Zajazd na Bonifraterskiej !

Bonifraterska to dla Żydów z prowincji brama Warszawy; wąziutka uliczka, na której nie zmieszczą się obok siebie dwie furmanki. Ulica wybrukowana jest ostrymi kamieniami, a wozy podskakują na nich z łoskotem.

– Czy to już Bonifraterska? – z furmanki przykrytej plandeką wychyna broda zmarniałego Żyda spedytora, wysyłanego do miasta przez małomiasteczkowych kramarzy. – Bonifraterska? – z furmanki wygląda para wystraszonych oczu, należą do młodej dziewczyny, która pierwszy raz przyjechała do wielkiego miasta szukać pracy jako krawcowa, szwaczka albo służąca. – Bonifraterska? I co dalej? – martwi się chłopak, który szuka dobrego interesu, a w miasteczku nie mógł się przebić. – Bonifraterska? – pyta kobieta. Jak dostanie się do lekarza, profesora, do którego specjalnie przyjechała? Jak się z nim porozumie po polsku? Jak opowie o wszystkich swoich dolegliwościach?

Bonifraterska, Bonifraterska, brama Warszawy. Przyprawia niemal wszystkich pasażerów o zawrót głowy.

Czy dostanie jeszcze kredyt – rozmyśla handlarz – po tym, jak nie zapłacił weksla? Czy kupiec zgodzi się na prolongatę i da mu towar, z którym będzie mógł jeździć po targach?

Czy przebiję się w wielkim mieście, mieście pisarzy? – martwi się młodzieniec. – Czy poznają się na jego talencie? Ileż nadziei i nieprzespanych nocy znajduje się w paczce pełnej papierów, rękopisów, które powstały w ciągu ostatniego roku?

Bonifraterska. Na razie nie widać jeszcze Warszawy, prawdziwego wielkiego miasta. Ulica jest wąska, domy niskie. Jeszcze nie widać goniących i dzwoniących furmanek, zaprzężonych w chude, wymęczone szkapy.

Świt. Niebo jest jeszcze granatowe, a na ulicy już słychać zaspane "hej" małomiasteczkowego woźnicy. – Hej kasztan, a żebyś zdechł, no rusz się!

Jeden z domów ma zakratowane okna, dochodzą stamtąd krzyki i dziki śmiech, który wprowadza otoczenie w posępny nastrój. Ha, ha, ha, he, hi, hi, hi. Mieści się tam dom wariatów. Za kratami okien wychodzących na ulicę pokazują się chorzy, wystawiają języki, śmieją się, krzyczą, robią sceny, wprawiając w zdumienie i tak już zdezorientowanych prowincjuszy.

– Hej, kasztan! – furman chce ich przekrzyczeć – rusz się, a żebyś zdechł, przebieraj nogami, jeszcze tylko kilka kroków i będziemy w zajeździe.

"Zajazd" ma dwie drewniane bramy, które wiszą smutno i bezużytecznie na ogromnych zardzewiałych zawiasach. Po co je zawieszono, skoro ani razu się jeszcze nie zamknęły ani nie otworzyły? Bramy zajazdu nigdy się nie zamyka. Ciągle panuje tam ruch, ludzie wchodzą i wychodzą, woźnice wjeżdżają i wyjeżdżają, zaczepiają o siebie hołoblami, klną na czym świat stoi, po czym godzą się. Ot stoją dwie sczepione ze sobą furmanki, a woźnice próbują je rozdzielić.

Wozy i furmanki, do zajazdu ciągnie sznur pojazdów. Przedostawszy się przez wąską bramę, wjeżdżają na duże podwórko zasypane słomą, sianem, sieczką i owsem. Leżą tam resztki rozmaitego końskiej paszy, nagromadzone przez wiele dni, a nawet długich tygodni bądź lat.

Z wozów schodzą mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, z koszami wypakowanymi towarami na sprzedaż: drób, masło, jajka – małomiasteczkowy towar, zakupiony po wsiach od chłopów; chłopskie płótno, wełna i skórki. Pierze darte i zwykłe, które handlarze i handlarki przywieźli na potrzeby wielkiego miasta Warszawy. Schodzą z furmanek także ludzie z pustymi koszykami, workami i walizami, którzy zamierzają dopiero kupić towar. Gramolą się małomiasteczkowi kramarze, bladzi i wymęczeni, którzy tułają się po kraju, od wsi do wsi, ze swymi przenośnymi "kramami" na plecach – paczkami drukowanej bawełny, kretonu i flaneli; z gotowym towarem – koszulami, rubaszkami, płóciennymi spodniami, butami i chłopską bielizną.

Oto prowincjusz prowadzi za rękę wystraszonego chłopaczka z długimi pejsami. Przywiózł syna do jesziwy albo do znajomego kupca jako chłopca na posyłki, tam z czasem wyrośnie na ludzi.

Idzie też chłopak targany wątpliwościami, w przymałym płaszczyku i za krótkich spodniach. Nie pytajcie go, broń Boże, po co przyjechał. Jest blady, wystraszony i sam nie wie, co z sobą począć. W tłumie przeciska się też dziewczyna, choć jest z prowincji, nie da sobie w kaszę dmuchać. Idzie pewnym krokiem i rzuca chłopakowi drwiące spojrzenie.

Oto idzie inna dziewczyna, ubrana w granatową sukienkę z marynarskim kołnierzem. Warkocz ma związany szeroką wstążką. Jeszcze jest dzieckiem, a już sama opuściła dom. Co będzie robić w wielkim mieście? Ona już wie – w dzień będzie pracować przy książkach, w księgarni albo bibliotece, a wieczorami będzie się uczyć. Jest pełna nadziei i obaw zarazem; ma jednak wyznaczony cel. Wie, że przyjdzie jej się bardzo natrudzić, że nie będzie miała gdzie mieszkać ani co zjeść. Nie ma jednak rady, nie mogła zostać w domu. Ojciec umarł i zostawił ośmioro dzieci, w większości młodszych od niej.

Do miasta, do Warszawy; pierwszy etap – Bonifraterska i "zajazd".

Na podwórku pełno fur, pełno ludzi – pasażerów, furmanów, małomiasteczkowych woźniców i pośredników.

– Młody człowieku, szukacie mieszkania? – krzyczy kobieta – Mam dla was samodzielne mieszkanie.

Oczywiście, chłopak potrzebuje mieszkania, musi w końcu gdzieś głowę przytulić, ale dźwięk słowa "mieszkanie" napawa go lękiem. Maca w kieszeni swoje marne pięć złotych, które zebrał z wielkim trudem. Jak może więc marzyć o mieszkaniu?

Kobieta proponująca mieszkanie czyta mu w myślach. Zna przyjezdnych nie od dziś. Ona sama zarabia na proponowaniu takim młodym ludziom "mieszkań", to znaczy łóżka (albo nawet kawałka łóżka) w kącie jej własnej, jedynej izby na poddaszu. Dobrze wie, że chłopak nie szuka mieszkania, ale zwykło się po prostu mówić "mieszkanie". Chodzi o dach nad głową, kąt, wiązkę słomy na podłodze. Nawet pies potrzebuje własnego kąta. Bardziej przejmuje się losem biednego chłopaczka, niż własnym zarobkiem. Ciągnie go za sobą i poucza: "To przecież nie koniec świata, wstyd, żeby młody człowiek był tak zatroskany". Chłopak idzie za nią trochę bardziej radosny. Zostanie warszawiakiem.

– Panienko, mam dla was posadę – krzyczy od razu kobieta w chustce na głowie – Mam dla was wspaniałą posadę w bogatym domu. Będzie wam tam dobrze, nie będziecie sobie szkodować.

Dziewczyna waha się, chciała zostać krawcową.

– Co tak nosa zadzierasz – pośredniczka wnet przechodzi na "ty" – myślisz, że wszędzie spotka cię takie szczęście? Nie chcesz, to nie. Człowiek chce jej zrobić przysługę, zaopiekować się jak własnym dzieckiem, a ona myśli, że jest nie wiadomo co.

Pośredniczka widzi, że dziewczyna nie ma wyboru i będzie w końcu musiała z nią pójść. Odchodzi udając obrażoną. Dziewczyna stoi przez chwilę i rozmyśla, po chwili biegnie za kobietą, żałując, że odmówiła. Jeszcze ją zgubi, a wtedy, gdzie się podzieje w wielkim mieście? Dogania kobietę i idzie z nią w miasto, rozmyślając już o nowej posadzie u bogatej rodziny, przy której "nie będzie sobie szkodować"…

Dwaj chasydzi idą pod rękę i kontynuują dyskusję talmudyczną, której nie dokończyli w drodze. Ludzie ich potrącają, ale oni nie zwracają na to uwagi.

Spedytorzy i kupcy biegną do swoich spraw; chcą na chwilkę wpaść do bóżnicy na modlitwę i zaraz zabrać się za interesy. Ojciec bierze na bok syna, przykazuje mu szacunek i poucza, jak ma się zachowywać u kupca, u którego chce go "zatrudnić".

Kobiety słabego zdrowia szukają miejscowych niewiast, by móc "wylać wszystkie żale" i dowiedzieć się o lekarza "specjalistę". Furmani wyprzęgają konie. Ustawiają je łbami do fury i nasypują im owsa. Obsługa zajazdu chodzi z kwitkami i zbiera "postojowe".

Z komina pobliskiego domu unosi się przyjemny zapach. Mieści się tam gospoda. Wchodzący czują na twarzach gęstą parę, a zapach świeżej zupy pobudza apetyt. Przy stolikach rozsiedli się goście – woźnice, drobni kupcy, spedytorzy. Siorbią krupę, zagryzając świeżą, chrupiącą bułką. Woźnice popijają sobie coś mocniejszego. Wokół gości kręci się gospodyni, nie za wysoka, pogodna kobieta w średnim wieku. Pomaga jej kilka córek, roześmianych, ładnie ubranych dziewcząt. Przy stolikach siedzą młodzi ludzie – dziewczęta i chłopcy z miasteczek – ze spuszczonym nieśmiało wzrokiem. To narzeczeni albo po prostu młodzi ludzie, którzy wybrali się do Warszawy miło spędzić czas i nie wiedzą, od czego zacząć. Siedzą nieco onieśmieleni, trochę podekscytowani wizją wielkomiejskich atrakcji. W gospodzie znajdują się też młodzi ludzie, którzy przyjechali z rozmaitych miejsc na "widzenie"1. Chcą tu tylko coś przekąsić, by potem udać się dalej na szersze, cichsze ulice – Długą, Miodową – i spokojnie porozmawiać. Z nimi pójdą ojcowie oraz matki, aby – bacząc na każdy ruch młodej pary – rozmyślać: uda się, czy się nie uda?

Przy jednym ze stolików pośród starszych kobiet siedzi młoda dziewczyna; przyjechała z matką kupić u Rubele Ratenberga wyprawę ślubną. Tak, jak postanowiono przy zaręczynach, towarzyszy im matka pana młodego. Przyjechała dopilnować, by rzeczy zostały zakupione zgodnie z umową.

Przy innym stoliku młodzieniec z zaczątkami brody, a wokół niego starsi chasydzi. Przyjechali kupić sztrajml2 dla pana młodego. Nigdzie się nie spieszą, siedzą sobie spokojnie, opowiadają historie o rebem i mądrze rozprawiają o Torze, dopóki woźnica przy sąsiednim stole, mocno już podpity, nie zacznie przeklinać. Chasydzi starają się mówić głośniej, by nie słyszeć grubiańskich odzywek furmana. Kiedy i to nie pomaga, wychodzą z gospody.

Z ulicy zaczynają wchodzić chłopcy z paczkami towaru zakupionego przez kupców i spedytorów. Właścicielka gospody sama zamienia się w spedytorkę, bierze paczki i układa w stosy, osobno dla każdego kupca. Od czasu do czasu pojawiają się sami zainteresowani, sprawdzić, czego jeszcze nie dostarczono.

Wieczorami panuje tu wielki rozgardiasz. Ludzie zbierają paczki i szykują się do drogi. Woźnice zabierają koniom worki z owsem i zaprzęgają do wozów, ładują towar, poganiając pasażerów. Prowincjusze pakują się z powrotem do fur – kupcy, zmęczeni i zmarnowani wielodniową bieganiną, podczas której nie było czasu na jedzenie i spanie. Przychodzą przyszłe panny młode, zarumienione i zadowolone – spodobały się. Przychodzą dziewczęta strapione i postarzałe – znów się nie udało. Teściowe gratulują sobie nawzajem – kupiły wszystko zgodnie z planem i jeszcze prezent dla pana młodego. Inne teściowe gniewają się – nie podoba im się zakupiona wyprawa.

Jedzie zadowolony pan młody ze sztrajmlem pod pachą. Powoli idzie też kobieta z garścią buteleczek z lekarstwami, zapisanymi przez doktora; jedna z nich jest od dobrego przyjaciela, to drogie lekarstwo na wszelkie dolegliwości, "receptura Sołowiejczyka".

Ludzie pchają się do i tak już pełnej fury. Wszyscy pasażerowie są zadowoleni, że już wracają. Zmęczyli się przez tych kilka dni w Warszawie i nie mogą zrozumieć, jak inni mogą całe życie mieszkać w mieście, w którym trzeba się tak "męczyć". Nie wytrzymaliby tego. Dziękują Bogu, że stworzył ciche, małe miasteczka, gdzie ludzie żyją spokojnie, z dala od wielkomiejskiego zgiełku.

– Borech sze-potrani3– woła kobieta, gdy tylko wóz rusza z miejsca. Tylko młodzi są niezadowoleni. W Warszawie jest tyle do zobaczenia, a oni nie zdążyli prawie niczego zwiedzić. Biegali tylko od sklepu do sklepu. Po ślubie, obiecują sobie, znów tu przyjadą.

Tuż przed świętami zajazd wygląda zupełnie inaczej. Tym razem fury z prowincji nie przywiozły żadnych pasażerów. Któż wyjeżdżałby z domu w przeddzień święta? Wozy przyjechały puste, by zabrać pasażerów z Warszawy. Pojawili się podróżni, którzy przyjechali do stolicy jakiś czas temu i już zostali, "urządzili się". Wynajęli pół łóżka na strychu lub w suterenie na Miłej, Wołyńskiej czy Niskiej, znaleźli sobie "pracownię", gdzie pracowali dla kogoś i byli w gruncie rzeczy bardziej bezrobotni niż zatrudnieni. Przebiedowali cały rok, odkładając każdy grosz, by móc wrócić do domu "jak człowiek". Już wyobrażają sobie zdumienie swatów. Wszyscy będą podziwiać, jak szybko "dorobili się" w mieście. Ci, którzy zostali w miasteczku będą pękać z zazdrości. Dziewczęta na ulicy będą się czerwienić i kłaniać na ich widok. Przez cały rok marzyli o świętach spędzonych w domu, które wynagrodzą im pieskie życie w wielkim mieście.

Pocieszała się też dziewczyna, służąca w pańskim domu: jak tylko przyjdą święta, dostanie kilka dni wolnego, wystroi się w nowy kapelusz i palto, które kupiła na Wałowej za ostatnie uzbierane pieniądze, przyjedzie do miasteczka, wyjdzie na spacer i nikomu nie powie, że jest służącą. Wszyscy będą się za nią oglądać i podziwiać "warszawską damę".

Do domu wraca też dziewczyna z warkoczami, która wyrosła już prawie na "mademoiselle". Udało się jej. Rzeczywiście pracuje w księgarni a do tego uczy się księgowości. Jedzie do domu, snując plany: po świętach zabierze do Warszawy jedną siostrę, a potem drugą; powoli przeniesie się cała rodzina wraz z matką, wszyscy staną się warszawiakami.

Przedświąteczni pasażerowie w dobrych nastrojach gromadzą się w zajeździe. Wstępują do gospody i radość staje się jeszcze większa – ich marzenia zaczynają się spełniać. Właścicielka rozpoznaje ich – rozpoznaje wszystkich, którzy przewijają się przez jej gospodę – i komplementuje. "Ależ Pan pięknie wygląda" – woła i poklepuje po ramieniu. – "To czysta przyjemność na Pana patrzeć". Nie zwraca się już per "ty", jak wtedy, gdy przyjechali.

– Pani mówi poważnie? – pasażer upewnia się, czy aby nikt sobie z niego nie dworuje.
– Dlaczegóż miałabym nie mówić poważnie? Oby trafił mi się taki narzeczony dla mojej własnej córki. – odpowiada właścicielka bardziej serio niż żartem.

Podróżny ukontentowany takim komplementem zaprasza swoich współpasażerów do bufetu, "funduje" ciastko, szklankę wody sodowej z sokiem, a czasem nawet macę z kiełbasą i szklankę "bawarskiego" piwa.

Ludzie zwracają się do siebie per "proszę pana" i "proszę pani", rozmawiają o przeczytanych książkach wypożyczonych z czytelni Breslera i opowiadają o sztukach, które obejrzeli w żydowskich teatrach.

Prawdziwe powitanie czeka ich jednak dopiero ze strony woźniców, tych samych, którzy przywożąc ich do miasta nie szczędzili złośliwości. – No już, właź z tym tłumokiem i spuszczaj nogi – komenderowali wówczas pasażerami i kazali sobie płacić z góry. Teraz wycierają siedzenia połami własnych kapot i zacinają się, nie wiedząc, jak zwracać się do gości – dawnym "ty", a może wielkomiejskim "pan".

– Nie poznajecie? – podróżni gromadzą się wokół woźnicy.
– Jakże miałbym cię nie poznać, Pan jest synem Chaima, niech Pan siada, wybaczcie.
– Ha, córka Sławy – wykrzykuje drugi woźnica – bez uroku, wyrosła na "mamzl"4. Panienka składa usteczka i wypytuje o jego rodzinę. – Jak się miewa Pańska córka? – chce brzmieć jak najbardziej z niemiecka. – Niedobrze, że siedzi w miasteczku i boi się stamtąd ruszyć – wzdycha woźnica. – Też mogłaby być taką "hrabianką", jak Pani. Ludzie mają szczęście, jeśli trafią im się porządne dzieci.

Ludzie wsiadają, rozsiadają się na ławkach, trzymając na kolanach paczki z prezentami dla rodziny. Niejeden wydał na nie ostatnie pieniądze i teraz siedzi niespokojny, zastanawiając się, skąd weźmie na podróż powrotną do Warszawy.

Tuż przed wojną przestały przyjeżdżać wozy. Zastąpiły je autobusy, które zaczęły kursować między Warszawą a dziesiątkami mniejszych miast w całej Polsce. Z zajazdu zniknął zapach koni i zgniłej sieczki. Pojawił się za to zapach benzyny. Zmienił się też wygląd zajazdu i jego nazwa. Teraz była to "stacja autobusowa". Nie zmienili się jednak pasażerowie, Żydzi z prowincji – z niezliczonych polsko-żydowskich miasteczek – którym kręciło się w głowie na dźwięk słów: Warszawa, ulica Bonifraterska!

Źródło: Jidisz‐Warsze, Central‐farband fun pojlisze jidn in Argentine, Buenos Aires 1954, s. 11‐20. spacerTłum. Aleksandra Geller

1 Zeechc (jid.) – tradycyjne spotkanie młodych ludzi, których rodziny chcą wyswatać; odbywa się zwykle w gronie rodzinnym, jeszcze przed oficjalnymi zaręczynami.

2Sztrajml (jid.) – przypominająca kołpak, okrągła czapa obszyta futrem; noszona przez chasydów.

3 Borech sze-potrani (hebr.) – "Błogosławiony niech będzie Bóg, który mnie uwolnił".

4 Zniekształcone "mademoiselle".

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 67 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3643769
UA-28053597-1