W dniach I wojny światowej

W tamto piątkowe popołudnie, pierwszego dnia I wojny światowej, dom nasz był po brzegi pełny ludzi: stare matki, młode żony i wystraszone małe dzieci tłoczyły się przed drzwiami do gabinetu mojego ojca1 i gorzko płakały – cadyk niech obieca, że synowie ich, mężowie i ojcowie wrócą z wojny cali i zdrowi. Ojciec stał przy oknie, wślepiał się w leśną gęstwinę i milcząc, wielką chustką ocierał z oczu łzy.

Wojna trwała dłużej, niż się spodziewano. Żydzi jęli pomału opuszczać swoje domostwa w miastach i miasteczkach, gdzie z dawna byli zakorzenieni, i w poszukiwaniu spokoju, bezpieczeństwa do stolicy się udawali, która, wedle powszechnego mniemania, miała dawać ochronę pewniejszą tak przed wrogiem powszechnym – głodem, jak i przed specyficznym żydowskim losem – pogromami, wypędzeniami, prześladowaniami.

Ojciec mój długo bił się z myślą, czyby dziadkową willę opuścić, od pokoleń będącą naszym gniazdem rodowym, z wielkimi szafami pełnymi ksiąg, zbieranych w ciągu wielu dziesięcioleci; był poważny, zamyślony i przygnębiony. Fala pogromów, eksterminacji całych gmin żydowskich w Rosji i Polsce, nieprzerwany strumień ludzi pozbawionych dachu nad głową, wygnanych z miast i miasteczek, i – na koniec – przerażająca wiadomość o okrutnym mordzie na reb Fajwlu, najstarszym synu aleksandrowskiego cadyka reb Szmuela-Hersza, w Radomiu, kiedy to do jego domu wtargnęli carscy żołdacy, zaprowadzili go do pobliskiego lasu i tam powiesili. Wszystko to złamało opór mojego ojca w sprawie opuszczenia dworu. Ostateczny cios padł, kiedy w tych dniach do naszego domu modlitwy wdarli się kozacy, zrobili rewizję, w aron ha-kodesz szukali broni, oświadczając, że wedle ich sprawdzonych informacji "rabin jest niemieckim szpiegiem".

Nazajutrz drzwi i okna w naszej otwockiej posiadłości zabito deskami, wszystkie co bardziej wartościowe naczynia srebrne zakopano w lesie, a ojciec mój z całą rodziną wyjechał do Warszawy, porzucając dziadkową willę, do której nie miał powrócić już nigdy…

Jeden z najbardziej oddanych ojcu chasydów, reb Josel Rozenblat, oddał nam swoje sześciopokojowe mieszkanie na Grzybowie, gdzieśmy czas dłuższy pomieszkiwali, aż znaleźliśmy odpowiedni własny kąt.

Po wojnie, kiedy Josel Rozenblat wrócił z Rosji Sowieckiej, dokąd był uciekł, i przyszedł do dzieci swojego kierownika duchowego, rzekł: "W Rosji byłem, ale światową rewolucję widzę dopiero tu – nie gdzie indziej!"…

Skomplikowania osobowość mojego ojca, a jeszcze bardziej złożona sytuacja bytowa pogłębiły rozdwojenie jego psychiki, w całkowite przeciwieństwo żelaznego opanowania i wewnętrznej integralności dziadka. Kiedy nowe wiatry, które na "żydowskiej ulicy" pojawiły się w latach bezpośrednio poprzedzających I wojnę światową, wionęły też i do jego dworu, tej najpilniej strzeżonej twierdzy chasydzkiej dewocji w ówczesnej Polsce, i kiedy niemożliwa do ominięcia przepaść międzypokoleniowa groziła pochłonięciem również jego dzieci, ojciec mój przestraszył się nie na żarty i jął rozpamiętywać dziadkowe słowa, które ten wypowiedział przed wyjazdem do Ziemi Świętej: "Ludzie! Ogień płonie, a nikt nie widzi!". To, czego nie dostrzegł wówczas, uważał później za swój wielki błąd, osobistą porażkę, i często, przechadzając się późno w noc po swoim gabinecie, szeptał do siebie: "Miałeś rację, tato!"…

Przerażony stanął oto w obliczu nowego, nieznanego, w obliczu pokoleniowej zmiany. Jego świat znalazł się na krawędzi i razu jednego, po Strasznych Dniach, przyzwał mnie i powiedział: "Wiesz, modliłem się w Jom Kipur, że gdyby moje dzieci, uchowaj Bóg, wyrzekły się żydostwa, niechże będą bezpłodne i żeby wymarło to pokolenie"…

Ojciec mój poważnie zachorował. Pierwszą osobą, która poznała druzgocącą diagnozę, był reb Mojsze-Lejzer, jego pierwszy sędzia prawa żydowskiego w czasie sprawowania przez ojca urzędu rabina w małym miasteczku, i jego bliski przyjaciel.

Reb Mojsze-Lejzer, przez wyznawców dynastii wareckiej "Pobożnym" zwany, jeździł do jego dziadka jeszcze, do reb Symchy-Bunema, był człowiekiem uczonym, prowadził wszystkie ważne sprawy arbitrażowe w żydowskiej Warszawie i znał się na żydowskiej i nieżydowskiej literaturze. Przy chybotliwym stoliku w ciemnej izbie przy Ogrodowej ulicy dociekał reb Mojsze-Lejzer sensu świata, głowił się nad tajemnicą dzieła stworzenia, a znajdywał – chwilę zapomnienia od swojego zmarnowanego żywota… Ponad wszystko jednak stawiał miłość do swojego jedynego, nieprzeciętnie zdolnego i inteligentnego syna, Michaela. Młodziutki Michael był sensem jego życia i najpiękniejszym marzeniem. I kiedy Michael został komunistą – w latach, gdy życie komunisty w Polsce funta kłaków nie było warte – reb Mojsze-Lejzer własnoręcznie spakował mu plecak i przeszmuglował przez zieloną granicę, do Niemiec, wiedząc, że swego jedynaka nigdy już nie zobaczy.

W częstym i rozwlekłym rozprawianiu ojca z reb Mojsze-Lejzerem widoczna była jego wielka troska, jaka go ogarnęła w końcowym etapie choroby, o przyszłość żydostwa w niepodległej Polsce. "Żydostwo się kończy" – żalił się reb Mojsze-Lejzerowi, ocierając z oczu łzy…

Nie pomogły konsylia najznakomitszych doktorów w Warszawie ani profesorów w Berlinie, dokąd ojca w ostatnich dniach wojny zawieziono. Jednogłośnie potwierdzili oni fatalną diagnozę. Cichy, apatyczny i przygaszony stał się nasz gwarny dom. Moja babcia była coraz bardziej przykurczona, pochylona; za każdym razem, kiedy zbliżała się do łoża chorego, jej najstarszy i najbardziej ukochany syn ostatkiem sił zmieniał grymas cierpienia w nikły uśmiech, szepcząc do niej: "Dzisiaj mi lepiej, mamo, o wiele lepiej"…

Kilka dni przed śmiercią przyzwał babcię i wyszeptał do niej: "Kwiat, kwiatek pachnący".

Po raz pierwszy i ostatni wstawiłam do pokoju ojca kwiat – czerwonopurpurową, okazałą, pachnącą azalię.

W Lag baOmer 5679 (1919) ojciec mój zmarł w Warszawie przy Dzikiej ulicy numer 14, w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat, w takim samym wieku co dziadek jego, drugi cadyk z dynastii wareckiej. Cadykiem był krócej nieco niż jego dziadek, niespełna dziewiętnaście lat.

Na całej trasie pogrzebu, gdy wielotysięczny tłum głowa przy głowie ciągnął żydowskimi ulicami do cmentarza przy ulicy Gęsiej, babcia szeptała nieustannie: "No, to już przecież nie potrwa długo, wkrótce przecież znowu się z tobą zobaczę… już niezadługo". I gorzko łkała.

Dzień po tygodniowej żałobie chasydzi weszli do naszego domu, pili wódkę i do Icchoka, mojego starszego brata, krzyczeli: "Le-chajim, rebe!".

W posiadłości dziadka w Otwocku został mój brat, nowy cadyk, ze swoją rodziną i nasza młoda macocha z piątką swoich jeszcze małych dzieci. My, starsze rodzeństwo, opuściliśmy nasz dotychczasowy dom, udając się w dalekie strony… Różnymi drogami lub bezdrożem… Na zawsze.

Po śmierci ojca cadykiem został także jego jedyny żyjący brat, wujek Mojsze, w Falenicy koło Warszawy. Wujek Mojsze był to człowiek serdeczny, życzliwy, cichy i spokojny. Po przedwczesnej śmierci ukochanej żony, cioci Rojzy, był przez wszystkie lata sam, ze swoimi jeszcze całkiem małymi dziećmi.

Gdy się z nim żegnałam, zanim ostatecznie opuściłam dom, wujek Mojsze z delikatnym uśmiechem powiedział do mnie: "Widzisz, wszystko teraz inaczej; inni już są wszyscy … Ale dlaczego ty musisz być pierwsza?". Moja odpowiedź, że "misją" tych, co są na przedzie, jest "przetarcie, utorowanie szlaku", po którym innym będzie później łatwiej iść – mojemu kochanemu wujkowi bardzo się spodobała i pożegnał się ze mną serdecznie.

Źródło: A rebisze hejm in amolikn pojln, wyd. I. L. Pereca, Tel-Aviv. Online: www.archive.org/details/nybc203204 wiki.jidysz.net/index.php?title=YL100220/yi
Tłum. Anna Ciałowicz
1. Mendel Kalisz (bd-1919) zw. Otwocker rebe (cadyk otwocki). [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 77 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3643788
UA-28053597-1