Warszawa 1914

Ulicami Warszawy ciągną smutne szeregi ludzi. Manifestacja wojny. Idą Żydzi w oberwanych ubraniach, w szabatowych krymkach na głowach, a na plecach i w rękach niosą pakunki: znajome tobołki z pościelą zawiniętą w prześcieradło. Tu jeden się zapomniał i taska w swoim tłumoku szabatowe ubranie i żony jedwabną suknię, a z tobołka wystaje nowa peruka. Inny mężczyzna trzyma w rękach dwa świeczniki szabatowe, srebrne, a pod pachą świąteczny modlitewnik – to, jak myśli, największy majątek, który może uratować z domu, kiedy go wypędzają. Starsi chłopcy idą u boku ojców. Część z nich pomaga taszczyć pakunki: zabrana ze sklepiku rolka skóry, dwie bele towaru. Większość z nich taszczy jednak opasłe księgi Gemary, zbiory midraszy, Pięcioksięgi, które wyjęli z ojcowskiej biblioteki, kiedy padł rozkaz, żeby w ciągu dwóch godzin opuścić miasteczko, i w pośpiechu nie było wiadomo, za co się chwytać. Młodsze dzieci idą z matkami, trzymają się ich fartuchów albo pomagają nieść niemowlęta. Lecz najbardziej energiczne są dziewczęta: dziesięciolatki, ośmiolatki, a nawet siedmiolatki. One matkują tym niemowlętom i trzymając je przez całą drogę, uciszają ich płacz żydowskimi piosnkami, które po drodze śpiewają.

Wśród kobiet i dzieci idzie też Chaim Fiszer. Jest to stary, sterany człowiek, z ogorzałą twarzą, rozkudłaną czupryną i pejsami. Na rękach – jak niewiasty dziecko – niesie tałesem owinięty zwój Tory. Dziecko jest obcym sierotą, a ten zwój Tory dał napisać dla "bractwa psalmistów"; jak własne dziecko go trzyma, bowiem nie ma własnych dzieci. Nie chciał więc, jak inni, kłaść zwoju na wóz, tylko razem z kobietami, które dzieci swoje niosą, na rękach go trzymał jak dziecko.

A ludzie pytają: "Chaim, jak się czuje twoje dziecko?". On całuje zwój Tory i odpowiada: "czuje się dobrze".

Pośród tego zastępu, przed wozem, idzie rabin miasteczka, z sędzią prawa religijnego, z "naczyniami świętości". Rabin idzie ubrany jak prosty Żyd, w chłopskiej sukmanie. Swoje jedyne wierzchnie ubranie zdjął i przykrył nim zwoje Tory na wozie. A jako że deszcz ze śniegiem padał podczas długiej drogi, odkąd z miasteczka wyruszyli, reb Mojsze, masarz, wiercił mu dziurę w brzuchu, żeby tę swoją szubę założył. Rabinowi pejsy drżą, a przestraszone żydowskie oczy spoglądają z łagodnego oblicza i pytają jasny dzień: "Dlaczego?". Z szacunkiem i uczynnie spoglądają na rabina wierne owieczki, rade by od niego usłyszeć odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego?" i "Jak długo?", a rabin milczy.

Pierwszy podbiega do rabina reb Zalmen, faktor, który znany jest jako największy hucpiarz w miasteczku. Tu też daje popis i krzyczy do rabina:
– Rebe, najprzód chleb dla dzieci!

A rabin odpowiada mu z życzliwym uśmiechem:
– Ma się rozumieć, toć do rodaków idziemy.

Za rabinem – w gromadzie wiernych – jedzie pomału wóz, jak arka, którą Żydzi nieśli podczas swojej wędrówki przez pustynię. Wkoło wozu idą najprzedniejsi obywatele miasteczka, rękami popychają koła, bowiem należące do woźnicy Nuty "żydowskie" konie, jedyne, jakie pozwolono zabrać z miasteczka, zmęczyły się w drodze. Albowiem wóz jest załadowany relikwiami, poukładano na nim zwoje Tory ze wszystkich synagog, domów nauki, bractw, modlitewni chasydzkich, jakie znajdowały się w miasteczku, przykryte tałesami ze srebrnymi kołnierzami.

Między zwojami Tory na wozie leżą w kącie dwa ciałka, dwoje żydowskich dzieciątek, które zmarły po drodze, nie przetrzymując deszczu i śniegu.

Za wozem postępują matki tych zgasłych istotek, jak żałobnicy za marami.

W innym kącie wozu, odsunięta od ciałek dzieci i od zwojów Tory, leżała panna na wydaniu, córka Arona Mojsze, z głową przykrytą szalem, bowiem odkąd przydarzyło jej się nieszczęście, odkąd znaleziono ją pół żywą w stajni między końmi, gdzie stacjonowali kozacy, nie chce oglądać jasnego dnia i zakryła swe oblicze…

Kiedy niespodziewanie kazano Żydom opuścić miasteczko, nie wiedzieli, co mają zrobić z dziewczyną, bowiem córka Arona Mojsze, odkąd przydarzyło się jej to nieszczęście, leżała w łóżku, zakryła głowę szalem i nie dopuszczała do siebie nikogo. Więc przyszedł sam rabin, wziął dziewczynę na ręce, i zaniósł ją na wóz, położył między zwoje Tory. A kiedy najprzedniejsi obywatele patrzyli na rabina ze zdziwieniem: "Ona razem z relikwiami!", rabin cicho powiedział do sędziego: "Godna jest obcowania z relikwiami – bo jest żydowską męczennicą…"

 

 

Aleje Jerozolimskie, szeroka, piękna ulica, gdzie mieszka warszawska arystokracja, były ożywione, gdy ta smutna procesja weszła z szosy skierniewickiej. Cała szlachta z okolicznych prowincji zjechała na czas wojny do Warszawy i mieszkała w prominentnej części miasta.

Ten dzień także był śnieżny, przedwiosenny, warszawski, kiedy słońce na niebie świeci już jak w Pesach, a ulice jeszcze są niegotowe na święto, toną w śnieżnej brei.

Szerokimi trotuarami przechadzały się smukłe polskie damy i panienki, które w czasie wojny nie zapominały o figurze i wysmakowanych toaletach.

Zoczywszy smutną procesję brudnych Żydów, umorusanych bab i rozwrzeszczanych żydowskich dzieci, mówiły jedna do drugiej:
– Żydzi zalewają Warszawę, ta wojna będzie nas kosztowała jeszcze pięćdziesiąt tysięcy Żydów, którzy zamieszkają w stolicy i będą nam zatruwać powietrze jak myszy w spichlerzu.

Tymczasem na ulicy żydowscy pokazali się chłopcy i dziewczęta. Posępne twarze o gorejących oczach, jakie zwykło się było oglądać w Warszawie w czasie rewolucji. Chłopcy już zdejmują pakunki z pleców kobiet. Dziewczyny już niosą na rękach małe dzieci, wyjmują ze swoich toreb bułki, cukierki, rozdają malcom, a na przedzie już któryś krzyczy: "Za mną, ludzie, do gminy żydowskiej!".

Jest szabat. Żydzi przyszli w szabat. Złamać szabat kazał rabin. Sklepy żydowskie na Grzybowie są zamknięte, a mężczyźni ze swoimi żonami, nie, jak zwykle, w szabatowych, lecz w przyklapniętych codziennych ubraniach, kręcą się po chodnikach z zaciśniętymi ustami, rozbieganymi oczami i spuszczonymi głowami. Na Grzybowie, przed gminą, jest czarno od ludzi. Mężczyźni w kapotach, kobiety w chustach, dzieci w szabasowych krymkach, a wszyscy niosą w rękach tobołki. Talerze zawinięte w obrusy; tu jakiś człowiek niesie stos chałek, chłopiec taszczy gar czulentu. Zapach gotowanych kartofli z groszkiem roznosi się po ulicy. Jakaś kobieta wlecze wór kartofli; żydowscy chłopcy wynoszą z podwórka porąbane deski, któryś znalazł gdzieś jeszcze trochę węgla. Oto warszawska wspólnota żydowska przyniosła "obcym" swoje świąteczne jedzenie. Wynoszą je na podwórze do zbiegających się ludzi.

Na schodach budynku gminy [Grzybowska 26 – A.C.] stoi wielki poeta żydowski I.L. Perec1. Przerzedziła się jego bujna czupryna, która ostatnio zaczęła siwieć. Niskie czoło pokryły głębokie zmarszczki, zapadły się wielkie oczy. Wyraźna bruzda wokół mięsistych warg i nosa złagodniała, a na jego ustach drży uśmiech, przypominając inne, kochane usta wujka Dinesohna2. Poeta ochrypł od wydawania rozkazów chłopcom i dziewczętom, którzy noszą jedzenie dokąd trzeba i komu trzeba.

Wśród tego podbiega do poety chłopak, który przyprowadził tę smutną procesję. – Perec, gmina sochaczewska przybyła!

Stary, wielki poeta żydowski rozpromienia się jak trzynastoletni chłopczyk, odsuwa wszystkich i toruje sobie drogę pośród tłumu. W minutę jest już przy gminie sochaczewskiej.

Pyta poeta:
– Kogo macie na wozie?
– Zwoje Tory, martwe dzieci i zhańbioną dziewczynę.
– Zwoje Tory wstawcie do gminy, tam gdzie stoją inne. Trzeba odesłać na cmentarz dziecięce zwłoki i zawołać tu doktora w bryczce z pierwszą pomocą.

Dziewczyny chciały podejść do wozu i zdjąć zhańbioną młodą pannę.

 

Stary poeta przez chwile klarował:
– Nie, nie podchodźcie – mówił. – Wy jesteście dziewczęta, ona będzie się was wstydzić. Pan też nie, doktorze, jest pan jeszcze młody, pana też będzie się wstydzić. Ja jestem już stary, mnie nie ma się co wstydzić.

I podszedł do wozu, i tak jak rabin miasteczka wziął dziewczynę na ręce, i przeniósł do bryczki, która ją zawiozła do żydowskiego szpitala.
– A teraz za mną!

Kobiety i dzieci z sąsiedztwa, słysząc, że przybyła święta gmina sochaczewska, przytaszczyły z domów, co tylko kto miał: chałę, rybę, czulent albo kilka gotowanych kartofli. Z okolicznych mieszkań zaczęto wynosić słomę, sienniki i sadowiono zmęczone kobiety, senne dzieci.

Chłopcy z ulicy przybiegli, w rękach trzymali kawałki chały, które dały im matki. Dawali je chłopcom z Sochaczewa, brali ich za ręce i prowadzili do domu.
– Chodź ze mną do domu, będziesz mieszkać u nas – krzyczy dziesięcioletni uczeń chederu do swojego sochaczewskiego przyjaciela i ciągnie ze sobą.
– Szlojmele, co robisz? Gdzie go położysz? Śpisz przecież na gołym sienniku w kuchni, odkąd ciotka z dziećmi mieszkają z nami.
– Będzie spał ze mną, mamusiu. Nie będziesz mi dawać więcej jedzenia niż teraz. Ja się już z nim podzielę. – Warszawski chłopak ciągnie sochaczewskiego przyjaciela.

Jak dorośli zobaczyli, co robią mali, ustawił się rabin z jednej strony drzwi, a poeta po drugiej i powiedział:
– Nikt nie pójdzie do domu, zanim gminie sochaczewskiej nie będzie zagwarantowana wszelka pomoc.

I smutni, pogrążeni w codzienności ludzie z przerażeniem w oczach na myśl, co będzie jutro, przechodzili przez te drzwi, pomiędzy rabinem a poetą, i każdy brał do domu: jeden matkę z dziećmi, inny same dzieci, żeby podzielić się z nimi ostatnim kawałkiem chleba i ostatnią poduszką. I synagoga przed przybyciem nowych owieczek opustoszała.

Źródło: Warsze 1914, [w:] M. Rawicz (red.), Dos amolike jidisze Warsze, Montreal 1966, s. 105-109. spacerTłum. Anna Ciałowicz
1. Icchak Lejbusz Perec (1851-1915) – klasyk literatury żydowskiej, pracownik wydziału cmentarnego gminy żydowskiej w Warszawie. [↑]
2. Jakub Dinesohn (1856-1919) – prozaik, publicysta, działacz oświatowy. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 100 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3575875