Teatr na Smoczej

Nie było w Warszawie innego teatru, którego publiczność byłaby tak zżyta z aktorami, jak ten na Smoczej. Szczęście miał artysta, któremu dane było zagrać sympatyczną rolę. Smocza czekała na niego przed wyjściem i nosiła na rękach. Biada jednak temu, który grał rolę tyrana lub uwodziciela "szlachetnej dziewczyny". Ten musiał przeczekać w teatrze, dopóki publiczność się nie rozeszła. Groziło mu bowiem pogruchotanie kości.

Smocza nie chodziła do teatru dla przyjemności, żeby miło spędzić czas. Smocza chodziła przeżywać swoje własne nędzne życie, przy okazji cudzych tragedii wypłakać się nad własnym losem oraz cieszyć radościami innych, gdyż własnych brakowało.

Repertuar musiał być "realistyczny", wzięty z życia i przystępny. Musiał przypominać przeżycia samych widzów, lecz bardziej przerysowane i przesłodzone – ze szwarccharakterem, czarniejszym niż smoła, na którym trzeba się zemścić, ze szlachetną, udręczoną istotą, nad którą należało się ulitować i okazać to uczucie gorzkimi łzami. Im więcej łez udało się przelać w teatrze, tym większe powodzenie miała sztuka. Wszystkie krzywdy musiały jednak być naprawione nim widz opuścił teatr. Każde przedstawienie kończyło się dobrze. Niespodziewanie zjawiał się dobry bohater o szlachetnym sercu i silnym ramieniu, który ratował ofiarę. Smocza mogła wówczas iść do domu spokojna, radosna i w sercu zadowolona, że jest jeszcze sprawiedliwość na tym świecie.

A niech go szlag. Takimi słowami widz ze Smoczej reagował na grę każdego aktora. W tonie tego przekleństwa od razu dawało się wyczuć złość na złą postać lub zadowolenie i wsparcie dla dobrego i szlachetnego bohatera, który gotów był się poświęcić dla słabej, udręczonej ofiary.

Teatr mieścił się niedaleko Gęsiej, pośrodku Smoczej. Oprócz mieszkańców tej ulicy widownię zapełniali goście z okolicznych ubogich uliczek: Wołyńskiej, Niskiej, Stawek. W sobotę wieczorem do teatru wybierały się całe podwórka. Przez cały sobotni dzień sąsiedzi siedzieli razem na dworze, rozmawiając o ciężkich obecnie czasach. Opowiadali sobie, jak to dawniej bywało, kiedy jeszcze byli młodzi. Świat był jakiś inny, bochen chleba kosztował trzy grosze, a konia można było dostać za piętnaście rubli. To było życie! Starsi wspominali więzienie, do którego zdarzało się trafiać w czasie gdy car walczył z Japonią. Po raz tysięczny powtarzano dowcip z czasów wojny rosyjsko-japońskiej. Jeden z cesarzy woła "Ja Fonia", a drugi też "Ja Fonia"; wtedy nadlatuje ptak, w literce פ stawia kropkę i w ten sposób jednemu został "Fonia", a drugiemu "Japonia"1.
– Wiecie, Maniusiu – w środku rozmowy zawołał jeden z sąsiadów – dziś w trejatrze grają dobrą sztukę.

I już rozmowa schodziła na teatr przy Smoczej. Zgromadzeni przypominali sobie, że dawno już tam nie byli i postanawiali wieczorem wspólnie wybrać się do teatru. Tego wieczoru kolację opędzano byle czym. Kawałek gęsi przygotowany na wieczerzę odkładano, żeby zabrać do teatru i posilić się w trakcie przedstawienia. Przed wejściem do teatru stali sprzedawcy z fistaszkami i pestkami dyni. Mężczyźni odchylali marynarki i pozwalali wsypać sobie do kieszeni dwie, trzy miarki pestek, żeby potem samemu przegryzać oraz częstować "panie". Większość widzów stanowili młodzi ludzie, chłopcy i dziewczęta, którzy zaczęli ze sobą "chodzić", oraz kawalerowie z "przyjaciółmi", chłopakami o wyrazistych, ogorzałych twarzach ubranych na granatowo. Chłopcy mieli zwykle wiele do powiedzenia, ale przy dziewczynach nie byli już tacy odważni, obgryzali paznokcie i nie mogli wydusić z siebie ani słowa.

W towarzystwie rej wodziły dziewczęta, to one wykazywały prawdziwy talent do zdobywania biletów dla siebie i swoich kawalerów. Do kasy podchodziła panienka, piękna jak ta lala. Kupowała bilety, wdzięczyła się do kasjera niczym jakaś paniusia, wykłócała się przy tym o miejsca oraz cenę. Nawet jeśli nie udało jej się wytargować lepszych biletów, wiedziała, że nie będą siedzieć na wyznaczonych miejscach. Przesiądą się, jak tylko zgasną lampy. Chciała się tylko pokazać swojemu narzeczonemu i jego przyjaciołom, żeby nie myśleli, że jest jakąś "głupią gęsią", którą można "wykiwać".

Ludzie wchodzili do sali z powagą. Z powodu zakłopotania i oślepiającego światła, początkowo nie wiedzieli, co się wokół dzieje. Pozwalali się prowadzić bileterowi, jak baranki na rzeź. Siadali na brzegu ławki i zaczynali gryźć pestki dyni. Tłum jednak powoli się ożywiał, ludzie czuli się coraz bardziej swojsko i krzyczeli do siebie z jednego końca sali na drugi.

Przedstawienie zaczynało się z dużym opóźnieniem. Dopóki przy kasie stali ludzie albo dopóki spodziewano się jeszcze widzów, czekano. Nawet gdy już zapowiedziano, że zaraz się zacznie, i tak nikt się nie spieszył. Najpierw rozbrzmiewał dzwonek, oznaczający: "już zaczynamy". Można go było jednak usłyszeć dziesiątki razy; po każdym dzwonku przerwa, jakby zastanawiał się, czy dzwonić dalej, czy nie. Powoli gasły lampy. Kiedy zgasła ostatnia, rozbrzmiewał stuk młotka o miedziany rondel i kurtyna się rozsuwała.

Stukot młotka nie oznaczał dla publiczności jedynie rozpoczęcia przedstawienia, był także znakiem, że można się przesiadać. Rozpoczynała się bieganina i przepychanie po sali. Widzowie chcieli złapać lepsze miejsca. Rozgardiasz trwał długie minuty. Nierzadko aktor, stojący już od dłuższego czasu na scenie przy rozsuniętej kurtynie, musiał sam uspokajać publiczność.

Widzowie przesiadali się na bliższe miejsca nie dlatego, że chcieli lepiej słyszeć (w całej sali była dobra akustyka). Aktorzy nie mówili, lecz krzyczeli. Nawet jeśli człowiek nie dosłyszał samego aktora, doskonale słychać było suflera, którzy nieustannie przekrzykiwał wykonawcę. Dopomagała mu także publiczność, która powtarzała na głos całe zdania. Ludzie przesiadali się dlatego, że chcieli być bliżej miejsca, gdzie rozgrywa się akcja, chcieli czuć się jej częścią.

Po przedstawieniu chłopcy i ich towarzysze fundowali dziewczętom gorące kiszki z musztardą u Mejlacha. Sami wychylali tam kieliszek dla kurażu i wyznawali swoim wybrankom miłość. Początkowo dziewczęta się broniły.
– Boję się – mówiła panienka – że okażecie się pijakiem i będziecie bić młodą żonę, jak ten wstrętny Maks z dzisiejszej sztuki.
– A żebym sczezł – odpowiadał chłopak, starając się mówić jak najdostojniej – jeśli nie będę nosić cię na rękach, jak wspaniały Moryc.

Po takiej obietnicy dziewczęce serce miękło i, nie wiedząc jak i kiedy, splatały się dłonie młodych.

Na Smoczej pojawiała się nowa para narzeczonych.

Żródło: Jidisz-Warsze, Central-farband fun pojlisze jidn in Argentine, Buenos Aires 1954, s. 72-76. spacerTłum. Aleksandra Geller
1. Dowcip jest grą słowem "Fonie" (jid.), wykorzystuje także fakt, że w alfabecie hebrajskim głoski [p] i [f] zapisuje się za pomocą jednej litery, a odróżnia wyłącznie poprzez kropkę, zwaną "dagesz". "Fonie" pochodzi od rosyjskiego Wania (zdrobnienie od Iwana). Imię to było popularnym żydowskim określeniem Rosjanina. Z czasem "Fonie" stał także przezwiskiem, jakim żydowscy poddani Romanowów nazywali kolejnych carów. Często imieniu "Fonie" towarzyszył jeszcze epitet "ganef", czyli złodziej. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 81 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3575856