Rybki na sobotę

Rybki na sobotę1

Wąska MiłaPrzy ulicy Miłej w Warszawie, którą Żydzi nazywali „wąską Miłą”2, stały wyłącznie murowane domy – duże, czteropiętrowe. I tylko jeden dom, niedaleko Muranowa, był nieduży, niski i ubogi.

We wszystkich domach przy „wąskiej Miłej” mieszkali sami Żydzi, jedynie stróże byli chrześcijanami. We wszystkich domach przy „wąskiej Miłej” mieszkali nie tylko zamożni Żydzi, lecz także biedota. Jedynie w małej kamieniczce mieszkała wyłącznie biedota. Najubożsi z całej „wąskiej Miłej”.

W małym domu mieszkało najmniej lokatorów z całej „wąskiej Miłej”, ale wyprowadzanie zwłok następowało najczęściej właśnie stamtąd. Wszystkie plagi, które spadały na całą ulicę, rozpoczynały swój przeklęty przemarsz od niewielkiego, wąskiego domu.

Wszystkie domy na „wąskiej Miłej” należały do Żydów. Zarówno tamtejsi administratorzy, jak i żandarmi byli Żydami. Tylko mały, wąski dom należał do chrześcijanina. Był on zarówno administratorem, jak i meldunkowym-rządcą3 swojej małej, biednej kamieniczki.

We wszystkich dużych domach przy „wąskiej Miłej”, które należały do żydowskich kamieniczników, czasami odbywały się eksmisje uboższych lokatorów. Tych, którzy nie płacili czynszu, wyrzucano z mieszkań. Tylko w niewielkim domu nie było nigdy eksmisji. Długie lata mieszkali tam biedni żydowscy lokatorzy, nie płacąc w ogóle czynszu, a właściciel nigdy nikogo nie wyrzucił, nie podał nawet nikogo do sądu.

*

Chrześcijański właściciel małego budynku przy „wąskiej Miłej”, Maciejowski, był mężczyzną w średnim wieku, wysokim, grubokościstym, o starannie wygolonej zielonkawo-żółtawej delikatnej twarzy z ciemnobrązowymi wąsami. Zimą nosił długie, ciemne sakpalto zapinane od góry do dołu na duże kościane guziki. Latem zakładał płaszcz o takim samym kroju i kolorze, ale z cienkiego materiału. Na głowie miał zawsze miękki czarny kapelusz z szerokim rondem. Wyglądał dokładnie tak samo, jak czterdziestoletni Maksym Gorki na portrecie.

Opowiadano, że niegdyś lokatorzy małego domu z „wąskiej Miłej” płacili właścicielowi Maciejowskiemu komorne. Wprawdzie nieregularnie, nie w pełnej wysokości, nie tyle, ile powinni, ale poczuwali się do tego, by płacić jakąś część sumy, którą mieli uiścić. Pewnego roku jednak, podczas kryzysu ekonomicznego, nastała ciężka zima ze srogimi mrozami i nawet od zamożnych lokatorów z dużych kamienic trudno było wyegzekwować komorne, a co dopiero od takiej biedoty, jaka mieszkała w małym domu przy „wąskiej Miłej”.

Wtedy lokatorzy przestali Maciejowskiemu płacić i zarówno chrześcijański właściciel, jak i jego ubodzy żydowscy lokatorzy stopniowo przywykli do nowej sytuacji. Nie płacili, a on się nie upominał. Czasami któryś z lokatorów dawał Maciejowskiemu parę rubli, ale nie dlatego, że mu się należały, ale jak gdyby z litości dla niego...

Tak mijały lata. Maciejowski przychodził regularnie raz w tygodniu, w każdy poniedziałek, do swojej kamieniczki na „wąskiej Miłej” i odchodził z niczym albo prawie z niczym. Nie gniewał się, nie awanturował. Wprost przeciwnie, obchodził mieszkania w milczeniu, oglądał swoją własność z filozoficznym spokojem, z sentencją „marność nad marnościami” wypisaną na subtelnej twarzy.

*

Pewnego razu właściciel Maciejowski nagle zjawił się w swoim biednym domu nie tylko w poniedziałek, jak zazwyczaj, lecz wyjątkowo także w piątek.

Co go tu sprowadziło? Czy to był przypadek, czy jakiś wewnętrzny głos kazał mu tu przyjść? A może akurat przechodził ulicą i wpadł, ot, tak sobie? A może przyszedł specjalnie? To pozostaje zagadką. Jedno jest pewne, że odkąd był właścicielem małego domu przy „wąskiej Miłej”, po raz pierwszy zdarzyło się, że przyszedł tam w piątek.

Był ciepły, letni dzień. Maciejowski kręcił się przed mrocznymi sklepikami, które były otwarte w jego domu. Patrzył na kosz czerwonych rzodkiewek, który stał na stołeczku przy drzwiach sklepiku. Widział, jak sklepikarka polewa rzodkiewki wodą raz po raz, jak gdyby miały zaraz omdleć. Spoglądał na pękaty balon z wodą sodową, obłożony lodem, jak przy ciężkiej chorobie. Widział smutnego „karmelkowego Żyda”, który siedział zawsze przy stoliku i sprzedawał biednym uczniom chederu okruchy karmelków różnego rodzaju po kopiejce za łut.

Maciejowski patrzył na małe miedziane monety, które przyjmowali jego lokatorzy, sklepikarze i sklepikarki, bez gniewu, bez złej intencji. Po prostu patrzył. Potem pomału wszedł na podwórko. Szedł ostrożnie po okrągłych kamieniach, którymi wyłożone było podwórze i które sprawiały ból chodzącym. Przeszedł przez całe podwórko i podszedł do wejścia do jedynej w domu oficyny.

W jednej z suteren mieszkała aguna4 Małka o wielkim brzuchu i spuchniętych nogach obutych w duże męskie trzewiki. Na facjatce mieszkał reb Zorach Szklarz. Jednak przede wszystkim oficyna zamieszkana była przez przekupki handlujące na placu Muranowskim śledziami i na wpół zgniłymi warzywami. Przy bramie domu często poustawiane były gliniane miski i plecione kosze. Z misek dolatywał ostry zapach śledzi, a wokół naczyń rozsypanych było mnóstwo żółtawych łusek śledziowych. Z plecionych koszy, które były gęsto oblepione muchami, dobiegał słodko-kwaśny zapach spleśniałych warzyw.

Dziś, w piątek, było tam cicho. Przekupki z całymi rodzinami handlowały na placu Muranowskim. Przed wejściem do domu nie było żadnych misek ze śledziami ani koszy warzyw. Jedynie w szparach między kocimi łbami na podwórku leżały żółte łuski śledzi, jak zwiędłe łupinki gotowanego grochu.

Nagle właściciel, zamiast zwyczajnych w tym miejscu zapachów śledzia i warzyw, poczuł zupełnie inną woń, która napływała z jednej z piwnic. Zapach ten sprawił, że nozdrza krótkiego, lecz zbyt szerokiego nosa właściciela jeszcze się rozszerzyły, co kontrastowało z jego delikatną twarzą. Zapach, który do niego dotarł, był ostry, lecz bardzo przyjemny, daleki, lecz przecież mu znajomy. Był obcy dla niego, inny niż gojowski, ale taki, do którego goje mieli szczególną słabość...

Właściciel na chwilę przystanął. Potem zaczął iść schodami prowadzącymi w dół, do piwnicznych izb. Teraz wyczuwał już dokładnie wszystkie aromaty. Była to mieszanina cebuli, pieprzu i gorzkich migdałów, a ponad tą wonią królował dominujący zapach...

Maciejowski podszedł do drzwi, zza których dochodził przyjemny zapach. Ten zazwyczaj delikatny człowiek tym razem otworzył drzwi bez pukania. Wszedł do piwnicznej izby bez „dzień dobry” i stał dopóty, dopóki jego oczy nie przywykły do panujących tam ciemności.

W kuchni paliła się mała naftowa lampa. Na rozpalonej płycie pieca stał średniej wielkości rondel, nakryty pokrywką; to spod niej wydobywał się ten miły zapach. Przy piecu stała aguna Małka, o zażółconej, chorej, obrzmiałej twarzy.

Maciejewski bez słowa podszedł do pieca, zdjął palącą się lampkę z gwoździa, trzymał ją w prawej ręce i przyświecał sobie, a lewą ręką odkrył pokrywkę rondla.

Na chwilę przestał oddychać. Stał pochylony nad rondlem z lampą w ręku, tak poruszony do głębi, jakby odkrył coś niezwykłego. Następnie cicho i powolutku, ale jasno i ostro powiedział jak gdyby do samego siebie:

– Ryb-ki na so-bo-tę.

Zaczął się wyprostowywać. Uczynił taki ruch, jak gdyby chciał wypuścić lampę z ręki, ale ponownie pochylił się nad rondlem, najwyraźniej nie wierząc własnym oczom. Długo wpatrywał się w kawałki ryby, które dygotały we wrzącym bulionie i powiedział stanowczym tonem:

– Tak, rybki na sobotę.

Maciejowski nagle wyprostował się jednym ruchem. Stał tak nieruchomo, całą swoją słuszną posturą goja górując nad małą, przerażoną kobieciną. Spoglądał na nią tak, jak gdyby raptem zobaczył na jej szyi brylantową kolię. Nagle wydał gromki okrzyk, zwracając się do kobiety per ty:

– No i co? Rybkę na sobotę będziesz gotowała, a komornego mi nie zapłacisz?!5

Rozdygotana kobieta stała naprzeciw rozgniewanego właściciela. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. Ale Maciejowskiego już nie było. Gniewnie wypuścił lampę z ręki i pobiegł schodkami prowadzącymi na górę z piwnicy.

Kiedy kobieta, to znaczy Małka, nieco doszła do siebie, zakryła fajerkę, odsunęła rondel z rybą na bok, naciągnęła na opuchnięte nogi parę wielkich męskich buciorów i wyszła na podwórko.

W bramie, przy stróżówce, gospodarz Maciejowski siedział przy stoliku, przy którym zazwyczaj wypełniał księgi meldunkowe, zawzięcie i szybko pisząc coś na białym, długim papierze.

Kobieta nie wiedziała, co właściciel pisze, ale na widok tego długiego, białego papieru pociemniało jej w oczach.

Natychmiast wyczytała z niego ponury wyrok na siebie.

Z wielkim respektem Małka podeszła powoli do stolika, przy którym siedział Maciejowski i pisał coś na tym długim arkuszu papieru. Nachyliła się na tyle, na ile pozwolił jej ogromny brzuch, złożyła palce i skrzyżowała ręce. Rozpoczęła cicho i proszalnie:

– Szanowny panie Maciejowski, szlachetny człowieku, dobry człowieku, łaskawco, nasz ojcze, dlaczego cały pana gniew wylał się na mnie, biedną, opuszczoną przez męża kobietę, na mnie, która musi wykarmić cztery ptaszyny ze swego nędznego zarobku? Czym tak bardzo wobec pana zgrzeszyłam, łaskawco? Kupiłam za cztery kopiejki funt stynki, dołożyłam ćwiartkę chleba, cebuli i ugotowałam trochę klopsików z ryby, żeby moje nieszczęsne dzieci ogrzały sobie choć trochę serduszka. Czy moja przewina jest aż tak wielka i dlaczego?

– Co takiego? Na szabat będziesz rybkę gotować, a mnie czynszu nie zapłacisz? Bezwstydna! I jeszcze ośmielasz się podejść do mnie i prosić o zmiłowanie! Wyrzucę was jak psy! Wyrzucę was jak psy! Wyrzucę bez litości!

Właściciel zerwał się z miejsca przy stoliku i stanął nad Małką jak kat nad ofiarą. To nie słowa Maciejowskiego, lecz furia, którą Małka widziała w jego oczach, sprawiła, że jasno pojęła, iż spotkało ją nagle ogromne nieszczęście, że nadciąga bezlitosny wyrok. Przechyliła rozkudłaną głowę i wydała z siebie mrożący krew w żyłach krzyk, jak przy wynoszeniu nieboszczyka z domu.

Na przejmujący krzyk Małki zbiegli się ludzie z podwórka, a nawet z ulicy. Małka zemdlała. Polano ją wodą. Zgromadzony tłum nie wiedział, co tu się stało. Słyszeli tylko, jak Maciejowski, w gniewie, powtarza w kółko:

– Rybki na sobotę, rybki na sobotę!

Kiedy Małka oprzytomniała i opowiedziała, co się stało z tą rybą, Maciejowskiego już nie było. Tylko stróż kręcił się w bramie z miną gospodarza, udawał ważniaka i wymachiwał długim arkuszem białego papieru tak, żeby wszyscy widzieli...

*

W piątek stróż małego domu przy wąskiej ulicy Miłej nie musiał chodzić po żydowskich domach i sklepach po „piątkowe” pieniądze. Lokatorzy sami przynieśli mu je do mieszkania, i to „górką”: jedni dołożyli kopiejkę, inni – dwie. Przy tym każdy lokator prosił stróża, żeby tego papieru, który mu wręczył właściciel, nie zanosił do sądu od razu w sobotę, lecz by się wstrzymał do poniedziałku, aż pan Maciejowski przyjdzie i jeszcze się z nim rozmówi. Jednocześnie wszyscy wyrażali przekonanie, że szlachetny pan Maciejowski nie zaskarży do sądu takiej biednej, opuszczonej kobieciny, jak Małka.

Stróż raczył wziąć „piątkowe” z górką i przyobiecał wszystkim nie zanosić papieru do sądu aż do poniedziałku.

Jednak w szabat z samego rana ludzie zobaczyli stróża ubranego w oficjalny strój: granatową bluzę z satyny, granatowe płócienne spodnie, narzucony na ramiona biały fartuch i czapkę z mosiężną blaszką nad lakierowanym daszkiem. Na blaszce widniało wytłoczone słowo „Dwornik” wraz z nazwą ulicy i numerem, a także hipotecznym numerem domu, w którym zatrudniony był stróż. W jednej ręce dzierżył grubą stróżowską laskę, symbol jego władzy, a w drugiej – dwie czarne okładki, pomiędzy którymi spoczywał równiutko ułożony ów długi arkusz białego papieru, na którym właściciel domu, pan Maciejowski, oskarżał swoją lokatorkę Małkę Zojerwajn.

Małka dostrzegła przez okienko swojej piwnicznej izby stróża w wypucowanych butach, na wysokich gojowskich obcasach. Serce jej drgnęło. Zarzuciła na siebie chustę i schodami wyszła przed drzwi wejściowe do domu. Z daleka mignęła jej tylko lśniąca blaszka nad daszkiem czapki stróża. Potem jej wzrok padł na czarne okładki w jego ręku. W jednej chwili zrozumiała wszystko...

Małka poczuła takie skurcze, że musiano ją znieść do piwnicy i położyć do łóżka. Cały szabatowy dzień leżała, jej duży brzuch obłożony był butlami gorącej wody, na rozgorączkowane czoło przyłożono zimny kompres. Wokół łóżka stała czwórka jej dzieci, płacząc ze strachu i zmieszania. Sąsiadki krzątały się wokół Małki i kazały dzieciom wyjść z domu. Próbowały pocieszyć Małkę, przemawiając do niej:

– Małko, kochana, nie bój się. Nie bierz sobie tego tak bardzo do serca. Gospodarz nikogo jeszcze nie ukrzywdził, a tobie tym bardziej nic nie zrobi. Przecie on nie ma w sobie ani kapki żółci...

– Ludziska kochane! Róbta cóś! Róbta cóś! – Małka nerwowo zrywała mokrą szmatę z czoła. – Co wy gadacie, ludziska! Nie widzieliśta jego oczu, to nic nie wiecie! Gdybym nie zemglała, to jak nic by mnie zabił. Ludziska! Już ja wiem, że on mnie wyrzuci razem tymi nieszczęsnymi mojemi czterema sierotkami!!! Róbta cóś, ludziska! Róbta cóś!

– Małko, kochaniutka, co ty za durnoty gadasz!? Ten krześcijan ani muchy na ścianie by nie tknął. Nie widziałaś ty, z jakim uszanowaniem6 on zawsze pierwszy mówi soferowi7 reb Mordechajowi „dzień dobry”8. A reb Zerachowi, śklarzowi, tyż! A komu nie? Zobaczysz. Nawet nie pódzie do sądu. On tylko takie przedstawienie zrobił.

– Ludzie, ludzie... Ja wiem, że nikt nie płaci komornego. Ale to mnie on wyrzuci z dzieciskami na ulicę... Taki to już czarny mój los zawsze... Taki czarny los spotkał mnie z moim mężem… I taki czarny los spotka mnie z tym krześcijanem... To diabeł mnie podkusił, coby kupić tę rybę na szabat. Tylko tej ryby brakowało... Żryjcie te ochłapy! – wrzasnęła Małka na swoje przerażone dzieci. – Lepiej, żeby wszystka woda wypita została i żeby wszystka ryba przepadła... a nie takie nieszczęście! I co to były za ryby, pomyślałby kto! Pięć stynek za parę kopiejek... Ludziska kochane, ten człek całkiem zwaryjował, jak zobaczył te ryby... Jakowyś zły duch w niego wstąpił. Ludziska, miejta zmiłowanie! Bo ten goj mnie z tego świata całkiem przepędzi!

Sąsiadka, dziewczyna dwudziestoparoletnia, która uczyła się na akuszerkę, weszła do piwnicy. Stała tam kilka minut i słysząc skargi Małki, odezwała się:

– Małka, nie bądź pani histeryczką.

Na dźwięk tego obcego słowa cisza zapanowała w piwnicznej izbie. A Małka, słysząc je, poczuła, że przepadła z kretesem. Leżała nieruchomo z wytrzeszczonymi oczami, jakby raptem zobaczyła anioła śmierci. Stopniowo oczy jej wróciły na swoje miejsce, zapadły się, załzawiły i zmętniały, a dwie czarne półkoliste linie oddzieliły je wyraźnie od reszty żółtawej twarzy.

Sąsiadki pojedynczo wychodziły. Izba Małki wypełniła się ciemnością aż pod sam sufit. Małka leżała na łóżku z przymkniętymi oczami i pozwoliła się unosić czarnym falom pośród ciemnej nocy. Wokół łóżka leżało, opierając się o nie główkami, czworo dzieci, które zmęczone do granic wytrzymałości spały tak mocno, jakby były w letargu.

Przez całą noc Małka nie zmrużyła oka. Wiedziała, że jest ciężko chora. Doktorzy jej powiedzieli, że musi przejść operację, miała więc odłożonych parę rubli, żeby – jak pójdzie do szpitala – zapłacić sąsiadce: niech rzuci okiem na dzieci, żeby nie chodziły głodne. Teraz po bezsennej nocy, po długich zmaganiach ze sobą, Małka postanowiła te parę rubli oddać Maciejowskiemu jako komorne, aby dzieci nie zostały bez dachu nad głową.

*

W poniedziałek, z samego rana, gdy tylko na podwórku pojawił się właściciel, pan Maciejowski, Małka nakryła głowę chustką, zarzuciła derkę na ramiona, wciągnęła parę męskich butów na spuchnięte nogi, wyjęła zza pazuchy zawiniątko z chusteczki do nosa i zacisnęła je mocno w dłoni. Poszła wolno do bramy, gdzie stał Maciejowski i rozmawiał ze stróżem.

Kiedy podeszła do bramy, trzykrotnie skłoniła się przed właścicielem i powiedziała głośno z udawaną wesołością:

– Panie gospodarzu, przyniosłam komorne – i zaczęła rozwiązywać węzełek chusteczki.

Maciejowski krzywo zerknął na te parę srebrnych groszy w rozwiązanym węzełku i zapytał ze złością:

– Ile tam masz pieniędzy?

– Siedem rubli! Komorne za cały miesiąc! – wykrzyknęła Małka z wielkim przejęciem.

– Co? Będziesz gotować rybę na szabat, a mnie po tylu latach mieszkania za darmochę dasz za miesiąc komorne? Bezwstydnico ty! Bez litości cię wyrzucę z mieszkania!

Małce odebrało mowę. Kilka razy otwierała usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Przywarła do ściany w bramie i trwała tak nieruchomo, jak martwa. A nad jej głową Maciejowski wrzeszczał gniewnie:

– Rybki na sobotę! Rybki na sobotę!

*

Na lokatorów małego domu przy „wąskiej Miłej” padł strach, bo ten dotychczas delikatny chrześcijanin posunął się raptem do niezrozumiałego dla nich okrucieństwa wobec ubogiej Małki. A jeszcze bardziej przerazili się tego, że Małka ofiarowała mu pieniądze. Lokatorzy małego, biednego domu przy „wąskiej Miłej” byli pewni, że od tej pory Maciejowski z takim samym uporem będzie domagał się od nich komornego, jak żąda go teraz od Małki.

O dziwo, Maciejowski nie zażądał od żadnego z nich czynszu, podobnie jak to było dotychczas. Obawa sąsiadów, że to, iż Małka chciała dać właścicielowi pieniądze, nasunie mu taką myśl: skoro wręcza pieniądze, gdy się ją zaskarża do sądu, inni lokatorzy - rzecz jasna - także w takiej sytuacji dadzą, okazała się wcale nieuzasadniona. Maciejowski był, tak jak przedtem, uprzejmy dla swoich ubogich lokatorów. Jak do tej pory zawsze pierwszy mówił reb Mordechajowi „dzień dobry!” i z niezmienną wdzięcznością przyjmował parę rubli od tych, którzy zechcieli mu je wręczyć...

Małka szlochała i rozpaczała, że okrutny los zawziął się akurat na nią i na jej dzieci, żeby ich zniszczyć. Wiedziała, że nie jest ani gorsza, ani bardziej winna niż pozostali lokatorzy z podwórka i nie pojmowała, czemu ten dobry dla wszystkich chrześcijanin właśnie wobec niej jest taki zawzięty i zły. Czuła jednak, że przydarzyło się jej nieszczęście. Sąsiadki znowu ją uspokoiły:

– Małko, kochana! Przecie ten krześcijan nie czepia się nikogo spośród nas, to i ciebie nie ukrzywdzi. Nie chciał wziąć od ciebie komornego za jeden miesiąc? Bo on delikatny jest... Maciejowski wie, że piniędzy nie masz... zrozumiał przecie, że zamiarujesz mu oddać ostatni grosz i dlatego ich nie wziął. A że krzyczał, że wyrzuci, to przecież po to on jest... Wbił sobie do tej swojej chrześcijańskiej głowy... Przejdzie mu... Nic złego nie zrobi, uchowaj Boże...

Niełatwo było sąsiadkom przekonać Małkę. Instynkt człowieka smaganego przez los podpowiadał jej coś zupełnie innego... Trosk jej nie brakowało. Dzieci chciały chleba. A ona nie miała skąd go wziąć. Chora była. Dni mijały jeden za drugim. Z dni zrobiły się tygodnie. Chrześcijański właściciel znowu, jak to miał w zwyczaju, przychodził co poniedziałek do ubogiego domu. Nie domagał się czynszu i nie przypominał o historii z Małką. Nastroje się uspokoiły.

Tyle, że rację miała Małka. W wyobraźni Maciejowskiego „rybki na sobotę” urosły do rangi symbolu jakiegoś żydowskiego majątku ukrytego... w rondlu z klopsikami z ryby u aguny Małki w suterenie. Maciejowski upatrywał też w tym czegoś w rodzaju żydowskiej „chucpy”, która pozwalała wymazać wszystko, nie liczyć się ze światem gojów...

Pewnego dnia do Małki do sutereny z samego rana zaszedł chrześcijanin w czarnym mundurze, z zielonymi wypustkami przy klapach marynarki i w spodniach z lampasami. Razem z nim przyszedł też stróż. Człowiek w mundurze wyjął z teczki papiery i kazał Małce się podpisać.

Małka dygotała na całym ciele, dzwoniły jej zęby. Już kilka razy zdarzało się jej na rozmaitych papierach stawiać nienawykłą do tego ręką trzy kółka [Żydzi nie podpisywali się krzyżykami – przyp. tłum.], po każdym wzdychając tak, jak po ogromnym wysiłku. Człowiek w mundurze i stróż wyszli, a Małka pozostała, stojąc z papierami w ręku, w całkowitym pomieszaniu.

Kiedy ochłonęła nieco, przyszło jej do głowy, że to z pewnością są papiery, które wysłał jej mąż. Minęły już cztery lata, odkąd odszedł od niej i od dzieci i nie miała o nim żadnych wieści. Może to papiery na odebranie biletów na statek [do Ameryki – przyp. tłum.]... a może to jakieś złe wiadomości o nim...

Małka splunęła trzy razy – niech to spotka moich wrogów, oby życie mieli złamane. Narzuciła na siebie derkę i poszła do „karmelkowego Żyda”, który mówił po litwacku i umiał czytać po rosyjsku.

„Karmelkowy Żyd” wyczytał z papierów jeszcze coś innego. Mianowicie przeczytał, że tego a tego dnia, o dziewiątej rano, w sądzie odbędzie się sprawa gospodarza Stefana Maciejowskiego przeciwko lokatorce Małce Zojerwajn o eksmisję, czyli prawo wyrzucenia jej z mieszkania.

Małka zaczęła krzyczeć. Od jej głosu zadygotały podwórka na połowie „wąskiej Miłej”. Ledwie ją powstrzymano, żeby nie zrobiła jakiegoś głupstwa. Sąsiadki przez cały dzień miały ją na oku. Co chwilę zaglądała do niej inna sąsiadka, aby ją upilnować. Zmieniały się jak żołnierze na warcie.

„Karmelkowy Żyd”, który znał się na sądach, poradził Małce, aby się nie stawiała na rozprawę, bo jeżeli ktoś się nie stawi, to – zaocznie – nie można wydać wyroku natychmiastowej eksmisji; powtórzył swoją radę wiele razy zamartwiającej się na śmierć Małce.

Małka rzeczywiście nie stawiła się w sądzie. Jednak parę dni po procesie, kiedy nikt się tego nie spodziewał, na podwórko przyszedł komornik wraz ze stójkowym i kilkoma stróżami; zaczęli wyrzucać nędzny dobytek Małki z piwnicy na podwórze.

Na tę pierwszą w małym domu eksmisję specjalnie przybył także właściciel, Maciejowski. Z wielką satysfakcją przyglądał się, jak na kamiennym podwórzu wyrasta góra rzeczy Małki. Stał obok tych wyrzuconych łachów i szukał czegoś oczami. Nagle zauważył między rzeczami rondel z niebieskiego kompletu. Swoją elegancko obutą stopą kopnął w rondel z taką siłą, że garnek wpadł prosto do rynsztoka.

To był właśnie ten rondel, w którym Małka gotowała rybę na szabat.

Kiedy Małka zobaczyła, co ten chrześcijanin zrobił, straszliwie, boleśnie zawyła głosem jak gdyby wydobytym z głębi trzewi. Maciejowski warczał gniewnie: „Rybki na sobotę! Rybki na sobotę!”.

Sąsiadki wzięły do siebie dzieci Małki. Ona przez cały dzień i przez całą noc leżała na podwórzu, pilnując garstki swoich rzeczy. Po kilku dniach zebrano na „wąskiej Miłej” nieco pieniędzy i znaleziono Małce jakiś kąt w piwnicy na ulicy Ostrowskiej.

Piwniczna izba Małki na „wąskiej Miłej” przez dłuższy czas stała pusta, porzucona. Chociaż właściciel, Maciejowski, nikogo się nie czepiał i nadal nie domagał się czynszu, to jednak wszyscy tamtejsi lokatorzy żyli w ciągłym strachu.

Od tamtej pory kobiety z kamieniczki gotowały rybę na szabat u znajomych z pobliskich domów albo w czwartek, w środku nocy. Chowały ugotowaną rybę i pospiesznie otwierały okna, żeby szabatowa woń szybko wywietrzała. Zaprzestano dodawania do niej olejku z gorzkich migdałów, nie przyprawiano jej też mocniej pieprzem. A to ze strachu, że nos chrześcijanina wyczuje zapach żydowskiej ryby na szabat.

Rybę spożywano w szabat w pośpiechu, tak jak niegdyś podczas ucieczki z niewoli egipskiej ofiarę pesachową. Nie pozwalano, aby stała tak na stole, zastygając, podczas gdy śpiewano „Azamer bi-szwachin”9 aż do „Asader le-seudaso”10. Teraz, gdy tylko podano ją do stołu, przeżuwano i przełykano w pośpiechu, bez krztyny szabatowej podniosłości.

Raptem szabatowe ryby zatraciły cały swój dotychczasowy smak. Mężczyźni byli z tego powodu zagniewani na swoje żony, chociaż dobrze wiedzieli, że to nie one zawiniły.

W małym domu przy „wąskiej Miłej”, od kiedy wyrzucono Małkę z piwnicy, na zawsze został zburzony spokój domowego ogniska. Nie czuło się tam już radości z szabatu, jak gdyby „dodatkowa dusza” (neszama jetera)11 nagle opuściła biednych lokatorów...

Jechiel Hofer, Amol, Tel Awiw 1963, s. 101-118. tłum. Bela Szwarcman-Czarnota
książka dostępna pod adresem: http://ia600302.us.archive.org/23/items/nybc200419/nybc200419.pdf

1W oryginale po polsku. [↑]

2jid. „szmole Mile”. [↑]

3W oryginale po polsku. [↑]

4Aguna (hebr., związana) – kobieta, którą opuścił mąż, nie wręczając jej listu rozwodowego. [↑]

5W oryginale po polsku. [↑]

6W oryginale po polsku. [↑]

7sofer (hebr.) – skryba przepisujący święte teksty. [↑]

8W oryginale po polsku. [↑]

9„Azamer biSzwachin” (aram., Odetnę [siły zła] hymnami) – pieśń szabatowa ułożona przez kabalistę Izaaka Lurię w XVI w. [↑]

10„Asader le-seudaso” (aram., „Będę śpiewał na chwałę podczas posiłku szabatowego”) – pieśń szabatowa ułożona przez kabalistę Izaaka Lurię w XVI w. [↑]

11neszama jetera (gebr.) – dodatkowa dusza, w którą każdy Żyd jest wyposażany na szabat. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 60 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3673324
UA-28053597-1