Bazar Janasza

Chcę teraz opowiedzieć o jedynym w swoim rodzaju warszawskim podwórku. O żydowskim bazarze Janasza1 przy ulicy Krochmalnej.

W zasadzie nie było to normalne podwórze, takie z sąsiadami i dzieciakami, z solidnymi kamienicami i od dawna zasiedziałymi rodzinami. Jednak dawało ono zarobek setkom Żydów, którzy wypełniali je gorączkowym, hałaśliwym, wielobarwnym życiem, handlem. Bazar Janasza było to znane miejsce, okolone ze wszystkich stron wysokimi murami i wyasfaltowane. Po prawdzie było to kilka połączonych podwórzy ograniczonych ścianami kilku kamienic, których frontony wychodziły na gęsto zaludnione żydowskie ulice: Gnojną i Krochmalną.

Do dziś mam wrażenie, że bazar Janasza to wielki ul, w którym wre praca tysięcy pszczół, lub mieniący się w słońcu wielobarwny żywy obraz. W słonecznym blasku to lśniły krwistą czerwienią świeżo porąbane połcie, zwisające z jatek, w których biel ścian kontrastowała z ociekającymi krwią pniakami służącymi do ćwiartowania mięsa. To znów w błękicie nieba mieniły się worki białej mąki, żółtego grochu i kaszy gryczanej. Cała paleta barw prezentowano w wystawionych skrzynkach złotych moreli, czerwonych jabłek, żółtych rodzynek i zielonego agrestu. Srebrzyły się wielkie balie z pływającymi w nich żywymi rybami. Ponad tym wszystkim jak sztandary powiewały rozwieszone różnobarwne fartuchy, męskie koszule, śpioszki dziecięce i tyle jeszcze różności, których wymienić nie sposób.

W tej symfonii przekrzykiwania i targowania wyróżniały się głosy solowe: okrzyki, którymi bardziej chwaccy sprzedawcy nawoływali klientów do swoich straganów: „A chaml far a cwajer! A chmal far a cwajer!”2. „An es un a trunk far a cwajer!”3. Sprzedawcy zachwalali w ten sposób pokrojone, krwistoczerwone kawałki arbuza, który gasi pragnienie i zaspokaja głód, a w dodatku kosztuje tylko dwa grosze za „chmal”, czyli za cały duży kawał. Albo: „Hejse bobes, bobes hejse, arbes!”4. Albo: „Frisze bejgl, bejgl frisze, knakedike!”5. Inni zaś po prostu wołali „Do ciepłych [koszek], tłustych, ze smalczykiem!”.

Na klientów nie trzeba było długo czekać. Handel przy straganach z gorącymi daniami nie ustawał ani na chwilę. Kobiety i mężczyźni, zakupiwszy na większych stoiskach niezbędne w gospodarstwie domowym przedmioty, nie omieszkali zwykle posilić się na miejscu, kupić coś do picia u chłopców i brodatych Żydów, obok których stały gąsiory z wodą z lodem lub specjalne bańki z niklowanymi kranikami. Ciekła z nich do szklanic lemoniada o charakterystycznym smaku.

Ludzie nie ograniczali się tylko do przełknięcia czegoś w biegu. Pozwalali sobie na solidny kęs lub zamawiali cały obiad w restauracji, którą na bazarze Janasza prowadziła moja błogosławionej pamięci mama. Na tym robiło się dobry interes.

Muszę jednak przyznać, że przeniesienie działalności na bazar Janasza, kiedy już zdobyło się reputację w restauracji Symchy Josla, zlokalizowanej w bogatej kamienicy przy ulicy Twardej 2

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
, stanowiło dla mojej matki niewątpliwy krok wstecz. I mama, i my, dzieci, bardzo cierpieliśmy z powodu tego obniżenia lotów. Mama przecież nie z własnej woli zrezygnowała z poprzedniego lokalu, z którego dało się nieźle żyć. Zabrzmi to może dziwnie, ale to prawda: mama padła ofiarą warszawskiego półświatka, tego tak zwanego „szemranego towarzystwa”, złodziei i nożowników. To z ich powodu któregoś pięknego dnia porzuciła restaurację i poszła „gdzie oczy poniosą”. Sądzę, że warto o tym opowiedzieć, a przy okazji wrócić do tematu restauracji Symchy Josla.

Kiedy dzięki ciężkiej pracy i uczciwości zawodowej udało się mamie przyciągnąć lepszą klientelę, która stołując się u nas codziennie, zadomowiła się i poczuła swojsko, restaurację opanowała nagle banda oprychów, którzy zaczęli się tu panoszyć. Urządzali u nas hulanki, „dintojry”, często prowadzili też swoje ciemne interesy. Nikt nie umiał wytłumaczyć, jak doszło do tej zmiany.

Pewnego dnia wśród naszych nobliwych gości zjawił się niepostrzeżenie jakiś „andrus”, o gładko ogolonej twarzy i złodziejskich oczkach. Nosił czapkę ze skórzanym daszkiem. Wszedł tak jakoś chyłkiem, nieśmiało. Usiadł i złożył zamówienie. Po posiłku rozejrzał się dokoła i chyłkiem, boczkiem wyszedł. Widocznie spodobało mu się u nas, bo nazajutrz przyprowadził jeszcze dwóch oprychów, swoich towarzyszy. Teraz śmiałości mu nie brakowało, zachowywał się jak panisko. Tak samo zuchwali byli jego towarzysze: swobodni i bezczelni. Rozmawiali głośno w swoim złodziejskim żargonie, śmiali się, nie bacząc na to, że nie są sami.

Zrobiło to na wszystkich okropne wrażenie. Mama się przeraziła. Bała się zwrócić im uwagę. Wiadomo, że takim ludziom lepiej nie wchodzić w drogę. Tym dwóm nowe miejsce najwyraźniej przypadło do gustu. Wyszli bardzo zadowoleni, a na drugi dzień przyprowadzili ze sobą całą grupę. Zajęli najlepsze stoliki i rozgościli się jak w swojej knajpie. Krzyczeli, śmiali się, gwałtowali. Stali goście, widząc, że ich miejsca zajęły takie osoby, z którymi oni wstydzili się i bali przebywać w jednym pomieszczeniu, powoli odchodzili, by nigdy już do nas nie zawitać.

Każdego dnia można było obserwować, jak powiększa się grupa nowych gości, ludzi z półświatka, a pomniejsza grono starych klientów. Nie trwało to długo, a nasza restauracja całkowicie zmieniła swoje oblicze. Z mieszczańskiego lokalu przeistoczyła się w wypełniony krzykiem i hałasem szynk. Zmiana była tak nagła i niespodziewana, że mama nie wiedziała, jak sobie poradzić z tym nieszczęściem.

Muszę w tym miejscu przyznać się do grzechu. Jak bardzo bym nie żałował naszego rodzinnego interesu, jak bardzo bym nie współczuł matce, było w tej zmianie coś takiego, co mnie intrygowało. Czułem jakiś mimowolny pociąg do tych nowych gości, ciekawiły mnie ich olbrzymie sylwetki, głośne rozmowy i awanturnicza natura. W ich złodziejskich oczkach była tajemnicza iskra. I te ich kanciaste twarze, charczące głosy, kiedy śmiali się bezczelnie. Było coś pociągającego w ich przerysowanym zachowaniu, we wzajemnym przywiązaniu i lojalności.

W tym gronie można było spotkać „grube ryby”, wielkich kombinatorów, nieustraszonych nożowników i zdolni do największego ryzyka kasiarzy. Byli też niewiele znaczący adepci złodziejskiego fachu, specjaliści od kradzieży kieszonkowych, jak również tacy, którzy na oczach przechodniów porywali towar z przejeżdżających wozów. W biały dzień, kiedy ulicą przejeżdżała załadowana platforma, wskakiwał taki złodziejaszek od tyłu, wyszarpywał worek lub skrzynkę z towarem i upuszczał je z rozpędzonego pojazdu na ziemię. Sam zeskakiwał, a następnie umieszczał trefny towar w podstawionej dorożce. Działo się to na oczach setek przechodniów, którzy niejednokrotnie z podziwem przypatrywali się tej cyrkowej sztuczce. Nikt nie śmiał nic powiedzieć. Nikt, broń Boże, nie mieszał się do tego. Ludzie bali się o życie. Nawet stójkowy odwracał głowę, żeby nic nie widzieć. Świadkowie zdarzenia z pewnym podziwem patrzyli na rabusia odjeżdżającego z łupem dorożką, dumnego jak toreador, który na oczach tysięcy widzów ujarzmił dzikiego byka.

Tak, jakiś barwny „profesjonalizm” cechował tę grupę ludzi z półświatka, tych andrusów z przystrzyżonymi wąsikami, dłuższymi baczkami, w czapkach z małymi deklami i błyszczącymi daszkami zawadiacko przesuniętymi na czubki głów. Jak w każdej grupie zawodowej, także u nich byli gwiazdorzy, odznaczający się indywidualnością, krańcowym ryzykanctwem i niezwyczajnym urokiem. Niejedną godzinę spędziłem na ukradkowym ich podglądaniu.

I tak, pamiętam, że jednym z takich gwiazdorów był sławny Szymele Blacharz, postrach i duma żydowskiej ulicy. Był to niewysoki, dobrze zbudowany młodzieniec około dwudziestki, ubrany w średniej długości płaszcz, spodnie wpuszczane w błyszczące cholewy i zwykłą czapkę z lakierowanym daszkiem. Biła od niego odwaga, niepokój, awanturnictwo i chojractwo. Jego ręce – żywe srebro. Ciągle za coś łapały i zaciskały się na czyjejś ręce, gardle, klapie marynarki, na stojącej na stole flaszce, na uchu od śledzia. Zaciskając łapska, Szymele przygryzał wargę. Zawsze gotów coś rozwalić, czymś rzucić, wyrżnąć, aż polecą iskry.

Najbardziej intrygujące były jego oczy. Bezczelne, wesołe, roześmiane, jakby mówiące: „Nic ci nie zrobię, ale uważaj...”. I bali się go nie tylko ludzie postronni, którzy schodzili z drogi, kiedy tylko go zobaczyli, a zresztą zwykle ich nie zaczepiał. Nade wszystko bali się go przyjaciele, jego „chewra”. Jak go nie denerwowano, był spokojny. Łatwo jednak było go wyprowadzić z równowagi, a wtedy z byle powodu gotów był dźgnąć kogoś w brzuch i zostawić z wyprutymi flakami na ulicy. Zabijacy z jego paczki starali się nie okazywać, jak bardzo się go boją. Żartowali, podśmiewali się póty, póki oczy mu się śmiały. Kiedy jednak w oczach Szymele Blacharza pojawiał się złowrogi błysk, wtedy zaczynali się wycofywać, sparaliżowani strachem...

Szymele czasem wcielał w czyn swoje pogróżki. Zdarzało się to wtedy, kiedy w restauracji zobaczył któregoś ze swoich kumpli śpiącego z otwartymi ustami i głową opartą na stole. „Nic nie zrobię, ale uważaj...”. Szymele po cichu podkradał się do zmorzonego snem. Rzucał się na niego, jakby jednym ruchem ręki chciał podciąć mu szyję. W ostatniej chwili wyhamowywał i jak zwinny kot wyciągał ofierze złoty zegarek z dewizką. Kiedy udało mu się jej nie obudzić, triumfował. A przy następnym spotkaniu zwracał ofierze swój łup, spoglądając dookoła uśmiechniętymi oczami i przygryzając dolną wargę.

Szymele Blacharz był ryzykantem. Nie bał się w pojedynkę wystąpić przeciwko dwudziestu chłopa. A jeśli nie miał przy sobie noża, za broń wystarczała mu rozbita flaszka, noga wywróconego stołu. Widziałem, jak raz w dramatycznym momencie bijatyki wpadł do jakiegoś sklepu, złapał ćwierćkilowy odważnik i pobiegł z powrotem bić się z bandą gojów, którzy dotknęli go na honorze. Szymele miał diabła za pazuchą. Nie bał się nikogo prócz swojej kruchej mateczki. Bał się tej steranej życiem, ogorzałej od słońca Małki Przekupki, która swój stragan prowadziła po drugiej stronie ulicy, na bazarze Ulrycha6. Na dźwięk jej głosu trząsł się ze strachu jak małe dziecko. I wtedy albo uciekał drugimi drzwiami, albo – jeśli było już za późno – krył się w jakimś kącie. A ta drobna przekupka wszczynała larum: „Gdzie on się podział, ten bękart? Ślepia mu wyłupię! Flaki z niego wypruję! Że też nie zdechł w matki łonie!”... Szymele drżał w ukryciu. Gdyby matka go znalazła, dostałby zdrowo po pysku, zanim ledwo żyw uszedłby z jej rąk. Z takiej sceny nie mieli odwagi śmiać się nawet jego przyjaciele. Nie było wiadomo, gdzie podziać oczy, żeby nie ściągnąć na siebie jego zemsty.

Podobne sceny z udziałem matki i syna rozgrywały się nie tylko wtedy, gdy miała powód, by się na niego gniewać. Równie dobrze mogło to się wydarzyć, kiedy chciała po prostu nacieszyć się synem. Bo rzeczywiście było czym imponować. Czy ktoś inny też nie bał się Szymele i mógł go bezkarnie bić po pysku? Było czym się pochwalić przed koleżankami z bazaru. Niech sobie nie myślą, że mogą się z nią równać...

A Szymele darzył swoją matkę tkliwą miłością. Podczas gdy inne łobuzy zaklinały się: „Na głowę mojej matki!”, on mawiał: „Na głowę mojej Królowej7!”. A ta ogorzała przekupka nie mniejszym uczuciem darzyła swego sławnego syna. I musiała zalewać się rzewnymi łzami, kiedy kilka lat później Szymele zginął taką śmiercią, jaką nie raz zadał innym: jakiś młodszy, zwinniejszy andrus wypruł mu flaki podczas bójki w szynku na „tamtych” ulicach.

Szymele Blacharz był jedną z najbardziej kolorowych postaci wśród odwiedzających naszą restaurację ludzi z półświatka, lecz nie był ich przywódcą. Hersztem bandy był Wewe lub Wewcze, bo tak też go nazywali. Stanowił on przeciwieństwo Szymele Blacharza. Był cichy, grzeczny, opanowany. Bladolicy. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek słyszał go, jak zabiera głos. Przychodził tylko w ważnych sprawach, nie pokazywał się tak często, jak inni. Nawet wtedy siedział lub stał z rękami w kieszeniach eleganckiego garnituru, przysłuchiwał się tylko i patrzył tymi swoimi mądrymi, ciepłymi oczami.

O Wewe ludzie nie wiedzieli zbyt dużo, a o tym, co do nich docierało, bali się mówić. Z różnych przecieków wynikało, że pochodził z żydowskiej arystokracji, że miał odziedziczyć wielki majątek, którego się wyrzekł, uciekł od rodziny i związał z półświatkiem. Dzięki swemu taktowi, mądrości i żelaznej woli stał się jego przywódcą i organizatorem. Skinienie małego palca u jego stopy było jak rozkaz, którego nikt nie śmiał kwestionować.

Wydaje się, że osiągnięta pozycja sprawiała Wewe sporą satysfakcję. Świadomość, jak wielką ma władzę, biła z całej jego postawy. Było to widoczne nawet wtedy, gdy siedział i spokojnie jadł lub popijał z ważnymi gangsterami, podczas gdy złodzieje mniejszego kalibru pokornie zajmowali miejsca przy bocznych stolikach. Miałem czternaście lat i podziwem darzyłem wszelkie wielkie postacie, więc w drzwiach do sąsiedniego pomieszczenia z zapartym tchem wpatrywałem się w twarz o delikatnych rysach, czarujące oczy i delikatne dłonie, którymi ujmował nóż i widelec w sposób niezwykle dystyngowany. Wewke nie zwracał najmniejszej uwagi, a może w ogóle nie zauważał chłopca w długiej kapocie, z pejsami, który umarłby niechybnie, gdyby ich spojrzenia się skrzyżowały...

Wewe nigdy nie przychodził sam. Prócz świty towarzyszył mu najbliższy współpracownik i doradca Rafael Sędzia, czyli reb Rafael, jak my, osoby postronne, nazywaliśmy go z szacunkiem. Reb Rafael był ostoją tej grupy, wydawał opinie i stał na straży jej zasad. Do niego należało ostatnie słowo w trakcie dintojry między członkami bandy. On wyrokował także, co szanującemu się złodziejowi robić wolno, a czego nie. I biada andrusowi, niezależnie od tego, czy był wielkim gangsterem bądź nędznym kieszonkowcem, który by się nie podporządkował wydanemu przez niego orzeczeniu.

Reb Rafael był dziarskim sześćdziesięciolatkiem, o pięknej, okrągłej, czarnorudej brodzie. Miał worki pod oczami. Nosił krótką marynarkę i mały, wełniany kapelusik, nogawki spodni wpuszczał w wysokie cholewy. Zawsze wsparty był na grubej ladze, która dodawała mu powagi i znaczenia. Głos miał basowy. Mówił niewiele, a jego słowa zawsze były przemyślane i wyważone. A kiedy już przemówił, wszyscy – na czele z Wewe – patrzyli mu na usta, wprost spijając każde słowo. Reb Rafael odpłacał się za to Wewe skupioną uwagą i miłością. Często okazywał troskę, jakby Wewe był jego ukochanym jedynakiem.

Lubiłem reb Rafaela. Może dlatego, że kiedy przychodził do naszej restauracji sam, bez Wewe, pozwalał sobie uszczypnąć mnie w policzek i z sympatią zapytać, czego teraz uczę się z Talmudu. Dziwny to był dla mnie człowiek, ten Rafael Sędzia, który miał srogi wzrok, ale uśmiech łagodny.

Jeśli nasi nowi goście bardzo mnie pociągali, to moją matę wprost przeciwnie. Płakała nad upadkiem restauracji, która stanowiła dorobek jej życia. W żaden sposób nie mogła pogodzić się z nową sytuacją. Kiedyś nawet zadarła z bandziorem i nagadała mu do słuchu, kiedy źle potraktował stałego klienta, który jeszcze nie raczył zrezygnować z jedzenia obiadu w swoim ulubionym miejscu. Z tego powodu wniesiono na nią skargę i zwołano dintojrę, która miała ją osądzić za obrazę „majestatu”. Ten sąd, prawdę mówiąc, miał się odbyć bardziej dla zabawy niż na serio, bo w krótkim czasie bandyci zapałali sympatią do „dobrej Racheli”, jak nazywali moją matkę. Chcieli ją tylko nastraszyć, lecz mama tylko nabrała większej chęci, żeby to wszystko rzucić w diabły.

Rozgoryczenie mojej matki rosło, gdy wybuchały awantury między andrusami a gośćmi chrześcijańskimi, którym w niedzielę trochę puszczały hamulce i robili się zaczepni. Na jednym bowiem punkcie ci bandyci byli szczególne czuli – swego żydostwa. Taki ktoś wszystko mógł ścierpieć od obcego, od pijanego chrześcijanina, lecz krew się w nim burzyła, kiedy nieobrzezaniec zaczynał robić jakieś wycieczki pod adresem Żydów. I biada temu człowiekowi lub grupie osób, którzy sobie na coś takiego pozwolili. W jednej chwili nasza sala jadalna przeistaczała się w rzekę Sambation8, której wezbrany nurt porywał wszystkich i wszystko. W powietrzu fruwały butelki, talerze, stoły, stołki. Z rozpłatanych głów lała się krew. Ludzie wylatywali przez okno lub sami salwowali się ucieczką do czasu, aż przyjeżdżały policja i ambulans pogotowia. Uczestników bójki rozganiano, opatrywano rannych.

W takich momentach matka uciekała, dokąd oczy poniosą: albo do nas na górę, albo do któregoś z sąsiadów. Długie godziny nie dawała się namówić do zejścia do restauracji. Sąsiadki płakały razem z nią. Reb Symche Josel, główny właściciel, i jego zięć reb Chackiel przychodzili ją udobruchać; mówili, żeby się uspokoiła i wróciła do pracy. Namawiając ją, nie umieli ukryć swojego ubolewania: „Nie, to nie jest zajęcie dla Rachelki”.

Tym, co przelało szalę goryczy i sprawiło, że matka – niewiele myśląc – porzuciła restaurację, był fakt, że ludzie z półświatka zaczęli w pewien sposób interesować się też mną, jej ukochanym jedynakiem. A było tak:

Jako że miałem ładny głos, często melorecytowałem przypadający na dany tydzień rozdział Tory (sedre)9, siedząc w oknie chasydzkiego sztibla na naszym podwórku. Razem z innymi chłopcami ćwiczyliśmy prawidłową artykulację i melodykę, wyśpiewując wers po wersie. Ludzie aż wyglądali przez okna, z lubością przysłuchując się naszym cienkim głosikom. Na podwórku powszechnie wiedziano, że syn restauratorki umie czytać Torę jak prawdziwy bal-kojre10. Dlatego nie było nic dziwnego w tym, że pewnego dnia pod koniec zimy, tuż przed świętem Purim11, dwaj z naszych gości podeszli, kiedy siedziałem przy stoliku i coś czytałem. Zaczęli półgłosem rozmawiać na mój temat, zachowując się nieco tajemniczo:

– Jak myślisz, da radę?

– Jasne! Na mój dusiu...

I jeden z nich zapytał mnie ostrożnie:

– Czy chciałbyś spełnić dobry uczynek, czytając Księgę Estery dla kobiet i mężczyzn?12

Z początku nie zrozumiałem propozycji, ale wytłumaczyli mi, że skoro mam piękny głos i umiem czytać Torę, to zapewne poradzę sobie z Księgą Estery i byłoby wspaniale, gdybym zechciał odczytać ją uroczyście dla ichniego minjanu. Tylko żeby nikt się o tym nie dowiedział; przede wszystkim mam nic nie mówić mamie.

Ta propozycja, prawdę powiedziawszy, napędziła mi niezłego strachu, ale jednocześnie sprawiła satysfakcję. Występowałem publicznie już nie raz. W sztiblu, na przykład, recytowałem błogosławieństwa, kiedy – podobnie jaki innych chłopców – wywoływano mnie na podium do czytania Tory13. Włączałem się do śpiewu podczas szabatowych modłów i odśpiewywałem pieśni w czasie trzeciego posiłku (szalszides)14. Teraz jednak miałem odczytać całą księgę i w dodatku w obcym miejscu... Mimo wszystko dałem się namówić...

O określonej godzinie w Purim wieczorem czekało na mnie kilku andrusów, którzy wśród ciemności dyskretnie wskazywali drogę, a ja z bijącym sercem szedłem ich tropem. Zaprowadzili mnie, jeśli się nie mylę, gdzieś na ulicę Krochmalną, tam skręciliśmy w bramę i idąc po niknących w mroku schodach weszliśmy do jasnego, eleganckiego pomieszczenia. Czekało tam sporo osób, siedzących pod ścianami i patrzących, kto też to przyszedł. Byłem zbyt zmieszany, żeby zarejestrować, jak wyglądali ci ludzie. Zobaczyłem tylko, że wcale nie chodziło o „kobiety i mężczyzn”. Czułem na sobie ciekawskie spojrzenia wdzięcznych oczu, które przypatrywały się pejsatemu chłopcu w długiej kapocie. Pośrodku pokoju stał nakryty białym obrusem stolik, na nim leżał zwój. Przyniesiono światło. Minęła chwila, zanim się uspokoiłem. Kilku mężczyzn poklepało mnie po plecach. Głaskaniem po głowie chcieli mi dodać odwagi. Aż w końcu rozwinąłem Megilas Ester15 i zacząłem czytać:

„I stało się za dni Ahaswera – tego samego Ahaswera, który od Indyi aż do Etjopii nad stu dwudziestu siedmiu dzielnicami panował”16...

Księgę Estery znałem niemal na pamięć i czytanie z obcego zwoju nie sprawiało mi kłopotu. Dziecięce serce podpowiadało mi, że robię dobrą rzecz. A mój głos, z coraz większą swobodą wydobywający się ze ściśniętego gardła, wypełniał to pretensjonalnie urządzone pomieszczenie, unosząc się ponad głowami obcych ludzi, stanowiących podejrzaną publikę, która otaczała mnie jakąś dziwną czcią. A kiedy tradycyjna melodia, z początku radosna, przy słowach „Tejże nocy odbiegł króla sen”17 zmieniła ton na dramatyczny, widać było wielkie przejęcie zarówno u kobiet, które kolorowymi chustami otulały ramiona, jak i u mężczyzn w czapkach z błyszczącymi daszkami. Na ich twarzach malowały się napięcie i powaga. Wczuwali się w tę starożytną opowieść, której nie rozumieli i ledwo wiedzieli, jaka jest jej treść. Z całej siły kręcili kołatkami, kiedy rozlegało się imię nienawistnego Hamana18. Świadczyło to o ich utożsamianiu się z tragicznymi przeżyciami Żydów w dalekiej przeszłości. I kiedy skończyłem czytać, zobaczyłem załzawione oczy wszystkich, patrzące na mnie z wdzięcznością i zadowoleniem. Z każdej strony dobiegały słowa pochwały pod moim adresem, choć niewiele osób odważyło się podejść.

Ci sami ludzie, którzy mnie przyprowadzili, wcisnęli mi do ręki parę złotych i z szacunkiem – przy wtórze serdecznych życzeń: Dobranoc! – sprowadzili mnie po ciemnych schodach na dół. Poszli ze mną z powrotem na ulicę Twardą, gdzie już sam skierowałem się do naszej kamienicy.

Dopiero w domu doszedłem nieco do siebie i przyznałem się szalejącej z niepokoju matce, gdzie byłem i co robiłem. Wcześniej udało mi się zachować milczenie i nie wyjawić, co się kroi, lecz teraz, po takich przeżyciach, nie mogłem dłużej trzymać tego w tajemnicy. Udzielił mi się jej przestrach, z jakim mnie przywitała. Choć nie okazywała tego, czułem, jakby chciała wybawić mnie od jakieś złej, niebezpiecznej przygody. Czułem, jakby opanowała mnie jakieś złe moce, które nie powinny mieć nade mną władzy. I niemal namacalnie odczuwałem, jak moja matka powzięła postanowienie. Było to postanowienie ostateczne. Zostawiła restaurację Symchy Josla w zamożnej kamienicy przy ulicy Twardej 2 i przeniosła się „na tandetę”, uruchamiając interes na bazarze Janasza.


***


Bazar Janasza nie kojarzył się najlepiej, mimo to odznaczał się specyficznym kolorytem, w czym mieli udział prości ludzie: handlarze i handlarki, straganiarze i przekupki. Sale naszej restauracji też stale wypełniali handlarze różnego typu. Byli więc sprzedawcy ryb, wykrawacze zajmujący się obróbką tusz, sprzedawcy mąki, grzybów itp. Osobne miejsce zajmowali tragarze: mężczyźni – okazy zdrowia, zwykle w średnim wieku, ale też starsi oraz młodsi, z brodami krótką lub długą, a także bez nich. Wszyscy w zniszczonych, połatanych ubraniach, przepasani szerokimi rzemieniami, noszący spodnie wpuszczone w wysokie cholewy. O zdrowych, wysmaganych wiatrem i opalonych na słońcu twarzach. O donośnych, radosnych głosach. Byli to ludzie, którzy mogli dźwignąć najcięższy ładunek, ale lubili też dobrze zjeść. Serce rosło na widok pałaszowania talerza krupniku i połowy bochenka chleba. Dużo radości sprawiały ich wesołe rozmowy, przekomarzanie się, przygadywanie jeden drugiemu. To był zwykły widok, gdy stawali w dziesięciu w kącie na modlitwę popołudniową lub na Kadisz19, kiedy jeden z nich obchodził rocznicę śmierci bliskiej osoby, a nie miał czasu, żeby pójść do „wielkiego bej ha-midraszu” przy ulicy Gnojnej 5

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
.

Żydowscy tragarze z okolicy bazaru Janasza i z innych targowisk w dzielnicy żydowskiej tworzyli oddzielną kastę. Coś na podobieństwo „żelaznej gwardii”, która nigdy nie została pokonana, za to wielokroć występowała w obronie czci i honoru Żydów. I nie raz było tak, że kiedy „tamci” próbowali zahaczyć o nasze ulice i sprowokować rozróbę, tragarze stawali do boju jako pierwsi, siekli i rąbali tak, że napastnicy pierzchali ze wstydem.

Interesującą grupę stanowiły rajfurki, które raiły pomoce domowe, kucharki, podkuchenne do restauracji i garkuchni, jak i do domów prywatnych. Każda miała w głowie całą listę nazwisk, adresów, wakujących posad, dziewczyn, gospodyń, wielkich pań. Do tego każda pamiętała wygląd, wiek, wady i zalety, wymagania i oczekiwania każdej służącej, pokojówki, kucharki czy sklepowej. A u nas była, że tak powiem, ich giełda. Tu schodzono się po to, żeby przekazać informacje o nowym nabytku albo przeegzaminować jakąś służącą, wymienić się „towarem”, którego nie można było nikomu naraić: „Wiesz może o jakieś sklepowej do piwiarni? Skieruję do ciebie za to dziewczynę jak złoto dla twojej mamdame”. Długie godziny trwała ta wymiana handlowa, aż do wieczora, kiedy ruch nieco ustawał ruch w interesie.

Z prostymi, zaharowanymi, ale tryskającymi życiem handlarkami i przekupkami, które zapełniały naszą restaurację, kontrastowała dziwna para: pan i pani Cejsler. Byli to austriaccy lub węgierscy Żydzi. Mieli dziwną wymowę, ich jidysz brzmiał obco. Oboje byli zawsze wyelegantowani, wyfiokowani, z mnóstwem diamentowych pierścionków na palcach. On w kolorowym kaftanie, w brązowym meloniku i z pozłacaną laską w ręce. Ona w kolorowej, fałdowanej sukni, w kapeluszu z kwiatowym przybraniem i z parasolką w ręce. U obojga policzki płonęły rumieńcem. I oboje siedzieli lub przechadzali się jak manekiny, jakby poruszani niewidzialnymi sznurkami. Przychodzili codziennie w porze największego ruchu, siadali w kącie i spokojnie czekali. Siedzieli jednak tak sztywno, w posągowych pozach i z niezwykle poważnymi minami, że wyglądali nie jak żywi ludzie, tylko jak drewniane marionetki.

Pan Cejsler był „bankierem”. Udzielał niewielkich pożyczek, które przekupki z bazaru Janasza spłacały w systemie tygodniowym. Całe swoje przedsiębiorstwo nosił przy sobie, a w prowadzeniu „banku” pomagała mu żona. I on, i ona mieli skórzane teczki na ramię. Rachunki były prowadzone na kwitkach, które pan Cejsler nosił ze sobą. Para siedziała nieruchomo i czekała, aż ruch trochę zmaleje. Wtedy pojawiały się panie domu, ubogie kobiety, przedstawicielki branży „śledź, mydło i powidło” lub mężczyźni sprzedający groch, handlarze nabiału. Każdy przynosił trochę groszy, które był dłużny. Pan Cejsler odnotowywał wpłatę w swoim notesie. Najciekawsze jednak było to, że zawsze widziało się wyłącznie wpłacających, nigdy zaś nie można było zobaczyć, jak pożyczano pieniądze.

Te transakcje trwały godzinę lub dwie, aż pan i pani Cejsler uporali się z przyjmowaniem drobnych wpłat i wykreślaniem zaległości. Wtedy z bardzo poważnymi minami zamykali skórzane teczki. Byli tak samo sztywni i zdystansowani przy wchodzeniu, jak i wychodzeniu, kiedy żegnając się, rzucali oschle: „Do widzenia”. Szli dalej, żeby – wedle wszelkiego prawdopodobieństwa – udzielać pożyczek na [Bazarze Urlicha], w pobliskim „Gościnnym Dworze”20 lub Za Żelazną Bramą, gdzie potrzebujących handlarek i przekupek było zatrzęsienie.

Choć, jak się rzekło, mama bez entuzjazmu podeszła do interesu na bazarze Janasza, to możliwe, że jednak by tam została. Przy całej swojej miłości do pracy i oddaniu dla ludzi, z którymi miała styczność, mogłaby się zasiedzieć nawet tam. Jednak i stamtąd musiała po krótkim czasie uciekać. Tym razem padła ofiarą rewolucji... Wydarzenia lat 1904-1905 odbiły się szerokim echem, pociągając za sobą wiele niesprawiedliwości w życiu Polaków i Żydów.

Do dziś zachodzę w głowę, jak to się stało, że nasza restauracja zamieniła się w główną kwaterę partii „Proletariusz”21. Może dlatego, że restauracje i kafejki to z definicji miejsca „podejrzane”, przyciągające ludzi wszelkiego sortu. A może dlatego, że nasza restauracja znajdowała się na środku bazaru, gdzie zawsze przewijał się tłum, a więc łatwiej było o ukrycie, bo policja nie zwracała tak uwagi na wchodzących i wychodzących. Jak by nie było – partia po prostu zarekwirowała naszą ostatnią dużą salę jadalną. Gdy tylko kończył się czas wydawania obiadu, wkraczali tam różni „przedstawiciele” w długich pelerynach i miękkich kapeluszach. Ich twarzy się nie wiedziało, bo przemykali w pośpiechu, a strach było się przyglądać. Drzwi szybko zamykano i w pędzie prowadzono pod „sąd partyjny” różnych przestraszonych Żydów, „fabrykantów” i „wyzyskiwaczy”, którzy opierali się żądaniom i nie chcieli wprowadzić przerwy dla nielicznej załogi swojego niewielkiego zakładu.

Wielka rewolucja polityczna i ekonomiczna rozlała się wówczas w Rosji. Warszawę, podobnie jak całą Kongresówkę, ogarnęła fala większych bądź mniejszych strajków. O poprawę warunków strajkowali pracownicy kolei żelaznych, protestowali robotnicy w wielkich fabrykach i małych warsztatach. Buntowano się w rodzinnych fabryczkach i sklepach. Największymi strajkami kierowała PPS. Mniejsze strajki organizował Bund22, a później Poalej Cyjon23. A strajkami w rodzinnych zakładach zajmował się „Proletariusz”. Była to, o ile sobie dobrze przypominam, jakaś mała partyjka wlokąca się w ogonie. Jej członkami byli tak Żydzi, jak i chrześcijanie, ale przywódcy nie należeli do intelektualnej elity. Żyd, właściciel sklepiku czy fabryczki, był w każdym razie niepocieszony, gdy ci „socjaliści” wzywali do strajku jego kilkuosobową załogę; jeśli strajkiem kierowali ludzie z „Proletariusza”, to szukaj wiatru w polu! Takich „kapitalistów” przyprowadzano pod strażą, w pośpiechu, do naszej sali jadalnej, która codziennie zamieniała się w miejsce sądu partyjnego, żeby wyrównać rachunki lub nakłonić ich do przyjęcia postulatów wysuwanych przez strajkujących.

W taką porę tchnął z sali jadalnej nastrój grozy i tajemnicy. Albo było tam przeraźliwie cicho, albo docierały stamtąd wzburzone, a niekiedy przestraszone głosy. Taka sesja kończyła się zwykle gwałtownym otwarciem drzwi, w pośpiechu wyprowadzano czerwonych z wściekłości, pieklących się „wyzyskiwaczy”, którzy ledwo uszli z życiem.

Wierzyć się nie chce, by w czasie przesłuchań stosowano wobec kogokolwiek gwałt i przemoc. Jednak oczami wyobraźni ja, a przede wszystkim moja matka, ponieważ byliśmy wówczas przerażeni, widzieliśmy Bóg wie co. A powodów, by myśleć w ten sposób, mieliśmy pod dostatkiem. Sposobność ku temu dał nam ten, który podczas zebrań przyjmował pozę „silnego”, takiego, który lubi rozwiązania siłowe.

Był to dziwny młody człowiek. Podczas gdy pozostali przywódcy partyjni starali się wchodzić i wychodzić z jak największą dyskrecją, tak że nawet trudno było dostrzec ich twarze, ów młody człowiek przeciwnie – robił chyba wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę. Przychodził jeść, kiedy restauracja była pełna ludzi. W demonstracyjny sposób pokazywał, że jest tym człowiekiem, który może wykonać nie wiadomo jak surowy wyrok. Na oczach ludzi bawił się wielkim, błyszczącym rewolwerem, który wyjmował z tylnej kieszeni spodni. Kręcił nim na palcu, wzbudzając przerażenie pozostałych klientów. Nie był to obcy człowiek. Wszyscy go znali. Nazywano go – poza jego plecami, ma się rozumieć – flaczarzem, gdyż wcześniej, zanim okryła go sława, zajmował się dostarczaniem flaków do jatek i restauracji. Teraz, jak się wydaje, chciał wyciągnąć wszelkie korzyści ze swojej nowej pozycji. Przychodził codziennie jeśli nie w nowym ubraniu, to przynajmniej w nowym kapeluszu: jednego dnia w słomkowym, nazajutrz w miękkim, brązowym, następnego dnia w meloniku itd.

Był to niezwykle bezczelny młodzieniec, który każdemu śmiał się prosto w twarz. Nikt go nie lubił, chociaż nie miał odwagi mu tego okazać. Ja się go po prostu bałem od chwili, kiedy pewnego razu zobaczyłem drobne, a jakże znamienne zajście z jego udziałem. Wszedł do środka w ten swój wyzywający sposób. Nagle u jakiegoś zwykłego klienta zobaczył połyskujący w klapie skromnej marynarki miedziany kwiatek za parę groszy. Bóg jeden wie, skąd u klienta bazaru Janasza wziął się w klapie kwiatek. Ten flaczarz podszedł, wyjął rewolwer, przystawił mu do głowy i z kipną w głosie rozkazał: „Dawaj tu ten kwiatek!”. Tamten zbladł, wyjął ozdóbkę z klapy i dał ją uśmiechniętemu młodzianowi. Flaczarz wziął miedziany kwiatek i wciąż bawiąc się rewolwerem triumfalnie przypiął go sobie do klapy. Wszyscy goście zamarli ze strachu...

Oszczędzę opowiadania o tym, jak to wszystko oddziaływało na moją cichą i spokojną matkę. Czy była to oaza, która miała jej dać wytchnienie? Jasne stało się, że i stąd będzie musiała odejść.

Położenie nas wszystkich uległo jeszcze pogorszeniu, kiedy rewolucyjne wrzenie, w jakim pogrążyła się cała Warszawa, ogarnęło również bazar Janasza. W biały dzień, na oczach setek ludzi zastrzelony został rewirowy, „[okołodocznyj nadziratiel]”, który sprawował nadzór nad tą okolicą. Był to czas, kiedy polskie partie polityczne zaczęły stosować terror w odpowiedzi na krwawe prześladowania ze strony caratu. Masowo napadano na patrole policyjne, na posterunki uliczne. Dokonywano zamachów na policjantów wysokiej i niskiej rangi, gdzie się dało i kiedy się dało. Partia „Proletariusz” na pewno nie odstawała pod tym względem od innych. I tak został zastrzelony również rewirowy z bazaru Janasza.

Wybuchła panika, wielkie zamieszanie. Ludzie porzucili swoje kramiki i stoiska, rozbiegli się. Na miejscu zaraz pojawiły się siły policyjne, komisarze, oficerowie, żołnierze. Szukali, wypytywali: Kto? Co? Jak? Nikt nic nie widział. Nikt nic nie wie. Szukaj wiatru w polu.

Chłopak od flaków nie pokazywał się przez tydzień. Jak kamień w wodę. Później pojawił się jak spod ziemi, uśmiechnięty, wyzywający. Ubrany w nowy garnitur i w nowym kapeluszu, zachowywał się swobodnie i bezczelnie, tak jak zwykle.

Nasze podwórze objął tymczasem nowy rewirowy i życie handlujących toczyło się jak dawniej do momentu, gdy po kilku dniach znów wybuchła panika, szalona bieganina. Nowy rewirowy padł ofiarą zamachu... Podwórze znów zostało otoczone przez oddział policji i wojska. Znów obława. Znów rewizje i przesłuchania w naszej restauracji. Zamachu dokonano przecież na oczach setek ludzi. Ale nikt niczego nie zauważył. Nikt nawet się nie domyśla, o co chodzi.

Chłopak od flaków znowu przepadł na tydzień jak kamień w wodę.

Ilekroć dochodziło do takich wydarzeń, mama przybiegała do domu zdenerwowana i mówiła, że do restauracji już nie wróci. Niech się dzieje, co chce. My, dzieci, ledwośmy mogli przemówić jej do rozsądku: Co robić? Przecież wszędzie jest tak samo. Takie czasy. I przyzwyczajenie, że trzeba pracować, zarabiać na życie, zawsze brało górę. Załamana, przestraszona, szła matka na bazar Janasza i znów wpadała jak śliwka w kompot. Miała tylko jedną prośbę: żebym spędzał jak najwięcej czasu u rebego, u którego pobierałem teraz nauki w „[wielkim beit ha-midrasz]” przy ulicy Gnojnej, a jak najmniej przebywał z nią w niebezpiecznym miejscu. Tak czy owak na bazarze Janasza długo już nie zabawiliśmy. Pewnego letniego wieczora miarka się przebrała. Przerażona matka chwyciła mnie za rękę i zostawiając wszystko na pastwę losu, uciekliśmy stamtąd, by już nigdy nie wrócić.

A oto, co zaszło.

W tamtych dniach partie polityczne podjęły walkę z warszawskim półświatkiem. Dopiero wtedy przekonano się, że wraz z wywróceniem na nice dotychczasowego porządku politycznego i ekonomicznego musi dokonać się przewrót w życiu społecznym. Trzeba pozbyć się całego społecznego brudu, który nagromadził się w dzielnicach biedoty. Poza tym władze carskie i ich ciemne siły wykorzystywały półświatek do walki z „kramolnikami”24, powstającymi przeciwko monarsze. I w taki oto sposób rozpoczęła się otwarta walka tych dwóch przeciwstawnych sił: partii rewolucyjnych oraz półświatka. W ciągu tygodnia doszło to wielu zorganizowanych ataków na ulice, przy których ludzie z półświatka mieli meliny. Napadano na lupanary, przeganiano „sylfidki”, rozwalano meble, wyrzucano na bruk pianina i obijano boki alfonsom, którzy bronić chcieli swojego królestwa.

Policja była bezradna wobec tego wybuchu proletariackiego gniewu; robotnicy zorganizowali się, by raz na zawsze oczyścić swoje biedne ulice z wyrzutków społeczeństwa. W Warszawie wrzało: pogromy domów ulicznych i alfonsów przewalały się przez miasto.

Półświatek jednak nie zmilczał. Bandyci i alfonsi postanowili porachować się z „socjalistami”. Zorganizowali się i atakowali każde miejsce, o którym było wiadomo, że gromadzą się tam ich przeciwnicy. I pewnie dlatego celem ataku stała się także nasza restauracja.

Pewnego spokojnego wieczora, kiedy w restauracji było na szczęście niewielu gości, na ulicy nagle wywiązała się strzelanina. Wszystkie pomieszczenia zostały zasypane gradem kul. Z Gnojnej na Krochmalną pędem wjechały trzy platformy obsadzone bandziorami, z których każdy był uzbrojony w rewolwer. Przejeżdżały jedna za drugą obok naszej restauracji i prowadziły w jej kierunku ostrzał, by zaraz zniknąć za rogiem. Na ulicy i w podwórzu wybuchła panika. Gorąco zrobiło się zwłaszcza w pomieszczeniach restauracji, gdzie kilka osób odniosło rany. Obłęd i krzyki wniebogłosy. Ludzie biegali przerażeni, szukając miejsca, gdzie mogliby się schronić.

Podczas strzelaniny mama złapała mnie i zmusiła do ucieczki z nią tylnymi drzwiami. Ledwo żywa dotarła do domu. Wtedy już nikt nie mógł jej przekonać do powrotu do restauracji, którą zostawiła na pastwę losu. Nie chciała tam pójść nawet po to, żeby ją sprzedać. Restauracja została sprzedana przez pośrednika. I w ten sposób zakończył się nasz krótki, ale niezwykle burzliwy związek z bazarem Janasza.

Abraham Teitelbaum, Warszewer hejf, Central-Farband fun Pojlisze Jidn in Argentine, Buenos Aires 1947, s. 103-126.
Tłum. Anna Ciałowicz

1bazar Janasza powstał on w latach 80-tych XIX wieku na posesji Adolfa Janasza (ul. Krochmalna 2-4), gdzie znajdował się zajazd. Bazar składał się z dwóch pawilonów w kształcie czworoboków, które stały wokół boków podwórza i w jego wnętrzu. Na bazar można było także wejść od ulic Gnojnej i Mirowskiej [↑]

2A chmal far a cwajer! (jid) – Wieli kawal za dwójkę! [↑]

3An es un a trunk far aa cwajer! (jid.) – Jeść i pić za dwójkę! [↑]

4Hejse bobes, hejse bobes, arbes! (jid.) – Gorący bób, gorący bób, groch! [↑]

5Frisze bejgl, bejgl frisze, knakedike! (jid.) - Świeża bajgle, bajgle świeże, chrupiące. [↑]

6Bazar Ulrycha – bazar Mojżesza Ulrycha; powstał w 1883 r. na działce obok kościoła Wszystkich Świętych; handlowano tam artykułami spożywczymi, głównie mięsem. [↑]

7Małkełe (jid.;, hebr., Malka) – Królowa (imię żeńskie). [↑]

8Samabation – mityczna rzeka, za którą miało schronić się dziesięć zaginionych plemion izraelskich. Według midrszu, rzeka płynie przez 6 dni w tygodniu, odpoczywając w szabat. [↑]

9sedre (hebr./jid.)tu: przypadające na dany tydzień czytanie z Tory. [↑]

10bal-kojre (jid.; hebr., ba'al kore – mistrz czytający)określenie osoby odczytującej w synagodze podczas nabożeństwa fragment Tory, przypadający na dany tydzień. [↑]

11Purim obchodzone 14 dnia miesiąca adar, upamiętniające uchronienie Żydów od zagłady w perskim imperium za czasów panowania króla Achaszeweosza (prawdopodobnie był to Kserkses). [↑]

12W święto Purim każdy mężczyzna i kobieta ma obowiązek dwukrotnie wysłuchać Księgi Estery. [↑]

13Osoba uhonorowana wywołaniem do czytana fragmentu z Tory przed i po czytaniu recytuje stosowne blogosławieństwa. [↑]

14szlaszides (jid.; hebr., seuda szliszit = trzeci posiłek)dla uhonorowania szabesu spożywa się trzy posiłki; trzeci, lekki posiłek – szalszides – urządza się w sobotnie popołudnie. W tradycji chasydyzmu polskiego celebrowanie tego posiłku miało bardzo istotne znaczenie w życiu religijnym i społecznym. Biesiadujący chasydzi śpiewali hymny sobotnie, oddawali się mistycznym medytacjom i słuchali natchnionych słów cadyka, który wtedy wyjawiał najgłębsze tajemnice Tory. [↑]

15Megilas Ester (jid., hebr. Megilat Ester) – Księga Estery. [↑]

16Księga Estery 1:1 (tłum. Izaak Cylkow, 1904). [↑]

17Księga Estery 6:1 (tłum. Izaal Cylkow, 1904). [↑]

18Podczas odczytywania Księgi Estery zagłusza się imię Hamana (królewskiego ministra, który chciał doprowadzić do zagłady wszystkich Żydów), hałasując kołatkami. [↑]

19Kadisz (od hebr. kadisz, święty) – jedna z najważniejszych i najczęściej odmawianych modlitw w liturgii żydowskiej, napisana w jęz. aramejskim w czasach talmudycznych; wyraża wiarę w jedynego Boga i poddanie się Jego woli; popularnie nazywana modlitwą za zmarłych, gdyż żałobnik zobowiązany jest odmawiać ją codziennie przez rok po śmierci bliskiej osoby. [↑]

20„Gościnny Dwór” – budynek istniejący w Warszawie w latach 1841-1939, położony na Placu Za Żelazną Bramą. Obok znajdował się Pałac Lubomirskich, w późniejszym okresie Hale Mirowskie i resztki Koszar Mirowskich. Nazwa była wzorowana na podobnych obiektach istniejących w wielu miastach rosyjskich, noszących nazwę "Гостиный Двор". [↑]

21Autor błędnie podaje nazwę partii, której nie można wiązać nawet z II Proletariatem, który przestał istnieć w 1893 r. [↑]

22Bund (właśc. Ogólnożydowski Związek Robotniczy "Bund" na Litwie, w Polsce i w Rosji) – najliczniejsza i najsilniejsza żydowska partia robotnicza w Polsce w okresie międzywojennym, utworzona w 1897 r. w Wilnie. [↑]

23Poalej Cyjon (hebr., Robotnicy Syjonu) – ruch robotniczy łączący w swojej ideologii hasła syjonistyczne i socjalistyczne, opierający się przede wszystkim na żydowskim proletariacie. [↑]

24[???]. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 63 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3616941