem, jakim stała się żydowska Warszawa.

 

Zobacz wszystkie adresy wymienione w artykule:

 

Paul Trepman, A gesl in Warsze, Montreal 1949, s. 9-17.
Tłum. Anna Ciałowicz
1 nazwa ulicy Gnojnej wzięła się stąd, że w XIX wieku składowano tam gnój, wywożony z koszar Wielopolskich; w 1902 r. ulicę przemianowano na Rynkową. [↑]
2 "guter Jid" (l.mn., "gute Jidn"; jid., "dobry Żyd") – tradycyjne określenie osoby żyjącej duchowością, cadyk. [↑]
3 Wielopole – jurydyka erygowana w 1693 r. przez Wielopolskich. Projekt urbanistyczny wykonał Tylman z Gameren na zlecenie Marii Anny Wielopolskiej, siostry królowej Marii Kazimiery Sobieskiej. Usytuowana została na przedłużeniu ul. Senatorskiej i znajdowała się w obrębie ulic: Elektoralnej, Żabiej, Granicznej, Grzybowskiej i Ciepłej. W jurydyce przemieszkiwała okresowo szlachta, która przybywała do stolicy z okazji elekcji i sejmu. Ratusz Wielopola mieścił się przy ul. Krochmalnej 17. [↑]
4 hoszanes (hebr./jid., l.mn. od hebr, hoszana = zbaw nas) – nazwa gałązek wierzbowych używanych w dniu Hoszana Raba. W czasach Świątyni tego dnia kapłani siedmiokrotnie okrążali ołtarz, trzymając w rękach gałązki wierzbowe, po czym uderzali nimi o ziemię obok ołtarza. [↑]
5 Szachna Ryczywół – rabin [???]. [↑]
6 "ner tamid" (hebr., "wieczne światło") – lampka w synagodze, stanowiąca przypomnienie menory, stale jaśniejącej w Świątyni Jerozolimskiej. [↑]
7 Pięcioksiąg – pięć pierwszych ksiąg Biblii Hebrajskiej. [↑]
8 RaSzI (akr. od Rabi Szlomo Icchaki), właśc. Szlomo ben Icchak (1040 Troyes w płn. Francji – 1105 tamże) – rabin, uczony, którego komentarze do Biblii i Talmudu miały fundamentalne znaczenie dla rozwoju żydowskiej myśli filozoficznej i religijnej. [↑]
9 Zerubawel (pseud.; właśc. Jakub Witkin) (1886 Połtawa – 1967 Tel Awiw) – działacz ruchu Poalej Cyjon, publicysta. W 1910 r. wyemigrował do Palestyny, gdzie był wpływowym działaczem ruchu robotniczego. W okresie międzywojennym przebywał w Polsce; podczas II Zjazdu Szkolnego (CISZO) w 1925 r. został powołany do komisji organizacyjnej, która zainicjowała tworzenie JIWO. [↑]
10 Arele Kozienicer (włśc. Aron Jechiel Hofstein, 1889-1942) – cadyk, syn Jerachmiela Mojżesza Hofsteina z Kozienic. [↑]
11 Abraham Mordechaj Alter (1866 Góra Kalwaria – 1948 Jerozolima) – czwarty cadyk w chasydzkiej dynastii z Góry Kalwarii. [↑]
12 "chesedlech" – członkowie Chewra Kadisza, pilnujący zwłok na ulicy, by nie zabrała ich policja; także: wszelkiego rodzaju handlarz uliczni, rzemieślnicy pracujący "pod chmurką", żebracy i naciągacze. [↑]
13 bejt ha-midrasz (hebr.) – dom nauki. [↑]
14 "szenste Jidn" (jid., "Żydzi najpiękniejsi) – elita duchowa, ludzie jaśniejący wewnętrznym blaskiem. [↑]
15 Kadisz (od hebr. kadisz, święty) – jedna z najważniejszych i najczęściej odmawianych modlitw w liturgii żydowskiej, napisana w jęz. aramejskim w czasach talmudycznych; wyraża wiarę w jedynego Boga i poddanie się Jego woli; popularnie nazywana modlitwą za zmarłych, gdyż żałobnik zobowiązany jest odmawiać ją codziennie przez rok po śmierci osoby bliskiej. [↑]
16 Żydów upodobniających się do nie-żydowskiego otoczenia, noszących stój europejski nazywano "Niemiszkami" (jid. "Dajczn"). [↑]
17 "cyrk" przy ul. Dzikiej [???]. [↑]
18 jeszywa (hebr., posiedzenie) – wyższa uczelnia talmudyczna. [↑]
19 Jom Kipur (hebr., Dzień Pojednania) – dzień pokuty i postu; jedyny nakazany przez Torę post, obchodzony jesienią; uznawany za najważniejszy i najbardziej uroczysty dzień roku w kalendarzu żydowskim. [↑]
20 Straszne Dni (hebr., Jamim Noraim) – dziesięć dni pomiędzy Rosz haSzana a Jom Kipur, czyli pierwsze 10 dni nowego roku, poświęcone modlitwie i wyrażaniu żalu za popełnione grzechy. [↑]
21 gartel (jid. pas) – pas noszony dla oddzielenia górnej części ciała od dolnej, nieczystej. [↑]
22 gabaj (hebr., szafarz) – funkcjonariusz synagogi, wybierany przez członków społeczności i pełniący funkcję administratora. [↑]
23 właśc. Józef Ładowski. [↑]
24 Knajpa lub – oficjalnie – herbaciarnia (herbatnia) "U Grubego Joska" (Józefa Ładowskiego) otwierana była o godzinie drugiej w nocy. Pod koniec lat 20. i na początku 30. cieszyła się ogromną popularnością wśród mieszkańców Woli, handlarzy i tragarzy z Hali Mirowskiej, a także wśród gości luksusowych nocnych lokali (zwłaszcza Adrii), którzy po ich zamknięciu, przenosili się nad ranem do Sielanki, Kasztelanki i Hrabiny na Czerniakowie, Narcyza na Żurawiej, Pod kogutem na Woli lub Grubego Joska, ceniąc sobie niepowtarzalną atmosferę tych lokali i autentyczny warszawski folklor. [↑]
25 Knajpa, oprócz niepowtarzalnej atmosfery, słynęła z serwowania najlepszych flaczków po warszawsku, na które przyjeżdżali w czwartki ludzie z całej Warszawy. Stasiek Wielanek opowiada, że u "Joska z Gnojnej się kręciło jakieś geszefty pod stołem". Jednym z takich ludzi co "kręcili jakieś geszefty pod stołem" mógł być Józef Łokietek (Judel Dan Łokieć) zwany "Rabinem" – herszt gangu wymuszającego haracze i łapówki od kupców i handlarzy warszawskich. Do knajpy "U Grubego Joska" mieli przychodzili także znani artyści i ludzie z pierwszych stron gazet m. in. Skamandryci, a także adiutant Marszałka Józefa Piłsudskiego, generał Wieniawa-Długoszowski. [↑]
26 w oryginale po polsku. [↑]
27 w oryginale po polsku. [↑]
28 Bolesław Wieniawa-Długoszowski (1881 Maksymówka k. Stanisławowa – 1942 Nowy Jork) – generał WP, dyplomata,poeta, lekarz medycyny, wolnomularz, adiutant marszałka Józefa Piłsudskiego. Był jedną z najbarwniejszych postaci II RP, znanym z umiłowania do kobiet, koni i hucznej zabawy, czym zaskarbiał sobie niecodzienną sympatię jednych, i nie zawsze skrywaną złość innych, zwłaszcza przeciwników obozu sanacji. [↑]
29 Walery Sławek (1879 Strutynka k. Niemirowa – 1939 Warszawa) – pułkownik WP, trzykrotny premier Polski, marszałek Sejmu, wolnomularz. Był członkiem PPS i jej Organizacji Bojowej, jednym z najbliższych współpracowników marszałka Józefa Piłsudskiego, liderem obozu sanacyjnego(tzw. grupy pułkowników), jednym z głównych twórców założeń konstytucji kwietniowej (1935). Pod koniec życia zmarginalizowany wewnątrz sanacyjnego obozu rządowego, popełnił samobójstwo. [↑]
30 Bogusław Miedziński (1891 Miastków Kościelny – 1972 Londyn) – podpułkownik WP, polityk i dziennikarz, pułkownik WP, minister w rządzie Józefa Piłsudskiego i Kazimierza Bartla, wicemarszałek Sejmu, marszałek Senatu, wolnomularz. [↑]
31 Grupa pułkowników – ścisłe otoczenie i najbliżsi współpracownicy Józefa Piłsudskiego, pełniące kierowniczą rolę w Bezpartyjnym Bloku Współpracy z Rządem i państwie polskim podczas rządów sanacji w okresie II RP. [↑]
32Do najpopularniejszych piosenek warszawskich należy Bal na Gnojnej ; muzykę do niej skomponowała Fanny Gordon (wł. Fajga Jofe), słowa napisali Julian Krzewiński i Leopold Brodziński. [↑]
33 s (jid., izba) – modlitewnia chasydzka. [↑]
34 bazar Janasza [???]. [↑]
35 Ester Rachel Kamińska (1870 Porozów k. Wolkowyska – 1925 Warszawa) – zw. "matką teatru żydowskiego", owiana legendą aktorka teatru jidysz. [↑]
36 Zysze Brajbart (1883 Stryków – 1925 Berlin) – ulubieniec Warszawy, uważany był za jedynego siłacza, który nie stosował tricków. Wyginał talerze, łamał podkowy, z jego uścisku nie było ucieczki. Zmarł w wyniku rany odniesionej w czasie jednego ze swoich pokazów. W trakcie jednego z pokazów opierając się na jednym kolanie, przebił gwoździem pięć calowej grubości desek dębowych, używając tylko gołych rąk. Kolano zostało przypadkowo przekłute. Gwóźdź był zardzewiały i wywołał zakażenie, które spowodowało zgorzel. Obie nogi zostały amputowane, lecz to nie zatrzymało postępującego zakażenia. Zysze Breibart zmarł po ośmiu tygodniach. [↑]
37 "gut-szabes-jidelech" - ortodoksyjni Żydzi, którzy w sobotę rano chodzili po podwórkach ,zbierając pozostałości świątecznego posiłku dla biednych. [↑]
38 Szpital Starozakonnych na Czystem – żydowska placówka medyczna funkcjonująca w latach 1902–1943 w dzielnicy Wola. Przez wiele lat uważana za jeden z najlepszych i najnowocześniejszych szpitali w Polsce. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 32 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3575593