Twarda 2

Podwórze na Twardej pod numerem 2

JavaScript must be enabled in order for you to use Google Maps.
However, it seems JavaScript is either disabled or not supported by your browser.
To view Google Maps, enable JavaScript by changing your browser options, and then try again.

Drukuj
pod względem wyglądu i stosunków sąsiedzkich było zupełnie inne niż podwórko na Muranowie, gdzie spędziłem najwcześniejsze lata dziecięce. Podwórze było obszerne, otoczone trzypiętrowymi oficynami, w których mieszkało dużo zamożnych, dobrze urodzonych przedstawicieli klasy obywatelskiej. I chociaż nawet tu panowała swojska atmosfera, to nie było takiego klimatu, który w jedną rodzinę połączył sąsiadów z podwórka na Muranowie. Było tak może i dlatego, że w bogatszej okolicy ludzie są bardziej powściągliwi, wsobni. Dodatkowo sąsiedzi z Twardej 2 należeli do najrozmaitszych grup, które z zasady nie mieszały się ze sobą. Mieszkali tu chasydzi z dostojnymi brodami, w długich kapotach, w wielkich wełnianych kapeluszach w dni powszednie, a w atlasowych żupicach i aksamitnych czapeczkach w szabes; "Niemiszaki" bez brody, w krótkich żakietach i kapeluszach; misnagdzi1, ni tu, ni tam, z przystrzyżoną bródką, w krótkich "gehakte" kapotach, do kompletu z małymi wełnianymi czapeczkami i eleganckimi laseczkami w rękach.

Możliwe, że tylko mi się wydawało, iż stosunki między ludźmi były tutaj luźnie, bo sam byłem oderwany od innych dzieci. Byłem już na etapie studiowania Gemary i zamiast zamiast w chederze uczyłem u rebego w sztiblu2 chasydów radzyńskich3 na tym samym podwórzu. Tu zacząłem już nosić tradycyjną chasydzką kapotę i długie pejsy. Tu wkrótce dorosłem do bar micwy4 i nie wypadało, żebym bawił się z innymi dziećmi. Podwórze było jednak moim drugim domem. I wszyscyśmy mieli poczucie wspólnych więzi, a nawet dumy z "naszego podwórza".

A było czym się chlubić. Nasze podwórze wychodziło na słynny plac Grzybowski – na róg, gdzie schodzą się ze sobą ulice Twarda i Grzybowska. Trójkątny plac Grzybowski był znany z "ogródka", dużego trawiastego skweru z kilkoma drzewami i krzewami, na które można było tylko popatrzeć. Nie było do nich dostępu, ponieważ otaczał je wysoki żelazny płot; do tego "ogródka" nie było nawet wejścia. "Ogródek" było jedynie dodatkiem upiększającym otoczenie kościoła Wszystkich Świętych, którego jasna, szeroka fasada i wysokie kamienne schody zajmowały całą szerokość skweru.

Nasze podwórko znajdowało w sąsiedztwie kilku innych znanych miejsc. Zaraz obok, przy Twardej 4, było słynne podwórze Arele Sardynera5z wielkim bejt ha-midraszem6, gdzie przez 24 godziny na dobę trwała nieustannie modlitwa i nauka. Zanim jeden minjan7 skończył, drugi już stał w gotowości do rozpoczęcia modlitwy. A kiedy jedna grupa studiujących, głównie biedoty, późną nocą kończyła wykład w przedsionku, rozlegały się już rzewne głosy następnej grupy, która kontynuowała naukę do rana. Podwórze pod numerem 6 było znane z powodu synagogi Nożyków8, dużego bejt ha-midraszu obleganego w piątkowy wieczór i sobotni poranek przez tysiące ludzi, którzy ciągnęli tam, by posłuchać ulubionego kantora oraz chóru. W tamtych czasach miński kantor Lewensohn9 i dyrygent Dawidowicz10 ostro konkurowali z popularną wielką "synagogą niemiecką" przy ul. Tłomackie, gdzie Sirota11 był kantorem a Leo Liow12 dyrygentem. Żydzi, znawcy sztuki kantoralnej, w każdą sobotę biegli porównać występy i sprzeczać się, który kantor śpiewa lepiej.

Naprzeciwko było "podwórze Urlicha": bazarek na zamkniętej przestrzeni z budkami i straganami. Niedaleko stamtąd znajdowały się wielkie składy żelazne firmy dzianego chasyda Klepfisza13 i chasydzkiego milionera Szaji Prywesa14. Grzybów i nieodległa ulica Bagno stanowiły centrum składów i sklepów żelaznych. Żydzi z długimi brodami i w kapotach, młódź w małych wełnianych czapeczkach i kobiety w perukach sprzedawali wszystko: od ćwieków, gwoździ, zawiasów i zamków po piły, młotki, rury i kozy żelazne. Podwórza z wejściem bezpośrednio z ulicy były zawalone żelastwem wszelkiego rodzaju – od nadgryzionych przez rdzę rur, po błyszczące szyny, sztaby i belki, łóżka i kręcone schody.

Niedaleko biegła ulica Świętokrzyska. Tam mieściły się sklepy z gotowymi ubraniami męskimi, a trochę dalej antykwariaty z używanymi książkami i starodrukami; wszystkie były w rękach żydowskich.

Na ulicy Twardej było pełno większych i mniejszych sklepów oraz zakładów wszelkiego sortu. Co krok – sklepik spożywczy, "dystrybucja" (sklep z tytoniem), handel naftą, piekarnia, skład towarów łokciowych albo jatka. W sklepie spożywczym równie dobrze można było dostać dzwonko śledzia po groszu, za dwa grosze naftę do lampy, kilka łokci atłasu na sobotnią kapotę albo też gęś, żeby wytopić smalec na zimę. Jedna koło drugiej znajdowały się "bawarie", a także szynki, kawiarnie i restauracje, gdzie klientami byli żydowscy tragarze, dorożkarze, rzemieślnicy, a nawet majętni Żydzi, którzy lubili tu "wpaść na jednego" i przekąsić małe co nieco w znajomej restauracji.

Tak było przez cały tydzień. Grzybowska i Twarda to były ulice żydowskie. Jeśli chrześcijanin, Polak z jakiejś sąsiedniej ulicy, zabłąkał się tutaj w odmiennym stroju i kaszkiecie z błyszczącym daszkiem, musiał zachować baczenie, jak ktoś, kto znalazł się za granicą. Tylko w niedzielę lub w inne chrześcijańskie święto obraz ulegał zmianie. Jak na komendę, Żydzi w te dni ustępowali z Grzybowa i oddawali go chrześcijanom, którzy tysiącami ciągnęli do kościoła, oblegali cały plac i sąsiednie ulice przy dostojnym biciu brązowych dzwonów na kościelnych wieżach.

To też stało się częścią żydowskiego życia, stanowiąc dobrą okazję do zarobienia na życie. Mimo że żydowskie sklepy i piwiarnie od ulicy były zamknięte, to przecież wypełniała je chrześcijańska klientela, zostawiając spore napiwki. Do restauracji goście wchodzili przez podwórze, od zaplecza, i siedząc przy stolikach bądź stojąc przy bufecie wlewali w siebie wódkę lub piwo, zakąszali przysmakami kuchni żydowskiej: "gefilte fisz" lub siekaną wątróbką. W święta chrześcijańskie żydowscy sklepikarze mieli niezły obrót. Z tego względu przymykali oko na wybuchające czasem awantury, a nawet bijatyki urządzane przez szybko upijających się niedzielnych gości.

Najznamienitszym sąsiadem, ozdobą naszego podwórka, był reb Iciele, rabin i sędzia prawa religijnego, zarządca sztibla radzyńskiego. Był to sześćdziesięciolatek o dostojnym wyglądzie, ufnych oczach i przyjaznym uśmiechu, przezierającym przez siwą, jedwabistą brodę. Po cadyku – niech-ma-długie-życie – do którego na święta jeździło się do Radzynia, był on ulubieńcem radzyńskich chasydów. Przybywali do niego z najdalszych rejonów, żeby modlić się w "sztiblu" na naszym podwórzu. Reb Iciele mieszkał nad sztiblem, na pierwszym piętrze. Największy pokój, "salon", służył za babiniec, gdzie kobiety modliły się pod dyrekcją samej rabinowej. Powyżej miejsca, gdzie stał pulpit, obok aron ha-kodesz15, w suficie wycięto czworokątny otwór do mieszkania rabina; tak że było tam słychać modlitwę z dołu. I dokładnie ponad miejscem, gdzie na dole modlił się rabin, na babińcu rabinowa przewodziła modlitwom kobiet. W ten sposób męskie głosy mieszały się z powtarzanymi przez kobiety modlitwami i z ich łkaniem.

To była dobrze urodzona i bogata z domu, ta rabinowa, zawsze wystrojona w błyszczący naczółek i chustę z delikatnego jedwabiu na ramionach. Tak samo dostojnie nosił się reb Iciele, który niemal przez cały dzień paradował w porządnym tałesie16 pod kapotą z błyszczącego aksamitu.

Z okna u rabina jasność promieniała na całe podwórze. Zawsze siedziały tam grupy Żydów, którzy przyjeżdżali po radę albo na sąd. Tak rabin, jak i rabinowa zaskarbili sobie wdzięczność i szacunek swoim miłosierdziem i dobroczynnością. I kiedy któreś z nich pokazało się na podwórzu, zawsze odprowadzały ich sympatyczne spojrzenia pozostałych sąsiadów, którzy z pełną atencją ustępowali im z drogi.

Reb Iciele miał dwie córki mężatki. Młodszy zięć był to jedwabny młodzieniec. Mało się go znało, bo mieszkał gdzie indziej i tylko na sobotę i święta przychodził modlić się razem z teściem. O starszym zięciu było wiadomo więcej, bo mieszkał na tym samym podwórzu, w oficynie naprzeciwko. Nikt jednak nie znał go za dobrze. Otaczała go aura jakiejś tajemnicy. ł to młody człowiek pod czterdziestkę. Wysoki, o twarzy chmurnej, krótkiej bródce, o oczach zatopionych w głąb siebie. Zawsze milczał, dumał, jakby zawsze miał się o co martwić. Czy martwił się dlatego, że wiele lat po ślubie nadal był bezdzietny, czy dlatego, że – jak mówiono po cichu – był lichwiarzem pożyczającym pieniądze na procent? Zawsze trzymał się na uboczu, patrzył na wszystkich, jakby im zazdrościł. Także piękna jego żona jakby ze wstydu kryła się po kątach, a tę niewielką odległość z mieszkania matki do siebie przelatywała co sił w nogach, żeby jak najmniej ją widziano. I niejeden raz podczas lub po modlitwie w sztiblu wychwytywałem spojrzenie, jakim reb Iciele obdarzał czasem swojego zięcia. Było w nim tyle skrywanej troski.

Dwaj najbardziej znani sąsiedzi z podwórka to byli reb Berisz i Szilem Wilnerowie – ojciec i syn. Znano ich nie tylko na naszym podwórku, lecz w całej Warszawie. A taką sławą cieszyli się dlatego, że byli karzełkami, liliputami. Głowy mieli duże, prawie normalnej wielkości. Jednak od ramion w dół ich ciała były dziecięce, z małymi rączkami i nóżkami. Dorosłemu człowiekowi sięgali wszystkiego do kolan. Żydowskie karzełki w Warszawie było to zjawisko nadzwyczajne, wywołujące strach i zdziwienie. Krążyły o nich różne opowieści. Prawdą jest, że reb Berisz, pierwszy karzeł w tej rodzinie, pochodził ze starego, zamożnego rodu Wilnerów. Za obietnicę dużego posagu rodzina przystała na jego ożenek z piękną dziewczyną. Kiedy jednak urodziło się pierwsze dziecko, Szilem, też karzełek, dziewczyna zmarła ze wstydu i zgryzoty. Szilem wychowywał się bez mamy, jedynie z ojcem, do którego bardzo się przywiązał.

Były to postacie tragiczne, ten ojciec z synem, przeklęte małe ludziki w ogromnym mieście ludzi o normalnym wzroście. Bardziej interesujący z tej dwójki był Szilem. Reb Berisz był zrezygnowany. Prawie nigdy nie opuszczał swojego domu i podwórka. Bowiem gdziekolwiek jeden z tych karłów odważył się pokazać, ludzie zbiegali się oglądać to dziwowisko i na ulicy od razu robiło się czarno. Wolał więc siedzieć w swojej czystej izbie i prowadzić "meldunki", czyli księgi meldunkowe, gdzie zapisywało się wszystkich mieszkańców podwórza do celów kontroli policyjnej. Był rządcą (administratorem) podwórza. Albo też przesiadywał całymi godzinami, nie odzywając się do nikogo ani słowem, i sam ze sobą grał w karty, w "[pisze piesze]". Dziwny był to widok: mały człowieczek z ogoloną brodą i siwym wąsem, o smutnych, pełnych rezygnacji oczach, ubrany w lilipucią "gahakte" kapotę i niski kapelusz z wełnianego filcu (najwidoczniej ubierał się jeszcze zgodnie z tradycją rodziny, w której prym wiedli misnagdzi), siedząc, kładł przed sobą karty, jakby szukał w nich ucieczki od swojego smutnego losu.

Inny już był dwudziestopięcioletni Szilem. Ten nigdy nie mógł usiedzieć na jednym miejscu. Był to niespokojny duch, który jak na złość lubił łazić po mieście. Zwykle udawał się dorożką w jakiś bardziej odległy rejon i tam wysiadał, żeby przejść się po okolicy. Daleko zajść nie mógł. Od razu robiło się zbiegowisko. Przez kilka pierwszych minut Szilem udawał, że tego nie zauważa. Kiedy jednak otaczający go gapie zaczynali robić zbyt bezczelne uwagi, karzeł wpadał w gniew, jak lampart jednym susem dopadał najwyższego w tłumie i dawał mu w zęby swoją małą, ale twardą jak ze stali pięścią. Działo się to tak błyskawicznie, że trafiony w szczękę był całkowicie zaskoczony, a tłum rozpierzchał się w wielkim strachu. Szilem jednak nie zwlekał. W tej samej sekundzie wskakiwał do przejeżdżającej dorożki i dawały dyla.

Takie wybuchy nie zdarzały się często, bo z natury Szilem był wrażliwy jak dziecko. Z ludźmi rozmawiał mocnym głosem i nieco bezczelnie, ale to była tylko maska, którą zasłaniał się przed światem. Gdy jednak okazać mu najmniejsze zainteresowanie, gotów był w ogień skoczyć. Dziesiątki ludzi korzystały z tej jego zalety. Szilem utrzymywał się z tego, że był "pisarzem w cyrkule", to znaczy był biuralistą na posterunku policji przy Twardej pod numerem 20. Był tam bardzo lubiany i mógł urzędników przekonać do wszystkiego. Tym sposobem stał się "macherem", do którego dziesiątki biednych Żydów, handlarzy i przekupek z bazarku zwracały się po pomoc w sprawie anulowania kary. Szilem nigdy nikomu nie odmawiał.

Szielm była to postać tragiczna. Potrzebował ciepła i czułości, których w swoim życiu nie zaznał nigdy. Przytulał się więc do jakiejś i zostawał domownikiem. Obcą rodzinę uważał za swoją, dźwigał jej troski, jakby należał do domowego ogniska, wnosząc w progi tego domu iście dziecięcą radość i rozśmieszając wszystkich swoimi dowcipami. W tamtym czasie swój dom miał u nas. Moja błogosławionej pamięci mama traktowała go jak własne dziecko. Szczególnie bliskie więzy połączyły go ze mną – z wzajemnością. Nie wiem, czy tylko przez litość związałem się na kilka lat z tym liliputem, w każdym bądź razie zostaliśmy przyjaciółmi. Szilem kroku nie zrobił beze mnie. Musiało to komicznie wyglądać: ten mały, po niemiecku ubrany człowieczek, z niebieskimi, dziecięcymi oczami i blond wąsem, poruszający się żwawo na swoich krótkich nóżkach, w towarzystwie dwunastoletniego chasydziaka w długiej kapocie i z długimi pejsami. Szilem niczego przede mną nie ukrywał. Mówił mi o rzeczach, które sprawiały mu ból, a ja nie byłem w stanie ich zrozumieć. Czułem tylko, że powinienem trwać przy nim i okazywać mu dobroć.

Byłem przywiązany nie tylko do Szilema, lecz także do jego ojca, do reb Berisza. Pomagałam mu i kupowałem różne rzeczy, których potrzebował. Moją bliskość przyjmował z milczącą wdzięcznością. Ojciec i syn bardzo się kochali i troszczyli jeden o drugiego. Jednak rozmawiali ze sobą niewiele. A kiedy już rozmawiali, to zawsze ze złością w głosie, z wyrzutem, a nie wprost. Kiedy syn wychodził, reb Berisz mówił: "Kiedy wróci do domu? Znowu o drugiej nad ranem?". A Szilem odpowiadał: "Niech weźmie lekarstwo. Doktor kazali". I przy tym nie patrzyli na siebie. Troska Szilema o ojca nie była wcale bezzasadna. Po kilku latach naszego mieszkania w przy Twardej 2 reb Berisz zmarł. Miał wspaniały pogrzeb. Rozstałem się z Szilemem, kiedyśmy wyprowadzili się z tego podwórza. Po latach dowiedziałem się, że Szilem wyjechał do Niemiec, gdzie występował jako klaun w berlińskim cyrku. Później wrócił do Warszawy, gdzie zmarł w samotności.

Szanowanym sąsiadem z podwórka był reb Hirsz Rajszer. Był to zamożny człowiek z dobrego rodu. Miał dużą piekarnię i cukiernię. W jego domu żyło się na chasydzką modłę, choć on sam nie był chasydem. Zarówno piekarzowa, jego żona, jak i dwie ich córki były bardzo posępne. Nie grzeszyły urodą, ale uważały się nie wiadomo za co. Takim samym ponurakiem był ich jedynak Szyjele, który uczył się razem ze mną u tego samego mełameda w sztiblu na podwórzu.

Szyjele nie miał głowy do nauki, a do tego był trochę zarozumiały; w gruncie rzeczy nie był to jednak zły chłopak. Uczył się pilnie, nie leniuchował. Nie wzbraniał się przed ślęczeniem w czwartek przez całą noc, kiedy grupa wybranych uczniów studiowała aż do nastania świtu. Byliśmy zaprzyjaźnieni. To on nauczył mnie, że trzeba mieć domową biblioteczkę. Był stałym klientem u obnośnego księgarza, który co dzień w porze przedwieczornej, kiedy odmawia się modlitwę mincha17, przychodził do sztibla i na stole przy drzwiach różne dzieła chasydzkie i literaturę z dziedziny etyki: Sziwchej haBeszt18 czy opowieści rabinaJosefa Della Reina'y19. Szyjele kupował wszystkie nowe tytuły, jakie znalazł u tego handlarza w tłumoku, i uzbierawszy kilka cienkich książeczek, dawał je do introligatora, żeby oprawił razem, ze złotymi literami na grzbiecie. Starałem się go naśladować, choć z ledwością mogłem zaoszczędzić kilka kopiejek ze skromnego kieszonkowego, jakie dostawałem na słodycze.

Ów piekarz, reb Hersz Rajszer, był surowy. Nie mówił wiele, ale swój interes prowadził twardą ręką. Tak samo nieustępliwy był w kontaktach z sąsiadami. Był dumny ze swojej piekarni, ze schludnie ubranych domowników i wyprasowanej kapoty z czystą białą koszulą, która przeświecała zza jego blond brody. Tak samo surowe były pani piekarzowa i obie piekarzówny, kiedy jak prawdziwe władczynie rządziły w zakładzie piekarniczym. Targować się u nich nie było można. Przeciwnie, wyglądało to, jakby robiły wielką łaskę, że chcą coś sprzedać. Rodzina Rajszerów należała jednak do tych, z którymi szuka się zbliżenia, szanując jej status. Otwarta na okrągło piekarnia napełniała podwórze jakąś radością, świeżością i unoszącym się z niej ciepłem. A w czwartkowe wieczory późno po zmroku wydobywający się stamtąd śpiew pomocników piekarskich mieszał się z rzewnymi nigunami20 chasydów ślęczących w nad książkami w słabo oświetlonym sztiblu.

Reb Hersz piekarz podbił podwórze jeszcze jedną rzeczą: był zamiłowanym hodowcą drobiu. Całe stada kur, kogutów, piskląt dreptały po podwórzu, jakby dla nich było ono stworzone. Podobnie jak z domowników, piekarz był dumny ze swego skrzydlatego majątku i sprawiał sobie najcenniejsze okazy. Z nieskrywaną przyjemnością doglądał zwierząt, sam je poił, rzucał najlepsze ziarno, pilnował, żeby na noc zabierano drób do ciepłej piekarni, gdzie stał dla nich osobny duży kojec.

Generalnie podwórze odnosiło się z cierpliwością, a nawet wyrozumiałością do pierzastej familii, która rozbiegały się po wszystkich kątach – kury z drepczącymi za nimi pisklętami i chełpliwe koguty z czerwonymi grzebieniami, pilnujące każdy swojej gromadki. Pewnego razu miał miejsce tragikomiczny incydent, który wywołał na podwórku wielkie poruszenie.

Piekarz kupił sobie koguta, zdaje się rasowego, że drugiego takiego nie było w całej okolicy. O dwie kogucie głowy przewyższał innych przedstawicieli swojego gatunku. Jego jaskrawoczerwony grzebień ciężko opadał na bok. Oczy tego koguta miotały gromy, a chód miał tak pewny, jakby cały świat należał do niego. Reb Hersz był niezwykle dumny ze swojego nabytku. Kogut ten jednak stał się faktycznym dyktatorem na podwórku. Był wodzem nie tylko jednego stadka, lecz wszystkich kur. Miał oko na wszystkie kurze rodziny. I biada temu kogutowi, który nie zajmował się swoimi kurami, jak tego wymaga pierzasta moralność!

Ten ogromny kogut panował nie tylko nad kurami, lecz także nad mieszkańcami podwórza. Nikt obcy nie mógł się tutaj pokazać. Kogut skakał ludziom do oczu, gotów je wydziobać. Jeśli dziecko niechcący potrąciło jakąś kurę, przybiegał natychmiast i jął bić winowajcę swoimi silnymi nogami, skrzydłami, dziobem. Na podwórko padł blady strach. Ile sąsiedzi by się nie naprosili, przekonując, że kogut jest niebezpieczny, reb Hersz wciąż nie chciał się go pozbyć.

Koniec władania tego koguciego dyktatora nastąpił dopiero wtedy, gdy jego bezczelność stała się tak wielka, że zaatakował samego rabina, reb Iciele. Reb Iciele, jak już wspomniałem, cały dzień chodził spowity wielkim tałesem, białym w czarne pasy. Pewnego razu, kiedy ze szedł ze swojego mieszkania do oficyny, gdzie mieszkała jego córka, natknął się na koguta. Ten przestraszył się biało-czarnego stroju, jakiego nigdy wcześniej nie widział, i w szalonej furii zaatakował rabina. Skoczył na niego, dziobał w twarz, szarpał za tałes. Na podwórku zrobiło się zamieszanie. Z krzykiem i wrzaskiem ludzie rzucili się ze wszech stron, żeby ratować sędziego prawa religijnego w tej dziwacznej walce. To jednak wcale nie było proste. Kogut wpadł w dziki szał i wyratowanie reb Iciele kosztowało niemało trudu; półżywego ze strachu i wstydu odprowadzono następnie do domu.

Po tym incydencie na podwórzu zawrzało i nawet pewny siebie i uparty reb Hersz nie mógł dłużej obstawać przy swoim. Wiedział, że koguta tak czy siak pogonią, jeśli kiedykolwiek jeszcze będzie miał czelność pokazać się na podwórku – i koguci dyktator wysłany został w ostatnią drogę w taki sam sposób, jak jego ojcowie i dziadowie.

Ważną personą na naszym podwórzu był reb Symcha Josel, właściciel restauracji, w której my, a dokładniej moja błogosławionej pamięci matka, mieliśmy udział. Lokale gastronomiczne przyjęło się dzielić na trzy części, z której każda pozostawała w rękach innego najemcy. Najpierw był handel wódką. To była główna część, a prowadził ją ten, kto miał stosowny patent. Następnie był "marker", który miał sprzedaż piwa. I dopiero na końcu trzeci wspólnik, który miał pod sobą kuchnię, czyli to wszystko, co wiązało się z żywnością, zarówno przy bufecie, jak i przy stolikach.

Reb Symcha Josel był człowiekiem otwartym, wesołym, o rumianej twarzy okolonej piękną, w dwa szpice czesaną brodą. Oczy zawsze mu się śmiały. Zawsze był ożywiony i opowiadał płaskie dowcipy, z których sam miał największy ubaw. Jeden z nich, który prawdopodobnie uważał za bardzo udany, bo powtarzał go przy każdej okazji, brzmiał tak: "Wujku, teraz możesz się śmiać. Dlaczego? Bo już ci nikt nie zabroni"… Reb Symcha Josel walił wtedy delikwenta, którego uraczył tym kawałem, po bratersku w plecy, co stanowiło jakby zadośćuczynienie za to, że spłatał mu figla, a tamten, nie mając wyboru, śmiał się razem z nim.

Z reguły wszyscy śmiali się z reb Symchą Joslem, patrząc mu prosto w oczy. Każdy wolał śmiać się razem z nim i mieć spokój. Nie stanowiło bowiem tajemnicy, że reb Symcha Josel jest w dobrych układach z "naczalstwem". Bardzo łatwo mógł zrobić komuś przysługę albo wręcz przeciwnie. W głębi duszy bano się go, ale żeby tego nie okazywać, traktowano go z uniżoną grzecznością. Reb Symcha Josel musiał o tym wiedzieć. Czuł się niekomfortowo i dlatego ciągle dowcipkował. Był za pan brat ze wszystkimi gośćmi, chodził od stolika do stolika, ubrany w dni powszednie w wełnianą żydowską czapeczkę i marynarkę, a w święta lub kiedy miał się zobaczyć z jakąś "szychą" z rady miasta, wkładał elegancki niemiecki kapelusz.

Reb Symcha Josel nie udzielał się w interesie. Nie stał za kontuarem. To zajęcie scedował na swojego zięcia, reb Jechezkiela. Ów obsługiwał zarówno bufet, jak i kasę, a także nadzorował "sklepowe", które nalewały wódkę. Reb Chackiel był bardzo zwinny i łatwy w obejściu. Wszystko robił z niezwykłą lekkością, w niewymuszony sposób, jakby to była zabawka. W istocie był to człowiek inteligentny i przenikliwy, z młodzieńczą szczerością wypisaną na twarzy. Czasem nawet żartował ze swojego nieokrzesanego teścia. Cała restauracja "kręciła się" dzięki przyjemnemu usposobieniu Chackiela. Nie był też nieukiem, jeśli chodzi o to, co wydrukowane małymi literami. Znajdował jeszcze czas na lekturę, siedząc za kontuarem, w godzinach mniejszego ruchu i wieczorami, po "[graczke]", kiedy przychodził do naszej obszernej kuchni, gdzie mama także czytała książki między wydawaniem posiłków. Na głośne czytanie sąsiadkom, jak to kiedyś zwykła była robić, mama nie miała teraz czasu ani możliwości, chyba że tylko od czasu do czasu. Lecz jej pociąg do książek wcale nie zmalał. I osobie Chackiela znalazła kogoś, z kim zawsze mogła się wymienić przeczytanymi romansami, a także podzielić się wrażeniami z lektury.

Chackiel był tym, który zaopatrywał mnie w żydowskie tłumaczenia Juliusza Verne'a i Thomasa Mayne Reida oraz indiańskie opowiadania [Tenenbauma]21, książki, które połykałem bez opamiętania. Od Chackiela dostałem nawet żydowskie opracowanie Uncle Tom's Cabine Harriet Beecher Stowe.

Nasza przestronna kuchnia była moją pierwszą czytelnią. W kącie stała duża drewniana skrzynia na węgiel. Tam, w tej skrzyni, siedziałem przykurczony i pochłaniałem książki. Nie dlatego, żeby mi ktoś przeszkadzał w czytaniu; chodziło o to, żebym nie wchodził w drogę kucharkom, które bezustannie uwijały się przy garach, albo kelnerom, którzy kręcili się tam i z powrotem. Reb Chackiel nie raz znalazł mnie w tej skrzyni i wypytywał o przeczytaną lekturę.

Szczególnie intrygujący wydawał mi się nasz sąsiad, jubiler Natan, zwany też "panie Natan", z którym mieszkaliśmy drzwi w drzwi. To nie byle co przyglądać się cichemu, blademu mistrzowi, jak siedzi przy swoim warsztaciku i misternie wyklepuje pierścionki, kolczyki, bransoletki, graweruje je szpiczasto zakończonym rylcem, podczas gdy cała jego uwaga skupiała się na czarnej, krótkiej lupce, którą jak monokl trzymał w oku. A jeszcze ciekawiej robiło się, kiedy jakąś sztukę biżuterii kładł na taki płaski, biały okrągły kamień i przez długą rurkę, którą trzymał w ustach, dmuchał w płomień małej lampki benzynowej w ten sposób, że płomień zmieniał się w strumień ognia, który wylewał się prosto na te precjoza. Umiał przy tym tak mistrzowsko manipulować, że cienki język ognia rozszerzał się, stapiając złoto, które stawało się podatne na formowanie. Jubiler był cierpliwy i dobry. Pozwalał przyglądać się swojej ciekawej pracy, oby mu tylko nie przeszkadzano.

"Panie Natan" prowadził się "po niemiecku", a jego dwaj synowie: Szymek i Józek, nie chodzili do chederu, tylko do szkoły. Ubierali się w mundury "studenckie" z miedzianymi guzikami i mieli czapki z kokardą, a na plecach nosili raniec22. Już samo to podnosiło ich prestiż w oczach mieszkańców podwórza, a moja zazdrość o nich była bezgraniczna. Świadomość, że mogą wszystko, czego mi nie wolno: bawić się z kim zechcą i w co zechcą, chodzić swobodnie na "gojowskie" ulice, a także do Ogrodu Saskiego, dokąd policja carska nie wpuszczała Żydów ani nawet chłopców w długich kapotkach, uczyć się z rosyjskich książek, których ja nawet nie mogłem wziąć do ręki, to wszystko nobilitowało ich w moich oczach. I wielka była moja radość, kiedyśmy – Józek, Szymek i ja – zaszywali się w sobotnie popołudnie gdzieś w domu u nich albo u nas i zamienialiśmy się ubraniami. Ja przymierzałem Józkowy albo Szymkowy płaszcz "studencki" i czapkę z kokardą, a któryś z nich wkładał moją atłasową kapotę i jedwabną czapkę. Dla nich to był tylko wygłup, który bawił ich do łez. Dla mnie jednak wiązało się to z młodzieńczym biciem serca z powodu czegoś, o czym nie mogłem nawet pomarzyć.

Józek i Szymek to byli dobrzy chłopcy i chętnie się ze mną przyjaźnili w domu. Na podwórku jednak trzymaliśmy się od siebie z daleka, bo ja nie mogłem kumplować się ze "studenciakami". Wystarczyło, żeby jakiś chasyd ze sztibla od taty to zobaczył, a byłby się na mnie zdenerwował, a może nawet wytargał za ucho: "Nie uchodzi, żeby jedynak Lewiego Icchaka zadawał się z 'Niemiaszką'"…

Do takich sąsiadów, którzy wywoływali we mnie uczucie jakiejś zazdrości, należał też majętny "blacharz" z pierwszego piętra. Nikt go nie nazywał po nazwisku, a na podwórzu nie było go widać. Jego zakład blacharski znajdował się na jakiejś innej ulicy. Swoją sławę na podwórku zawdzięczał córce, pięknej Andzi. Była ona niekoronowaną królową podwórka. Jej krasa była znana w całej okolicy. Zewsząd przychodzono, żeby podziwiać urodę córki blacharza. Przy swoich dwunastu latach zdawała już sobie sprawę z wartości swojego powabu. I rzeczywiście uważała się za księżniczkę.

Kiedy Andzia pokazała się ufryzowana i schludnie ubrana w swoją letnią sukienkę, zdawało się, że całe podwórko jaśnieje. Miała wokół siebie świtę wybranych chłopców, którzy byli gotowi spełnić jej każde życzenie. W świcie znaleźli się "studenci" z innych podwórek, którzy tylko czekali, kiedy Andzia wyjdzie na podwórko. Jej adiutantami byli jednak Józek i Szymek. Zawsze stali u jej boku. Przechadzała się po podwórku od krańca do krańca, stawiając drobne, wyważone kroki, zgrabna, wyprostowana jak struna, blond głowa z jasnymi oczami zadarta do góry, a cała świta, według rangi obok niej i za nią.

Chłopcy ubóstwiali powabny, lekki chód Andzi. Starali się wypaść w jej oczach jak najlepiej, żeby zasłużyć sobie na to, by znaleźć się w najbliższym kręgu. Lecz ja, zdaje się, najbardziej ze wszystkiego uwielbiałem przyglądać się jej choćby z daleka. Bo nawet na to nie miałem pozwolenia. Młody talmudysta w długiej kapocie, z pejsami, nie odważy się przecież stać tak po prostu i gapić się na jakąś dziewczynę na podwórzu, niechby to nawet była piękna Andzia. Z ukrycia jednak, gdzieś zza uchylonych drzwi w korytarzu, można było z bijącym sercem przyglądać się, jak ta mała księżniczka przechadza się ze swoją świtą po podwórku. A co dopiero mówić o nocy, pod kołdrą, kiedy można było dać upust złej skłonności. Można było sobie nawet pozwolić, żeby do Andzi przemówić i w szczenięcych słowach starać się wytłumaczyć, jak dla niej bije serce.

Na podwórzu byli też zwykli sąsiedzi, bez rodowodu, a jednak cieszący się sympatią. Był, na ten przykład, reb Wolf "krowiarz" (mleczarz). Postawny, zwyczajny Żyd, lat około czterdziestu, o łagodnej twarzy ozdobionej krótką, kręconą brodą. Bogobojny i porządny. Co dzień przywoził skądeś swoim wózkiem nabiał: mleko, masło, śmietanę, kwaśne mleko, maślankę, ser i twaróg. Krzątał się przy swoim towarze i pozdrawiając wesoło sąsiadów, roznosił wyroby mleczne do okolicznych sklepików. Pamiętam, że z nim wiązał się tragikomiczny epizod.

Pewnego razu, gdy reb Wolf krzątał się koło swojego towaru, dowiedziano się, że sąsiadowi zmarło dziecko. Prócz wielkiego smutku, który udzielił się wszystkim mieszkańcom, reb Wolf miał jeszcze inne zmartwienie: był kohenem23. Nie mógł przebywać na podwórzu, gdzie znajduje się martwe ciało. Lecz opuścić to miejsce, zgodnie z literą prawa, też mu nie było wolno24. Miał więc nie lada ambaras i nie wiedział, jak sobie począć. Któryś z sąsiadów wpadł na pomysł, że jedynym wyjściem z tej sytuacji będzie wyrzucenie go siłą. Ale jag wyrzucić reb Wolfa? Po pierwsze, jest to człowiek mocarny. A po drugie, nikt nie miał serca, żeby szarpać się z sympatycznym reb Wolfem. Nie pozostało nic innego, jak zawołać pomocnika z naszej restauracji, tego od wynoszenia beczek piwa z piwnicy. On najlepiej nada się do tej roboty.

Pomocnik był atletycznie zbudowany, a przy tym miał rozum dziecka. Najpierw nie chciał o niczym słyszeć. Bo co to znaczy, że ma siłą wyrzucić tak zacnego człowieka, jakim był "krowiarz"? Jakoś mu jednak wytłumaczono, że to dla dobra reb Wolfa. No, więc dał się przekonać i wyszedł na podwórze, żeby rozprawić się za swoim bogu ducha winnym przeciwnikiem. Tymczasem zebrała się grupa ludzi, którzy ledwo powstrzymując się od śmiechu chcieli oglądać, jak ten przygłup będzie wyrzucał kohena z podwórka.

Pomocnik z restauracji przystąpił do dzieła nieśmiało, ze spuszczonym wzrokiem. Zawstydzony zwrócił się do reb Wolfa: "Proszę stąd odejść". Reb Wolf, wbijając wzrok w ziemię, nie mniej zmieszany odpowiedział: "Nigdzie nie pójdę". W tym momencie chłopak zebrał się na odwagę: "Mówię panu, niech pan stąd idzie!". Zgromadzony tłum dodawał mu kurażu, dopingując: "Bierz go! Wyrzuć stąd!". Chłopak wpadał w coraz większą złość i bardziej dobitnie wyrażał swoje żądanie:
– Niechże się pan wynosi!

Reb Wolf nie miał już siły udawać, że się opiera. Pragnął wręcz, żeby chłopak chwycił go, podniósł do góry i wyniósł z podwórza. Było mu wstyd przeciągać to przedstawienie. Stał więc coraz bardziej zmieszany i miał proszący wzrok. Zgromadzony wokół tłum coraz bardziej zagrzewał do walki, co chłopaka wprawiało tylko w coraz większą złość. Już prawie krzyczał, a jego oczy płonęły gniewem: "Wynocha mi stąd!". I kiedy już wydawało się, że zaraz złapie swoją ofiarę, którą mu rzucono na pożarcie, i siłą wyprowadzi za bramę, w tej właśnie chwili jego zapał nagle ostygł i rzekł: "Nie chcesz pan wyjść? To zostań!". Obrócił się na pięcie i zniknął, zostawiając rozczarowanych gapiów i gotującego się ze złości reb Wolfa na środku podwórza. ęsny "krowiarz" stał tak do wieczora, aż w końcu pozbyto się go z podwórka, nie pamiętam już, w jaki sposób.

Wśród niczym się nie wyróżniających, ale lubianych sąsiadów był również mój szwagier reb Nachum, który kilka lat wcześniej poślubił moją najstarszą siostrę Perlę. Kiedy się żenił, miał spory majątek. Z warszawskiej Pragi dostarczał do różnych restauracji butelki akcyzowanej wódki z państwowego monopolu spirytusowego. Było to wielkie przedsięwzięcie, które przynosiło niezły dochód. Powoli jednak jego majątek się kurczył. Większość ubogich sąsiadów mieszkających w kamienicy dochodowej, którą zakupił, pomału przestawała płacić czynsz. Wiedzieli, że reb Nachum nie będzie miał serca, żeby wyrzucić ich na bruk. I w taki mniej więcej sposób ten dom wkrótce mu zabrano. Również w handlu monopolowym pojawili się konkurenci, którzy spowodowali obniżenie przez komisję ceny na dostarczanie wódki. Nachum jednak nigdy się nie skarżył na swój los i dla każdego miał dobre słowo.

Nachum był wprawdzie misnagdem, lecz bardzo pobożnym. Miał przy tym wielką słabość: muzykę kantoralną. Za dobrego kantora gotów był życie oddać. Ta słabość prowadziła do kolejnej: chciał koniecznie prowadzić modlitwę przy pulpicie. Słabość reb Nachuma była sąsiadom znana i odnosili się do niej z dużą wyrozumiałością.

Inną rzeczą, którą fascynował się szwagier Nachum – ale to już z powodu mojej siostry – był teatr. Kierowany pobożnością niezbyt chętnie odwiedzał polskie teatry. Lubił jednak słuchać, jak Perla śpiewa zasłyszane w operetce piosenki, które wówczas były w Warszawie niezwykle popularne. W święta natomiast nie obeszło się bez sprowadzenia do domu jakiegoś znanego kantora lub "performera", jednego z tych, którzy popisywali się swoimi umiejętnościami na ślubach albo uroczystościach obrzezania.

Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem odgrywanie sceny – nie zaledwie próbę – z żydowskiego przedstawienia. Było to w mieszkaniu mojego szwagra, podczas uroczystości z okazji obrzezania jego syna. Występ dawał wspomniany wcześniej "Lejbele komik" (znany później warszawskiej publiczności teatralnej jako utalentowany aktor komiczny Lejbl Winer25). Występował sam. Na odbiorcach wywarł duże wrażenie, a mnie jego występ pozostał w pamięci do dziś.

Po uroczystym posiłku stół odstawiono na bok. Lejbele komik usiadł na stołku pośrodku pokoju, otoczony gośćmi. Jego jedynym rekwizytem, jak pamiętam, była gazeta, którą trzymał oburącz na wysokości oczu. Służyła mu za kurtynę, za którą chował się w krótkich przerwach między scenami. Tą gazetą zasłaniał się jedynie przez kilka sekund. Kiedy kurtyna się odsłaniała, pokazywał się to jako babcia, to jako jej własny wnuczek. Jego twarz była tak plastyczna, że bez zbędnych grymasów, bez napinania się umiał pokazać zasuszoną, pomarszczoną staruszkę z załzawionymi oczami, która mówiła komicznym, łamiącym się głosem. I nim zdążyliśmy się obejrzeć, zmarszczki na jego twarzy wygładzały się i mówił dziecięcym, szczebiotliwym głosikiem. Dialogował tak sam ze sobą. Było to bardzo zabawne i zgromadzona publika pękała ze śmiechu. Jeśli zaś chodzi o mnie, to byłem zbyt skupiony na osobie aktora, żebym zapamiętał treść przedstawienia. Domyślam się tylko, że musiała być to scena z Goldfadenowskiej26 Babci z wnuczkiem.

Po tym dialogu, pamiętam, jak Lejbele komik odegrał jeszcze scenę starego dziadka, który skarży się na współczesną młodzież. Tym razem posłużył się wyjętą z kieszeni jarmułką, sztuczną białą brodą i pejsami, które zasłaniając się gazetą, założył na twarz. To zrobiło jeszcze większe wrażenie. Oto przez publicznością siedział "dziadyga" jak żywy, z siatką zmarszczek na twarzy i zapadłymi policzkami. I kiedy Lejbele komik zakończył swoje sztuczki i śpiewy, zebrani goście nie chcieli go puścić i omal go nie rozerwali, domagając się jeszcze i jeszcze…

Przy innej uroczystej okazji w domu mojego szwagra miałem okazję usłyszeć znanego w ówczesnej Warszawie śpiewaka Kojfmana Judla27. Kojfman Judel był to chasyd modrzycki28. Wysoki, barczysty, o pełnej twarzy okolonej ładną blond bródką, która łączyła się z wypielęgnowanymi bokobrodami. Był obdarzony czystym, głębokim tenorem, jaki rzadko można usłyszeć. Krążyły o różne opowieści i legendy o tym, że chciano go na siłę "uszczęśliwić". Miał zrzucić chasydzki strój, ogolić brodę i dać się wykierować na śpiewaka operowego. Mówiono, że z całą pewnością mógłby śpiewać "dla samego cara". Kojfman Judel śmiał się jednak z tych wizji sukcesu. Za żadne skarby nie dałby sobie odebrać tej wielkiej radości, jaką dawała mu modlitwa przy pulpicie w modrzyckim sztiblu, słodycz tej melodii, wspomaganej młodymi głosami wszystkich chasydów, którzy z przejęciem włączali się do śpiewu.

Chasydzi modrzyccy byli dumni ze swojego Judla Kojfmana. Szczycili się jego darem, jego złotym głosem. W szabaty i święta sztibel modrzycki przy ulicy Twardej był przepełniony. A Kojfman Judel musiał być niezwykle ukontentowany tym, że może swojej publice sprawić przyjemność. Bo kiedykolwiek go zobaczyłem, jego twarz zawsze rozjaśniał szeroki uśmiech od ucha do ucha…

Wydaje się jednak, że Kojfman Judel, ów gorący chasyd, miał w sobie jakiś niepokój artysty, który liczy na powodzenie. Zdarzało mu się często "zbłądzić" do jakiegoś obcego sztibla w czasie trwającej modlitwy lub szalszides29, gdzie jego pojawienie się wywoływało zamieszanie: otaczali go miejscowi chłopcy i nie odstępowali, póki on sam, a może razem z nimi, nie zaśpiewa swoich najnowszych przebojów lub nawet starodawnych nigunów. Potem szczęśliwy przyjmował entuzjastyczne owacje od młodzieży i gratulacje od starszych.

Kojfmanowi Judlowi daleko było do zamożności, a nawet jakiego takiego poziomu życia. To nie było żadną tajemnicą, a świadczyło o tym nawet jego ubranie. Nie wiem, czy brał za to pieniądze, ale całkiem śpiewał zarówno z okazji chasydzkich obchodów, jak i na prywatnych uroczystościach rodzinnych. Pamiętam, o czym już wspomniałem, jak uświetnił uroczystość u mojego szwagra Nachuma, gdzie odnoszono się do niego z wielkim szacunkiem. Śpiewał wtedy modrzyckie niguny, a nawet zwrotki piosenek świeckich bądź wręcz marsze wojskowe, których melodie – jak to było w zwyczaju – dopasowywano do różnych hymnów sobotnich i świątecznych modlitw.

Choć sąsiedzi z naszego podwórka przy ulicy Twardej żyli w pewnej izolacji od siebie, to zdarzały się mimo wszystko okazje, kiedy wszystkich łączyły więzy niemal rodzinne. Było tak najczęściej w święta. W Sukes30 na przykład całe podwórko było zastawione kuczkami tak gęsto, że wydawało się, jakby to był jeden wielki szałas. Sąsiedzi łączyli się w grupy: budowało się wspólną kuczkę. Grupy powstawały nie wedle statusu społecznego: bogaci z bogatymi, biedni z biednymi, misnagdzi z misnagdami. Bariery majątkowe i światopoglądowe znikały. Skrzykiwali się ci, którzy w ciągu roku więcej ze sobą przestawali i znali się lepiej. Tak czy siak wszystkie kuczki stały ściana w ścianę, pokryte jakby wspólnym dachem, pod protektoratem kuczki rabina Iciele, która stała w górze, na jedynym na tym podwórzu balkonie.

Proces budowania kuczki jednoczył wszystkich chłopców z podwórka w zastęp. Pomagali znosić deski, drzwi, "półkoszki" to na jeden, to na drugi szałas. A w święto, kiedy w kuczkach ucztowano, a gospodynie razem z młodszymi córkami kursowały z kolejnymi daniami, nikt nie wstydził się zajrzeć do tej lub innej kuczki, żeby przekonać się, czyj szałas jest piękniej przystrojony, obwieszony pluszowymi kołdrami, kolorowymi obrusami i jedwabnymi zasłonami, kto ma piękniejszy świecznik i bardziej błyszczący kielich kiduszowy. I późno w noc niosły się z różnych szałasów hymny świąteczne, łącząc się w jeden wspólny śpiew.

Tak samo było też w okresie po Purim, kiedy w piekarni rozpoczynał się wypiek macy. W tym już brało udział całe podwórko. Jeden dozorował, jak wypiekają się jego mace, a inny pomagał na chwałę niebios. Dla nas, młodzieży, to był "świat i ludzie". To zajęcie wzbudzało już zainteresowanie tak Szymków i Józków, jak i Szyjów i Awramków, a nawet dziewcząt. To tu w wesołe wieczory pomagało się nosić worki mąki, wiadra wody, patrzyło, jak pod nadzorem wiernika uwijają się zarówno pomocnicy piekarscy, jak i "ugniatacze", którzy mieszą ciasto i dzielą je na porcje. Każda porcja trafiała natychmiast do "wałkarzy", którzy robili z nich takie okrągłe i cienkie formy i hendum-pendum przekazywali w ręce "dziurkaczy", którzy robili w nich w równych odstępach rzędy ledwo widocznych gołym okiem dziurek, żeby mace nie wybrzuszyły się przy pieczeniu. W okamgnieniu nabierano je na płaskie łopaty i wsadzano do rozpalonego pieca, z którego wychodziły kilka minut później w postaci brązowych, smakowitych przaśników.

Tutaj już dzieci z podwórka szły w zawody: kto zostanie dopuszczony do pomocy przy wałkowaniu albo kto będzie wyróżniony dostaniem do ręki kółka do dziurkowania i pozwoli mu się podziurkować kilka mac.

To samo działo się, kiedy nadchodziła ta wielka chwila, rano w dniu święta, gdy pojawiali się mężczyźni z wielkimi parującymi kotłami i rozlegało się śpiewne wołanie: "Wszystko do koszerowania!". Na to wezwanie odpowiadało całe podwórze. Z każdego mieszkania gospodyni, jej córki i synowie, zaczynali znosić rozmaite statki: garnki, talerze, miski, rondle, noże, łyżki, widelce. Wszystko, ale to naprawdę wszystko było koszerowane w jednym wspólnym kotle. Także tu nie robiono żadnej różnicy między bogatym i biednym, chasydem czy "Niemiaszką". Przepisy świąteczne obowiązywały wszystkich jednakowo, więc w kolejce stała bogata pani blacharzowa razem z ubogą kramarką, chasydzka rebecyn z "niemiecką" żoną kowala.

W okolicy Szwues zaczynali przychodzić "trzepacze", "przewietrzacze", wykonujący typowo żydowskie usługi, na które było zapotrzebowanie jedynie na bardziej zamożnych podwórzach. Trzepacze na środku podwórka rozstawiali takie prowizoryczne, długie stoły i rozciągali sznurek z jednego końca podwórza do drugiego. Ze wszystkich mieszkań sąsiedzi zaczynali znosić, a to futrzany płaszcz, a to karakułową szubę, inny kilka wełnianych kołder, jeszcze inny parę zimowych palt – wszystko, co trzeba było wytrzepać z kurzu i przewietrzyć, zanim się schowa na lato, kiedy te rzeczy nie były potrzebne.

Trzepacze najpierw wieszali te rzeczy na rozciągniętym sznurku, żeby się nagrzały na słońcu, a później wykładali, dajmy na to, futrzany płaszcz na długim stole i dwoma giętkimi kijami bambusowymi walili w niego z wielką wprawą, wytrzepując cały kurz i błoto, które się na nim zebrały przez zimę. Co to byli za fachmiani, ci trzepacze! Jaką biegłość wykazywali w rytmicznym waleniu świszczącymi rózgami. A jeszcze bardziej rozśmieszał dziwaczny wygląd podwórka obwieszonego tym towarem: skromne palto obok szuby, płaszcz obok drogiego futra.

Ozdobą podwórka był, ma się rozumieć, "sztibel", który, jak wspomniałem, należał do chasydów radzyńskich i a zarządzał nim rabin, reb Iciele. Jakikolwiek by nie był stosunek pozostałych sąsiadów – misnagdów i "Niemiaszków" – do chasydów i chasydyzmu, chętnie uznawali autorytet i znaczenie tego chasydzkiego sztibla. Nawet oni mieli przyjemność z beztroskiego harmidru gorącej chasydzkiej modlitwy i wesołych, natchnionych śpiewów, które stamtąd dobiegały.

I rzeczywiście prowadził ten sztibel życie jedyne w swoim rodzaju. Stanowił świat sam dla siebie, z własnymi kłopotami i radościami, ale wszystko otoczone ciepłą atmosferą wielkodusznej jednoty. Tu także były oczywiście klasy i grupy, bogatsi i biedni, dobrze rodowici i prostego pochodzenia, ale bez bariery nie do przekroczenia. Oczywiście było powszechnie wiadome, że reb Szlojmele Malach jest przeraźliwie biedny i wyrzucają go z maleńkiego sklepu spożywczego, który prowadzi jego żona; że reb Welwlowi, handlarzowi wina, który u siebie w domu sprzedaje wino rodzynkowe na szabat, trudni się z tego utrzymać. Mimo tego jednak ich wiara chasydzka, gorączka ich modlitwy nie ustępowały reb Szimszonowi, zawiadowcy sztibla, nababowi, albo bogatemu reb Dawidowi Herszowi, który uważał się za osobę wpływową i zajmował honorowe miejsce obok reb Iciele. Wszyscy mówili sobie na "ty" w poczuciu, ze służą jednemu Panu Bogu, a życie nie było już takie ciężkie.

A co dopiero w dni świąteczne, kiedy zapamiętałe w śpiewie głosy zlewały się w unisono, kiedy w transowym tańcu splatały się ręce, wtedy naprawdę czuło się bliskość, naszość. Czy nawet wtedy, gdy człowiek zagłębiał się w mroczne otchłanie swojej duszy podczas trzeciego posiłku, który wszyscy celebrowali razem, siedząc przy stołach nakrytych białymi obrusami, kiedy spokojnymi, melancholijnymi nigunami próbowano zatrzymać Królową Szabat. Temu czy tamtemu zaświtała w głowie niewesoła myśl: jak zacznie się ten tydzień. Wszystkich jednak przepełniała ta sama tęsknota, ta sama nadzieja.

Radość i pogoda ducha powracały za to przy hawdali31 i melawe malke32, kiedy wspólnie spożywano skromny posiłek złożony z chały, siekanego śledzia i słynnego "krac"-barszczu (nie wiem, skąd wzięła się ta nazwa), a następnie uderzano w tany, które ze śpiewami trwały do późnej nocy.

I nie tylko w szabes, w święta, lecz także przez cały tydzień niósł się po podwórzu śpiewny odgłos nauki, który przez okna ulatał ze sztibla na zewnątrz. Od świtu do późnej nocy siedzieli tam w kilku grupach bochrim33 , którzy nie potrzebowali już nauczyciela, albo chłopcy pozostający pod kuratelą rabina. W jednej z takich dobranych grup uczyłem się u reb Szmuela "Lewertowera". Kolegami moimi byli Szyjele Rajszer i Icele, jedyny syn reb Szimszona, zawiadowcy sztibla. Iciele, też blady i posępny, był jedwabnym młodzieńcem.

Niewątpliwy zaszczyt uczenia się razem z chłopcami z bogatych domów też mogłem zawdzięczać mamie, niech spoczywa w pokoju. Szmuel, nasz nauczyciel, należał do tych z najwyższej półki: erudyta, a przy tym człowiek bardzo pobożny. Jak wielu tego typu mełamedów, nie pochodził z Warszawy. Jego rodzina, do której jeździł tylko dwa razy w roku, na Pesach34 i na Sukot, mieszkała w Lubartowie. Cały rok musiał się tułać po obcych kątach. Mama wzięła go więc na swój wikt i karmiła najlepszym jedzeniem. Jadał w swoim osobnym kąciku. W ten sposób mogła dopiąć tego, żebym miał najlepszych nauczycieli.

Wówczas, na początku stulecia, zewnętrzny świat, jak i żydowskie życie nie stały w miejscu. Coś się wydarzyło, co w taki lub inny sposób docierało także do nas i dotyczyło zarówno sztibla, jak i porządku świata, w którym my, jak nam się zdawało, żyliśmy tak spokojnie i przyjaźnie.

Pierwszy tego przejaw widziałem, kiedy w szabes, przed czytaniem Tory, reb Hersz Dawid zatarasował zwój swoimi szerokimi plecami i nie pozwolił go wyjąć. Wygłosił płomienne przemówienie pełne morałów i gróźb pod adresem libertynów i odstępców od wiary, którzy czytają trefną bibułę, co nieuchronnie prowadzi do porzucenia religii ojców albo do działalności wywrotowej, niech Bóg ma nas w swojej opiece. Niemal rzucił klątwę na tych, którzy przysparzają wstydu narodowi Izraela. W sztiblu zawrzało. Słowa reb Hersza Dawida wywołały panikę. Ja wysłuchałem jego słów z mieszanymi uczuciami; przestraszyłem się i miałem poczucie winy.

Przemowa reb Hersza Dawida zapewne nie odniosła żadnego skutku. Czytać bibułę nie przestano. Wręcz przeciwnie, wtedy zdarzyło się, że ów "jedwabny" Iciele, syn reb Szymszona, zawiadowcy sztibla, przyniósł mi jakiś cienki zeszyt dużego formatu w zielonej okładce, na której wypisany wielkimi literami widniał tytuł: "Der Jud"35. W tajemnicy zaniosłem ten zeszyt do domu i z bijącym sercem przeczytałem. To, co tam pisano, było tak kompletnie inne od wszystkiego, co czytałem do tej pory. Spragniony, zacząłem szukać więcej i więcej takich zeszytów. Nie mogłem się doczekać, kiedy Iciele mi je przyniesie. Musiałem poczekać, aż wszyscy u nich w domu je przestudiują (choć do dziś jest dla mnie niezrozumiałe, jak to było możliwe, żeby właśnie reb Szymszon, ów chasyd, abonował coś tak trefnego, jak "Der Jud").

Na moje wielkie szczęście dowiedziałem się jednak, że tu w pobliżu, na czwartym albo piątym podwórzu, przy ulicy Twardej numer 8 albo 10, znajdowała się administracja, dokąd "Der Juda", drukowanego za granicą w Krakowie, co tydzień przysyłano do dystrybucji w Warszawie. W każdą środę czekałem więc z bijącym sercem, kiedy zaklejone paczki gazet znajdą się na podwórzu. Z gorączką w oczach przyglądałem się, jak w rozrywanych paczkach ukazywały się zielone zeszyty. Pomagałem bodaj wnosić ciężkie ryzy na górę do administracji, by w nagrodę dostać świeżo przysłany numer, w którym znajdowałem tak wyczekiwane treści, tak inne od wszystkiego, co dotąd wyczytałem w powieściach.

To, przed czym ostrzegał wysoko postawiony reb Dawid Hersz, zaczęło się ziszczać. Coś z tych nieprawomyślnych rzeczy zaczęło niepostrzeżenie przedostawać się zarówno do domu, do restauracji, jak też, nie przymierzając, do sztibla. Tu i ówdzie padało słowo "cyceliści". Nie wiedziałem dokładnie, co to takiego. Miałem jedynie przeczucie, że są to ludzie wyjątkowi. Noszą czarne koszule, nie chcą cara i rzucają bomby. Są z tego powodu torturowani, zsyłani na białe niedźwiedzie, a często kończą nawet na stryczku. Ludzie, nie wiedzieć czemu, bali się ich, a zarazem darzyli sympatią. Przeczuwali, że racja jest po ich stronie.

Całe podwórko zamarło ze strachu i litości, kiedy w szabes rano pojawił się blady młodzieniec lat około czternastu lub piętnastu, w krótkim palcie i żydowskiej czapce na głowie. Do sztibla, w którym właśnie trwała modlitwa, zaczął przez otwarte okno wrzucać proklamacje. Zauważył to stróż, szybko zamknął bramę, żeby rozrzucający proklamacje nie mógł uciec, i od razu posłał po policję. Na podwórzu powstało zamieszanie i chłopak zniknął. Schował się na którymś ze strychów. Podwórze wkrótce otoczył oddział policji z komisarzem na czele. Dłuższy czas trwały poszukiwania tego młodego wroga caratu. I gdy koniec końców sprowadzono go na dół pobitego, złachmanionego, w podartym palcie i koszuli, podwórze całe zadrżało. To był "zakłócony" szabes.

Jeszcze bardziej nasze podwórze, a zwłaszcza mój dom, poruszył bunt przeciwko carowi niedługo potem. Na naszym podwórzu zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Miał w tym udział również kościół położony naprzeciwko przy placu Grzybowskim.

W każdą niedzielę rano, nim Polacy mieli schodzić się do kościoła, nasze podwórze, tak jak sąsiednie, obsadzały oddziały policji, żandarmeria na koniach i żołnierze z karabinami. Za zamkniętymi bramami szykowano się na "coś", co miało się zacząć stamtąd, spod kościoła. Co takiego miało się zacząć, nikt nie wiedział, lecz podwórze wpadło w popłoch. Ludzie zamykali się z dziećmi w domach.

Szczególny niepokój ogarnął domowników, kiedy do naszej restauracji wkroczyli dowódcy policji i wojska, komisarz i oficerowie żandarmerii. Surowo zlustrowali naszą dużą kuchnię z podłogą pokrytą lepikiem bitumicznym oraz pozostałe sale jadalne.

Co oni chcą tu robić? Ale nie wolno było zadawać żadnych pytań. Tak minęło kilka niedziel, aż nadeszła tama straszna niedziela, która była pierwszym wojennym dniem w moim życiu.

Policja i wojsko na naszym podwórzu były w stanie najwyższej gotowości, a nasz strach – silniejszy niż zwykle. I dokładnie w chwili, gdy zabrzmiały kościelne dzwony, a wierni ze środka wylegli na ulicę, zaczęło się. Na początek – głośnie "hura", następnie kilka salw. Sołdaci i żandarmi wybiegli przez bramę na ulicę i zaczęła się wielka bijatyka. Krzyki, wrzaski, nawoływania, bieganina, tupot nóg. Z łomotem serca śledziliśmy to wszystko przez dobrze zaryglowaną bramę. I wkrótce zobaczyliśmy coś niewiarygodnie strasznego.

Do naszego mieszkania, do restauracji, teraz zarekwirowanej przez policję, zaczęto przyprowadzać pierwszych aresztowanych i rannych, których układano na uprzątniętej bitumicznej podłodze w kuchni. Młodzi, złotowłosi Polacy, a nawet mężczyźni w średnim wieku, w poszarpanych ubraniach, z pokiereszowanymi twarzami i z przestrzelonymi piersiami. Przestraszony wybiegłem z naszego mieszkania, żeby nie oglądać tych strasznych scen, ale zaraz wróciłem, powodowany strachem, co tam zaszło.

Te wydarzenia weszły do historii polskiego ruchu niepodległościowego pod nazwą "demonstracji na Placu Grzybowskim"36. W tej demonstracji padło kilkudziesięciu zabitych i rannych. Zorganizował ją i osobiście poprowadził Piłsudski, który stał wtedy na czele PPS. Zorganizowano ją po to, by przeszkodzić w mobilizacji do carskiego wojska przed wojną z Japonią. Piłsudski i jego towarzysze wierzyli, że klęska Rosji w tej wojnie pomoże Polsce odzyskać niepodległość.

Demonstracja trwała cały dzień. Kiedy jedna fala została rozgromiona, nadchodziła następna. I przez cały dzień doprowadzano do naszego mieszkania nowe grupy aresztowanych i rannych. Cały dzień rozlegały się odgłosy wystrzałów z tamtej strony bramy, słychać było jęki rannych i krzyki aresztowanych, nad którymi znęcali się żandarmi. To trwało do wieczora, kiedy ulica się uspokoiła i do rannych dopuszczono "taczanki" pogotowia. Wtedy zaczęła się kołomyja z odprowadzaniem aresztowanych, w szpalerze żandarmów i policjantów, którzy ustawili się od naszych drzwi kuchennych do bramy, i zabieranie rannych. Było już dobrze pod wieczór, kiedy podwórze zostało opróżnione i odzyskaliśmy kontrolę nad kuchnią i restauracją z bitumiczną podłogą, która teraz była zbryzgana krwią i zasłana zużytymi bandażami.

Tak upłynął na naszym podwórzu pierwszy dzień ostatniego polskiego buntu niepodległościowego, który był tylko przygrywką do kolejnych krwawych zrywów, powstań i rewolucji. Mało komu przyszłoby do głowy, że to było zaledwie niewielki wstrząs, który zapowiadał straszliwe wydarzenia, jakie nastąpią w przyszłości, takie, które zmiotą państwa, zrujnują kraje i unicestwią miliony ludzkich istnień. Nikomu z nas wtedy nie śniło się, że to początek walki sił jasności z siłami ciemności, która rozleje się po świecie, i że zaledwie za cztery dekady nasze domy będą leżeć w gruzach, żydowskie podwórza – twierdze zakorzenionego od tysiąca lat wielobarwnego życia. A wśród nich także nasze podwórze przy ulicy Twardej.

Źródło: Warszewer hejf, Central-farband fun pojlisze jidn in Argentine, Buenos Aires 1947, s. 50-81. spacerTłum. Anna Ciałowicz
1. misnagdzi (hebr./jid., przeciwnicy) – tradycyjni Żydzi, przeciwnicy chasydyzmu. [↑]
2. sztibel (jid., izdebka) – modlitewnia chasydzka. [↑]
3. zwolennicy chasydzkiej dynastii z Radzynia Podlaskiego, której założycielem był Gerszon Chajnich Leiner (1839–1891). [↑]
4. bar micwa (hebr., dosł.: syn przykazania) – uroczystość związana z uzyskaniem przez 13-letniego chłopca pełnoletniości i uznania obowiązku spełniania przez niego wszystkich przykazań. [↑]
5. Aron Sardyner (? – 1865 Warszawa) – żydowski działacz społeczny i filantrop. Z zawodu był kupcem. Uzyskany dzięki temu zajęciu majątek przeznaczał na cele dobroczynne. Ufundował m.in. bóżnicę przy ul. Twardej 4. Testamentowo przeznaczył cały swój majątek na cele społeczne. Jest pochowany na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie (kwatera 1 rząd 12). [↑]
6. bejt ha-midrasz (hebr.) – dom nauki. [↑]
7. minjan (hebr./jid.) – dziesięciu dorosłych mężczyzn stanowiących kworum do modlitwy. [↑]
8. Synagoga im. Zalmana i Rywki Małżonków Nożyk – ufundowana przez kupca Z. Nożyka, została oficjalnie otwarta w 1902; obecnie jedyna czynna synagoga w Warszawie, siedziba Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie. [↑]
9. [???] [↑]
10. Abraham Cwi Dawidowicz (1887–1941[1942]) – pedagog, kompozytor, autor licznych pieśni, dyrygent chóru w synagodze Nożyków i w Wielkiej Synagodze na Tłomackiem. W czasie wojny przebywał w getcie warszawskim, gdzie został zamordowany. Jego nazwisko zostało wymienione w słynnym utworze Dos lid fun ojsgehargetn jidiszn folk Icchaka Kacenelsona, jako jednego z wybitnych warszawskich Żydów zabitych przez hitlerowców. [↑]
11. Gerszon Sirota, zw. "żydowskim Caruso" (1874 Podole – 1943 Warszawa) – nadkantor Wielkiej Synagogi na Tłomackiem, tenor dramatyczny. [↑]
12. Leo Liow ([1876]1878 Wołkowysk – 1962 Nowy Jork) – kompozytor, dyrygent chórów. [↑]
13. [???] [↑]
14. Izajasz Prywes, zw. "królem żelaza". [↑]
15. aron ha-kodesz (hebr., święta skrzynia) – zabudowana wnęka we wschodniej ścianie synagogi lub dostawiona do niej szafa (zwana czasem "szafą ołtarzową), w której przechowuje się zwoje Tory. [↑]
16. tałes (hebr./jid.) – szal modlitewny używany przez żydowskich mężczyzn razem z tfilin podczas porannych modlitw. [↑]
17. mincha (hebr., ofiara) – modły odmawiane codziennie po południu, ale przez zachodem słońca. [↑]
18. Sziwchej haBeszt (hebr. "Ku chwale Beszta") – najstarszy zbiór podań i legend o założycielu chasydyzmu Baal Szem Towie, zredagowany jeszcze w XVIII w. [↑]
19. Josef Della Reina (1418–1472) – kabalista żyjący w Ziemi Świętej. Według legendy miał on wraz z pięcioma uczniami wyruszyć w świat, by przepędzić Szatana. Dokonywał cudów dzięki magicznym zaklęciom i ziołom. U końca wędrówki Józefa i jego uczniów napadł Szatan i jego żona Lilit w postaci olbrzymich psów. Józef poskromił ich, jednak zdjęty litością, gdy skomliły z głodu, ocalił ich za pomocą ziół. Wtedy pojawiła się cała armia diabłów i siły zła ożyły. Morał z tej legendy płynie taki, że musi ponieść klęskę każdy, kto usiłuje przyśpieszyć przyjście Mesjasza. [↑]
20. nigun (hebr., melodia) – w chasydzkiej muzyce pieśń bez słów, nucona melodia o emocjonalnym, natchnionym, poważnym lub radosnym charakterze. [↑]
21. [???] [↑]
22. dawniej: uczniowski tornister. [↑]
23. kohen (hebr. kapłan) – człowiek należący do kasty ludzi poświęconych służbie Bogu, która w starożytności pełniła swe funkcje w Świątyni Jerozolimskiej, będących potomkami Arona z plemienia Lewiego. [↑]
24. [???] [↑]
25. [???] [↑]
26. Abraham Goldfaden, zw. "ojcem teatru żydowskiego" (1840 Starokonstantynów na Wołyniu – 1908 Nowy Jork) – twórca nowożytnego teatru żydowskiego. [↑]
27. [???] [↑]
28. zwolennik chasydzkiej dynastii z Modrzyc (jid. Dęblin),której założycielem był Izrael Taub (1849–1921). [↑]
29. Szalszides (hebr./jid., trzeci posiłek) – dla uhonorowania szabesu spożywa się trzy posiłki; trzeci, lekki posiłek – szalszides – urządza się w sobotnie popołudnie. W tradycji chasydyzmu polskiego celebrowanie tego posiłku miało bardzo istotne znaczenie w życiu religijnym i społecznym. Biesiadujący chasydzi śpiewali hymny sobotnie, oddawali się mistycznym medytacjom i słuchali natchnionych słów cadyka, który wtedy wyjawiał najgłębsze tajemnice Tory. [↑]
30. Sukes (jid.; hebr., Sukot, szałasy) – jedno z trzech świąt pielgrzymich, zwane też jako Kuczki. Budowane z okazji święta szałasy mają przypominać wędrówkę Izraelitów przez pustynię ku Ziemi Świętej oraz opiekę Bożą, którą zostali wówczas otoczeni. Nazwa święta pochodzi od słów zawartych w Księdze Kapłańskiej (23:42): "Przez siedem dni będziecie mieszkać w szałasach". W kuczce spożywa się posiłki i nocuje, jednak przy niesprzyjającej pogodzie nie jest to obowiązkowe. [↑]
31. Hawdala (hebr., oddzielenie) – nazwa ceremonii i modlitwy, połączonej z błogosławieństwami mająca oddzielać czas świąteczny od zwykłego, odprawiana i odmawiana na zakończenie szabesu. [↑]
32. melawe malke (hebr./jid., Odprowadzający Królową [Szabes]) – nazwa dodatkowego, czwartego posiłku, spożywanego ze śpiewem i tańcem w sobotę wieczorem po hawdali. [↑]
33. bochrim (hebr.; l.mn., chłopcy) – tak tradycyjnie określano nieżonatych studentów jeszywy. [↑]
34. Pesach (hebr., pominięty;termin związany z biblijnym opisem "ominięcia" domów Izraelitów w czasie ostatniej z plag egipskich) – najważniejsze i najstarsze święto żydowskie, obchodzone jeszcze podczas wędrówki Izraelitów przez pustynię. Pesach obchodzi się na pamiątkę wyjścia Izraelitów z Egiptu. [↑]
35. "Der Jud" (jid., "Żyd") – czasopismo "dla spraw żydowskich", będące trybuną politycznego syjonizmu, wydawane w Krakowie i w Warszawie w 1899–1903. [↑]
36. 13 listopada 1904 na placu Grzybowskim doszło do pierwszego od 1863 zbrojnego starcia z oddziałami wojska rosyjskiego. Trzon organizacyjny demonstracji, do której wezwała Polska Partia Socjalistyczna, stanowiła grupa około 60 członków grup bojowców PPS Bolesława Bergera, z których kilkunastu posiadało broń. Na demonstrację przybyło wiele tysięcy osób. Po wyjściu tłumu z kościoła chorąży Stefan Okrzeja wyciągnął w górę sztandar z napisem "PPS. Precz z wojną i caratem! Niech żyje Wolny Polski Lud!". Gdy do sztandaru ruszyła policja, Okrzeja wraz z innymi otworzył ogień, co rozpoczęło strzelaninę. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 80 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3593914