Marsz triumfalny

Nareszcie, nareszcie, nareszcie… po tylu latach śmiertelnego strachu, przygniatającego bólu i gniewu, znękana ludność męczeńskiego miasta Warszawy wyszła z żywych grobów, aby powitać swoich wyzwolicieli, swoich wybawicieli.

Armia Czerwona ramię w ramię z Ludowym Wojskiem Polskim, wraz z bohaterami podziemia wywodzącymi się ze wszystkich warstw, wszystkich orientacji politycznych triumfalnie wkroczyła – od strony Mokotowa, nad Wisłą – przez szerokie, zielone Aleje Ujazdowskie, Krakowskie Przedmieście, do samego serca Warszawy.

We wszystkich kościołach dzwoniły dzwony. Jakie to były dźwięki? „Marsza żałobnego” Fryderyka Chopina – na cześć zmarłych i zamordowanych. Orkiestra wojskowa także grała „Marsza żałobnego”. Albowiem w tym radosnym dniu Warszawa i zwycięskie armie – okryta chwałą Armia Czerwona, Armia Krajowa i wojsko kościuszkowskie – nie mogły zapomnieć o swoich współbraciach, którzy zginęli, o tych, których zamęczono na śmierć, o tych, z których Warszawa złożyła wielką krwawą ofiarę. Z opuszczonymi głowami żołnierze wkroczyli do obolałego miasta w rytm „Marsza żałobnego” Chopina.

Do żadnego miasta tak bardzo nie pasuje „Marsz żałobny” jak do Warszawy, a zwłaszcza do tej części miasta, przez którą obecnie maszeruje wojsko. Marsz przerodził się już w śpiew wyzwolenia, religijnej ekstazy. Wydaje się, że ulice Warszawy dołączyły do śpiewu i smutku, a też do modlitwy bijących dzwonów, grających trąbek i cymbałów.

* * *

Na dźwięki marsza wyszła kolejna grupa mieszkańców miasta, której dawno nie było widać na warszawskich ulicach. A jest to tutejsza ludność, która żyła, wychowywała się, dorastała w Warszawie od kilkuset lat – Żydzi. Nie da się ich wymazać ani oddzielić od życia miasta. A teraz wyszli nie z Nalewek, nie z Krochmalnej, nie z Twardej, Grzybowa, Nowolipia, Leszna, nie z dziesiątków innych ulic Warszawy. Nadciągnęli nie wiadomo skąd i szybują w powietrzu, idą i zarazem się unoszą. Niby ich widać, a jednak nie są widzialni. Są tutaj, wypełniają ulice Warszawy. Wychodzą naprzeciw wkraczającym armiom, nadciągają strumieniami z wszystkich bocznych ulic, przychodzą z Pragi, Alejami Jerozolimskimi, Złotą i inne ulicami; nadchodzą od Marszałkowskiej, z Rynku Starego Miasta i Franciszkańskiej – wychodzą naprzeciw wojsku.

Wydaje się, że to dla nich tylko, przez nich dzwonią dzwony w kościołach i wtórują im orkiestry wojskowe. A oni nadchodzą w rytmie „Marsza żałobnego” Chopina.

Najpierw idzie sto siedemdziesiąt młodziutkich dziewcząt w wieku od dziesięciu do osiemnastu lat. Młodsze na przedzie, starsze za nimi, w towarzystwie swoich wychowawczyń i nauczycielek. Wszystkie mają na sobie białe sukienki, jak do ślubu, twarze ich zasłonięte czarnymi woalkami. Niosą zapalone świece. Idą lekko, nie dotykając stopami bruku. Unoszą się tak coraz bliżej i wyżej, aż znikają w jasnych przestworzach, w promieniach słońca...

Za nimi samotnie maszeruje doktor Korczak. Wygląda jak sprzed owej chwili, gdy odszedł: wyższy i szczuplejszy, nawet chudszy. Jego twarz promienieje niebiańską radością. Niesie dwoje malutkich dzieci, żydowskich dzieci, z wijącymi się pejsami i czarnymi jedwabnymi kipami na główkach i arbe kanfes1 wystającymi spod czerwono-niebieskich kaftaników, w które zostały na tę okoliczność ubrane przez mamy. I spójrzcie, warszawiacy nie śmieją się z nich, nie szydzą z tych żydowskich twarzyczek, z wijących się pejsów ani z arbe kanfes. Warszawiacy na klęczkach składają hołd świętemu doktorowi Korczakowi, mijającemu ich z żydowskimi dziećmi na rękach. Za nim – cały rząd sierot, które wyprowadził ze swego zakładu.

A za doktorem Korczakiem idą inne dzieci. To dzieci z sanatorium imienia Medema2 ze swoimi nauczycielami i wychowawcami, którzy zginęli w komorach gazowych. Spójrzcie na ich twarze: są blade, ale na policzkach mają rumieńce. Zdradzę wam tajemnicę: wszystkie są chore na gruźlicę. Spójrzcie, jak płoną w gorączce ich ciemne oczy, jak czarne i niebieskie gwiazdy, wysoko na czarnym jak atrament niebie. Niektórzy chłopcy mają jarmułki i pejsy, a spod kaftaników wychodzą frędzle tałesu (cicit). Ale większość z nich jest „nowoczesna”, mają żydowskie czapeczki z daszkiem. Spójrzcie na ich drobne rączki. Trzymają w nich czerwone chorągiewki. A na nich napis „wszystkiego najlepszego”. Cóż to będzie za świat, kiedy wreszcie przyjdzie Mesjasz, czyli rewolucja społeczna. I ochrypłymi głosikami, prosto z zapadłych piersi wydobywają śpiew, wspólnie z nauczycielami. To „Di Szwue”3, tę przysięgę składali, kiedy wieziono ich na śmierć do komór gazowych.

Zmartwychwstali też ich rodzice z ulicy Franciszkańskiej, tam, gdzie mieszkali najbiedniejsi z biednych. Oto stoją matki i ojcowie, warszawscy chasydzi, warszawscy tragarze, blade kobiety w wypłowiałych perukach, i tak się cieszą na spotkanie ze swoimi dziećmi, jak ci, których widziałem na stacji linii otwockiej, gdy czekali na dzieci wracające z wakacji.

A za nimi zamożniejsze dzieci, z dobrych domów, w pantofelkach i jedwabnych płaszczykach, z wstążeczkami wplecionymi w warkoczyki, dzieci w jedwabnych spódniczkach i sukieneczkach, a za nimi dzieci oberwane, w łachmanach, na chudziutkich nożynach mają za duże buty, po rodzicach. Ale wszystkie mają już skrzydełka. Te skrzydełka im wyrosły, wierzcie mi na słowo, by mogły przylecieć z daleka i powitać nadchodzące wyzwolicielskie wojska. I oto po chwili już ich nie ma – jak w słowach piosenki Chaima Nachmana Bialika o Mojszelech i Szlojmelech4.

Za dziećmi kroczy delegacja najbardziej szacownych rabinów z Polski wraz z najważniejszymi dajanami5 warszawskimi. Kogóż tam nie ma? Wszyscy, co się liczą w świecie Tory w Polsce, znaleźli się tutaj. Tora jak woda z morza. Najważniejsi uczeni w Piśmie swego pokolenia, najostrzejsze umysły, najwybitniejsi myśliciele, których imiona były znane jak kraj długi i szeroki, dyrektorzy największych jesziw w Polsce, naczelni rabini największych miast. A oto chasydzcy cadycy, trzej otwocczanie z wysokim, chudym rabinem, rabin, następca Jid haKadosz6 (hebr., Palec Boży), wraz z swoimi wiernymi, gabajowie7, szamesi8, ich wnuki i zięciowie. Idzie cała święta grupa pospołu. Wszyscy są tu, na miejscu, by się modlić i studiować księgi, albowiem nigdy jeszcze nie było takiego zgromadzenia gaonów-mędrców, kejn ejn ore, oby zły urok ich się nie imał. Część z nich była w tałesach i tefilin9, z modlitewnikami i księgami pod pachą; część podążała z bojaźnią Bożą i miłością, jak w ekstazie. Na wszystkich twarzach widać było wielkie skupienie na obcowaniu z Szechiną10, oby Jej Imię było błogosławione. Inni szli jakby z głową w obłokach, z przymkniętymi oczami, rękami uniesionymi, stopieni z Jedynym. Z niektórych twarzy bił blask Bożej Obecności. W ich oczach odbijał się płomień, który zobaczyli, gdy stanęli twarzą w twarz ze Stwórcą w chwili swojej śmierci. Biła z nich radość i światło, jak z tych młodziutkich dziewcząt idących na przedzie.

I cud prawdziwy... ludność Warszawy nie natrząsa się z nich, nie stroi min ani nie robi świńskich uszu z poły płaszcza, nikt nie krzyczy „Parchy do Palestyny!”, nie przywołuje Bejlisa11. Wszyscy, mali i duzi, padają na kolana, pochylając nisko głowy, a ręce wznosząc do nieba. Niektórzy szlochają, inni robią znak krzyża, jeszcze inni wyciągają ręce do rabinów, ze słowami: „O, czcigodni rabini, wybaczcie nam nasze zawstydzające postępki, wybaczcie, że narażaliśmy was na przykrości i wyrządzaliśmy wam krzywdy. Nie potrafiliśmy was docenić”.

A za rabinami idą hebrajscy pisarze i uczeni, jidyszowi poeci, artyści, dziennikarze, pisarze współpracujący z największymi żydowskimi gazetami, profesorowie Instytutu Nauk Judaistycznych12 przy Wielkiej Synagodze na Tłomackiem13, nauczyciele z gimnazjów hebrajskich, nauczyciele szkół z językiem jidysz, cała inteligencja Warszawy.

Kogo tam nie było?

Na czele szacownego komitetu, w którym znalazł się sam kwiat inteligencji warszawskiej, idzie tam Ari sze-be-chawura14, kadosz we-tachor15, Hilel Cajtlin16 – duchowy przywódca religijnych Żydów polskich, który był samą duchowością i który wywarł ogromny religijny wpływ na młodych swoją potęgą swojej osobowości. Wyglądał jak prorok: rudo-siwe włosy, subtelne rysy twarzy, ruda broda, marzycielskie, wielkie oczy zawsze zwrócone jak gdyby ku ukrytym światom. Płonął w nim święty ogień. Takim go widziałem po raz ostatni, idącego na śmierć.

Idzie z wyciągniętą przed siebie ręką, mówiąc coś do swoich współtowarzyszy. Słuchają chętnie jego interpretacji głębszych znaczeń jakiegoś midrasza, a może fragmentu z Zoharu17 czy innego kabalistycznego dzieła, które jest aktualne również dziś.

Tuż za nim idzie w milczeniu profesor [Majer] Bałaban18, prawdziwie europejski uczony, historyk. Jego monumentalne dzieła o Lwowie i Krakowie, jego praca o Franku i frankistach, setki esejów z zakresu historii Żydów uczyniły go historykiem wybitnym, historykiem Żydów polskich. Wiecznie dyskutuje z naszym ukochanym drem [Ignacym] Schiperem19: „Proszę mi powiedzieć, doktorze Schiper, czemu musi się pan zajmować polityką? Jest pan uczonym. Pana prace badawcze dotyczą ekonomii żydowskiej i życia kulturalnego. Proszę zostawić politykę posłowi [Icchakowi] Grünbaumowi20. Niechaj to on przewodniczy żydowskiemu klubowi parlamentarnemu. Doktorze Schiper, marzę wprost o tym!”

Zupełnie osobno idzie głęboko zamyślony, szlachetny profesor [Edmund] Stein21 z Instytutu Nauk Judaistycznych. Koledzy, którzy nie dysponują nawet połową tej wiedzy, jaką posiadł on, na temat literatury starogreckiej, są szeroko znani. A ten szczuplutki, nieduży człowieczek jest autorem najlepszej monografii na temat Filona z Aleksandrii. Napisana w języku hebrajskim, jest najświetniejsza ze wszystkiego, co napisano do tej pory na ten temat we wszystkich możliwych językach.

Są też młodsi przyjaciele, poeci, pisarze, koledzy po piórze, całe Tłomackie z kolegą Kawe22 na czele. O, drodzy, ukochani bracia, gdybym mógł wtedy być z wami! Ale teraz jestem z wami. Idę obok was na powitanie wyzwolicielskiej armii.

Bracia i przyjaciele, Hitler nie żyje. Jak przepowiedział poeta Icyk Fefer, tańczymy na jego grobie23. Już możemy to zrobić, a Fefer jest z nami. Podajmy sobie wszyscy ręce! Jesteśmy przyjaciółmi, należymy do tej samej półki z książkami. Jedni nas wezmą, inni wyrzucą – i tak wszyscy oni umarli razem z wami, lecz my żyjemy z wami w żydowskiej duchowości, w literaturze żydowskiej.

A dalej maszeruje żydowska ludność Warszawy. Patrzcie na nich, przyjrzyjcie się im: elita, arystokracja, kupiectwo z Nalewek, z Gęsiej, wierni z synagogi na Tłomackiem, w cylindrach przedstawicieli „wyznania mojżeszowego”, którzy słuchają kazań po polsku w Jom Kipur24, syjoniści z synagogi Nożyków, kupcy, bankierzy wymieniający weksle, ekspedytorzy, handlarze żelazem. Oddają co boskie Bogu, co cesarskie cesarzowi, połowę Bogu, połowę ludziom. Abonują „HaCefirę”25, kupują szekel [na cele syjonistyczne], wspierają cheder reformowany (cheder metukan), a własnego syna wysyłają mimo wszystko do polskiego gimnazjum (z powodu kariery), a córki do polskich szkół. Ale nie krytykujmy. Wszystko to już jest poza nami. Teraz idziemy powitać Armię Czerwoną, robimy obrachunek z Hitlerem. Wszyscy siedzimy przy jednym stole. Chodźcie tu, Żydzi-asymilatorzy, Żydzi-syjoniści, Żydzi po prostu, zwyczajni. I zróbcie miejsce. Nadchodzi Bund26, ten dla starszych, i ten młodzieżowy, szewcy z dratwami, w gumowanych kołnierzykach, cholewkarze, trykociarze o zapadłej piersi, z nosami i gardłami zatkanymi od wilgoci, od przebywania w piwnicach. I subiekci, mnóstwo subiektów, buchalterzy w białych kołnierzykach, za dwieście złotych miesięcznie utrzymujący siebie, chorą matkę i teściową i jeszcze płacący na różne cele – począwszy do składek na rzecz partii do opłat na utrzymanie gminy żydowskiej. Głód w dzień, chłód w nocy. Żyją tak, mając tylko nadzieję, „ideał”, jaki daje partia. Nie kłóćcie się, proszę, z braćmi z Poalej Syjon27, widzicie, oni też nadchodzą – Poalej syjoniści wszystkich kierunków, od HaSzomer haCair28 do lewicy Zerubawela29, od religijnych Poalej syjonistów po tych, którzy są pod wpływem Grünbauma-Schipera. Nie kłóćcie się, proszę was, dziś odpuśćcie. Dziś maszerujemy razem... patrzcie, patrzcie, wszystkim nam wyrosły skrzydła. Wypełniliśmy nasze zadanie. Nie mogliśmy być razem, na jednej ziemi, ale teraz jesteśmy razem w niebie. Jakby nie było, wszyscy spłonęliśmy w tej samej komorze gazowej. Hitler wrzucił nas do pieca, ale historia żydowska wyniosła nas do nieba.

* * *

Teraz dopiero nadchodzą zwykli ludzie, lud. Kogóż tu nie ma? Ulice są czarne od mrowia ludzkiego. Morze głów i rąk, spójrzcie na te głowy: w chasydzkich sztrejmlach30, aksamitnych czapeczkach, z małymi daszkami, kapelusze i gołe głowy nowoczesnych. Są też wegetarianie i entuzjaści natury. Patrzcie, ile tu ludzi – cała Warszawa. Jarmułki na głowach chasydów – takie, jak u tych z dworca kolejowego w Wiedniu, żegnających swego rebego udającego się do wód; kapelusze i gołe głowy – jak na bundowskim pochodzie pierwszomajowym. Tragarze z Krochmalnej i Grzybowa ze sznurami na plecach, z zębami wybitymi w bójkach ulicznych, z przysięgą na ustach: „Połamię Hitlerowi kości, przysięgam! Flaki mu wypruję z brzucha!”, i spokojny, pobożny Żyd, wyznawca cadyka sochaczewskiego, z wykrzywionymi ustami i krzaczastą brodą, który stojąc, kiwa się tak, jakby się modlił u swojego rebego na dworze. Wszyscy są tutaj.

A oto kobiety. Popatrzcie na nie. Jedne mają chustki naciągnięte na czoło, inne w staromodnych kapeluszach z piórami, jeszcze inne mają odkryte włosy; są chasydzkie atłasowe przepaski i bereciki prosto z Paryża. Idą kobiety ze stowarzyszenia „Strażników Szabatu” (szomrej szabes), które chodzą po podwórkach i zbierają chałki do rozdzielenia między biednych, idą też arystokratki z „Dobrotliwości – Towarzystwa dla Starozakonnych”31. Niektóre z nich trzymają dziecko na ręku, ubogie – przy piersi (to prostaczki, jak słusznie się domyślasz), inne – mówiąc na ucho – mają dziecko „w brzuchu”. Wszystkie są tutaj, wszystkie wypełniły gęsto ulice, wydaje się, że szpilki nawet nie da się wcisnąć.

Na sam koniec nadciągnęła kolumna w zdyscyplinowanych szeregach. Paradowali jak wojskowi – ale bez mundurów, półnadzy, ciała całe w ranach. Wstrzymajcie oddech, stójcie w milczeniu, z pochylonymi głowami nisko, do ziemi pokłońcie się świętym męczennikom, którzy maszerują tu przed wami. Generał [Michał] Klepfisz32 idzie przodem, przed nimi – zamiast medalu ma noszoną ze skromnością i dumą ranę w sercu od niemieckiej kuli, zakrzepłą jak moneta z krwi. W dłoni trzyma rewolwer i tak prowadzi maszerujących. Z lewej i z prawej jego strony idą generałowie-adiutanci: Szlojmele z „Haszomer Hacair” i rudy Icyk, bolszewik. Znałem ich obydwu. Nie byli, podobnie jak bundowiec Klepfisz, Szlojmele i Icyk, proletariuszami, lecz chłopcami z „dobrych domów”. O rodzinach, z których się wywodzą, napiszę kiedy indziej. Teraz pozwólcie, abym opowiedział o tej paradzie, której przewodzą.

Przed nimi niesiona jest chorągiew, która na płonącym dachu do ostatniej chwili łopotała niebieską i białą barwą. Dziurawa od kul, porwana na pasy, poplamiona krwią, a teraz łopocze dumnie, pełna chwały, żadna wroga ręka jej nie tknęła. Powiewała aż do ostatniego tchnienia powstańców. A kiedy Niemiec się do niej zbliżył, Jekl kamasznik z młodzieżowego Bundu złapał ją i przycisnął do swej zakrwawionej piersi i skoczył razem z nią w ogień...

Teraz towarzyszy chorągwi: on, Jekl kamasznik z młodzieżowego Bundu, z ciałem poranionym, z głową w bandażach. Z obu jego stron uroczysty poczet sztandarowy: chaluca33 Nechama i komunista Borensztejn.

Chaluca Nechama dodawała pozostałym otuchy okrzykiem: Am Israel chaj34. Gdy kończyła się amunicja i towarzysze leżeli w kałużach krwi, jej Am Israel chaj było jak wskrzeszanie umarłych.

Borensztejn, pseudonim „Wicher”35, chudy, blady, jakby wysuszony młodzieniec, niczym burza pędził między szeregi niemieckie. Jak duch, jak cień prześlizgiwał się przez bramy, szmuglując broń i amunicję do getta. Pewnego razu jednak Niemcy go pojmali i z jego ciała zrobili istne rzeszoto. Teraz opatrzył wszystkie swoje rany i ze zwycięskim uśmiechem kroczy w poczcie sztandarowym, lekko utykając. Wszystkie rany zadane mu przez Niemców się zabliźniły, lecz pozostał „ku pamięci” uraz nogi, którego nabawił się przed wojną, gdy był więziony w obozie, w Polsce przedwojennej, jako „żydowski bolszewik”...

Tak zjednoczeni – syjoniści, bundowcy, komuniści – wokół żydowskiej flagi podczas rzezi w getcie, maszerują teraz po kartach historii żydowskiej już pośmiertnie. Przestroga na dziś, otucha na przyszłość.

Męczennicy-bohaterowie idą jak przywódcy, rzędami, w takim porządku, w jakim walczyli, w kryjówkach, w zapadlinach, w piwnicach i z dachów. Syjonista, bundowiec, komunista i pobożny Żyd, chasyd i „Niemiaszek” [asymilator – B.Sz.-Cz.] – tłumnie, a wszyscy naznaczeni są piętnem śmierci al kidusz haSzem36 przez aniołów Bożych. Każdy jest odznaczony dziurami po kulach niemieckich, które przeszły przez ich ciała. Wszystkie te rany krwawią. Syjoniści, bundowcy, komuniści – ich krew jest taka sama, żydowska krew. Przelana przez jednego zbrodniarza. Ofiara jest jedna, wróg jest jeden, pomsta jest jedna, zbawienie jest jedno, wyzwolenie jest jedno, krzywda jest jedna, przeszłość jest jedna i przyszłość jest jedna: am Israel chaj!

Tuż za nimi kroczy samotnie żydowska matka. Smukła, otulona czarną chustą, trzyma martwe dziecko w ramionach, a spomiędzy fałd tej czarnej chusty wydobywa się jej głos, cienki i cichy jakby gołąbka lamentowała do siebie samej. Podobnie jak matka Rachela, skarży się Stwórcy wszechświata. Ma do powiedzenia tylko jedno: „Praojca Abrahama wystawiłeś tylko na próbę, lecz ode mnie przyjąłeś całą ofiarę”. I tylko te słowa wyrzekła.

Na tym zakończył się marsz martwych, a rozpoczął się marsz żywych.

* * *

Raptem wszyscy zniknęli. To było jak sen, który się przyśnił. Zniknęły delegacje, zatarło się morze głów, jakby ich nigdy nie było. Wszyscy warszawscy Żydzi ulecieli do nieba, uwalniając ziemię.

W powietrzu unosiła się cisza. Słychać było tylko pojedyncze uderzenia dzwonów w rytm Chopinowskiego marsza. Te dźwięki były jak echo kroków armii wyzwoleńczych.

Nagle z bocznej uliczki wynurzyła się niewielka grupka ludzi o płomiennych oczach, z chorymi dziećmi na rękach lub za rękę; sami ojcowie, młodzi i starsi, część z karabinami zarzuconymi na ramię, z rozwichrzonymi włosami, skołtunionymi brodami; krwawe strzępy ciał wyzierały z łachmanów, ich bose, przewiązane szmatami nogi, były poranione o kamienie. Dzieci wlokące się za rodzicami wyglądały jak dzikie zwierzątka. Spoglądały dokoła spłoszonymi oczami, jak gdyby nadal się bały, że ktoś je wyśledzi.

Ta grupa wystraszonych ludzi, jakby wykopanych z grobów, też się rozglądała, wyciągając przed siebie drżące dłonie do maszerujących żołnierzy.

Wszystko zamilkło i wszystko znieruchomiało. Muzyka też zamilkła, dzwony kościelne przestały dzwonić. Generał galopujący na czele na białym koniu wydał komendę i pochód się zatrzymał. Garstka Polaków, która stała na paru zakrwawionych ulicach, usunęła się, by zrobić miejsce grupie chorych, rannych ludzi w łachmanach, z przerażeniem w oczach, szepcząc między sobą:

– To ta resztka warszawskich Żydów.

Generał na czele pochodu zsiadł z konia i głęboko się skłonił tym zakrwawionym ludziom.

– Chylę przed wami czoło – powiedział – przed żydowskimi męczennikami z Polski. Złożyliście największą ofiarę, ale też jesteście największymi bohaterami w wojnie Hitlera. Waszą wytrwałością, wytrzymałością zwyciężyliście w tej wojnie.

Po nim podeszli generałowie innych armii, polskich armii. Oni także schyliło czoło przed Żydami, mówiąc:

– Warszawa będzie żyła z wami. Bez Żydów nie ma Warszawy. Prowadźcie dalej!

I naraz dał się słyszeć głos. To był głos trzech milionów Żydów polskich. Z niewidzialnych sfer ten głos spłynął na ziemię, głos całej ludności żydowskiej mieszkającej w Polsce, wszystkich rabinów, „gute Jidn”37, pisarzy, działaczy, złodziei, „twardzieli”, zwyczajnych Żydów, chasydów, komunistów, bundowców, syjonistów, wszystkich kobiet i dzieci, którzy zginęli męczeńską śmiercią, poprzez „cztery rodzaje śmierci” (arba mitot)38zadane przez Hitlera. Głos zawołał:

„Żydzi z Polski, w waszą krew wpleciona jest tysiącletnia historia żydowska. W waszych sercach bije puls całych pokoleń uczonych w Piśmie, rabinów, pisarzy, przywódców. Żydowski los od was zależy Jesteście resztką nas wszystkich. Musicie żyć. Będziecie żyć, a w was żyjemy i my!”

I dał się słyszeć odzew nieznanych głosów, setek tysięcy i milionów zamęczonych Polaków, którzy wołali do Żydów:

„Żydzi z Polski, jesteśmy zasmuceni dawną Polską, bez was nie ma Polski. Żyjcie wśród nas nadal!”

Szalom Asz, Der brenendiker dorn, Nowy Jork 1946, s. 271-285.
książka dostępna pod adresem: http://ia700301.us.archive.org/18/items/nybc200662/nybc200662.pdf
Tłumaczyła z jidysz: Bella Szwarcman-Czarnota

1 Arbe kanfes (hebr./jid., cztery rogi, zwane też talit katan) – mały tałes, szal modlitewny, zakładany pod wierzchnią odzieżą, spod której wystają jedynie frędzle. [↑]

2 Sanatorium Dziecka im. Włodzimierza Medema – pozostające w orbicie wpływów Bundu sanatorium dziecięce w Miedzeszynie. Pacjentami sanatorium zostawały dzieci tylko z lekkimi, wyselekcjonowanymi postaciami gruźlicy, głównie w jej początkowym stadium. W latach 1926-1939 r. w miedzeszyńskim sanatorium leczyło się ok. 8 tys. dzieci, z czego 85 proc. pochodziło z najbiedniejszych warstw społeczeństwa, a około 20% pochodziło z mniejszych miejscowości. [↑]

3 „Di Szwue” (hebr./jid. „Przysięga”) - hymn Bundu, do słów Sz. An-skiego. [↑]

4 Chodzi o bardzo niegdyś popularną piosenkę Lea Kopfa do słów Bialika: Unter di grininke bejmalach, szpiln zich Mojszelech, Szlojmelach (jid., pod zielonymi drzewkami bawią się mali chłopcy). Chłopcy mają ciała leciutkie jak piórka, słoma czy dym, tak że byle wiaterek może ich unieść w powietrze. [↑]

5 dajan (hebr.) - sędzia sądu rabinackiego. [↑]

6 Jid haKadosz (hebr./jid., Święty Żyd) – Jaakow Icchak ben Aszer (1766-1814), cadyk z Przysuchy. [↑]

7 gabaj (hebr./jid.) – funkcjonariusz synagogi; administrator wybierany przez członków społeczności. [↑]

8 szames (hebr./jid.) – woźny, posługacz w synagodze. [↑]

9 tefilin (hebr.) – dwa skórzane pudełeczka (jedno na czoło, drugie na lewą rękę) zakładane przez mężczyzn w czasie modlitwy; inaczej: filakterie. [↑]

10 Szechina (hebr.) – obecność Boga w świecie, według kabalistów – żeński aspekt Boga. [↑]

11 Menachem Mendel Bejlis – fałszywie oskarżony o popełnienie mordu rytualnego; proces odbył się w 1913 roku w Kijowie. Bejlis został uniewinniony. [↑]

12 Instytut Nauk Judaistycznych w Warszawie – powstał w 1928 r. jako dryga po JIWO żydowska placówka naukowa w Polsce. Wśród wykładowców byli: M. Bałaban, E. Stein, I. Schiper, M. Tauber, M. Braude. [↑]

13 Wielka Synagoga (zw. też „synagogą niemiecką”) przy ul. Tłomackie 7, otwarta w 1878 r., była symbolem judaizmu postępowego. [↑]

14 Ari sze-be-chawura (hebr., dosł. lew grupy) – wybijający się członek jakiejś wybitnej grupy. [↑]

15 kadosz we-tachor (hebr.) – święty i czysty. [↑]

16 Hilel Cajtlin (Korma 1871 – Warszawa 1942) – pisarz i publicysta, piszący w jidysz i po hebrajsku, redaktor dziennika "Der Moment". [↑]

17 Sefer haZohar (hebr., Księga blasku) – podstawowe dzieło mistyki żydowskiej, które powstało lub zostało zredagowane pod koniec XIII w. w Hiszpanii. [↑]

18 Majer Bałaban (1877–1942) – historyk, pedagog. Był rektorem Seminarium Rabinackiego „Tachkemoni” (1920–1930), a także profesorem UW (od 1935 r.) oraz wykładowcą Instytutu Nauk Judaistycznych i Wolnej Wszechnicy Polskiej. Należał do założycieli i członków zarządu Towarzystwa Przyjaciół Uniwersytetu Hebrajskiego. W getcie formalnie pełnił funkcję kierownika Wydziału Spraw Metrykalnych i Archiwum Głównego Gminy. Według E. Ringelbluma, zmarł 24 grudnia 1942 r. [↑]

19 Icchak (Ignacy) Schiper (1884–1943) – prawnik, historyk, poseł do Sejmu Ustawodawczego i Sejmu RP I kadencji. Studiował prawo na UJ i – przez krótki czas – w Wiedniu. Doktoryzował się na UJ w 1907. Był działaczem syjonistyczny, docentem Instytutu Nauk Judaistycznych. [↑]

20 Icchak Grünbaum (1879–1970) – przywódca syjonistyczny, publicysta, historyk; poseł na Sejm (1919-1933), współtwórca Bloku Mniejszości Narodowych, w 1933 r. wyjechał do Palestyny. Był pierwszym ministrem spraw wewnętrznych Państwa Izrael. [↑]

21 Edmund Stein (ok.1893 – 1943), wybitny uczony i tłumacz, podczas wojny w getcie warszawskim, aktywny w kulturalnej organizacji „Tkuma”. Gdy jego rodzina znalazła się w Treblince, nie chciał skorzystać z kryjówki po stronie aryjskiej, jaką mu oferowano. Zginął w Majdanku. [↑]

22 Właśc. Mosze Josef Diksztejn (1889–1940?) – krytyk i edytor, bardziej znany pod innym pseudonimem – M. Vanvild. [↑]

23 Icyk Fefer (1900– 1952) – poeta, komunista. Został zamordowany przez Stalina 12 sierpnia 1952 r. wraz z innymi pisarzami, członkami Żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego. [↑]

24 Jom Kipur (hebr., Dzień Pojednania) – dzień pokuty i postu; jedyny nakazany przez Torę post, obchodzony jesienią; uznawany za najważniejszy i najbardziej uroczysty dzień roku w kalendarzu żydowskim. [↑]

25 „HaCefira” (hebr., Jutrzenka) – dziennik w języku hebrajskim, w późniejszych latach, pod redakcją Nachuma Sokołowa, o nastawieniu syjonistycznym. [↑]

26 Bund (właśc. Ogólnożydowski Związek Robotniczy „Bund” na Litwie, w Polsce i w Rosji) – najliczniejsza i najsilniejsza żydowska partia robotnicza w Polsce w okresie międzywojennym, utworzona w 1897 r. w Wilnie. [↑]

27 Poalej Cyjon (hebr., Robotnicy Syjonu) – ruch robotniczy łączący w swojej ideologii hasła syjonistyczne i socjalistyczne, opierający się przede wszystkim na żydowskim proletariacie. [↑]

28 HaSzomer haCair (hebr., Młody Strażnik) – lewicowa młodzieżowa organizacja syjonistyczna, wychowująca młodych ludzi na pionierów, mających tworzyć podwaliny „żydowskiego domu narodowego” w Palestynie. [↑]

29 Właśc. Jakub Witkin – polityk, działacz Poalej Syjon-Lewicy, członek zarządu Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie oraz CISZO (Centralnej Żydowskiej Organizacji Szkolnej). [↑]

30 sztrejml (jid.) - lisia czapa noszona przez ortodoksów zwłaszcza w szabat i święta. [↑]

31 W oryginale po polsku. [↑]

32 Michał Klepfisz (1913–1943) – działacz Bundu, członek Żydowskiej Organizacji Bojowej, zginął bohaterską śmiercią w drugim dniu powstania w getcie warszawskim, zasłaniając swoim ciałem karabin maszynowy, aby jego towarzysze mogli przejść. [↑]

33 chaluca (hebr.) – pionierka, osadniczka, członkini organizacji przygotowującej młodzież do życia w Palestynie. [↑]

34 Am Israel chaj! (hebr.) – naród Izraela żyje! [↑]

35 W oryginale po polsku. [↑]

36 al kidusz Haszem (hebr., dosł., dla uświęcenia Imienia Bożego) – męczeńska śmierć. [↑]

37 „gute Jidn” (jid., dosł., „dobrzy żydzi”) – tradycyjne określenie cadyków, cudotwórców, ludzi opromienionych świętością. [↑]

38 arba mitot (hebr.) – cztery rodzaje surowych kar przewidzianych przez żydowskie prawo religijne, tu w znaczeniu najokrutniejszych rodzajów śmierci. [↑]

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 62 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3724785
UA-28053597-1