Żydowska Wisła

Idąc do końca Franciszkańską i przechodząc przez ulicę Rybaki, dochodziło się do Kamiennych Schodków. Schodząc po dwudziestu kamiennych stopniach, już było się nad brzegiem Wisły.

Wody Wisły przepływały wzdłuż całego miasta, jednak nie wszędzie rzeka wyglądała tak samo. Różniły się zwłaszcza poszczególne odcinki wybrzeża.

Przy "tamtych" ulicach – chrześcijańsko-arystokratycznych – wybrzeże było wypielęgnowane i strojne. Od bogatej Alei 3-go Maja odchodził szeroki, piękny most Poniatowskiego. Pod mostem znajdowały się stadiony, plaże, kawiarnie i letnie sale taneczne. Ciągnęły się tam aleje, piękne parki i planty, a młodzi mężczyźni i kobiety pływali na łódkach i kajakach.

W tych okolicach rzadko spotykało się Żydów. Przychodzili tam zwykle nie‐Żydzi oraz żydowscy inteligenci. Nawet przy moście Kierbedzia, który prowadził na Pragę, Wisła wciąż wyglądała jak strojna panna. Panowało tam nieustanne zamieszanie, przypływały i odpływały statki "Vistuli"1 wypakowane towarami i ludźmi, podjeżdżały wozy i samochody. Tragarze kręcili się z ciężkimi ładunkami, pakami i workami. Mimo to można tam było odetchnąć pełną piersią, świeżym wiślanym powietrzem i zielenią. Także tutaj wzdłuż zielonego wybrzeża ciągnęły się długie, wysadzane drzewami aleje, a na zacienionych ławkach wśród woni kwiatów młode zakochane pary wystawiały twarze do chłodnego wiaterku wiejącego od rzeki.

Na tym moście można już było spotkać Żydów. Korzystali z kąpielisk po praskiej stronie. Ten odcinek wybrzeża był już nieco bardziej swojski. Stamtąd jeździło się kolejką na trasę otwocką, na podwarszawskie letniska.

Okolica nie była jednak całkiem żydowska. Ojcowie przychodzili tu wprawdzie się kąpać, czasem zabierali dzieci, ale mimo wszystko nie była to żydowska Wisła. Żydowskie dzieci nie przychodziły tu same, a ich ojcowie także zaglądali tylko z rzadka.

Żydowska Wisła była dostępna na końcu Franciszkańskiej, przy Rybakach. To tam chodziło się w upalne piątki lub zwykłe wieczory w środku tygodnia po gorącym, rozżarzonym dniu. Przychodziło się samemu albo z towarzystwem. Pojawiali się tam mężczyźni w chasydzkich kapotach, z długimi brodami, pejsami i wystającymi cycesami2; przychodzili też Żydzi gładko ogoleni w kapeluszach i z leżakami. Kąpali się sami ojcowie lub ojcowie z dziećmi, z chłopcami w okrągłych myckach, spod których wystawały pejsy. Uczniowie chederów przybiegali popływać tam bez dorosłych.

Nad tym brzegiem nie było plant, nie rosły też żadne drzewa. Od Kamiennych Schodków do rzeki szło się po kostki w piasku. Dopiero kiedy człowiek miał go pełno w butach i poobcierał sobie pięty, czuł się dobrze. Tam było jak w domu, blisko Nalewek i Franciszkańskiej. Jednak nawet tam nie można było czuć się zupełnie swobodnie. Żydzi są przecież na wygnaniu, więc idąc nad Wisłę człowiek najadał się trochę strachu.

Najpierw był strach przed wyrostkami, których pełno kręciło się na Rybakach koło schodów. Nieraz zdarzało się, że ciągnęli jakiego żydowskiego uczniaka z pejsy, czasem nawet wpychali mu wieprzowinę do ust i, śmiejąc się, krzyczeli po żydowsku:

"Goj, meszumed, gefresn trejfes!".3

Z kolei nad samym brzegiem rzeki pracowali piaskarze – półnadzy, spaleni słońcem szajgece4

Wieczorami, kiedy chłopcy kończyli naukę w chederze i biegli nad rzekę, piaskarze już nie pracowali. Leżeli nad brzegiem i całowali się z grubymi, opalonymi dziewuchami. Na to lubieżne zachowanie musieli patrzeć dorośli Żydzi i chłopcy, gdy w letnie wieczory schodzili Franciszkańską nad Wisłę, aby cieszyć się chłodną wodą rzeki.

Docierając nad Wisłę, szli na tak zwane kąpieliska, które przypominały trochę mykwy, i otoczone byłe ze wszystkich stron drewnianymi ściankami. Tam spotykało się brodatych Żydów z pejsami i w jarmułkach. Mężczyźni czuli się całkiem swobodnie. Bawili się jak dzieci, robiąc różne sztuczki – kąpali się na leżąco, stojąco i siedząco. Pluskali się w wodzie, pływali na brzuchu i na plecach, pieskiem i żabką, udawali też wieloryby, wypuszczając z ust strumienie wody. Zapominali wówczas o wygnaniu, o którym przypominała ulica Rybaki.

Koniec Franciszkańskiej (bliżej Rybaków) wyglądał już mniej żydowsko. Cisza i spokój tej okolicy zapowiadały, że człowiek zbliżał się do Rybaków. Żydzi – dorośli i dzieci – zwykle zatrzymywali się tam i wkładali pod czapki długie, kręcone, sięgające szyi pejsy.

Osoby idące w pojedynkę czekały aż nadejdą inni Żydzi, żeby pójść gromadą. Wstydzili się okazywać strach, dlatego w czasie drogi opowiadali sobie o własnym i cudzym "bohaterstwie": jak to ktoś kiedyś sprał miejscowych wyrostków i nauczył ich moresu. Wciąż jednak oglądali się trwożnie za siebie i z ulgą docierali do kąpielisk, gdzie tędzy, spieczeni na raka właściciele witali wszystkich: "Dzień dobry, Mojsze".

Źródło: Jidisz‐Warsze, Central‐farband fun pojlisze jidn in Argentine, Buenos Aires 1954, s. 85-88. spacerTłum. Aleksandra Geller
1. Polska Żegluga Rzeczna "Vistula" – jeden z największych międzywojennych armatorów statków śródlądowych; rejsy pasażerskie odbywały się na trasie Sandomierz–Trójmiasto. [↑]
2. Cycyes (hebr./jid.) – cztery frędzle przywiązane do rogów tradycyjnej koszuli, noszonej przez Żydów na co dzień, zwanej tałes kutn (mały tałes). [↑]
3. "Goj, przechrzta, zżarł trefne!". [↑]
4. Szajgec (jid.) – chrześcijański chłopak; wyrostek. – którzy całymi dniami pływali w łódkach. Przywozili złoty piasek z Wisły i załadowywali na fury. [↑]

 

 

 

 

 

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 92 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3617146