Portrety z unicestwionego świata

Pożeracz Jajek

Wyglądał jak zwierzę. Głowę golił raz na rok, na pewno nie częściej. Jego twarz była czarna jak ziemia, włosy zlepione tłustą warstwą brudu, w kącikach oczu zastygła żółta ropa. Z nosa bez przerwy mu kapało, zielony glut ściekał na płaszcz, a on, ów Pożeracz Jajek, pozwalał tej substancji robić, co chce. Jego płaszcz z czasem stawał się coraz sztywniejszy i twardszy, z powodu swojej niewdzięcznej funkcji przypominał już nawet chitynowy pancerzyk

Nikt nie słyszał, by odezwał się kiedykolwiek. Milczący był, tak samo jak jego ręczny wózek, na którym wlókł swój warsztat pracy i w wolnych chwilach służący mu za materac. Całymi dniami wylegiwał się na swoim wózku z twarzą skierowaną ku słońcu, podścielając sobie kilka szmat, żeby mu było wygodnie. Pokaźna kostka brukowa, która służyła do przyciskania towaru w czasie przewożenia, służyła mu w takich chwilach za poduszkę. Śpiąc „pod chmurką”, koło ulicznego rynsztoka, chrapał jak niedźwiedź, który zapadł w zimowy sen. Spoglądający na jego pozę przechodnie, wdychając niechcący drażniące nozdrza zapaszki i zatykając nosy, spluwali trzykrotnie i czym prędzej oddalali się z tego cuchnącego miejsca.

Od czasu do czasu ktoś się litował nad tym zwariowanym tragarzem i wynajmował go do przewiezienia kilku skrzynek lub paczek. Po powrocie z „kursu” Pożeracz Jajek wstępował do Mendla Gewelbiarza, kupował bochenek chleba i kilka jajek na twardo. Siadłszy na swoim wózku, rwał kawały chleba tak, jak wilk rwie na sztuki swoją ofiarę. Jajka wręcz całował. Wcześniej lustrował je miłosnym, lubieżnym spojrzeniem, a następnie wsadzał do ust w całości, przeżuwając starannie i rozkoszując się każdym kęsem, zanim trafił do jego pustego żołądka.

Był to tragarz „detaliczny”, który zarabiał tu dwadzieścia, tam czterdzieści groszy. Jego najbliższy i najbardziej oddany przyjaciel, czyli kawałek sznurka do obwiązywania paczek, przepasywał go w pasie tak, jak gartel1 opasuje biodra prawowiernego Żyda. Jego strój składał się z łat, które trzymały się w całości jedynie dlatego, że były zszyte grubym sznurkiem, co upodobniało tę postać do złapanej w sieć zwierzyny.

Nawet na niezwykle gwarnej i ruchliwej ulicy Gnojnej Pożeracz Jajek przyciągał uwagę przechodniów, wzbudzając ich współczucie i litość.

Kochał swój zawód niczym panna młoda swego oblubieńca. Gdyby kazano mu zostać rabinem, nie zgodziłby się, bo jak tu rozstać się ze swoim połatanym ubraniem, skrzypiącym wózkiem, z tym wszystkim, dzięki czemu mógł żyć o samych jajkach.

– Hej, Pożeraczu Jajek, może byś – z Bożą pomocą – rzucił ten fach!

Kiedy ktoś uraczył go takim „dobrym słowem”, tragarz pienił się i gotów był udusić gołymi rękami. Dzieciaki z ulicy Gnojnej dobrze znały tę jego słabość. Dlatego co rusz któryś z nas od tyłu podbiegał do Pożeracza Jajek i krzyczał mu do ucha: „Z Bożą pomocą, rzuciłbyś wreszcie ten fach!”. Pożeracz Jajek nieraz ruszał w pogoń za dzieciakami, bił je okrutnie, aż odzyskiwał spokój i szedł zdrzemnąć się na wózku.

Ponad wszystko jednak, nawet bardziej niż swój fach, uwielbiał jajka. Ugotowane na twardo jajka przenosiły go do krainy marzeń, dla nich gotów był porzucić swój fach, dla nich częstokroć rezygnował ze snu, co w jego przypadku było czynem bohaterskim.

– Pokaż, co potrafisz! Tu jest czterdzieści jajek, masz je połknąć w skorupkach. Jak podołasz, dostaniesz piętnaście złotych na dokładkę. A jak nie dasz rady, toś świnia i jeszcze będziesz musiał za to zapłacić.

Oczy mu się świeciły do gotowanych jajek. Całym sobą rzucił się, aby wygrać zakład, który inni tragarze, żartownisie, zaproponowali mu dla kawału.

Tłum ciekawskich otoczył Pożeracza Jajek i szeroko otwartymi oczami obserwował, jak „zwierzęca paszcza” pochłania nieobrane jajka. W powietrzu rozlegały się okrzyki: „Hurrra!”. Pożeracz Jajek pokonał szyderców. Jak gdyby nigdy nic strawił czterdzieści jajek w skorupkach.

Od tamtej pory ulica Gnojna darzyła szacunkiem tego tragarza, który był jednym z trzydziestu sześciu sprawiedliwych2, walczącym, marzącym i żyjącym wyłącznie ze względu na jajka.


Żona gabaja

Z punktualnością rozregulowanego zegarka w każdy sobotni poranek otwierały się drzwi i jak zbity pies bojący się kija przemykała do kuchni żona gabaja3. Dalej nie szła. Tu, w kuchni, było jej schronienie. Całą sobotę spędzała na Gnojnej pod numerem 3

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
, a pozostałe dni tygodnia w innych kamienicach przy naszej ulicy, która dawała jej szerokie pole do działania. Choć tu nie mieszkała (w takim razie gdzie? kto znałby jej adres?), uważaliśmy ją za wypełniającą święte posłannictwo arystokratkę.

Porównywano ją do chodzącego grzyba, którego kapelusz jest większy niż cała reszta. Była tak malutka, że chcąc jej coś powiedzieć, trzeba było się schylać i patrzeć w dół. W obu rękach zawsze taszczyła pakunki, w których mieściły się tysiące malutkich zawiniątek, zapakowanych w nieskończone warstwy papierów i papierków. Kiedy jej się poszczęściło i oba tłumoki wypełnione były po brzegi, wyciągała spod kiecki worek. Wkładała tam wszystko, co się jej nie mieściło i zarzucała worek na garbate plecy. Jak nosiwoda na koromysłach niosła owoce swego trudu, ugięta pod ich ciężarem, kolebiąc raz w prawo, raz w lewo. Na swoich drobnych nóżkach kołysała się jak wahadło ściennego zegara.

Całymi latami taszczyła pakunki z kawałkami chały, chleba, odrobiną masła, cukru, z krojoną cebulą, marchewką, resztkami ryby lub mięsa.

Swoją karierę rozpoczęła jako prawdziwa gospodyni, która organizowała zbiórki żywności dla pacjentów Szpitala Starozakonnych na Czystem4. Jej mąż nie prowadził wielkich interesów, ale zarabiał nie najgorzej, a ona nie mogła znieść bezczynności, gdyż pragnęła służyć chorym, o których nie zawsze pamiętała lokalna społeczność. Tak rozpoczęło się jej chodzenie po domach, zbiórki na rzecz tych nieszczęsnych pacjentów, których bezduszne rodziny opuściły w chorobie. Kiedy ta niepozorna, komicznie wyglądająca kobieta przekraczała próg szpitala na Czystem, zaraz rozlegały się pochwały, komplementujące tę „świętą duszę”, a z oczu nieszczęśników nie raz potoczyła się łza radości i dumy, dająca tym zgnębionym istotom ożywcze tchnienie.

Mąż był dumny z powodu jej wielkoduszności. Ulegał prośbom żony, by cały sobotni dzień mogła poświęcić chorym. U boku męża prowadziła szczęśliwy żywot, pełna poświęcenia dla chorych i miłosierdzia dla bliźnich.

Mijały lata. Kiedy tak chodziła po dary, opuściło ją szczęście i pomyślność. Mąż zmarł. Została sama na świecie, bez żadnego źródła dochodu, bez jednej szczęśliwej chwili. Zaczęła chodzić po domach nawet w środku tygodnia. Nędzne położenie wyryło na jej twarzy głębokie bruzdy. Ciało skurczyło się, chód zrobił się chybotliwy. Ludzie to widzieli i ubolewali nad jej upadkiem. Dalej podejmowano ją z honorami. Tytułowano ją „żoną gabaja” jak w dawnych, dobrych czasach. Dawano jej w ten sposób do zrozumienia, że dla ludzi pozostała tym, kim była przedtem – kobietą opatrznościową. Z gromadzonych resztek pożywienia w ostatnich dniach część brała dla siebie.

Po jakimś czasie żona gabaja zniknęła. Już więcej nie przyszła. Po kilku tygodniach na nasze podwórko dotarła wiadomość, że anioł śmierci zakończył jej wędrowną egzystencję.

A ulica Gnojna mówiła o tym, że w słomiance, na której spała żona gabaja, sąsiedzi znaleźli wielki skarb. Umierając, trzymała pod głową kilkaset dolarów. Skąd miała takie bogactwo, pozostanie na wieki wieków tajemnicą.


Motie Pętak

Motie Pętak był królem naszej biedy z nędzą. Jednak jego współczujące serce i miłosierdzie wobec wszystkich cierpiących sprawiały, że nie raz uważano go za wzór prawdziwego człowieczeństwa, kierującego się kryształowo czystym uczuciem.

W bejt ha-midraszu5 przy ulicy Gnojnej pod numerem 5

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
znajdowały się jego sypialnia i jadalnia; było to także miejsce, w którym wychowywał się i dorastał. Przybył z sąsiedniej ulicy Krochmalnej. Tam umarli jego rodzice, kiedy Motie był małym chłopcem. Poza nimi nie miał nikogo bliskiego. Wychowała go najpierw ulica, a później bajt ha-midrasz Szaji Prywesa. Posługiwał się językiem półświatka i wydawał jednoznaczne osądy, jak podczas dintojry. Nawet w największe mrozy chodził na bosaka. Zęby mu szczękały w takt „tłustych” piosenek, które wyśpiewywał czystym, serdecznym głosem. Ubrany był jedynie w spodnie i koszulę. Zimową porą udało mu się zdobyć jakiś płaszcz. Jednak przez większą część roku płaszcz zastępował mu ukradziony gdzieś worek. Znał wszystkich i odwrotnie – mieszkańcy ulicy Gnojnej, dorośli i dzieci, bogaci i biedni, byli z nim w dobrej komitywie. Jego stopy były czarne jak węgiel. Setki wszy chodziły swobodnie po jego korpulentnym ciele.

W wigilię święta, kiedy na podwórzu, gdzie stała bóżnica, żebracy ustawiali się w szeregu do swojej „pętackiej” służby, Motie dzierżył buławę marszałkowską. Kierował ruchem i każdemu biedakowi sprawiedliwie wyznaczał miejsce. Doglądał tego, żeby kaleka nie został „wykolegowany” przez zdrowych i silniejszych biedaków. Bez pardonu zatrzymywał udających się na modlitwę i zmuszał ich do rzucenia paru groszy na talerzyk. Drżeli przed nim ci, którzy byli mu równi stanem, jak również ci, którzy wstydzili się zamienić z nim słowo.

W sobotni wieczór miał zapewnioną kolację. Na trzeciej uczcie świątecznej (szalszides)6 zaliczał się do najbardziej szanowanych i pożądanych gości w bejt ha-midraszu. Prócz porcji, którą przydzielał mu gabaj, Motie Pętak ściągał ze stołu dwie chały i trochę śledzia, co miało mu wystarczyć na niedzielne śniadanie. W niedzielę i piątek pętał się na podwórzu bóżnicy, w czwartek chodził po domach, we wtorek odwiedzał kramy, a w pozostałe dni kradł. Nigdy nie skarżył się na swój los. Śpiewał bez przerwy i wycinał hołubce na środku ulicy, za co żądał zapłaty. I nikt nie śmiał mu odmówić, bo bał się wpaść w jego łapy. Ludzie obsypywali go drobniakami, a czasem i brzęczącą monetą.

Kiedy naszła go ochota na owoce, szedł do warzywniaka i brał sobie kilka jabłek albo gruszek, garść czereśni albo porzeczek, jakby to mu się należało, i szedł w swoją stronę. Tak samo robił, kiedy miał ochotę na jakieś inne produkty: szedł i brał.

Noce spędzał w „cyrku” przy ulicy Dzielnej, jak setki innych osób, które znalazły się poza nawiasem społeczeństwa.

Dla wielu mieszkańców naszej ulicy Motie Pętak był prawdziwym dopustem Bożym, dla innych jednak – postacią godną naśladowania.


Szames Mendel

Faktyczną władzę w bóżnicy przy ulicy Gnojnej 5 sprawował Mendel Szames. Mimo że u steru Prywesowego domu modlitwy stał zarząd złożony z szanowanych obywateli, to on, Mendel, sprawował w tym świętym przybytku niepodzielną władzę. A oni, fundatorzy i dobroczyńcy bóżnicy, liczyli się z jego zdaniem i opinią, gdyż Medndel był człowiekiem myślącym, miał rozsądne podejście do bywalców modlitewni i umiał panować nad emocjami, czym zdobywał sobie szacunek.

Jego praca służyła nie tylko starej, olbrzymiej bóżnicy, lecz także setkom zwykłych uczestników modlitwy, którzy trzy razy dziennie przetaczali się przez główną salę, jak również dostojnym gościom sobotnim, którzy w mury ozdobione malowidłami o tematyce biblijnej wnosili atmosferę święta. U Mendla można było otrzymać modlitewniki zwykłe i świąteczne, książeczki z modlitwami, tałesy7, cycesy8, gałązki wierzbowe na Sukot9 (hoszanes)10 i grzechotki na Purim11, lulaw12 z esrogiem13, a także aliję14 do Tory, no i przede wszystkim można było zarobić w gębę. Jego interes był czynny przez cały dzień do późnego wieczora, kiedy stróże zamykali bramy kamienic. W przedsionku wisiała w kącie szafka, w której trzymał swój towar. Szames pilnował jej i strzegł z takim samym pietyzmem, z jakim odnosił się do aron ha-kodesz, gdzie przechowuje się zwój Tory, a także do samego zwoju z drogocennymi ozdobami i srebrnymi rączkami (jad)15 używanymi do wskazywania tekstu. Jako wyśmienity, przenikliwy psycholog Mendel umiał przejrzeć swoich klientów na wylot. Wiedział, komu dać modlitewnik w skórzanej oprawie, kogo trzeba wywołać uroczyście do czytania z Tory, a na kogo wystarczy krzyknąć: „Hej, pośpiesz się, nie ma czasu”. Wiedział też, kogo należy posadzić na honorowym miejscu przy wschodniej ścianie, kogo w dalszym rzędzie, a kogo na samym końcu. Kiedy schludnie ubrany młody człowiek przychodził pomodlić się za zmarłego, Mendel stał przy nim, głośno odpowiadając: „Amen” i „Jehe szme raba”16. Robił tak nie z szacunku dla żałobnika, lecz ze względu na brzęczącą monetę, którą ten wetknie mu do łapy.

Szames Mendel szorstko obchodził się ze spóźnialskimi. Przeszkadzających w czasie modlitwy chłopców ciągnął za uszy i wyżywał się na tych, którzy włazili na okolone czterema kolumnami podwyższenie modlitewne; do krwi szczypał biedaków, którzy mieli czelność rozgościć się w pierwszej ławce; był specjalistą od wymierzania siarczystych policzków tym, którzy z własnej inicjatywy zajmowali miejsce przy pulpicie, by prowadzić wspólną modlitwę. Przeganiał z bóżnicy wszystkich, którzy potajemnie zapalali papierosa, albo takich, którzy w kącie między ławkami jedli bajgle, wiedli trywialne rozmowy lub czyścili z wszy swoje koszule.

Żadna modlitwa nie zaczynała się bez jego rozkazu; bez jego zgody nawet Prywesowie nie mogli otworzyć aron ha-kodesz i wyjąć stamtąd zwoju Tory; bez jego przyzwolenia nie wolno było zapalić świecy w rocznicę śmierci; bez jego wiedzy i zgody, kiedy zabrakło miejsca w sali głównej,w przedsionku nie mógł powstać drugi minjan17. „Bez Mendla Szamesa bóżnica przy ulicy Gnojnej 5 przypomina ciało bez duszy, niech Bóg ma nas w swojej opiece!” – twierdzili stali bywalcy.

Szames był znany, a nawet sławny w całej okolicy. Zamożni przymilali się do niego, chcąc dostać najbardziej zaszczytny fragment do czytania z Tory; biedacy trzęśli się przed nim ze strachu, żeby ich nie wyrzucił z podwórza; przedstawiciele klasy średniej wdawali się z nim w pogawędki, licząc na to, że szybciej dostaną modlitewnik lub tałes, kiedy ze swojego sklepiku wyrwą się na modlitwę.

Bóżnica przy ulicy Gnojnej 5 była dla Mendla wszystkim: miejscem zarobkowania, drugim domem i obszarem, na którym sprawował władzę.

On zaś, Mendel Szames, dźwigał na swych barkach fundament, na którym wznosił się ów przybytek świętości.


Gitla Ciemna Mogiła

Wnętrze jej sklepiku przy ulicy Gnojnej 3 było czarne jak smoła. Taki sam brud panował w jej domu. Ręce, twarz, a zapewne i ciało miała pokryte kilkoma warstwami czarnego jak ziemia osadu.

Głowę Gitli Ciemnej Mogiły koronowały typowe dla ulicy Gnojnej brud i niechlujstwo.

Do Warszawy kobieta ta przyjechała z Siedlec lub innego Międzyrzeca, żeby wyjść za mąż za Mosze-Matesa, człowieka przypominającego króla Oga18, wyróżniającego się potężnym wzrostem, także nieziemsko brudnego. Gitla, jego żona, sprawiała jednak, że w ich domu zrobiło się ciemno jak w grobie. Zarabiali na smole i smarze do kół, który zasmradzał całe nasze podwórze. Unoszący się z ich kramu oleisty zapach powodował, że powietrze wokół wydawało się czarne i tłuste. Wokół ich interesu stały tysiące beczułek i dużych beczek, które w upalne letnie dni nie pozwalały lokatorom oddychać, przesycając ciężkie powietrze zapachem smoły i innych mazideł.

Człowieka, który wszedł do jej mieszkania, odrzucało z powodu panującego tam brudu i zaduchu. Łóżka były wiecznie nieposłane, na stole walały się chleb i śledzie, beczułka oleju i kamionka z kiszonymi ogórkami, kawałek gotowanego mięsa, obgryzione kości pomieszane z brudną bielizną. Ściany, podłoga i tych kilka książek były czarne; całe ich jestestwo pokrywała nieusuwalna czerń.

I ot, taki żywot wiodła Gitla Ciemna Mogiła. Odpłacała swemu mężowi, grzesząc czasem z innym, przetaczała wielkie beczki, nalewała smołę do wiejskich baniek, jadła wielkie pajdy z nieobranym śledziem i wykłócała się ze wszystkimi sąsiadami, którzy krytykowali jej sposób życia.

Dzieci wcale nie były czystsze od matki, ich również znaczyła czerń.

Gitla Ciemna Mogiła miała dzieci własne, które poczęła ze swoim obecnym mężem, a także potomstwo jej męża z poprzedniego małżeństwa. Dzieci należące do tej drugiej kategorii żyły tylko po to, żeby jej obrzydzać każdy dzień, żeby wysysać z niej krew. Miała z ich powodu złamane życie. Ciągle się z kłócąc, codziennie rwąc włosy z głowy, skacząc sobie do oczu, gryząc się do krwi, rodzina ta słynęła na podwórzu przy Gnojnej 3 z prawdziwie azjatyckiego temperamentu, bójek i awantur, które w warszawskim półświatku stały się wręcz legendarne.

A przecież Gitla Ciemna Mogiła nie należała do plebsu. Jej rodzice byli żydowskimi arystokratami, jej dzieci miały dobry gust i solidne wykształcenie, w domu nigdy nie brakowało chleba z masłem. Była kobietą niezależną finansowo, która nakarmiła niejednego głodującego.

Tyle że była jak ciemna mogiła, niechluj, wielki tobół brudu, przez co jej życie przypominało ciemny grób.

Po śmierci Moszego interes przejął jej najstarszy syn. Gitla z pozostałymi dziećmi przeniosła się wtedy do Falenicy i tam dalej żyła po swojemu.

Wraz z jej wyprowadzką z ulicy Gnojnej zniknęła niecodzienna postać, cenny egzemplarz barwnej w galerii postaci warszawskich Żydów.


Menasze „Piwiarnik”

Przed Menasze było w rodzinie wiele pokoleń sprzedawców piwa i restauratorów. Żona także przyszła do niego z szynku, który odziedziczyła po siostrze z ulicy Zielnej. Byli to wielcy znawcy sztuki kulinarnej, która rozwijała się wraz ze specyficznym stylem życia Żydów w Kongresówce. Smaczniejszego, lepiej doprawionego grochu czy bobu ze świecą szukać. Śledź z cebulką w oleju, placuszki jajeczne, żeberka, tłusty krupnik na kości, pieprzna grochówa i purée z fasoli – te dania sprawiły, że imię Menaszego stało się znane w najodleglejszych zakątkach naszej dzielnicy.

Był to człowiek mizernej postury, drobny, jakby dopiero co się urodził. Swoimi małymi dłońmi z niezwykłą szybkością obsługiwał klientów, którzy wiecznie się spieszyli, ciągle nie mieli czasu. Jak zwinny kot biegał między stolikami, podawał piwo z grochem, ścierał rozlaną herbatę, przynosił zupę, przeganiał podejrzanego typka, a przede wszystkim kasował gotówkę. Jednocześnie wiódł homiletyczną dyskusję z przyjacielem od serca, który przyszedł do niego pod pretekstem trudnego do rozstrzygnięcia zagadnienia z traktatu Chulin19. Prawdziwym powodem jego przyjścia była chętka, żeby za darmo napić się jasnego piwa z browaru „Haberbusch i Schiele”20, bo w kieszeniach miał pusto. Menasze toczył beczułki piwa, balony z gazem, z wodą sodową, łamaną polszczyzną rozliczał się z wysokimi, barczystymi dostawcami, którzy pod szynk przyjeżdżali doskonale znanymi w Warszawie platformami firmowymi tego browaru, zaprzężonymi w belgijskie konie. Od świtu do zmroku Menasze nie miał chwili wytchnienia. Mimo żony i trójki dzieci – dwóch synów i córki – nie zdawał się na nikogo i sam wszystkiego doglądał, był wszędzie, obsługiwał każdego, bacząc, by danie nie było przypalone.

Prócz szynkarstwa Menasze miał jeszcze inne zajęcie, które również pomagało mu się utrzymać. Menasze był lektorem (bal-kojre)21 o wysokich kwalifikacjach, znanym na całym Grzybowie. Żydzi walili tu z innych ulic, żeby posłuchać, jak Menasze odczytuje fragment Tory lub Księgę Estery22. Menasze charakterystycznym dla bal-kojre głosem odczytywał je bezbłędnie, wbijając oczarowanych odbiorców w krzesła. W bóżnicy, gdzie Menasze był lektorem, modlący się nie wychodzili podczas czytania z Tory, jak to zdarzało się w innych miejscach, lecz uważnie, z rozkoszą chłonęli każde słowo, które jak śpiewny ptak wylatywało z jego ust. Padające zewsząd słowa podzięki – Szkojech!23– towarzyszyły mu, gdy schodził z podwyższenia, skończywszy publiczne czytanie Tory24.

Przez sześć dni w tygodniu Menasze był kupcem, szynkarzem i człowiekiem na usługi. W jego szynku jedli i pili furmani z całej ulicy, złodzieje, najzwyklejsi kupcy i handlarze z prowincji, którzy przyjeżdżali do Warszawy po towar i tu, na Gnojnej pod numerem 3, zatrzymywali wozy, karmili konie, zostawiali u Menaszego swoje pakunki, dawali mu pieniądze na przechowanie i na stojąco przegryzali jakąś zakąskę, popijając piwem, lub jedli coś na ciepło.

W piątek po południu szynk Menaszego przyoblekał się w świąteczne szaty. Myto podłogi, polerowano kran do nalewania piwa, przecierano szyby w oknach, z kasy wyjmowano pieniądze25, a wszystkie gotowe potrawy znoszono do piwnicy. Żona Menaszego przynosiła z kuchni dwa wielkie gary gotowanego grochu mocno przyprawionego pieprzem, dodawała lodu do piwa i szła do domu uroczyście przywitać Królową Szabat (Szabat haMalka)26. Szynk otwierano znowu po kolacji. Zaczynali schodzić się Żydzi w kapotach, chasydzi, młodzi ludzie w kusych ubraniach. Świat wielkiej polityki, wydarzenia z życia społeczności żydowskiej, plotki z innych warszawskich synagog, złote myśli cadyków i rabinów – takie różnorodne tematy wałkowano przy stolikach, na których stały butelki piwa i talerzyki z doprawionym na ostro grochem, który wzmagał apetyt na kolejne szklanice. Napełniwszy brzuchy, gdy alkohol zmącił myśl, zgromadzony w szynku hufiec wiernych podejmował śpiew, nie zważając, że zegar wybił północ.

W sobotę po tradycyjnej poobiedniej drzemce szynk Menaszego oferował gościom taki sam program. Swobodna atmosfera, rozmowy poważne i błahe, kłótnie i bratnie spory sprawiały, że szynk zamieniał się w sejmik, na którym wspominki, plotki, mądrzenie się brały górę nad świąteczną atmosferą, w której pławiło się nasze podwórze.

W szabat goście Menaszego pili piwo bez płacenia. Menasze dobrze znał swoich klientów, każdy miał konto w zeszycie, do którego jego córka, gdy gość wypił już nie wiadomo ile, dziesięć albo więcej kufli jasnego lub ciemnego piwa, wkładała karteczkę z cyfrą znamionującą wysokość długu27.

Po skończonym święcie Żydzi szli do Menaszego zapłacić za wypite w sobotę piwo i przy okazji wychylić jeszcze kilka szklanic. Menasze ciągnął ze swojej pobożności podwójny zysk.

Tak oto przez długie lata Menasze kierował swoim szynkiem, którego atmosfera niejednego mieszkańca naszej dzielnicy uzbroiła w humor i optymizm.

***

Kilka portretów z ulicy Gnojnej – a cóż za galeria, oddająca barwność jej życia, które zostało wymazane i zgasło na zawsze.

Paul Trepman, A gesl in Warsze, Montreal 1949, s. 55-58.
Tłum. Anna Ciałowicz
Książka dostępna pod adresem: www.archive.org/details/nybc200107


1 gartel (jid. pas) – pas noszony dla oddzielenia górnej części ciała od dolnej, nieczystej. [↑]

2 trzydziestu sześciu sprawiedliwych (hebr. lamed [30] waw [6] cadikim) – grupa trzydziestu sześciu mężów sprawiedliwych, których można spotkać w każdym pokoleniu; chronią oni świat przed zagładą. [↑]

3 gabaj (hebr., szafarz) – funkcjonariusz synagogi, wybierany przez członków społeczności i pełniący funkcję administratora. [↑]

4 Szpital Starozakonnych na Czystem – żydowska placówka medyczna funkcjonująca w latach 1902–1943 w dzielnicy Wola. Przez wiele lat uważana za jeden z najlepszych i najnowocześniejszych szpitali w Polsce. [↑]

5bejt ha-midrasz (hebr.) – dom nauki. [↑]

6 szalszides (hebr./jid., trzeci posiłek) – dla uhonorowania szabesu spożywa się trzy posiłki; trzeci, lekki posiłek – szalszides – urządza się w sobotnie popołudnie. W tradycji chasydyzmu polskiego celebrowanie tego posiłku miało bardzo istotne znaczenie w życiu religijnym i społecznym. Biesiadujący chasydzi śpiewali hymny sobotnie, oddawali się mistycznym medytacjom i słuchali natchnionych słów cadyka, który wtedy wyjawiał najgłębsze tajemnice Tory. [↑]

7 tałes (jid.; hebr., taalit) – szal modlitewny, używany przez mężczyzn razem z filakteriami (hebr., tefilin) podczas modlitw porannych. [↑]

8 cyces (jid.; hebr., cicit) – cztery frędzle przywiązane do rogów tałesu, przypominające Żydom o ich obowiązkach religijnych. [↑]

9 Sukot (l.mn. od hebr. suka = szałas) – jedno z trzech tzw. świąt pielgrzymich; budowane z okazji święta szałasy mają przypominać wędrówkę Izraelitów przez pustynię oraz opiekę Bożą, którą zostali wówczas otoczeni. [↑]

10 hoszanes (l.mn. od hebr. hoszan-na = zbaw nas, prosimy; jid.; hebr., hoszanot) – nazwa gałązek wierzbowych, używanych w dniu Hoszana Raba; pod koniec obrzędu siedmiokrotnego okrążania bimy witkami wierzbowymi uderza się o ziemię. [↑]

11 Purim(hebr.; l.mn od akad. pur = los) – święto upamiętniające ocalenie Żydów od zagłady z rąk Hamana; historia tego święta zawarta jest w Księdze Estery. Purim zwany jest też żydowskim karnawałem, gdyż do świątecznych tradycji należy przebieranie się oraz sute ucztowanie. [↑]

12 lulaw (hebr., dosł.: gałąź palmy) – jeden z tzw. czterech gatunków roślin, tworzących świąteczny bukiet na święto Sukot, zgodnie z biblijnym przykazaniem: „Weźcie sobie pierwszego dnia owoce pięknych drzew, liście palmowe, gałązki gęstych drzew i wierzb nadrzecznych” (Kpł 23:40). [↑]

13 esrog (jid.; hebr., etrog = owoc cytrusowy) – jeden z tzw. czterech gatunków roślin, tworzących świąteczny bukiet na święto Sukot. [↑]

14 alija (hebr., wstępowanie, wznoszenie się) – wezwanie na bimę w synagodze do publicznego odczytania fragmentu Tory, uznawane za zaszczyt i wyróżnienie. [↑]

15 jad (hebr., ręka) – pałeczka z rękojeścią o zróżnicowanych kształtach, najczęściej zakończona wyobrażeniem dłoni z wyciągniętym palcem wskazującym, używana w synagodze podczas czytania zwoju Tory przez osobę stojącą na bimime. Zwyczaj używania ozdobnej rączki wywodzi się ze szczególnego traktowania zwoju Tory jako świętości, której podczas czytania nie wolno profanować, wodząc gołym palcem po tekście. [↑]

16 „Jehej szme raba” (heb., Niech Jego wielkie Imię [będzie błogosławione na wieki i na zawsze]) – wers, który wszyscy powtarzają za osobą odmawiającą na głos modlitwę Kadisz. [↑]

17 minjan (hebr./jid.) – dziesięciu dorosłych mężczyzn stanowiących kworum do modlitwy. [↑]

18 król Og – biblijny król Baszanu, człowiek-gigant; „Og, król Baszanu, był ostatnim z Refaitów. Jego grobowiec [dosł. łoże] żelazny jest w Rabbat synów Ammona: dziewięć łokci długi, cztery łokcie szeroki, [mierzony] według łokcia zwyczajnego” (Pwt 3,11). [↑]

19 Chulin (l.mn., hebr., Rzeczy powszednie) – trzeci traktat piątego porządku Miszny, liczący 12 rozdziałów; poświęcony ubojowi rytualnemu zwierząt, przeznaczonych zarówno na ofiarę w Świątyni, jak i do spożycia. [↑]

20 "Haberbusch i Schiele" – istniejąca w latach 1846–1948 (od 1921 r. pod nazwą Spółka Akcyjna Zjednoczonych Browarów "Haberbusch i Schiele”) spółka i zakład produkcji piwa należący do firmy "Haberbusch i Schiele" z siedzibą przy ul. Krochmalnej 59 w Warszawie. W 1911 r. browar był największym producentem piwa na terenie zaboru rosyjskiego, przy czym jedna trzecia produkcji sprzedawana była w Królestwie Polskim. [↑]

21 bal-kojre (jid., hebr., baal kore = mistrz czytający)określenie osoby odczytującej w synagodze podczas nabożeństwa fragment z Tory, przypadający na dany tydzień. [↑]

22 W święto Purim dwukrotnie odczytuję się Księgę Estery, a obowiązek jej wysłuchania spoczywa zarówno na mężczyznach, jak i na kobietach. [↑]

23 Szkojech! (właśc, jaszer koach; hebr., rośnij w siłę) – tradycyjna formuła podziękowania dla osoby, która wykonała dobry uczynek. [↑]

24 Torę odczytuje się ze zwoju (spisanego ręcznie, bez wokalizacji) zawsze w obecności minjanu. Czytanie przypadającego na dany tydzień fragmentu odbywa się we wszystkie szabaty, święta oraz w pierwsze dni miesiąca, a także w dni postów oraz we wszystkie poniedziałki i czwartki. [↑]

25 W szabat nie wolno dotykać pieniędzy; razem m.in., z narzędziami pracy należą one do kategorii mukce (hebr., pozostawione na uboczu), czyli do przedmiotów, których dotykanie jest zakazane w szabat i święta, ponieważ mogłoby to prowadzić do desakralizacji tych dni. [↑]

26 Szabat haMalka (hebr., Królowa Szabat) – Szabat tradycyjnie nazywany jest Królową Szabat, gdyż królowe, w wyobraźni poetów i mistyków, są symbolem piękna, majestatu, łaskawości, a taki jest właśnie szabat dla Żydów. [↑]

27 W szabat nie wolno pisać. Pisanie należy do 39 rodzajów prac i czynności (hebr., melachot), których wykonywanie jest w szabat zabronione. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 111 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3575886