Szpitalnicy

Na oddział ósmy, przeznaczony dla umysłowo chorych, wchodziło się przez niską furtkę w grubym, murowanym ogrodzeniu, oddzielającym pawilon od reszty zabudowań.
W ciągu dnia, o cichej porze, krążyło stale po kamiennych płytach ogrodu kilkoro „spokojnych” chorych, kobiet i mężczyzn. Ludzie ci stąpali charakterystycznym krokiem, krążąc wokół siebie bądź urywanym znienacka marszem, bądź nagłym zrywem, wreszcie stawali, by trwać długo w jednym miejscu, chwiejąc się jak pijani.
U wejścia siedział na krześle wąsaty człowiek w średnim wieku, który przemawiał do chorych w żydowskim języku kpiarskim tonem, z czego można było wnioskować, że to nie Żyd.
Człowiek ten, sprawdziwszy moją przepustkę, zezwalającą na wstęp na oddział, spojrzał na mnie oczami pełnymi smutku i powiedział:
– Po co się tu przychodzi? Co tu jest do oglądania? Chorzy ludzie…
Słońce płonęło na tym podwórzu, tak mi się wydawało, czarnym blaskiem i coś czarnego było wtopione w atmosferę, która przypominała więzienie.
Z jakiegoś okna dobiegło mnie uroczyste wołanie, jak by tam jakiś prorok przemawiał. Stara kobieta z żółtą twarzą w gęstwie siwych włosów zasłaniała sobie oczy, jak by ją poraziło światło, i szukała czegoś na ziemi. Dziewczyna o blond włosach i niezwykle białej twarzy siedziała na ławce i opuściwszy ręce, które się wydawały martwe, dławiła się śmiechem.
Nie chciało mi się iść dalej, wokoło było cicho i pusto.
Nagle rozwarła się szeroka brama, ukazali się dwaj chorzy dźwigający na długiej, żelaznej rurze olbrzymi miedziany kocioł, od którego biła para. Zatrzymali się i postawili kocioł. Jeden z chorych oddalił się, drugi został i ścierał pot z twarzy.
Obydwaj odziani byli w podarte, szare chałaty i zniszczone buty; wyglądali jak biedni żydowscy tragarze, których spotyka się w żydowskiej dzielnicy Warszawy.
Stanąłem w pobliżu chorego, który został przy kotle.
– Co pan tu robi?
– Przecież ja jestem chory.
Wypowiedział to głośno i wesoło, tak jak mówią dzieci.
– Jeśli pan jest chory, dlaczego pan dźwiga taki ciężki kocioł?
– Muszę.
– Kto pana zmusza?
– He, co znaczy: kto? Kancelaria.
– Przecież pan powiedział, że jest chory.
– Ja? Ach, tak. Właściwie nic mi nie jest, tylko jestem zwariowany. Czy pan tego nie widzi? Ha?
I dodał z przechwałką:
– Gdyby pan mnie zobaczył wtedy, gdy mam atak!
– Jaki atak?
– Szału… Bo ja nie jestem byle wariat. Mnie trzeba pilnować.
Zbliżył się do mnie i mrugając oczami, w których widniał triumf, dodał szybko tajemniczym tonem:
– Ja odgryzłem przecież swego czasu palec temu wychrzczonemu lekarzowi… Ach, ach, co tu się działo…
– Dlaczego pan mu odgryzł palec?
– Bo miałem właśnie atak.
I uzupełnił z żartem:
– Dla mnie wychrzta nie jest człowiekiem… Wychrzta jest dla mnie jeszcze gorszy aniżeli niewierzący.
Podskoczył w swych podartych butach, jego twarz okrył uśmiech rozmarzenia.
– Po co zmieniać wiarę? A bo to źle być Żydem? Jest tu jeden taki lekarz, na naszym oddziale, który odprawia wieczorną modlitwę, a w Sądny Dzień modlił się przed ołtarzem…
Drugi chory stał opodal i wołał go, następnie podszedł bliżej, krzycząc:
– Chodźże, wariacie, kocioł stygnie… Już ci gospodyni zapłaci…
I nagle zwrócił się do mnie:
– Czy pan słyszał, o czym on mówi? To wszystko kłamstwo, on wcale nie jet wariatem, on tylko udaje…
– A dlaczego pan tu przebywa?
Roześmiał się.
– Popatrz, on pyta dlaczego tu jestem… Też mi dobre!
Objął kolegę i trząsł się ze śmiechu.
– On mnie pyta, dlaczego tu jestem, ha? Co ty na to?
Obaj znów chwycili kocioł, a pierwszy, obejrzawszy się, wołał do mnie z dala:
– Panie, niech się pan nie kręci na ósmym oddziale, jeszcze może panu stać się krzywda… Tu jest jeden ryży, który nosi przy sobie nóż… Sam widziałem. Jeśli pana złapie, to jesteś pan gotów…
Śmiali się ze mnie i odeszli tanecznym krokiem.

Ciche i dziwnie nieruchome są szpitalne pawilony, gdy się je ogląda z zewnątrz. Dopiero we wnętrzu widać, że nieprzerwany, nieustający, śpieszny ruch ogarnął wielkie, białe, niesamowite sale.
Chorzy spoczywali płasko, jak przylepieni do mizernych łóżek. Sztywne i blade ciała ginęły pod jednakowo obleczonymi kołdrami. Wzrok chorych błądził po białych, obcych ścianach i oknach i obijał się jak ptak szukający wyjścia.
Zdawało się, że czas tutaj zamarł, że będą tak leżeć wiecznie. Jednakże i tutaj czas nie stawał: płynął, pożerając i niwecząc ciała chorych.
Dzień za dniem, noc za nocą czas wżerał się w blade, wydelikacone rysy ludzi i po długich nocach bez snu świt uderzał w ich drżące powieki. Jeden budził westchnieniem drugiego, po czym w skąpym świetle przedświtu spoglądali na siebie niemo. Nie poznawali się, mimo że się znali tak dobrze od tygodni, miesięcy, lat.
Każdy chory zajęty był sobą, swym własnym losem i spoglądał podejrzliwie na sąsiada, badając, czy ów nie wie czegoś o nim, czego on sam nie wiedział jeszcze.
Cicho i zwyczajnie odbywały się tam okropne, przerażające sprawy. Straszliwy akt śmierci, niesamowita tajemnica dokonywała się tutaj tak szybko i zwyczajnie.
Chorym na łóżkach wydawało się, że poznali jakąś olbrzymią, niepojętą tajemnicę. A gdy wysuwano ich łóżka w odległe kąty korytarza, skąd w ciszy odchodzili do wieczystych światów, zostawiali po sobie przerażające, wieczne milczenie…

I podobnie jak na cmentarzu tak i tutaj, w szpitalu, spoczywały rzędem pokolenia biedaków z polsko-żydowskich ulic.
Niepostrzeżenie znikali ze świata żywych; rozbiegana, gwarna ulica nie wiedziała o tych, którzy leżeli latami, przykuci do łoża boleści. Ich nazwiska od dawna już zostały wymazane z listy żywych, lecz oni jeszcze nie zmarli.
Byli to biedacy, którzy przywarli do płaskich szpitalnych łóżek jak do matki odnalezionej po długiej wędrówce.
Tu spotykali starych przyjaciół z lat minionych, z długiego, ubogiego żywota. Spotkawszy się, opowiadali sobie o dziwacznych chorobach, o zadawnionych pretensjach i obrachunkach ze szpitalem, o starych lekarzach, którzy leczyli ich ojców i dziadków.
Jedynym ich lękiem i jedyną troską było to, aby nie wypisano ich ze szpitala i nie odesłano z powrotem do wilgotnych izb piwnicznych, na strychy, skąd niejednokrotnie już wracali tutaj.
Starzy „szpitalnicy” nie szukają w szpitalu leku na swe choroby: uważają, że żydowski szpital jest im coś dłużny za ich nędzne i udręczone życie i szukają u czystych, surowych i wszechmogących lekarzy odrobinę „żydowskiego serca”.
Wśród starych „szpitalników” jest mnóstwo takich, którzy tu żyją od lat. Odchodzą stąd i wracają, świętują tu żydowskie uroczystości z udziałem kantorów, przy dźwięku trąbek i tańca na część święta rodałów.
Umierają długo i spokojnie, jak by się przygotowywali do jakiejś podróży do bliskich i swoich.

Łóżko stało obok łóżka i noce mijały w stanie półsnu, który trwał długo. I za każdym razem nawiązywała się przerwana rozmowa dwu starych, jęczących głosów:
– Śpicie?
– Nie.
– A spaliście?
– Ech…
Jeden chciał opowiedzieć drugiemu historię, którą zaczął jakieś cztery tygodnie temu o tym, jak to przed dwudziestu pięciu laty wziął ślub z trzecią żoną. Ślub odbył się u pomocnika rabina, lecz nie pamiętał, przy jakiej ulicy odbyła się ceremonia i który pomocnik rabina dawał im ślub.
– Ach, ach, zapomniałem…
Stary znów oparł głowę o płaską poduszkę i zapadł w drzemkę.
Drugi czekał, aż sąsiad przypomni sobie nazwisko pomocnika rabina; sen pierzchnął, myśl nie ustępowała. Na wpół umarła pamięć snuła się przez majak wspomnień.
Coś mu zaświtało:
– A może u reb Jidele, zastępcy rabina?
– Nie.
– A może u praskiego?
– Nie.
Noc stała nad nimi ciężka, bez snu. Mąż trzech żon nie mógł nadążyć za myślą i nie przypominał sobie, u którego pomocnika rabina to się odbyło. Jakoś zapodziała się u niego część głowy i nawet nie słyszał, jak wyniesiono z sali łóżeczko sąsiada, ustawiono w kącie korytarza i zasłonięto parawanem.
I nagle, wraz z szarym blaskiem dnia, zdarzyło się coś, co go zdzieliło przez głowę i wtedy przypomniał sobie. Tak, ślub się odbył u reb Hercele, na Dzikiej… Pamięta doskonale, jak by to się działo wczoraj… Aj, aj, aj…

Pojlisze jorn, wyd. Jidisz Buch, Warszawa 1956, s. 362-367. Online: www.archive.org/details/nybc209667spacerTłum. Stanisław Wygodzki

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 55 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3673319
UA-28053597-1