Żydowskie podwórza

W czteropiętrowej, kamiennej skrzyni spoczywa stare żydowskie podwórze. Nikt nie pamięta, od kiedy mieszkają tutaj starzy warszawscy gospodarze. Prawie wszyscy urodzili się tutaj i najpierw ujrzeli gwarny żydowski Grzybów. Każdy zna mieszkanie swego sąsiada, a podczas uroczystości lub pogrzebów jedni odwiedzają drugich. Rozmawiają ze sobą wychyliwszy się z okien, poprzez drzwi, z balkonów – jak jedna wielka rodzina zebrana wokół stołu.
Wszystkie domy tej ulicy należą do starej warszawskiej, chasydzkiej arystokracji, a wszystkie mieszkania wynajęte zostały jeszcze u „starego” rabina. Rabin często zajeżdżał tutaj.
Wszyscy mieszkańcy podwórza mają swoje sklepy w okolicach Grzybowa. Sklepy są stare, zrujnowane, pokryte kurzem minionych polskich dziejów. Składy są ukryte w zaniedbanych podwórzach, za którymi spoczywają jeszcze obszary zielonych łąk, pamiętające czasy Powstania. W kantorach siedzą ludzie o długich brodach, w czapeczkach i jarmułkach. Snuje się tam zapach cygar, subtelnych korzeni i ksiąg. Tam ubija się interesy z obszarnikami, ludzie chorują tam na typowe choroby bogaczy, wyjeżdżają za granicę do wód i wierzą w starych, dawno zmarłych lekarzy i profesorów. Kobiety również wywodzą się z arystokracji Grzybowa; są wysokie, tęgie, o podwójnych podbródkach. Używają niemczyzny „kurortów”, nadymają się, są gniewne, chodzą po kolekcie dla chorych w szpitalach i wydają za mąż biedne sieroty.
Całe podwórze obawia się złodziei i gdy gospodarze wracają nocą ze spóźnionych sobotnich uczt, każdy sprawdza u sklepu sąsiada stare, ciężkie kłódki. Pilnują wzajemnie żydowskiego dobra, strzeżonego również przed duchy pradziadów, które występują w przerażających lub wesołych opowieściach o dawnych polskich dworach szlacheckich, w legendach o borach i wilkach, zwariowanych szlachcicach, dobrych i złych, o cudach i szczęściu, szatanach i sprawiedliwych.

W sobotę po obiedzie panuje na podwórzu cisza. Wszyscy śpią. Okna są zasłonięte i lśnią ciepłym blaskiem spokoju i pewności.
Jeszcze tylko paru nędzarzy czuwa: mieszkają w piwnicznych izbach lub na strychach. Nędzarze nie śpią i strzegą spokoju bogaczy. Biedacy siedzą rzędem wokół wyschłego, mizernego ogródka na środku podwórza.
Są wśród nich zaniedbane kobiety i mężczyźni w zniszczonych chałatach lub w jedwabnych kapotach, zdartych ze starości na strzępy.
Nędzarze są również nabożnymi Żydami, a niektórzy z nich są zwolennikami „starego rabina”. Kiedyś utrzymywali się dzięki bogatym mieszkaniom w podwórzu. W czasie uroczystości ich żony pomagały w kuchniach: wytapiały gęsi smalec na zimę, kisiły barszcz, dziurkowały macę w Wielkanoc.
Dziś nie jest tak, jak dawniej… Nie urządza się wystawnych uroczystości, w kuchniach siedzą wiejskie dziewczyny, które mają niebieskie oczy i włosy jak len. Z kuchennych okien płyną ich ludowe piosenki, a wieczorami odwiedzają je strażacy i żołnierze z błyszczącymi guzikami przy mundurach.
Żebracy siedzą na podwórzu i opowiadają sobie baśnie o minionych czasach, o podwórzu, o wystawnych weselach, wielkich pogrzebach, o brylantowych broszkach wręczanych narzeczonym w podarunku, o córce nabożnych i bogatych ludzi z pierwszego piętra, która chciała się przechrzcić przed ślubem, ponieważ kochała hrabiego, o tym, jak przyjechał stary rabin i przekonywał ją, a całe podwórze płakało…
Dziś mieszkania są mroczne i ciche.
Po sobotniej drzemce bogaczy otwierają się wielkie, błyszczące okna oraz balkony. Ukazują się właściciele w kolorowych tureckich szlafrokach, ziewają głośno i swobodnie rozmawiają ze sobą przez okna o smakowitym obiedzie lub o bóżnicy.
Kobiety zjawiają się w szlafrokach i zaczynają się skarżyć na służące, które się zepsuły, nie chcą słuchać… Wspominają dawne czasy, kiedy to służące, sieroty, pracowały po dwadzieścia lat, po czym obdarowywano je porządnymi mężami i podarkami ślubnymi…
Jedyny „goj” tutaj to stary Józef. Również i on wychodzi na podwórze, zbliża się do biednych Żydów i wsparłszy się o miotłę, żali się na dzisiejsze czasy.
Kiedyś… Kiedyś zjawiali się na ty podwórzu słynni rabini, „stary rabin”… Brama była wtedy oblężona przez wiernych, którzy przychodzili z prośbami. Józef stał wówczas na straży i nie wpuszczał wiernych. Starali się go przekupić, ale on nie chciał… „Rabin nie kazał”. Na środku podwórza ustawiono wówczas stoły, jesienią zaś w czasie świąt pito i tańczono całą noc. Stary Józef osobiście również otrzymał błogosławieństwo „starego rabina”. Inne czasy, inni chasydzi – powiada stary Józef – o Jezu, Jezu…

Nowa epoka wdarła się na podwórze i pierwsze przebudziły się chasydzkie, zamożne córki. Małe dziewczęta wyrosły nagle i pokazały się w jedwabnych sukienkach. Przypominały one dawną urodę matek, tylko jakiś obcy blask i malowane usta były znamieniem nowego czasu.
Odwiedzają je młodzieńcy o obcych, wygolonych twarzach, przychodzą z odległych ulic i dalekiego świata. Ojcowie i matki patrzą na nich z lękiem, ponieważ znikają wraz z córkami w nieznanej dali wielkiego miasta.
Rodzice w skrytości ducha właściwie pogodzili się z tymi nowymi czasami. Swaty przychodzą obecnie ot, tak sobie, wypijają szklankę herbaty i kojarzą pary, mające się ku sobie „z miłości”.
W miłości używa się języka polskiego, czytuje się obce książki i tańczy w obcych, gwarnych kawiarniach. Córki odchodzą tam, gdzie lśnią migocące światła wielkiego miasta. Serce starego żydowskiego Grzybowa bije niespokojnie, a w mieszkaniach rozlega się westchnienie. Ojcowie są surowi, ale matki ustępują… Kobiety godzą się z nową epoką i opłakują własne, głupiutkie dziewczęce lata… Wtedy nie wiedziały, „jak używać życia”…
A w cichych, obszernych szafach spoczywają, jak by zapomniane, wystawne „wyprawy” dla córek. Pod tajemnymi ryglami żelaznych kas leżą wiana: lśnią stare żydowskie diamenty broszki babek. Bladzi młodzieńcy, tacy „dla Boga i ludzi”, ci prawdziwi narzeczeni, czekają cicho i cierpliwie na swoje piękne, koszerne, żydowskie, zamożne narzeczone…

W mroźnym, błękitnawym powietrzu pod swojskim, warszawskim niebem, między nocą i przedświtem, budzi się podłużne, smętne podwórze-targowisko. Ludzie snują się jak cienie ze świata snu: ich bezmyślne spojrzenia lśnią blaskiem przerwanego spoczynku. Mężczyźni, kobiety i dzieci suną z lękliwym pośpiechem lunatyków. Idący okryci są, jak wariaci, w szmaty, w stare, podarte chusty, wytarte futra i różnobarwne burki. Dźwigają wory, kosze, skrzynie i toczą beczki. Wyglądają tak, jak by uciekali przed powodzą, która ich ściga.
Stare podwórze-targowisko wygląda jak wzburzona, podniecona ulica, na której nastąpiło jakieś nieszczęście. W kątach chylą się płoty, zniszczone zabudowania, strychy, bramy przejściowe i budy zabite na głucho.
We wszystkich kątach krzątają się gniewni, rozkrzyczani ludzie, jak by się zmagali z niewidocznym wrogiem.
Kupują i sprzedają. Ręce wyrywają coś z rąk, liczą i taksują, kobiety wydzierają sobie włosy, szczypią się w policzki, jak wtedy, gdy opłakują zmarłych. Brodaci Żydzi, starzy i młodzi, o czerwonych, rozkrzyczanych ustach, dzieci o spiczastych twarzyczkach handlują, zaklinają i przeklinają. Młode kobiety o krzepkich nogach, okutane w szmaty, ze sznurami wokół bioder, brudne, zakurzone, pokryte pierzem i słomą, jak by chciały ukryć urodę wymykającą się spod strzępów, krzyczą zachrypłym basem; ich zgrubiałe palce grzebią w nagim, krwistym mięsie, w starej skórze, w białawych, oślizgłych, śniętych rybach.
Targ wre, kipi, szumi.
Nie ma nieba. Nie ma ziemi. Istnieje tylko jedno kłębowisko ludzi, którzy pełzają, czołgają się jeden przez drugiego, jak na przeklętej wyspie, ogarniętej epidemią.
Trudno uwierzyć, że ci wszyscy ludzie mają gdzieś pomieszczenia, w których mieszkają, gdzie siadają do stołu, gdzie sypiają, rodzą dzieci, chorują i umierają.
Młodzi z podwórza-targowiska zawierają małżeństwa. Znają się od dzieciństwa. Wśród tego rozgwaru jedno spodoba się drugiemu. Zamiast wyznania miłosnego zawiera się spółkę w handlu. A gdy narzeczony odwiedza narzeczoną, pyta ją:
– Utargowałaś coś?
W krzyku, z przekleństwem, z błyskiem w oczach, gdy szyje czerwienieją od wrzasku, następuje obliczenie dokonane kredą na desce.
Wieczorami, prowadząc się pod ramię, wysmarowani błotem, obsypani kurzem wracają razem do domu; w jarmarcznej kłótni targują się o wysokość kosztów wesela, o wartość wiana, o cenę mieszkania…
Wśród rozdeptanego błota, w ciemnym, niedostępnym rogu podwórza stoi synagoga o odartych ścianach, wysokich, krzywych oknach, bez progu u drzwi. We wnętrzu płonie matowo kilka świec.
Na krzywych pulpitach leżą stare, pożółkłe, podarte modlitewniki i psałterze.
Tam, w kącie, zebrali się ludzie wyczerpani walką toczoną na rynku: inwalidzi, pokręceni od starości, garbaci, twory ze sztywnymi kończynami. Ci ludzie żyją powierzywszy się staremu Bogu, któremu oddali tutaj, w tym zburzonym kącie, trochę miejsca.
Modlą się, zapuszczając jedno oko w głąb targowiska. Wadzą się z Bogiem, stojąc jedną nogą na targowisku.
Przez drzwi pozbawione progu wdziera się w ciężkich butach jazgotliwy krzyk rynku, który przeraża blade błyski drżących świeczek.
Krzyki i targi docierają aż do ciemnej, cichej szafy, w której drzemią święte księgi, i tu, wokół i w środku całej mrocznej i chylącej się ku ziemi synagogi, rozpoczyna się nowy targ. Tu kupują takich, którzy odmawiają psalmy za chorych, modlitwę za zmarłych. Tu nabywa się prawo do odprawiania modłów i sprzedaje amulety pochodzące od „świątobliwych Żydów”. Ten handel zespala się z tym na rynku, obejmuje cały obszar, każdy kąt; wszystkie okna, wszystkie drzwi i piętra handlują, wszędzie się handluje… Wszędzie…
Tylko wysoko, na cichym, niemym dachu, między nędznymi, zamyślonymi kominami, siedzi ów jedyny, który nie handluje.
To Jan, ów „goj”, stróż podwórza-targowiska.
Od dziesiątków lat, dzień w dzień, Jan porzuca szum i rwetes i gramoli się na dach. Jego oczy wypełnia spokój i błękit płynący z nieba. Jan stoi i długim kijem goni swoje gołębie.
Gołębie umykają, wzbijają się srebrnymi skrzydłami nad rojny jar podwórza i wzlatują w górę, ku obłokom.
Stary Jan gna wraz z gołębiami ku wysokościom, króluje pod nieskończonym, czystym, spokojnym obszarem nieba, a gołębie przynoszą mu pozdrowienia z rozległych obszarów, otaczających żyzną ziemię.
Podwórze pełne dzikiego szumu spoczywa u jego stóp, jak kotlina zatopiona, zapomniana przez Boga i ludzi…

Źródło: Pojlisze jorn, wyd. Jidisz Buch, Warszawa 1956, s. 61-66. Online: http://www.archive.org/details/nybc209667
Tłum. Stanisław Wygodzki

Drukuj

Partnerzy

Goście Online

Odwiedza nas 73 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
3673337
UA-28053597-1