Ulica Pokorna

Ulica Pokorna była krótka i szeroka. Stojące wzdłuż niej domy wyglądały jak okręty zakotwiczone w porcie – małe i duże. Z jednej strony ulica przechodziła w zapuszczone pole, a z drugiej – w plac gęsto obudowany drewnianymi kramami i domkami, zwany Wołówką. W chłodne, błękitne poranki zajeżdżali tu furami chłopi ze świeżym masłem, serem, jajami i zieleniną. A naprzeciwko, po drugiej stronie Wołówki, Żydzi z pobliskich ulic – Niskiej, Ostrowskiej i Wołyńskiej – codziennie otwierali swoje stragany ze starzyzną: starymi butami, paltami i kapeluszami.
Ponad ulicą Pokorną unosił się zapach pola zmieszany z wonią twardej skóry. Na drzwiach sklepików wisiały blaszane szyldy, na których namalowano czerwoną i czarną farbą dwie całe twarde skóry, niczym pancerze. W tych sklepach Żydzi przyodziani w długie chałaty cięli krótkimi ostrymi nożami twarde skóry i rzucali je na wagę. Chudzi chrześcijanie – szewcy – wkładali odcięte kawałki skóry, które dostawali od Żydów na kredyt, do małych woreczków z granatowego płótna. Wszyscy nie-żydowscy szewcy mieli woreczki takiej samej wielkości i w tym samym kolorze. Szewcy byli dziwnie cisi, jak gdyby oszołomieni zaufaniem, jakim ich Żydzi obdarzali.
Z boku pomieszczeń sklepowych, przy drzwiach na wpół zamkniętych, stały maszyny do zszywania cholewek. Siwobrodzi Żydzi w alpakowych marynarkach siedzieli przy tych maszynach i szyli. Maszyna kiwała się nad cholewkami niczym końska głowa z jednym zębem w pysku.

*

Na ulicy Pokornej zawsze panował hałas i było gęsto od ludzi. Prawie każdy miał pod pachą worek. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że wszyscy starzy ludzie z workami pod pachą to złodzieje. Chrześcijanie z granatowymi płóciennymi workami wydawali mi się bardzo zatroskani.
Od czasu do czasu słyszałem już wtedy od starszych ludzi o chuliganach, którzy przybyli do miasta z workami rabować, o krzyżach, które niebieską kredą malowali chrześcijanie na swoich drzwiach; o samoobronie, o żydowskiej służącej, która została przez chuligana zamordowana na dachu kijem od miotły z powbijanymi gwoździami. Docierały do mnie tylko strzępki opowieści i pewnie dlatego ich do końca nie rozumiałem, ale były naładowane strachem i to pojmowałem doskonale. Czułem się podenerwowany i zagubiony zarazem. Echo rosyjskich pogromów jeszcze żywe było w żydowskich sercach. Uczucie zagubienia, jakie dało się dosłyszeć w słowach starszych ludzi, odcisnęło się w duszy żydowskiego dziecka i obudziło lęk drzemiący w niej od pokoleń i na długie lata, a może na zawsze, stał się on przegrodą między nim a nie-żydowskim światem.
A na ulicy Pokornej się kłębiło. Brązowe żołnierskie wozy na czterech kółkach, do których zaprzęgnięto małe koniki, powoli i skrzypiąc głośno kołysały się na „kocich łbach”. Wozy były załadowane bądź prostokątnymi bochenkami razowego chleba, bądź żołnierskimi butami, bądź też płaszczami wojskowymi. To wszystko zmierzało ku cytadeli, gdzie stacjonowali Kozacy, przyodziani w niebieskie spodnie z czerwonymi lampasami. Każdy z nich miał przy lewym uchu duży, gęsty lok. Co wieczór Kozacy galopując na koniach z długimi nahajkami w dłoni pędzili Żydów i młodzież, która przyszła złapać trochę świeżego powietrza na placu wojskowym.
Obok każdego z przejeżdżających wojskowych wozów szedł zazwyczaj na brzegu chodnika starszy rangą i pilnował transportu. Po drodze pozwalał często odsprzedawać bochenki razowego chleba, a czasem również jakąś parę wojskowych butów.

*

Na rogu Pokornej, tuż obok Wołówki, zawsze panował duży ruch. Setki ludzi kłębiły się obok siebie. Niczym przeciwnicy wyrywali sobie coś nawzajem z rąk i oglądali. Wybuchały awantury, ludzie ścigali się – kto pierwszy, ten lepszy. Często rozlegał się gwizdek policjanta-stójkowego z długą żółtą brodą, który stał na stójce na Wołowce, zaprowadzał porządek, co chwilę prowadząc kogoś do „cyrkułu”. Dzieciaki przezywały stójkowego z żółtą brodą „rabinek” (rebele) i opowiadały, jakoby był on przechrzczonym Żydem.
Nie tyle przerażał mnie ten stójkowy, przedstawiciel obcej władzy – z wielką czapką o błyszczącym daszku, w niebieskich spodniach i z szablą przypasaną z lewej strony – który prowadzi ludzi tam, skąd – byłem tego pewny – nikt nie wracał; co mnie przerażało, to to że był przechrztą. Gdy spoglądałem na niego z daleka (nigdy blisko do niego nie podszedłem), zdawało mi się, że widzę człowieka z tamtego świata, żywego trupa.
„Rabinek” woniał tabaką i wycierał nos w ogromną czerwoną chustę, jak –toutes proportions  nbsp;nbsp;gardees – jakiś chasyd. Dziwowałem się, że Żydzi ze sklepików i kramów są tak oswojeni z „rabinkiem”, że czasem nawet biorą od niego szczyptę tabaki. Żeby brać nie-żydowską tabakę – to był coś naprawdę zdumiewającego. Po raz pierwszy w życiu widziałem, że nie-Żyd wącha tabakę. Właśnie to a nie jego długa, żółta broda ostatecznie mnie przekonało, że rzeczywiście „rabinek” jest przechrztą.
Żydzi, którzy mieli swoje sklepy na ulicy Pokornej, także wydawali mi się dziwaczni. W ogóle niepodobni do mojego taty, który był człowiekiem średniego wzrostu z małą, czarną, starannie rozczesaną bródka. Jego cera była delikatną mieszaniną bladości i różowości. Miał ciemnobrązowe oczy, cienki, niczym wyrzeźbiony nos i małe białe dłonie, a w jednej z nich, idąc, zawsze trzymał srebrną laskę. Natomiast Żydzi z Pokornej byli wysocy, o długich rękach i wielkich stopach obutych w wysokie buiciory. Mieli czarne lub szare oczy i ogorzałe twarze. Nosili długie bawełniane lub alpakowe chałaty i czuć od nich było skórą na podeszwy.
Mówili głośno, ci Żydzi ze sklepów na Pokornej, nienaturalnie głośno, i ochrypłymi głosami, a na ich szyjach zarysowywały się wówczas napięte, nabrzmiałe żyły. I latem, i zimą wycierali spocone czoła dużymi, kolorowymi chustkami do nosa. Poruszali się szybko i intensywnie gestykulowali.

*

Nad tą częścią Wołówki, którą widać było od ulicy Pokornej, unosił się złocisty pył. Brał się on ze złocisto-matowego słońca, jasnych żołnierskich płaszczy i żółtych butów, które żołnierze pieszczotliwie gładzili swoimi twardymi dłońmi. Żółte buty żołnierskie to był jeden z najbardziej pożądanych towarów na Wołówce. Setki żołnierzy czy zwykłych ludzi brały do rąk jasne buty. Zazwyczaj rozciągali cholewki jak jakąś harmonię. Potem odwracali nuty, próbując zgiąć podeszwę i pukali w nią zgiętym palcem, tak jak się stuka w czyjeś okno.
W sklepach i kramach na Wołówce Żydzi pracowali całymi rodzinami. Potrzebne były nie tyle ręce do pracy, co oczy. Często wybuchały bójki. Raptem jakiś cichy, nic nie mówiący goj błysnął długim nożem, wyciągniętym z buta.
Żydzi w długich chałatach i ich krzyczące kobiety jakoś dziwnie szybko dawali sobie radę z rozjuszonymi gojami. Niczym wprawni strażacy gasili ich gniew, który w ciągu paru minut mógł się przeistoczyć w krwawą jatkę.
Żydzi-sprzedawcy zazwyczaj dużo mówili, a nie-Żydzi, kupujący, milczeli, macając buty, spoglądając na siebie w milczeniu. Najczęściej odchodzili z niczym, nie mówiąc czemu nic nie kupili.
Wieczorem, kiedy stójkowi i stróże z krzykiem gonili handlujących ludzi z Wołówki, na rogu ulicy latem stały już tylko wózki z wodą sodową. A zimową porą – Żydzi z saganami gotującej się tłustej kiszki. Później przystawały koło nich kobiety i dzieci z koszami świeżych bajgli. Drewniane brązowe kramy Wołówki przylgnęły do ziemi jakby były smutne i zmęczone, a nawoływania handlarzy wodą i bajglami długo i smętnie rozbrzmiewały w ciemnościach nocy.

 

Jechiel Hofer ,A hojf ojf Pokorne, Tel Awiw 1959, s. 11–16.
książka dostępna pod adresem: http://ia600300.us.archive.org/31/items/nybc200279/nybc200279.pdf
tłum. Bela Szwarcman-Czarnota

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 85 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3643804
UA-28053597-1